wtorek, 29 października 2013

zapach zabawek

Jak już poszłam totalnie w stronę w wspomnień to zaserwuję jeszcze jedno (a co mi szkodzi od czasu do czasu uzewnętrznić się?).
Powróćmy po raz kolejny do wątpliwie-atrakcyjnych półek sklepowych. W dziale spożywczym-ocet, w dziale zabawkowym-? Czy istniał dział z zabawkami? Nie wiem. Pewnie tak. Kiedy sięgam pamięcią do tamtych czasów zupełnie tego nie widzę. Musiał być. Przecież mieliśmy zabawki.
Jakie były nasze zabawki? Moje były proste, ascetyczne.
Latem dziadek zawsze brał trociny od stolarza. Często były wśród nich kawałki, skrawki drewna. Dzięki temu miałam wspaniałą kolekcje drewnianych klocków, z których budowałam swoje wymarzone budowle. To były moje przyszłe domy, a ja miałam być architektem...
Niesamowite wrażenie na mnie robiły zabawki „kupne", czyli nie uszyte, nie poskręcane przez dziadków. Taką pierwszą „gotową" zabawką, która zachwyciła mnie i zaaprobowała na dobre kilka godzin była „matrioszka".
Jeszcze dziś doskonale pamiętam gładkie drewno w środku i grubą warstwę śliskiej farby na zewnątrz. Była jak zaczarowana. Rozkładałam i składałam kolejne jej części na wąskiej szafce u babci koleżanki. Wszystko pachniało starym, suchym drewnem.
Teraz czasami szukam zapachu dawnych zabawek. Szukam go w meblach, nowych sprzętach, ale są one za bardzo plastikowe, by mogły pachnieć...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz