czwartek, 7 listopada 2013

E L James, Pięćdziesiąt twarzy Greya


E L James, Pięćdziesiąt twarzy Greya,  tł. M. Wiśniewska, Katowice 2012.
Lubię bestsellery, a może nawet i kocham. Ponoć granica między lubieniem a kochaniem jest cienka podobnie jak granica między miłością a nienawiścią. To moje lubienie chyba dość bliskie jest nienawiści, przez co może oznaczać miłość. Najbardziej to kocham takie z historią miłosną. Ooo, te to łechczą moją intelektualną duszyczkę tak, że po parunastu stronach się wyłącza (a nie wyłancza jak ostatnio słyszałam w naszym regionalnym radiu Elce). Włącza się wówczas leniwość i takie luźne czytanie. „Czytanko do poduchy” – mówię o książkach niewymagających wielkiego wysiłku intelektualnego i fizycznego (niektóre tomiszcza są opasłe i trzeba ćwiczyć raz lewy, raz prawy biceps). Do tej kategorii należy „Pięćdziesiąt twarzy Greya”. Zaczyna się banalnie, jak 99% amerykańskiej prozy dla nastolatków i niestety kontynuowana jest w tym stylu.
21-letnia Anastazja Steele jest postacią „z innej bajki”: młoda, niewinna, zaczytana w brytyjskiej literaturze. Natomiast Christian Grey to samiec Alfa: dobrze zarabia, on sobie kupuje kobietki, a one się mają słuchać. Dwóch bohaterów doskonale uzupełniających się: ona – uległa, on – władczy pan, a w tle ma się toczyć powieść erotyczna.
Jak to z amerykańskimi powieścidłami bywa od początku wiemy, że on i ona (albo ona z nim) wylądują w łóżku. Wszystko oczywiście jest idealne (a specjaliści przekonują, że seksu trzeba uczyć się całe życie). Później ma być ostrzej, bo w grę wchodzą sado maso upodobania Greya. To taka piękna teoria. Sado maso to my mamy jedynie opis sali seksu, a same sceny erotyczne pozostawiają wiele do życzenia. Sceny ograniczają się do jej ciągłego zagryzania warg i przewracania oczami, jego chwytania ją za brodę i unoszenia jej głowy, szybkich pocałunków, paru pchnięć, przez które Ana się rozpada na miliony kawałków przeżywając orgazm, a Grey krzyczy wtedy na nią: „poczuj to dla mnie, mała”. Ich dialogi, o ile można je tak nazwać, podczas zbliżeń, są jak dialogi przedszkolaków podczas zwykłej zabawy w piaskownicy (bez podtekstów erotycznych, które ostatnio ciągle sugeruje nam KK).
Językowo jest to książka dla gimnazjalistek, ale jako matka córki nie dałabym jej takiej książki, ponieważ wizja seksu jest tam odległa od rzeczywistości a do tego zachęcająca do całkowitej uległości, co (przy naszej edukacji seksualnej) może skończyć się wielkim brzuchem i to nie z powodu otyłości.
W książce bawiło mnie ciągłe „napalenie” Anastazji na Greya. Być może główna bohaterka miała być nimfomanką, która swoje potrzeby seksualne skrzętnie skrywała przed sobą dopóki nie poznała władczego ukochanego. Jednak wydaje mi się, ze nawet nimfomanki miewają chwile wytchnienia w myśleniu o „zbliżeniu”. Anastazja nigdy nie ma dość. Ona po seksie chce seksu ciągle o nim myśli. Może lubi rozpadać się na kawałki?


*Źródło zdjęć: http://www.soniadraga.pl

1 komentarz:

  1. Rzadko sięgam po tego typu literaturę, może dlatego pierwsza część nawet mnie zaciekawiła. Dzięki tej inności przymknęłam oczy na styl. Niestety z każdą kolejną częścią moja ślepota słabła, a irytacja lekturą rosła...

    OdpowiedzUsuń