niedziela, 17 listopada 2013

Marian Brandys "Śladami Stasia i Nel"


Nie cierpię czytać książek, które przeczytałam, ale czasami trzeba ze względu na dokładniejszą analizę i pracę nad tekstem. I to jest moja codzienność. Ostatnio jednak miałam sporo wolnego czasu (na bezrobociu nie wysyła się przecież 24h na dobę podań o pracę czy nie jeździ codziennie na konferencje) i coraz częściej (ze względu na córkę) zdarza mi się wracać do dawnych lektur, których słownictwo znam (bez wulgaryzmów). Zwykle sięgamy po kolorowe książeczki, w których treścią są obrazki. Z moją dwuletnią rozbójniczką czytamy również książki poważne ("Don Kichote", "Historia filozofii", "Wstęp do badań nad językiem), ponieważ na razie wielu książek jeszcze nie zna, a mam wrażenie, że interesuje ją wszystko, co czytam (zwłaszcza te bardzo grube książki bez obrazków). Ostatnio do snu czytałyśmy  „Śladami Stasia i Nel” Mariana Brandysa, ponieważ byłyśmy po lekturze "W pustyni i w puszczy" (dziś czytamy "Zapiski na pudełku zapałek Eco).
Ja książkę Sienkiewicza czytałam dużo później niż moja mała, ale równie bardzo byłam nią zachwycona (może się to wydać dziwne, ale dwuletnie dzieci potrafią pokazać, czy coś je interesuje), a może i bardziej, ponieważ więcej rozumiałam. 
Kiedy prawie dwadzieścia lat temu trafiłam w bibliotece na tytuł „Śladami Stasia i Nel” byłam zaintrygowana. To były czasy, kiedy nie było Internetu, a w bibliotece książki podawał podstarzały "ciotowaty" bibliotekarz nielubiący dzieci i będący pośmiewiskiem całej wsi. Tamtego dnia był tak bardzo zniechęcony do pomagania dzieciom, że kazał mi poszukać książki w zbiorach. Chodziłam pośród regałów pachnących starymi książkami i octem i zamiast książki, po którą przyszłam znalazłam tę Brandysa. Sięgnęłam z regału i zapragnęłam jak najszybciej przeczytać.
Po powrocie do domu zabrałam się do lektury, ale książka dość szybko mnie rozczarowała. Miało być śladami Stasia i Nel, a jakiś dziennikarzyna opisuje jak to trafił do Afryki i sobie zwiedza i to dość wygodnie.
Z dzisiejszej perspektywy mogę stwierdzić, że jak na owe czasy był to bardzo dobry reportaż. Córka bardzo szybko zasnęła słuchając opowieści o tym jak to biedny dziennikarz myśli, że główny redaktor z niego kpi. Kolejnego dnia przeczytałyśmy więcej. Córka budząc mnie rano wzięła książkę z łóżka i dała mi mówiąc po swojemu "ehh", co w jej języku znaczy "czytaj". Oczywiście inną okazją do czytania jest kąpiel, kiedy córka pluszcze się  w wannie i słucha. Czytałyśmy z zapartym tchem o przygodach, które nie są wcale takie ekscytujące. Proste rzeczy jednak opisane są w takim stylu, że chciało się jeszcze i jeszcze. Nim się obejrzałyśmy Brandys wylądował w Egipcie i Sudanie, o których dowiedziałyśmy się sporo. Przy okazji odkurzyłam atlas geograficzny dla dzieci z Myszką Miki i wędrowałyśmy paluszkiem po mapie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz