sobota, 23 listopada 2013

nasza narodowa cecha?

Cwaniactwo to taka nasza wspaniała cecha narodowa, którą wykorzystujemy wszędzie, gdzie się tylko da. Mało tego, że wykorzystujemy; uczymy jej innych! Zszokowani obcokrajowcy niejednokrotnie zostali uświadamiani przez nas jak to można „obejść system" (a można i zawsze, kiedy można to trzeba to bezwzględnie wykorzystać!). Po ich długim słuchaniu w skupieniu naszych skomplikowanych wywodów dotyczących sposobów mówią z konsternacją: „Ale łatwiej jest być uczciwym". Na, co potencjalny przeciętny Polak odpowie: „No, co ty? Nie wykorzystać okazji jak można? Wiesz jaka to satysfakcja obejść to wszystko".
Kiedyś takie postępowanie było uzasadnione systemem politycznym (po prostu inaczej się nie dało żyć i niczego załatwić). Jednak już od dłuższego czasu mamy przecież jakże upragnioną demokrację, w której powinniśmy dbać o dobro wspólne. Nie umiemy. Dlaczego? Bo „dobro wspólne" kojarzy nam się z „systemem", a to zawsze trzeba umieć obejść.
Podobną zasadę wyznają wspaniałomyślni pracodawcy, wspaniałomyślni pracownicy itd. -wymieniać można ich w nieskończoność; ja jednak chciałabym się skupić tu na tych dwóch wspaniałych grupach.
Pracownik wspaniałomyślny to człowiek, który jak nie ma kamery za plecami to: bierze ze służbowego biurka wszystko, co się da i upycha po kieszeniach (nie ważne, że może się nie przydać, ważne, że zakombinował) i tak kiedyś miałam okazję rozmawiać z takim cwanym Polaczkiem, opowiadającym (po paru kolejkach wódki) jak to on „skombinował sobie laptopa. Na moje pytanie: „ukradłeś z pracy laptopa?!", skrzywił się i powiedział: „nie, ja go sobie skombinowałem. Wiesz jak to jest: tu śrubka, tam matryca, jeszcze gdzieś inne części i poskładałem. Śmiga, że hej".
Ale pracodawcy w swoim cwaniactwie nie pozostają z tyłu. Ci są mistrzami w cwaniactwie stosowanym. Najlepszym przykładem tego mogą być toalety i kuchnia poza biurem... Do biura wchodzisz dzięki magicznej karcie z kodem. Wszystko zapisywane jest w systemie (jak długo w toalecie się było czy po kawę, jak długo na papierosie, jeśli ktoś pali itd.). Oczywiście bez zapisania w systemie drzwi się nie otworzą i nie czmychniesz niezauważalnie.
Są oczywiście prace, w których żeby coś sensownego spłodzić trzeba czasami dookoła budynku się przejść (każdy ma swoje sposoby na wenę) i wtedy magiczny wielki brat w postaci systemu odlicza Ci 10 min... (albo i dłużej) i nie ważne, że później pracujesz na zwiększonych obrotach.
Oczywiście podczas pracy trzeba też coś zjeść, wypić, czyli kolejne minuty lecą. Po zjedzeniu i wypiciu trzeba i toaletę odwiedzić, co wiąże się z kolejnymi straconymi minutami. Po ośmiu godzinach pracy może się okazać, że pracowało się tylko siedem i tę godzinę trzeba zostać dłużej... bo system tak twierdzi.
Jednak to nie jest jeszcze szczyt możliwości pracodawcy. Może on zrobić z Ciebie niewolnika. Oferuje Ci wspaniałą pracę, wspaniałe perspektywy. Zapowiada, że przez pierwsze miesiące może być ciężko, ale Ty się pracy nie boisz. Chodzisz na szkolenia, za które musisz zapłacić, aby dostać pracę, która pozwoli Ci wziąć kredyt na mieszkanie. Po miesiącu szkoleń jakieś testy, które przechodzisz i okazuje się, że aby pracować musisz założyć firmę. Mówisz sobie: „zainwestowałem tak wiele w kurs, to szkoda żeby to przepadło". Zakładasz i pracujesz ciężko. Pieniędzy jednak nie ma, bo Twoja pensja zależy całkowicie od prowizji, a firmę trzeba opłacać...
Jeszcze inny wspaniały sposób „wydojenia" pracownika (mój ulubiony) polega na wiecznym podpisywaniu umów o dzieło (w końcu jesteś artystą) lub praca na zlecenie. W ostatnim przypadku wiele firm specjalizuje się w obchodzeniu państwa i pracownika. Zakładają spółkę i stowarzyszenie, dzięki czemu pracownik może przez trzy miesiące pracować to na spółkę, przez trzy na stowarzyszenie i znowu na spółkę...
Umowy zlecenie mają jeszcze to do siebie, że są na określony (krótki) czas i do ostatniej chwili nigdy nie wiesz czy nowa umowa będzie czy nie będzie i na jakich warunkach. Wspaniałomyślny pracodawca zazwyczaj nieznacznie obniża stawkę godzinową (w skali miesiąca o 200-300 zł), a ten najwspaniałomyślniejszy będzie odwlekał podpisanie kolejnej i może się zdarzyć, że przez tydzień będziesz pracował bez umowy i później nagle się dowiesz, że przecież nikt z Tobą nie zamierzał podpisać umowy... Na Twoje pytanie o przepracowane godziny dostajesz odpowiedź: „Przecież przychodziłeś dobrowolnie. Nikt Ci nie kazał".

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz