poniedziałek, 18 listopada 2013

oszuści w białych rękawiczkach

Za każdym razem, kiedy wysyłam CV sprawdzam, czy nie mam do czynienia z pośrednictwem pracy, czyli ładnie nazywając "agencjami pracy" lub ostatnio modne "kreatorami kariery". Każda taka firma głosi wszem i wobec, że odnosi światowe sukcesy (inaczej  być nie może), a do tego prezesi to młodzi, zaradni i pracowici ludzie. Cała reszta społeczeństwa to lenie i złodzieje. W ich oczach (zwykle to osoby o wąskim horyzoncie spojrzenia) ludzie po studiach mają zbyt wygórowane wymagania, ponieważ pragną zarabiać minimum na życie i jeszcze mieć stabilną pracę, co w ich oczach jest okradaniem firm. W końcu przeciętny trzydziestolatek powinien ciągle być na garnuszku rodziców, pracujących na umowy zlecenia, ponieważ mają być "elastyczni" (dawniej elastyczny znaczyło giętki).

Okradaniem nie jest natomiast branie zleceń na zatrudnienie dla danych firm  pracowników za najniższą krajową, kiedy sami za taką osobę dostają dużo powyżej najniższej krajowej.

W pośrednictwie pracy o międzynarodowej sławie pracowałam rok. Stałych pracowników agencji było czterech: prezes, jego żona i jego brat z żoną. Sami ludzie sukcesu.  Reszta pracująca na pełny etat miała umowy zlecenia, umowy o dzieło. Tradycją było spisywanie umów na dany miesiąc dopiero po przepracowaniu go, co zwykle kończyło się darmowym ostatnim miesiącem, a kończyło się go, kiedy przychodził szef i mówił „Pakuj się. Już tu nie pracujesz”. Wszystko 5 minut przed podpisaniem umowy za przepracowany miesiąc.

Czy ktoś zgłaszał sprawę w sądzie? Nie. Nikt nie miał wystarczających dowodów, a innym pracownikom mówiono, że dana osoba okradała firmę i nie pracowała. Początkowo w to wierzyłam, ale złodziei było za dużo, jak na przeciętnych ludzi.

Zatrudniano za bardzo atrakcyjne stawki: od 8 do 9 złotych (powyżej 8 trzeba było sobie wynegocjować). Ja dostawałam 8,5 złotego. Pracowałam w marketingu. Namawiałam firmy, by zwalniały pracowników i zatrudniały przez nas, co pozwoli im później uniknąć zwolnień zbiorowych. Dzięki temu firma mogła w ciągu godziny wymienić cały personel!

Za godzinę pracownika o średnich kwalifikacjach (praca na kasie) firma brała 20-30 zł, z czego 8 zł wędrowało do pracującego, a reszta dla pośrednictwa. Reszta miała iść na podatek, pracę kadr i tym podobne. Kadry też zatrudniano na umowy zlecenie za najniższą stawkę...

Ostatniego dnia pracy wchodziłam do kadr podpisać umowę, kiedy zaczepił mnie szef i powiedział, że mam wyjść z biura. Kiedy zapytałam się, co w wypłatą dowiedziałam się, że nie będzie, bo nie było umowy i nikt mi nie kazał przychodzić i on już sobie nie życzy, bym przychodziła. Wtedy bardzo szybko wpadłam na pomysł, aby powiedzieć, że mam zrzuty dysków i mam dowody na pracę, a korespondencja między mną i nim oraz firmami jest u mnie na mojej prywatnej poczcie i jak nie dostanę pieniędzy to spotkamy się w wiadomym miejscu. Odeszłam. A swoimi plecami usłyszałam groźby.

Po kilku dniach wysłałam mailowo ostrzeżenie, że jak za chwile nie będzie wypłaty na koncie to zgłaszam sprawę w SP. Po 15 minutach miałam pieniądze...

Niestety nie wszyscy mieli tyle odwagi. Wiele osób (koło stu miesięcznie) zostawało bez ostatniej pensji (ponad 200 tys do prywatnej kieszeni szefa?). Głównie były to kobiety.

Kim był mój szef? Człowiek po zawodówce, który wpadł na genialny pomysł, jak okradać ludzi w biały dzień. W trakcie swojej kariery zrobił maturę i to z wielkim trudem. Uważał, że lekarze są idiotami, bo przecież na takich studiach niczego się nie uczą tylko paru leków i później każdemu choremu je zapisują. Osoby po innych studiach to dno wszystkiego, bo trzeba być nierozgarniętym intelektualnie (takich trudnych słów to on nie znał), aby iść na studia zamiast założyć firmę i mieć nowe auto, nowy dom, nową żonę (pierwszą zostawił z noworodkiem).

Dlatego nigdy nie wysyłam swojego CV do pośrednictw. Wysyłam tylko i wyłącznie do firm. Mogę u nich dostawać za te 10 zł/h, ale nie dam zarobić oszustom z pośrednictw.

PS
Później pracowałam w solidnej firmie, ale potrzebowali tylko na czas organizacji konferencji i korekty książki (ponad dwa lata). Mimo tego z sentymentem wspominam kolejną pracę, a z osobami, które tam poznałam utrzymuję kontakt do dziś.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz