sobota, 23 listopada 2013

trudna sztuka wychowania

Nasz naród to naród bydlęcy. Niewiele wiemy o życiu. Nikt nas niczego nie uczył. Rodzice nie uświadamiali nas: seksualnie, bo sami nie byli uświadamiali „i jakoś żyli”; ekonomicznie, bo dla nich ekonomia to czarna magia, której sami dopiero się uczą (w czasach komuny wystarczyło skończyć szkołę i iść do pracy, a później czekać na wyłączenie prądu, by z nudów spłodzić potomstwo); prawnie, ponieważ nigdy nie potrzebowali (naiwnie wierzyli na słowo; kapitalizm ich teraz często wykiwał). Jesteśmy przez to stadem niedouczonych baranów „wierzących naiwnie innym”, a później budzimy się w nocy przerażeni, że kolega/koleżanka z pracy ukradła nasz pomysł i zrobiła majątek a my ciągle przez własną naiwność wynajmujemy pokój (bo wynajmowanie mieszkania to wyższa szkoła jazdy, na którą większość młodych ludzi nie może sobie pozwolić). Boimy się kredytów. Wolimy płacić haracz przez pół życia i później tak naprawdę nie mieć, gdzie mieszkać.
Nasze wychowanie seksualne jest zerowe (a może nawet ujemne, jeśli weźmie się pod uwagę liczne kompleksy osobników obu płci, wynikające z niewiedzy), ponieważ u nas (czyli w Polsce) seks, intymność, relacje z innymi, fizyczność człowieka są ciągle tematami tabu. Dziadkowie rozmnażali się nieuświadamiani, więc nie uświadamiali dzieci; rodzice rozmnażali się nieuświadomieni, ale zaczynali dostrzegać potrzebę edukacji seksualnej, ale brakowało im przygotowania merytorycznego i metodycznego, więc liczyli na to, że może szkoła raczy dzieci nauczyć wszystkiego, co się da. Później przychodziło rozczarowanie na niedobrą szkołę, zły Kościół (będący przeciwnikiem wszelkich form zabezpieczających przed ciążą).
Nasze wychowanie ekonomiczne kończy się zazwyczaj na nadziei, że zostaniemy zatrudnieni (czasami wręcz liczymy na cud), popracujemy i pójdziemy na zasiłek dla bezrobotnych, po skończeniu, którego znowu zdarzy się cud… Niewiele osób wie, jak dbać o swój rozwój, poszerzanie kompetencji, a przy okazji zwiększaniu swojej wartości na rynku pracy. Jeszcze mniej jest świadomych, w jaki sposób sami mogą się zatrudnić, jak mogą inwestować.
Beznadziejne przygotowanie prawnicze sprawia, że podpisujemy umowy o pracę, które są doskonałym fundamentem do „wykiwania” nas. Ufamy za bardzo znajomym w dzieleniu się swoimi pomysłami na biznes, które często są na tyle dobre, że przebiegli powiernicy pomysłów robią na nich fortuny, a my tkwimy, gdzieś w pokoju wynajmowanym w blokowisku.
Największymi baranami jesteśmy w życiu rodzinnym. Wpojono nam, że ideałem, do którego powinno się dążyć to znalezienie naiwnej/naiwnego i zaciągnięcie do ołtarza (bez świadomości odpowiedzialności prawnej, ekonomicznej i seksualnej). Nasze prawo jest również dostosowane do naszej niewiedzy. Pełno w nich przepisów o wzajemnej odpowiedzialności prawnej dotyczącej kredytów branych bez wiedzy czy zgody współmałżonka, a brak wymogu dostępu do pieniędzy współmałżonka (jeśli on sobie nie życzy). Niejednokrotnie banki nie udostępniają żonie/mężowi osoby posiadających w danym banku konto (jeśli nie posiada się zgody) informacji o zasobach, ale nie mają nic przeciwko temu, aby ten/ta małżonek(a) spłacały kredyt, o którym nic nie wiedzieli i na który nie wyrażali zgody.
Małżeństwo to bardzo duża odpowiedzialność (i nikt nas w tych kwestiach nie uświadamia) za siebie i drugą osobę, a my często traktujemy to jak rozrywkę. Prawdziwe, szczęśliwe, szanujące się i spełnione w każdej dziedzinie małżeństwo to wiele lat wspólnej ciężkiej pracy, wzajemnego zaufania, wzajemnej pomocy, zrozumienia, bliskości i rozsądnego podchodzenia do wykorzystywania „niedociągnięć prawa”, aby w razie niepowodzeń, śmierci, choroby, nie zostawić drugiej, ukochanej osoby z niekończącymi się długami i brakiem dostępu do możliwości szybszego spłacenia ich.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz