środa, 27 listopada 2013

Wojciech Cejrowski "WC Podróżnik"

Wojciech Cejrowski, WC Podróżnik, Tom I, Kociewie 1997

Książka napisana niezwykle prostym, a zarazem opisowym językiem  pełnym poczucia humoru, dystansu do siebie i świata. Autor ujawnia nam najbardziej zaskakujące wydarzenia ze swoich podróży. Nie próbuje się tu kreować na super bohatera z filmów akcji. Raczej widzimy nieporadnego szczupłego niebieskookiego blondyna, który zawędrował daleko i bardzo szybo chłonie kulturę, do której trafił. On nie naprawia świata, nie walczy z tubylcami. Chce stać się jednym z nich. Może wygląd troszkę mu w tym przeszkadza, ale zdolności językowe pozwalają mu nadrobić braki natury.
Czasami możemy spotkać się u niego z niezwykle ostrymi poglądami na temat religii, innych wyznań niż katolicyzm, ale trzeba to potraktować z przymrużeniem oka.
Książka należy do tych, które czyta się z zapartym tchem. Jest niezwykle dobrym lekarstwem na wszelkie ponuractwo, przygnębienie.
Ponieważ mam sentyment do dzieciństwa, poniżej zamieszczam dedykację z książki:
Babci Władysławie*
*Dzięki niej jako sześcioletni dzieciak wyjechałem na moje pierwsze safari.
Polowaliśmy wtedy na tygrysy. Siedziałem ukryty pod wiklinowym stołem w kuchni. Z blatu zwisał prawie do samej podłogi ceratowy obrus w kwiatki. Pod pachą ściskałem kurczowo kij od szczotki ryżowej, którą Babcia wcześniej wyszorowała gumoleum - to był mój sztucer. (Strzelba najnowszej generacji, oczywiście produkcji Winchestera. Prawdziwe cacko. Apogeum sztuki rusznikarskiej robione na zamówienie.)
Kiedy tylko Babcia - tygrys zbliżała się do stołu, by kontynuować produkcję klusek do pomidorówki, dźgałem ją w udo za pomocą „sztucera". Krzyczała wtedy zupełnie szczerze ałaaa, a ja puchłem z dumy jako świetny myśliwy. Upolowałem w ten sposób całe stado tygrysów bengalskich. (Ile dokładnie sztuk położyłem, wie Babcia - ona puchła od celnych trafień „sztucera", które dawało się policzyć jeszcze przez kilka następnych dni, ponieważ pozostawały na udach w formie okrągłych siniaków. Było ich oczywiście tyle, ile tygrysich trupów. Babcia miała je na pewno policzone, bo co jakiś czas nacierała każdy z osobna maścią przeciwbólową.) Moje pierwsze safari skończyło się dosyć nieprzyjemnie, kiedy Dziadek wyraził negatywną opinię na temat wyglądu babcinych ud, a na dodatek stwierdził, że wyprasza sobie takie zabawy, bo to jego uda. Wtedy nie potrafiłem zrozumieć jak to możliwe. Jego uda??? Mimo to byłem pokorny, bo Dziadek pokazał mi swój pasek do ostrzenia brzytwy. Zadał też pytanie, które, w przeciwieństwie do prawa własności babcinych ud, było dla mnie bardzo klarowne. Pytanie brzmiało: - Chcesz, żebym ci z tyłka zrobił kajzerkę?! Nie chciałem. Dlatego następnego dnia siedząc w mojej kryjówce pod stołem z wikliny czekałem na Babcię już nie jako myśliwy, ale jako Tygrys Bengalski. Kiedy tylko Babcia zbliżała się do stolika, by kontynuować produkcję klusek, wyskakiwałem na nią z rykiem. Babcia odskakiwała przerażona wrzeszcząc wniebogłosy ratuunkuuu tygryyys!!! Potem była zazwyczaj pożerana. (Ile dokładnie Babć pożarłem nie wie nawet Babcia. Myślę, że kilka mendli albo nawet całą kopę.) Dziadek był tego dnia nie w sosie, miał dokuczliwą podagrę, muchy w nosie albo grał ze światem zewnętrznym w „Pana Wtrącalskiego", więc zepsuł nam także i tę zabawę - powiedział, że w takich warunkach nie może czytać gazety. - Najpierw się czają jak myszy pod miotłą, a potem nagle oboje wrzeszczą jak koty obdzierane ze skóry!!! Skaranie boskie!!! Zawału można dostać!!! Zagrajta se we warcaby, a nie w te wasze safary!!! - wrzeszczał znacznie głośniej od nas. Nie wytknąłem mu tego, bo ponownie padła propozycja zamiany mojego tyłka w kajzerkę za pomocą wojskowego pasa do ostrzenia brzytwy. Wtedy Babcia powiedziała do Dziadka: - Franuś, daj spokój. I Franuś dał spokój. Tak nagle jak biblijna nawałnica. Przedtem jeszcze tylko trzasnął drzwiami mówiąc, że idzie do warstatu ostrzyć noże, a może nawet wyklepać kosę.
Dziadkowi zawdzięczam choleryczny charakter, poczucie humoru, zmysł praktyczny,
zamiłowanie do drewna i całą masę innych rzeczy ze sfery fizycznej, namacalnej, mierzalnej. Babci zawdzięczam niepowstrzymany rozwój fantazji i marzeń. To ona podlewała pnącza mojej dziecięcej wyobraźni. Pilnowała, by do bujnie i dziko zmierzwionego gąszczu pomysłów nie wkradł się ogrodnik z sekatorem przyziemnego realizmu i nie zaczął porządkować - by nie poprzycinał moich nierealnych wizji w równiutkie i symetryczne żywopłoty. Dzięki Babci mam w głowie nieokiełznaną, pełną życia puszczę, a nie nudny park w stylu angielskim. Człowiek cywilizuje i trzebi dzikość na całej naszej planecie oraz we własnym wnętrzu. Jednocześnie ten sam człowiek czyni rozpaczliwe wysiłki, by ocalić enklawy naturalnej przyrody tam, gdzie jeszcze są - np. Zielone Płuca Ziemi. Mojej Babci udało się ocalić Zielone Płuca Mojej Wyobraźni. Dlatego mogłem zostać podróżnikiem i dlatego „Podróżnika WC" dedykuję:
Babci Władysławie
podpisano: WC z jednym płucem

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz