poniedziałek, 25 listopada 2013

zazdrość


Ludzie w pracy, w szkole, na uczelniach, w sklepach gonią ciągle za czymś. Porównują się do innych. Zawsze chcą mieć więcej i lepiej niż druga osoba. Nawet własnym kosztem są w stanie przyczynić się do zła innych.
Ostatnio oglądałam film „Bliżej" (Closer) reż. Mika Nicholsa. Główny bohater opowiada nieznajomemu dowcip o mężczyźnie, który znalazł lampę Aladyna. Wyskakuje z niej postać dobrego duszka i mówi, że spełni każde jego życzenie, da wszystko czego zapragnie, ale sąsiad zawsze dostanie dwa razy tyle. Mężczyzna zdezorientowany myśli dłuższą chwilę. W końcu mówi:
-Obetnij mi rękę.
A podobno ludzka natura jest dobra. Skąd w ludziach biorą się odruchy zazdrości? Chęć porównywania? Jesteśmy na tyle fenomenalni, niepowtarzalni, że nie potrzebujemy codziennie oceniać siebie przez pryzmat innych.
Nie nauczono nas inaczej? Dlaczego? Przecież stanowimy jedno społeczeństwo, mamy jeden cel i w dodatku coraz częściej jesteśmy społeczeństwem globalnym, którego celem powinna być walka z chorobami, głodem, a my wolimy tracić energię na błahostki, bo na przykład sąsiad kupił sobie nowy samochód, a my nie. Ale czy ten samochód nam aż tak bardzo potrzebny do szczęścia?
Pewien mój znajomy stwierdził, że gdyby nie rywalizacja to nie byłoby postępu. No może, ale tylko w przypadku posiadania przez ludzi różnych celów. Co za postęp wnosi rywalizacja w pracy, gdzie nie uczymy innych jak być lepszym pracownikiem, ponieważ może być lepszy?
Dawno temu w zamierzchłych czasach (dla dzieci: wtedy kiedy dinozaury już wyginęły, ale żyły jeszcze smoki) pracowałam w pewnej firmie zajmującej się HR-em dla innych firm. Niby fajnie, ale na dzień dobry patrzyli przyszłego pracownika wystawić do wiatru. Na rozmowie kwalifikacyjnej umówiona na stawkę 2x+prowizje. Im pasowało mi też. Miałam tam być specjalistką ds. marketingu i jak trzeba Help Deskiem. Jak dla mnie: super. Miałam wtedy propozycję z paru innych firm.: gorsze stanowisko, minimalnie mniejsza stawka, więc wybrałam to, co wyglądało cudnie (jako studentka pracowałam na umowę zlecenie, więc płacili za godziny), bo po obliczeniach wyszła ładna wypłata. Oczywiście w dniu podpisania umowy popełniłam wielki błąd.
Zadzwoniła do mnie pani z innej firmy i powiedziałam, że nie decyduję się na pracę u nich. Zadowolona pojechałam podpisać umowę, a tu niespodzianka. Chcą mnie, ale za stawkę połowę mniejszą. Nie miałam już wtedy innej opcji, więc negocjowałam twardo, ale w końcu musiałam pracować za stawkę dużo niższą niż było ustalone (niestety pilnie potrzebowałam pieniędzy).
Wszystko byłoby ok.
Praca jak praca. Można za miesiąc iść i prosić i powrót do warunków pierwotnych.
Później okazało się, że naprzeciw mojego biurka siedzi chłopak rok starszy ode mnie i po raz któryś powtarzający drugi tok studiów. Był mały, gruby i bezczelnie niemiły, bo miałam ciut więcej niż on.
Każde moje pytanie zbywał rzuceniem hasła: „Znajdź Se. Taka mądra jesteś",
Kawałów o blondynkach nasłuchałam się od niego, co nie miara (biedny nie wiedział, że z blondynkowatością nie mam problemu).
Ponieważ nikt z nikim nie współpracował, żeby drugi więcej nie zarobił, każdy zarabiał mało i męczył się w pracy.
A przecież każdy mógł zyskać przez współpracę, każdy mógł się czegoś nauczyć od innych, ale ten strach przed powodzeniem bliźniego był w nich silniejszy.
Na szczęście to była jedyna taka praca, z takimi ludźmi. Później byłam ostrożniejsza w wyborach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz