środa, 4 grudnia 2013

„Klub niewiernych żon” reż. Steve DiMarco

„Klub niewiernych żon” („Cheaters’ Club”)zaczyna się bardzo sielankowo: kobiety z problemami znalazły rozwiązanie, pozwalające cieszyć się życiem rodzinnym. Jaki jest na to przepis? Trzeba być egoistką w kwestiach seksu. Cztery kobiety przekonują siebie o słuszności takiego postępowania. Troszkę ich nastawienie może szokować, ponieważ mamy do czynienia z kobietami, czyli płcią, która stereotypowo powinna być wierna, usłużna, delikatna. W społecznych spojrzeniu na ten problem to mężczyźni podchodzą do sfery seksu bezemocjonalnie, mają kochanki, okłamują najbliższych nawet jak im na tym zależy.

W filmie role uległy odwróceniu: kobiety robią kariery, zdradzają i są tą silną płcią. Mężczyźni zostają sprowadzeni do ról kur (a raczej kurów) domowych, którzy dbają o dom, a po całym dniu nie mają ochoty nawet się przytulić, bo usypiając dzieci sami zasypiają.
Początkowe frustracje kobiet kończą się terapią u psychoanalityczki, która w ramach terapii zaleca zdradę. Na każdym spotkaniu umacnia swoje pacjentki w słuszności swego postępowania. Wszystko do czasu, kiedy pojawia się morderca polujący na niewierne. Zna je doskonale i wie, w jaki sposób najłatwiej zranić i zniszczyć owe twarde kobiety. Prześladowca morderca całą egzekucją zaczyna od głowy, czyli guru owych zagubionych kobiet – psychoterapeutki.
Film zdecydowanie gorszy od książki, która była inspiracją (raczej nie na podstawie, bo całkowicie od niej odbiega). Schematyzm, brak dopracowania. Zwykła papka, której nie ogląda się dla przyjemności czy doznania czegoś nowego, bo wszystko już było w innych filmach i to w dużo lepszej oprawie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz