środa, 4 grudnia 2013

odchudzanie

Ciąża to ponoć najszczęśliwszy okres w życiu kobiety. Nie wiem. Nie doświadczyłam tego. Mam dziecko, byłam w ciąży, przeżyłam poród (ponoć wspaniałe przeżycie, czego również nie doznałam), ale jakoś tego super szczęścia w tyciu, mdłościach, zawrotach głowy, osłabieniu nie dostrzegłam. Inna jestem. Mimo tego kocham córkę bardzo (jak bardzo lepiej nie wiedzieć, bo każda zbrodnia dokonana w promieniu 100 km byłaby przypisana mi, a powodem byłaby obrona dziecka).
Jak wyglądała moja ciąża? Spałam, jadłam, wymiotowałam. Pierwsze cztery miesiące wyglądało jak grypa żołądkowa i byłam na tyle osłabiona, że nie potrafiłam sobie sama zrobić nawet herbaty, a co dopiero wyjść do spożywczaka. A kolejki? Jakie kolejki jak ja do sklepu się nie mogłam zwlec. Mój tryb życia zmienił radykalnie. Wcześniej chodziłam bardzo dużo (koło trzydziestu kilometrów dziennie, ponieważ byłam przeciwniczką komunikacji miejskiej, a do pracy trzeba było iść, na uczelnie też, później do biblioteki. Taki wysiłek dla mnie nie był żądnym wyczynem. Jednak z dnia na dzień wszystko się wywróciło: nie byłam w stanie wrócić na pieszo z pracy, a później jeszcze iść na dodatkowy wieczorny wykład organizowany przez Salon im. prof. Dudka.
Takie zmiany przełożyły się na rosnące kilogramy. Zaczęłam rosnąć i rosnąć, a ja była wiecznie głodna. Mała istotka budziła mnie w nocy swoimi pewnymi i silnymi kopniakami, co kończyło się zrewidowaniem lodówki. W szóstym miesiącu nie potrafiłam samodzielnie założyć skarpet, ponieważ brzuch był tak olbrzymi i napięty. Przytyłam ponad trzydzieści kilogramów.
W przeciwieństwie do „gwiazd” nie schudłam w miesiąc. Robiłam to stopniowo. Na początku było trudno i to nie przez ciężar ciała, ale karmienie piersią. Moja mała kruszynka potrafiła jeść, co 15 minut. Wyjście w takich sytuacjach na spacer i to późną jesienią i zimą odpadało. Większość czasu spędziłam w łóżku z książką i przyssanym do mnie maleństwem.
Z czasem jej dieta mogła być rozbudowana, a ja miałam więcej czasu na zadbanie o siebie. W ciągu roku schudłam ponad dwadzieścia kilogramów. Nie robiłam nic niezwykłego poza szybkimi i wyczerpującymi spacerami oraz wielogodzinnym aerobikiem zwanym sprzątaniem domu.
Pozostała kwestia „rozciągniętego” żołądka. Z tym powalczyłam przy pomocy środków farmaceutycznych, które nie wchłaniają się do organizmu, czyli błonnika. Kiedy czułam ssanie brałam tabletkę, popijałam dużą ilością wody, a po godzinie zjadałam jogurt, serek czy małą kanapkę.
Po „odstawieniu dziecka od piersi” mogłam pić też kawę. Przed każdym intensywnym spacerem wypijałam kubek tego gorącego płynu, po czym maszerowałam jakby mnie ktoś ścigał. Na takie spacery chodziłam głównie do lasu, ponieważ tam nie musiałam zwalniać.
Dlaczego błonnik i kawa? Błonnik pod wpływem wody zwiększa w układzie pokarmowym swoją objętość, przez co czujemy się najedzeni. Poza tym czyści jelita, zmusza ich do intensywniejszej pracy, co przekłada się na nasze wizyty w toalecie. Kawa natomiast po 30 min intensywnych ćwiczeniach zwiększa spalanie kalorii. Jeśli mamy problemy z apetytem na słodycze możemy brać błonnik z chromem, ananasem. Podczas takiej diety należy pamiętać o zażywaniu witamin, ponieważ nie dostarczamy ich odpowiedniej ilości.
Przed wprowadzeniem zmian w żywieniu i zażywaniu suplementówzawsze należy skontaktować się z lekarzem, który pomoże nam dostosować dietę do naszych predyspozycji (chorób, wysiłku, wieku).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz