piątek, 20 grudnia 2013

Święta

Powoli wielkimi krokami zbliżają się święta. Nastrój przedświąteczny szczególnie udziela się ateistom, o czym przekonałam się kilkanaście lat temu. Prowadziłam wówczas bogate życie studenckie i mimo skończenia już jednych studiów oraz codziennego biegania do pracy byłam niezwykle spontaniczna. Wypadów do znajomych nie planowałam tak samo, jak oni nie planowali imprez. Mieszkałam wówczas kolejny rok w akademiku, gdzie codziennie można było wyjść na korytarzową imprezę. Urozmaiceniem było tylko usytuowanie owej imprezy (codziennie inne piętro). Mimo takich atrakcji chciało mi się jeszcze w mrozy biegać po mieście.
Tamtego roku przed świętami śniegu było sporo (nie to co w tym roku). Poza tym mróz dał się mocno odczuć, ale pozwolił mi wytrzeźwieć w powrotnej drodze i wstać następnego dnia normalnie do pracy. Znajomi mieszkali dość blisko, bo jakieś cztery ulice od akademika, więc nie martwiłam się o zamarzające tramwaje, spóźniające się autobusy. Po drodze dołączył do mnie mój chłopak: wysoki, przystojny brązowooki brunet. Mieszkał w pobliżu i szedł ze mną, ponieważ miał być tam jego kolega ze skończonych studiów.
Atmosfera była nieco przedświąteczna, ponieważ do wyjazdu do domów zostały dwa tygodnie. Już od kilku tygodni atakowani wszędobylskimi świątecznymi ozdobami wiszącymi w mieście i sklepach od miesiąca przygotowywaliśmy coś w rodzaju Wigilii. To było kolejne spontaniczne spotkanie, na którym ustalaliśmy co kto zrobi.
We wszystkich tych studenckich Wigiliach wspaniałe było to, że nigdy się nie wiedziało kto będzie i  na początku nie znało się większości osób. Podobnie było na tej imprezie. Na dwadzieścia osób znałam trzy (łącznie z chłopakiem).
Ze znajomymi zamieszkała studentka  pierwszego roku – zagorzała ateistka, ale w poglądach społecznych dziwnie prawicowa (zwykle lewicowcy bywają ateistami). Jak to przed świętami bywa rozmowa zeszła na wyjazdy do domów. Dziewczyna oznajmiła, że jedzie tylko dlatego, że w mieście nie będzie z kim imprezować, a na Wigilię nie zamierza schodzić, bo jest ateistką.
-Dla mnie to debilne święto, więc nie będę w nim uczestniczyła - mówiła.
-Może w ten sposób wyrządzasz swoim bliskim krzywdę – broniłam uczestnictwa przy świątecznym stole, ponieważ jako agnostyczce nie zależy mi na dyskusji o istnieniu czy nie istnieniu, ale o odczuciach ludzkich.
-A oni się pytają o moje, kiedy zmuszają mnie do uczestniczenia w obrządkach? – pierwszoroczniaczka.
-Rozumiem, że prezentów też nie przyjmiesz, nikomu nic nie kupisz, następnego dnia też nie wyjdziesz z pokoju, ponieważ to główne święto – mówiłam z cynizmem.
-Chcą dawać to biorę, a następnego dnia będę przy stole, ale nie we Wigilię.
-Wyobraź sobie, że ta Wigilia przy dniu następnym to pikuś. Ten następny dzień to prawdziwe święto. Wówczas mamy wolne od pracy, a we Wigilię ludzie normalnie idą do pracy. Gdybym była ateistką tak, jak ty to potraktowałabym święta, jak każde normalne rodzinne spotkanie. Nie wierzysz i nikt cię nie zmusza do wiary. Ludzie wyprawiający się do buszu też nie wierzą w bożków innych kultur, a mimo to ze względu na szacunek uczestniczą w rytuałach i traktują je jako wyróżnienie. Ty też możesz święta potraktować w ten sposób – mówiłam.
-Oni muszą mnie akceptować taką, jaką jestem – upierała się pierwszoroczniaczka.
-Nie musisz uznawać, że jesteś na katolickim święcie. W tym czasie dawne kultury tej części świata (północnej półkuli) obchodziły święta narodzin boga-słońca i tym podobne. Kreślono wówczas krzyże, będące znakami solarnymi. Katolicy sporo z tego przejęli, więc i ty możesz ich obrzędy przejąć do czczenia swego ateizmu – ja.
-Ale ja jestem ateistką, więc nie obchodzę świąt – broniła się pierwszoroczniaczka.
-Kotku, ateizm to też religia. Komuniści mieli nawet swoich „świętych”, czcili ich ikony i nazywali siebie ateistami, bo walczyli z religiami. Jedyna wolność od religii to nieuznawanie tego tematu i niedyskutowanie na temat sensowności wiary.
Życzę Wam, abyście w te święta bardziej kochali swoich bliźnich (zarówno tych bliskich, jak i tych całkowicie obcych), aby w Waszych umysłach nastał spokój i radość oraz otwartość na innych, bo to wspaniałe jedzenie nie lądowało w kubłach, ale byście mogli podzielić się nim z innymi.
W wielkich miastach są jadłodajnie dla potrzebujących, w mniejszych można podarować jedzenie takim osobom, które chętnie przyjmą (biednym sąsiadom czy bezrobotnym). Zróbcie prezent tym ludziom i podzielcie się smakołykami, które zrobicie w nadmiarze. Usiądźcie przy wspólnym stole ze świadomością, że owo puste miejsce zostało wypełnione gestem. Nie wyrzucajcie też bezmyślnie ubrań czy kosmetyków tylko dostarczajcie w punkty, z których trafią do innych. Sprzątajcie po swoich zwierzętach chociaż ten jeden dzień w roku. Bądźcie bliżej ludzi, by być bardziej ludzcy, ponieważ tylko człowiek jest tak blisko Boga. Niech te święta będą narodzinami Was jeszcze życzliwszych, uśmiechniętych, kochających przechodniów, synowe, zięciów, teściowe, teściów, sąsiadów, braci, siostry, rodziców, dziadków. Zróbcie to dla siebie: miejcie święta w sercach.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz