środa, 1 stycznia 2014

językowe wytrychy

W czasach młodości moich dziadków i rodziców słowami-wytrychami, które przekonywały do jakości pracy były norma i plan. Pracę trzeba było zaplanować i to na lata, aby ludziom chciało się pracować. Bez planu nie ma motywacji (o czym przekonują nas psychologowie uczący jak odnosić sukces). Takie kilkuletnie wytyczne zawierały wykresy, liczby umożliwiające podsumowanie ilością wykonanej normy. Mimo wielkości przedsięwzięć - o dziwo - zawsze go realizowano, a norma była przekroczona. Jeśli nie przekładało się to na dostępność środków tym gorzej dla owych braków, ale nigdy dla planów i norm. One były święte, a ludzie pracowali przy nich ciężko. Brak powodzenia wiązał się ze złośliwymi działaniami kapitalistycznego Zachodu, który w imię wygłodzenia zdyscyplinowanego społeczeństwa socjalistycznego podrzucał samolotami stonkę ziemniaczaną. Ludność jednak się nie poddawała. Wychodziła na pola i znowu przekraczała kolejną normę: zbierała więcej pasożytów niż było ich na polach! Wszystko w walce o dobre imię planu i normy.
To przez złych kapitalistów podrzucających zepsute burżuazyjne ideologie dla prostego walczącego z kapitalizmem ludu doszło do upadku cudownego systemu. Nowe idee przyniosły nowe słownictwo. Normę i plan szlag trafił. Po co komu one, jak ludzie niczego nie mieli. Wmówiono klasom robotniczym, że przyszłość przyniesie im lepsze jutro i wzmocni państwo. Robotnik już nie musiał ani pracować, ani walczyć o realizację planu, ani też przekraczać norm. Robotnik generalnie musiał być kreatywny!
Tylko ludzie kreatywni utrzymali się na wodzie. Inni popłynęli na dno wraz z dawnym systemem. Zasada „czy się stoi czy się leży” przestała obowiązywać, co przyczyniło się do wzrostu spożywania środków odurzających, bo świadomość konieczności ciężkiej pracy przerażała przeciętnego człowieka, a wizja potwora generalnej kreatywności ubezwłasnowolniała możliwości intelektualne i fizyczne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz