wtorek, 25 lutego 2014

przyszłość absolwenta

Czasami pracujemy z osobami, które mniej lub bardziej lubimy, ale coraz częściej z takimi, za których towarzystwem nie przepadamy, dlatego w życiu prywatnym unikamy ich jak możemy. Ja chyba do tej pory miałam bardzo wielkie szczęście, ponieważ parę znajomości z różnych prac ciągnę do dziś. Ludzi o węższych horyzontach, mniejszej otwartości totalnie ignoruję. Również mogę szczerze powiedzieć, że i z pracami miałam do tej pory na tyle dobrze, że nie męczyłam się w czymś, czego nie lubię robić (a w dzisiejszych czasach to coraz trudniejsze). Wielokrotnie słyszałam od znajomych opowieści o tym, jak brali pierwszą lepszą pracę, by starczyło na życie. Niskie stawki sprawiały, że po zwolnieniu lądowali na zasiłku dla bezrobotnych i jak najszybciej szukali czegokolwiek, alby mieć, za co utrzymać rodzinę. Koło się zamykało. Nigdy nie mieli wystarczająco dużo czasu, by znaleźć lepszą pracę, za lepszą stawkę. Oczywiście takich znajomych jest niewielu. Spore grono pracowało lub pracuje za godziwe pieniądze, ale za to w warunkach szczurzej rywalizacji, podkopywania pod sobą dołów, co na pewno nie sprzyja zawieraniu znajomości, a jest to ważne, aby osiągać w miarę dobre wyniki w pracy.
Wiele z tych osób na studiach miały wspaniałe wizje pracy za naście tysięcy, wspaniałe znajomości, podróże. Do jednej z takich osób należał niechcący poznany osobnik (chłopak jakieś cztery lata młodszy ode mnie). Byłam wtedy jeszcze na drugich studiach humanistycznych, pracę miałam taką sobie (kokosów nie było, ale jakoś dało się przetrwać), a on na drugim roku ścisłego kierunku na politechnice.
Typowa domówka: parę znajomych ze studiów, znajomych z pracy i znajomych znajomych mojej koleżanki ze studiów. Wśród nich było to szczęśliwe dziecko ścisłego kierunku. My na wpółbezrobotne albo bezrobotne humanistki troszkę marudziłyśmy na sytuację w kraju, inne chwaliły się wyjazdami do „rajów” (jeszcze wtedy można było w Anglii na mieszkanie zarobić) i to nieżyciowe coś żyjące ze stypendium socjalnego (ja nigdy takiego nie dostałam, bo zawsze miałam za wysokie dochody, a gdybym nie pracowała to nie miałabym, za co studiować, więc koło się zamykało: studiowałam, by pracować, pracowałam, by studiować) i mającego wizje, że po studiach będzie super ekstra absolwentem, którego będą rozchwytywały wszystkie firmy i będzie się szanował, czyli zarabiał przynajmniej naście tysięcy zaraz po studiach.
Dobrze mieć takie wspaniałe marzenia. My tak nie potrafiłyśmy. Realnie patrzyłyśmy rzeczywistości w twarz i mówiłyśmy: „ale lipa”. Spamowałyśmy firmy swoimi magicznymi podaniami o pracę i czekałyśmy na pracę marzeń na pełny etat. Dla nas wcale nie było oczywiste, że taką znajdziemy.
Każda z nas poszła na takie a nie inne studia przez swoje zainteresowania, miłość do książek, ciekawość ludzi (powodów było wiele). Poznany chłopak otwarcie przyznał: „poszedłem na polibude, bo po tym kasa jest”. Na tym poziomie konwersacja o wybranych kierunkach mogła się zakończyć, ale dziecko (chłopak) było za głupie, żeby zachować się taktownie i w mieszkaniu humanistki (dziewczyna wyjechała do Norwegii, zarobiła odpowiednią kwotę i kupiła w Polsce za gotówkę mieszkanie) nie jechać po ludziach innych niż on. Zabrakło mu tego obycia, a przecież to my, pracujące, mogłyśmy wdeptać go w ziemię, bo nie żyłyśmy za pieniądze podatników tylko własne.
Zaczęło się od stwierdzenia, że nasze kierunki są beznadziejne, wywód ciągnął się przez wątki sugerujące naszą niższość, nieporadność, głupotę, pasożytnictwo (co jak co, ale my na niczyim garnuszku nie byłyśmy), a skończyło na tym, że nasze kierunki powinno się zlikwidować, bo on nie zamierza w przyszłości płacić podatków na takich pasożytów (bezczelnie użył tego słowa) jak my.
Wszystkie próbowały być grzeczne i tak niewinnie wytłumaczyć mu, że one lubią to, co robią i że były świadome tego, że pracy mogą nie mieć po studiach. Ja jednak nie wytrzymałam (dziecko przekroczyło granicę i próbowało udowodnić dziewczynom, bardziej doświadczonym na rynku pracy, że są gorsze, czego nie mogłam tolerować) i troszkę wdeptałam go w ziemię wytykając, że jest moim utrzymankiem, bo płacę podatki, a on bierze stypendium socjalne.
Po latach miałam okazję spotkać tego chłopaka, który miał wspaniale zarabiać i miał być rozchwytywany przez pracodawców. Miejsce, w którym natknęłam się na niego była poczekalnia w poradni ginekologicznej. Chłopak ubrany w garnitur próbował wbić się do gabinetu lekarskiego i przekonać do przepisywanie leków firmy, dla której pracuje. Chyba nie tak sobie wyobrażał swoją wspaniałą karierę zawodową.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz