środa, 19 lutego 2014

u specjalisty

Jak wygląda przeciętna wizyta u lekarza wie każdy Polak (a przynajmniej powinien wiedzieć, ponieważ wiele badań w dzieciństwie jest obowiązkowych): co dolega, jak długo itp. pytania. Istnieją jednak specyficzni specjaliści, których zapamiętuje się do końca życia (albo chociaż przez większą jego część).
W ciąży kobiety zwykle częściej chodzą do lekarzy, a ja wcale nie byłam wyjątkiem. Obok wielu comiesięcznych wizyt u ginekologa musiałam również bywać u specjalistów i lekarza rodzinnego. Tego ostatniego zmieniałam kilka razu: pierwszy do którego się zapisałam (a raczej udało mi się zapisać, bo studentki pracującej na umowę o dzieło nikt nie chciał zapisać) miewał dziwne nastroje i uważał, że każdy pacjent powinien leczyć się prywatnie (dbał o to żeby pacjenci chodzili do niego do domowego gabinetu), drugi miał swój gabinet (nie bez przyczyny) naprzeciw psychiatry i szczerze mówiąc pewnie wiele osób po wyjściu od niego od razu pragnęła odwiedzić tego drugiego lekarza, aby się upewnić czy wszystko z nim w porządku. Trzeci lekarz rodzinny cos tam sobie ciągle burkotał pod nosem do komputera, na którym administracja przychodni kazała wypisywać wszystko, co mało być zamieszczone w kartotece. Robił to oczywiście dwoma paluszkami, ciągle się mylił i pisał w tempie żółwim.
Jednak te osobistości ciągle wypadały i wypadają blado na tle wspaniałego specjalisty, który cieszył się powodzeniem jako niepodważalny autorytet w swojej dziedzinie. Dopiero wizyta u niego zweryfikowała poziom jego umiejętności. Na poczekalni byłam jedyną osobą młodą. W dodatku reszta miała przynajmniej powyżej sześćdziesiąt lat. Jakim cudem ja do niego trafiłam do dziś nie wiem.
Lekarz przyjmował każdego pacjenta minimum pięćdziesiąt minut (a przewidywano, że poświęci im maksymalnie dwadzieścia minut z osobna). Do tego dochodziły „przerwy organizacyjne”. Dopiero po wejściu do gabinetu odkryłam, co było powodem tych opóźnień. Lekarz wyjątkowo uprzejmy, uśmiechnięty, witał się ze mną. Później musiał po takim serdecznym przywitaniu zająć miejsce, co oczywiście sprawiało mu problemy, ponieważ po drodze potrącił długopisy i musiał je ułożyć idealnie co do milimetra. W tym czasie potrącał stosik z receptami i uznawał, że jest nierówny, co skłaniało go do zabrania stosiku i uklepywania. Kiedy w końcu udało mu się usiąść i położyć ręce przy klawiaturze to musiał ją oczywiście dokładnie wytrzeć. Później monitor, biurko. I znowu układanie długopisów…
W końcu udało mu się zapanować nad „nieładem” i zadać mi parę pytań. Po mojej odpowiedzi intensywnie wklepywał dane jednym paluszkiem w komputer. Po jakiś dwudziestu minutach w końcu był w stanie mnie zbadać i już do końca wizyty pisał i pisał, układał i układał.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz