poniedziałek, 17 lutego 2014

wiara w magię

Pewna bliska mi osobo od dłuższego czasu jest ciężko chora. Można powiedzieć, że nieuleczalnie, bo czym jest rak z przerzutami, jak nie wyrokiem śmierci?
Wzorowe małżeństwo, kierujące się prawdziwą (a nie udawaną) moralnością katolicką (nie udają Katolików tylko nimi są na co dzień). Zawsze byli dla mnie wzorem idealnego, zgodnego związku dwojga kochających się ludzi, działających ramię w ramię. Oboje od ukończenia studiów wspierali się wzajemnie w robieniu kariery, awansie. Kiedy na nich patrzyłam nabierałam wiary w ludzką dobroć. Byli całkowitym przeciwieństwem wszystkich tych, którzy wszem i wobec głosili swoją wyższość i nieomylność ze względu na wyznawany Katolizm (dla mnie taka udawana doktryna jest takim samym złem jak marksizm, stalinizm, hitleryzm itd.).
Ich dzieci są już dorosłe i wychowane w duchu chrześcijańskiej moralności (otwartości i miłości dla bliźnich). Szczęśliwa rodzina, której wszystko się udawało, ponieważ wiedzieli, że razem zdziałają więcej niż osobno. Pracowali ciężko, aby spełnić swoje marzenia i udało im się: zbudowali olbrzymi dom (bez pomocy swoich biednych rodziców), wychowali dzieci i posłali na studia.
W ich towarzystwie czas stawał w miejscu i opadały wszelkie gwałtowne emocje. Spokój i ciepło ich domowego ogniska przyciągało wielu ludzi. Byli wśród nich księża, ludzie świeccy, ateiści itd. Dla nich nie ważne było, kim się jest, skąd przychodzi i ile się posiada. Przyjmowali każdego, kto otwarty był na wymianę poglądów, doświadczenia i bezinteresowność, jaką obdarzali innych.
On zaczął chorować: bóle kości, wrzody żołądka itd. itp. Po dokładnych badaniach okazało się, że to rak i w dodatku w zaawansowanym stadium. Przeszedł operacje, naświetlenia. pojawiły się kolejne bóle. To były przeżuty.
Nie tracili wiary. Bóg dawał im siłę. W przerwach między jego kolejnymi pobytami w szpitalu odbywali pielgrzymki: Częstochowa, Licheń i inne cudowne miejsca. Dawali na mszę za jego zdrowie. Prosili Boga, aby on wyzdrowiał.
Jego walka, wiara i nadzieja, że jutro znowu się obudzi sprawia, że intensywniej zaczęłam myśleć o życiu, o tym, jakie powinno być. Jego radość z kolejnych przeżytych chwil onieśmiela mnie - czasami niezadowoloną, czasami nieufną, czasami zdystansowaną.
Kiedy siedziałam przy jego łóżku i widziałam, jak podaje sobie morfinę, by uśmierzyć ból, siedziałam jak sparaliżowana. Jeszcze bardziej podziwiałam ją - jego żonę, która była przy nim, która dodawała mu otuchy i wiary w jutro (bo w takich chwilach nie chce się wierzyć w kolejne wspólna lata, tylko w to, że jutro nadejdzie).
Mijały miesiące. Leczenie, operacje, modlitwy i wiara nie pomagały. On cierpiał coraz bardziej, a ona musiała wkładać coraz więcej wysiłku w to, by mu nie pokazywać, jak bardzo jej ciężko.
Czasami, kiedy stałyśmy przed szpitalem, ona odwracała się, by ukryć przed obcymi swoje bezgłośne łzy. Wtedy ja grałam, tak jak ona przed nim. Opowiadałam jej, że jutro będzie lepiej, że ten koszmar się skończy.
Pewnego dnia, kiedy wyszedł ze szpitala, ona zadzwoniła do mnie. Opowiadała o wizycie księdza, o mszy, o namaszczeniu chorych. Łkała do słuchawki mówiąc, że uwierzyła już we wszystko. Jest Katoliczką i było jej wstyd, ponieważ tego dnia zawiozła go do bioterapeutów, którzy mieli mu pomóc. To było wbrew jej przekonaniom, wbrew jej prostocie wiary w Jednego.
-Może to głupie, ale ja wierzę, że to może mu pomóc - mówiła - chcę wierzyć, że to się skończy.
Choroba, niepowodzenie sprawia, że jesteśmy gotowi na wszystko, czego byśmy się po sobie nie spodziewali.
Nie mogę pisać, że doskonale ją rozumiem. Staram się zrozumieć, lecz nigdy nie zaznam tych uczuć dopóki sama nie przeżyję podobnej tragedii (czego ani sobie ani Tobie nie życzę).

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz