sobota, 1 marca 2014

małżeństwo kontra związek partnerski

Niedawno na pewnym portalu natknęłam się na artykuł na temat „lepszości” małżeństwa nad związkiem partnerskim. Autor zachwalał formalny związek za jego stabilność, pewność bycia z drugą osobą, wspólną odpowiedzialność itd. W pierwszej chwili nawet dałam się przekonać, ponieważ u mnie jak dotąd związki nie wypalały, dlatego że ograniczałam bycie z kimś do spotkań na mieście czy pojedynczych nocy spędzonych razem. Mieszkałam z jednym z chłopaków tylko raz i to krótko. Było na tyle kiepsko, że do tej pory nie odważyłam się na powtórkę i raczej bez ślubu nie odważę. A i na sam ślub też pewnie nie starczy mi sił i ochoty.
Autor jednak pisał bardzo przekonująco o stabilności i spokoju jakiego zaznają dzieci w tradycyjnej rodzinie, w której wszystko jest legalne. Nawet chciałam skomentować, że popieram owe poglądy, ale przypomniała mi się jedna znajoma, która miała dzieci wcześniej ode mnie i ślub brała jeszcze na studiach. Kilka lat mieszkali razem z rodzicami. Później postarali się o dziecko i miejsca było mało, więc zainwestowali w dom na wsi (a że na wsi to nawet tanio było). Po urodzeniu pierwszego dziecka koleżanka zaszła w kolejną ciążę i zaczęła mieć problemy zdrowotne, przez co jej mąż nie do końca był usatysfakcjonowany z małżeństwa. Początkowo wydawało się, że uciekł przed problemami w pracę. Później okazało się, że wcale przez to więcej nie zarabia, a wręcz wziął kilka razy tak zwany „kredyt na dowód”.
Koleżanka dowiedziała się o wszystkim, kiedy przyszło pismo z banku o konieczności spłacania rat. Oczywiście przeprowadziła z mężem rozmowę na ten temat. On nie ukrywał niczego: potrzebował na prostytutki! Ona poprosiła go, by rozmawiał z nią o potrzebach, by mogli w miarę możliwości je zaspokajać. Do rozmowy już więcej nie wracali. Mąż wracał raz wcześniej raz później.
Koleżanka jakoś w siódmym miesiącu musiała dwa tygodnie spędzić w szpitalu. Kiedy została wypisana ze szpitala nikt po nią nie przyjechał. Zadzwoniła po taksówkę i pojechała do domu, gdzie zastała obcą kobietę. Nim zdążyła spytać się, kim ona jest mąż poinformował ją, że ta pani mieszka z nimi i śpi z nim…
Starsze dziecko na szczęście było u rodziców, ponieważ jej mama nie pracowała. Koleżance nie pozostało nic innego, jak z torbą pełną ciuchów, z którymi była w szpitalu, pojechać do rodziców. Po urodzeniu dziecka zaczęła starać się o rozwód. W tym czasie starsze dziecko było rozszarpywane (przez męską złośliwość) między dwoma domami. Nagle jej mąż czuł instynkt rodzicielski i mógł mniej pracować. Nagle też pragnął, aby rodzina wyglądała normalnie (tyle, że z panią sypiającą z nim w komplecie). Dopiero po udowodnieniu mu winy koleżanka dostała rozwód. Ciekawe jaką stabilność odczuły te dzieci.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz