środa, 30 listopada 2022

Magdalena Zarębska "Ciotka" il. Katarzyna Domżalska


„Mojego ciała, mojej macicy nie obchodził fakt, że ja, Alicja, mam inne sprawy na głowie! Czy naprawdę do mojego organizmu nie docierało, że jestem na to wszystko ZA MŁODA???”
Dojrzewanie to najtrudniejszy czas w życiu dziewczyn. Muszą mierzyć się z burzą hormonów, nadążać za zmieniającym się ciałem i zdobywać informacje o własnym ciele, a do tego być pilnymi uczennicami i pomocnymi córkami. Życie nastolatek obfituje w wyzwania, z których często nie zdajemy sobie sprawy, bo większość doświadczeń jest już dla nas codziennością, do której przywykliśmy i można śmiało pokusić się o stwierdzenie, że stały się elementem codziennej rutyny. Zawsze kiedy doświadczamy czegoś pierwszy raz przeżywamy to intensywniej. I tak jest właśnie w przypadku kilkunastoletnich dziewczyn. Dowiadywanie się o nowych rzeczach, oczekiwanie na nie wywołuje lęk, z którym ciężko się mierzyć. Potrzebne jest wsparcie bliskich, ich obecność, rozmowa oraz ciepło, a także pokazanie, że w każdych okolicznościach nasze pociechy mogą na nas liczyć. I tak właśnie jest w książce Magdaleny Zarębskiej „Ciotka”.
„Najbardziej jednak lubię mój mózg. Bo myśli. A kiedy mój mózg zajęty jest myśleniem, to dochodzę do różnych ciekawych wniosków”.
Opowieść otwiera początek czegoś w stylu dziennika. Jedenastoletnia Alicja opowiada o sobie, swojej codzienności, relacjach z bliskimi. Na początku poznajemy jej rodzinę, a następnie zajrzymy do szkoły. I tam odkryjemy, że jej najlepsza przyjaciółka zaczęła się dziwnie zachowywać. Szybko okazuje się, że to z powodu pierwszej miesiączki. Alicja nie bardzo rozumie, o czym jej koleżanka mówi. Przecież są jeszcze dziećmi.
„-Mówiliśmy o tym na biologii! Niedługo wszystkie dziewczyny w klasie będą miesiączkować!
-Jak to wszystkie? Ja też?”
Świadomość, że już mogą mieć okres przeraża Alicję. Między różnorodnymi aktywnościami zaczyna szperać w Internecie w poszukiwaniu informacji. Oczywiście zdaje sobie sprawę, że powinno się korzystać wyłącznie z wiarygodnych źródeł, czyli napisanych przez specjalistów. I tak robi. Jednak znalezione tam informacje sprawiają, że jest w szoku: kiedy dostanie okres jej ciało będzie gotowe na zapłodnienie. A przecież sama jeszcze jest dzieckiem.
„Zagłębiłam się w temat i po plecach przebiegł mi zimny dreszcz.
Przeczytałam wyjaśnienie ponownie. I jeszcze raz. I jeszcze.
To było wprost niedorzeczne!
Wiem, że nie wszystko, co piszą w Internecie, jest prawdą. Autorem tego artykułu był jednak lekarz ginekolog, a to, o czym doktor pisał, zostało poparte badaniami medycznymi.
A wynikało z nich ni mniej, nie więcej, że pojawienie się pierwszej miesiączki to kolejny etap w stawaniu się KOBIETĄ, gotową do rozrodu…
Skrzywiłam się. Kto wymyśla te wszystkie określenia? Potrzebowałam dłuższej chwili, żeby znaleźć sposób, jak powiedzieć to w mniej szokujący sposób. Wreszcie mi się udało.
Kiedy osoba posiadająca macicę zaczyna miesiączkować, oznacza to, że jest gotowa do tego, żeby zajść w ciążę”.
Magdalena Zarębska zabiera nas w świat dziewczyny, która jest zaskoczona tym, że menstruacja może ją zaskoczyć. Zaczyna wiele rzeczy dostrzegać w otoczeniu. Jest też zawstydzona zmianami. Pisarka uświadamia młodym czytelnikom, że to, co się dzieje z ich ciałami to całkiem normalna sprawa.
„Połowa ludzkości miesiączkuje i jest to całkiem normalne doświadczenie”.
Normalność idzie tu w parze z uświadamianiem, z czym wiążą się zmiany, jakich konsekwencji możemy się spodziewać. I właśnie z tego powodu pojawia się motyw ciąży. Zwłaszcza, że jedna z uczennic dostrzega, że jedna z nauczycielem ma większy brzuch. Do tego dochodzi uświadamianie, na temat praw w czasie zajęć sportowych, wskazanie, w jaki sposób nie rezygnować z przyjemności i aktywności, jak akceptować to, co się dzieje z naszym ciałem. Koleżanki Alicji po kolei doświadczają tych zmian. Mogą ten trudny czas przetrwać mniej stresująco wspierając się.
Bardzo podobają mi się postawy, które opisuje Magdalena Zarębska. Bohaterki nie bagatelizują swoich emocji i są otwarte na innych, potrafią dać im wsparcie. Czasami są zazdrosne o doświadczenia, czasami przestraszone tym, że je też to czeka, a kiedy któraś jest zaskoczona pierwszą miesiączką przychodzą z pomocą. Z książki dowiemy się również, że każda dziewczyna inaczej doświadcza i przechodzi te wydarzenia. Mamy tu poważne podejście do emocji bohaterek.
„-Fajnie byłoby nie mieć miesiączki…
Spojrzałam na nią ze zgrozą.
-Oszalałaś? Chciałabyś być w ciąży?
-Nie! Po prostu okres to piekielnie męcząca sprawa!
-Czegoś tu nie rozumiem. – Karolina znów ściągnęła brwi. – Co ma wspólnego okres z ciążą?
Wtedy się wyprostowałam i spojrzałam na nią z błyskiem w oku. W tej kwestii byłam ekspertem!
-Kiedy ktoś zaczyna miesiączkować, oznacza to, że może też zajść w ciążę – oznajmiam z przekonaniem. – To okropnie niesprawiedliwe, ale tak jest!”.
Całość dopełnia piękna szata graficzna, ciekawa kolorystyka, bardzo dobrze zszyte strony oraz solidna oprawa.







Szlam

Po zakończonej misji dobrze jest wrócić w rodzinne strony. Dom mamy był już stary. Bardzo stary. Każdy jego zakamarek, aż prosił o remont. Mimo tego powrót tu, a nawet zajęcie się doprowadzaniem tego miejsca do ładu i tak dadzą więcej wytchnienia niż to, z czym miałam do czynienia w ciągu ostatniego roku. W myślach wracałam do obrazów z misji i wystawiałam twarz do słońca. Było cicho, spokojnie, sielsko. Pszczoły, osy, trzmiele zgodnie bzyczały zbierając dla siebie pokarm i przy okazji zapylając kolejne rośliny. W ogrodzie pęczniały pomarańczowe brzuszyska dyń, połyskiwały zielone cielska kabaczków i cukinii, przyciągały wzrok ciężkie pęki czerwieniejących pomidorów, radlonki z ziemniakami pękały zapowiadając obfity zbiór, a grusze i jabłonie łamały gałęzie pod ciężarem owoców, które trzeba było zerwać szybko, żeby nie uszkodziły całego drzewa, aby w kolejnym roku mogło ponownie miło zaskoczyć słodyczą swoich owoców. Obchód zrobiłam od razu po przyjeździe. Nawet nie wypakowałam walizki. Weszłam tylko do domu, skorzystałam z łazienki, twierdząco odpowiedziałam na pytanie o kawę i poszłam zobaczyć jak to wszystko wygląda. Przyroda dbała o mamę. Była obfita. Natomiast pozostałości dawnego gospodarstwa były w ruinie. Mury pękały, tynk schodził obnażając cegłę z początków ubiegłego wieku. Można to kleić, reperować, ale nie było sensu. I tak w tych pomieszczeniach nie znajdą się już żadne zwierzęta. A gdyby nawet to stuletnie mury mają w sobie taką ilość oparów po wszystkich pokoleniach krów i świń, że dla bezpieczeństwa nowego nabytku lepiej ich tu nie umieszczać. No i jeszcze w grę wchodziło budownictwo. Było strasznie niepraktyczne: za małe okna, brak bieżącej wody, kiepska kanalizacja. Wszystko trzeba by zrównać z ziemią, aby móc wybudować coś sensownego i nieprzysparzającego dużej ilości pracy. Tylko po co? Dla kogo?
Dzień zszedł nam na piciu kawy, jedzeniu ciasta drożdżowego ze śliwkami polanego ozdobnie gorzką czekoladą i zbieraniu gruszek. To one miały iść na pierwszy ogień w robieniu zapasów na zimę. Zmywarka wydawała bulgoty i odgłosy przelewającej się wody, kiedy myłyśmy i osuszałyśmy kolejne owoce, suszyła naczynia, gdy pracowicie kroiłyśmy na ćwiartki, a później wkładałyśmy do słoików, zasypywałyśmy cukrem, dodawałyśmy odrobinę ciepłej wody z niewielką ilością octu i po kilka goździków tak jak to robiła babcia, aby kompoty na zimę nie były mdłe. Słoiki pełne owoców w kolorze słońca wylądowały w wielkim kotle w budynku gospodarczym. Parownik był jednym z tych elementów, który jako pozostałość po dawnych czasach nadal dobrze służył. Oczywiście nie był tak stary jak budynki. Wymieniono go jeszcze przed moim wyjazdem, a raczej wyprowadzką, bo po wyprowadzce wracałam regularnie. Raz częściej, raz rzadziej, ale wracałam. Trochę z przymusu, troszkę z poczucia winy, a troszkę z obowiązku, bo wówczas trzeba było jeszcze zająć się dziadkami, których zwyczajne czynności przerastały.
Koło północy zmęczona poszłam po walizki do samochodu. Nie zdążyłam po nie sięgnąć, nie otworzyłam nawet pojazdu, nie zapaliłam żadnego światła od strony ogrodu, bo teren znałam dobrze, a do tego pełnia oraz uliczna latarnia dawały gwarancję dobrej widoczności. Od dzieciństwa nic tu się nie zmieniło. Mogłam chodzić z zamkniętymi oczami. No, może nie z zamkniętymi, ale ciemności oświetlane częściowo uliczną latarnią nie były wyzwaniem.
Moją uwagę przykuły jakieś hałasy i odgłosy i światłą. Dochodziły spod ostatniego budynku, pod którym zaparkowano dziwny pojazd. Dziwny, bo nietypowo duży. Co to było? Nie zastanawiałam się długo tylko popędziła sprawdzić, co tam się dzieje. Ujrzałam grupkę ludzi dewastujących teren, niszczących grządki z dyniami, cukinią, pomidorami, pietruszką i wszystkim tym, co miało pozwolić mojej mamie przetrwać zimę. Może też i mi, bo po ostatnich przygodach jeszcze nie wiedziałam, czy chcę wrócić do pracy choć teoretycznie nadal w niej byłam. Nawet tu na prowincji. Pieniądze, co prawda miałam i mogłam kupić wszystko, ale co swoje to swoje.
Zaskoczyło mnie to, że ze stodoły wynoszą różnorodne żelastwo. Kto by to kradł? Przecież to bezwartościowe jest. No, może paręset złotych można na całości zarobić, ale żeby aż tak się poświęcać dla tych paru stów? Sama myślałam o tym, aby komuś zapłacić za wywiezienie zawartości budynków, rozebrać je w końcu, aby nikogo nie przygniotły, a tu kamikadze w środku nocy opróżniają stodołę. Szaleńcy jacyś. A później przypomniałam sobie prowincjonalną biedę, brak pracy. Wszystko to, co pamiętałam z dzieciństwa. Ten świat już dawno przestał być mój, więc i ja nie pamiętałam o nim. Potrzebowałam takich wydarzeń, aby sobie o tym przypomnieć.
-Policja już jedzie – krzyknęłam, żeby przepłoszyć intruzów.
-Głupia suka. Wszyscy wiedzą, że z nami trzeba grzecznie. Żadnej policji – odkrzyknął mężczyzna.
Mimo tego zebrali się i odjeżdżali niszcząc kolejne grządki. Z wyjazdem nie mieli problemów. W tej części nikt poza najbliższym otoczeniem domu nie miał płotów. Każdy na grządkach miał to samo, więc tylko czasami ktoś komuś podkradł troszkę warzyw, ale zwykle solidarnie dzielono się nadwyżkami, więc i to nie było potrzebne. Dla tych paru sztuk marchwi, czy buraków nie opłacało się wydawać dużych pieniędzy na ogrodzenie. To ułatwiało też pracę wiosną i jesienią. Można było swobodnie przejechać traktorem z pługiem i przeorać wszystkie ogrody, aby mniej się napracować. Tyle, że żaden taki pojazd bez przyczep nie mógł pomieścić niczego w sobie. A już na pewno nie taką ilość osób (naliczyłam koło dziesięciu) i całego tego żelastwa. Co to było?
Wróciłam do domu ze spokojem i postanowiłam o niczym nie mówić mamie. Po co ją denerwować całym zajściem. Będzie miała problem ze spaniem. Niech odpocznie. To był dla niej wyczerpujący dzień
Wyjmowałam walizkę z samochodu, kiedy na dachu pobliskiego budynku usłyszałam hałas. Spojrzałam do góry. W świetle pobliskiej latarni zobaczyłam człowieka. Sama na szczęście nie byłam widoczna. Razem z pojazdem znajdowałam się w cieniu, jaki dawał budynek gospodarczy.
-Widzicie tę butlę? Zaraz poszybuje do suki – wrzasnął mężczyzna i rzucił małą butlę gazową w okno kuchni, w której jeszcze parę godzin wcześniej siedziałam z mamą pijąc kawę i przygotowując owoce na zimę. Szyba się rozpadła, ale nic się nie stało. Zero wybuchu, którego można było się spodziewać tak silnym uderzeniem. Skąd ten człowiek miał tyle siły, żeby tak daleko rzucić? Przecież od sąsiedniego budynku dzieliło ich ze 30 metrów. Później uświadomiłam sobie, że znowu myśli jak miastowa. Przecież tu mężczyźni są wyćwiczeni. Praca wymaga siły. Do tego „pocisk” leciał z góry, więc miał szansę polecieć daleko. Ciężki też nie był, bo to tylko mała butla. Pewnie jedna z tych po babci. Jeśli tak to pusta. Jednak to na pewno nikt miejscowy – przyszło mi na myśl.
Zawahałam się, sięgnęła w samochodzie po M200 i popędziłam do domu, a tam na strych, gdzie usadowiłam się przy czymś, co w domu nazywano „szlapą”, a było okienicą zamykającą okienko bez okna. Przez szpary doskonale widziałam wszystkich „pasażerów” samochodu. Mężczyzna znowu coś miał w ręku o zamierzał rzucić. Już się zamachnął, kiedy oddałam trafny strzał. Wyciszony karabin dał tylko odgłos pędzącej kuli, która przecięła powietrze, podcięła lewą nogę agresora w kolanie, przez co wyglądało, jakby zachwiał się na skośnym dachu. Spadł. Jego towarzysze zdezorientowaniu próbowali ocenić, co się stało, ale nie widzieli nic poza złamanymi rękami i nogami, a może nawet kręgosłupem. Taszczyli nieprzytomne ciało do pojazdu, którego nadal nie potrafiłam ocenić czym był. Widziałam przecież tak wiele różnych samochodów, busów, autobusów, ale to nie przypominało nic z tego. Przecież autobusem nie wjechaliby na ogród. Utknęliby. Podwozie za wysokie. Serce biło mi jak oszalałe. I nagle mnie olśniło: nie mogę tak ich zostawić. Jak zgłoszą na policję zaczną się pytania o postrzelenie. Muszę coś zrobić.
Strzelałam szybko i sprawnie podcinając każdemu nogi. Nie ma to jak celny strzał w kolano. Nim się zorientowali, co się stało byli unieruchomieni. I wtedy dopiero schodząc ze strychu i idąc do napastników zadzwoniłam na policję, aby poinformować, że jestem napadnięta i ktoś rzuca w dom. W myślach biłam się, że niepotrzebnie dzwonię, a z drugiej strony. Moje wątpliwości rozwiał rozmawiający ze mną policjant dyżurujący na pobliskim komisariacie.
-Znamy ich – powiedział policjant. – To szajka, która od kilku lat plądruje wszystkie gospodarstwa, opróżnia wszystkie budynki. Ludzie informują po miesiącu od zdarzenia, bo się boją. Są nieuchwytni.
-Kiedy przyjedziecie?
-Teraz?
-Tak, teraz.
-Nie wiem. Patrol jest na interwencji u jakiś pijaczków, a później nie wiem, co jeszcze.
-Ale tu są zbiry.
-Pani może nie wie, ale zbirom czasami lepiej nie wchodzić w drogę. Oni są niebezpieczni. Grabią, gwałcą i zabijają. Nawet policjantów – powiedział i się rozłączył.
Nie przyznałam się, że strzelałam do nich. Co to to nie. Wiedziałam, że w takim wypadku zrobiliby ze mnie winną ataku na biednych przejezdnych. Po słowach policjanta nie miałam wątpliwości, co powinnam zrobić. Wzięłam z budynku gospodarczego kanister z benzyną, kazałam wszystkim wyskakiwać z portfeli i wsiadać do pojazdu. Był to bus na wysokich kołach. Jakaś przeróbka. Musiał być wśród nich dobry mechanik, który gdyby wziął się za porządną robotę zarobiłby więcej szmalu niż w czasie rabowania ludzi po nocach. Opróżniłam portfele z pieniędzy, związałam wszystkich sznurkami, przeszukałam pojazd, znalazłam jeszcze walizkę i plecak na tyłach pojazdu. Kiedy otwarłam zaskoczona aż zaklęłam.
-Będzie na pokrycie strat jakie zrobiliście. I nie tylko. Wyrządziliście tyle zła, że trzeba to ludziom wynagrodzić. Byli głośni i zbulwersowani. Siedzieli z przestrzelonymi nogami, przywiązanymi rękami do siedzeń i jeszcze się odgrażali. Miała na mnie spaść zemsta. Czyżby nie zdawali sobie sprawy, że to ja ich zdjęłam? Każdego? Czy przypisywali mi wyłącznie wprawne związanie? Czy nie przyszło im na myśl, że gdybym nie była mistrzynią w sztukach walk to nie miałabym szansy nawet z postrzelonymi. Widocznie nie.
Wzięłam walizkę i plecak, przerzuciłam przez płot ogrodzenia i wskoczyłam do pojazdu. Już po chwili pędziłam w kierunku lasu. Zawsze psioczyłam, że jest od tak daleko od budynków. Teraz się z tego cieszyłam. Kolejna rzecz, która przyszła mi na myśl to to, że dobrze, że już po żniwach. Przynajmniej pożar się nie rozprzestrzeni.
Zaparkowałam pod krzyżem stojącym wśród lip oraz dzikich grusz i śliwek. Polałam zawartość pojazdu benzyną, poprawiłam z wierzchu. Dopiero wtedy napastnicy zaczęli sobie zdawać sprawę z tego, co ich czeka. Padały argumenty, że będę miała na sumieniu ludzi.
-Nie wy pierwsi i nie ostatni. Parunastu kolejnych różnicy nie robi – odpowiedziałam na religijne argumenty o piekle.
Piekło to ludzie robią sobie na ziemi. Nie muszą mieć kolejnego po śmierci – pomyślałam podpalając pojazd. Ogień natychmiast zajął całość, a ja szybkim krokiem ruszyła do domu. Nie chciałam patrzeć na żywe pochodnie i wybuch pojazdu, nie chciałam pozostawić po sobie żadnych śladów, więc szłam skrajem trawiastego rowu i kamienisto-asfaltową jezdnią unikając piasku, na którym każdy mój krok były widoczny. Wiedziałam na jakie szczegóły zwracać uwagę. W końcu przeszłam bardzo dobre przeszkolenie.
Oddalając się od płonącego pojazdu myślami przeniosłam się do wydarzeń sprzed paru miesięcy. Nowoczesny budynek miał wiele zabezpieczeń i dużo korytarzy, pokojów ze sprzętem laboratoryjnym. Przylegał do starej hali produkcyjnej, w której na środku znajdował się basen. W jakim zakładzie w ubiegłym wieku budowano baseny na środku hali? Może jakiś browar czy cukrownia czy coś w tym stylu – próbowałam wywnioskować. Nic mi do tego nie pasowało. Do tego nie było żadnych danych na temat lokalizacji dawnej fabryki. Tak jakby to miejsce nie istniało, a jednak było i ja w nim pracowała. Nikomu nie można było wchodzić do części z basenem. Zresztą samo nie zachęcało do odwiedzin. Do tego zamykany na kod, którym dysponowało paru opiekunów tej części. Pomieszczenie wyglądało jak zaszlamione akwarium tylko w takim gigantycznym rozmiarze. Wszędzie naleciałości zieleni. Nie było widać płytek. Nawet szyby dzielące tę starą część od nowej pokryte były tym czymś, co kojarzyło mi się z chlewami na wiosnę. Czyściło się je denaturatem, ściany myło, bieliło, aby zwierzęta miały czysto. A tu ta zieleń rozrastała się i wydawała się szukać ujścia. Tworzyło to mroczną atmosferę. Zawsze, kiedy przechodziłam obok miałam irracjonalne poczucie zagrożenia. Przystawałam, wpatrywałam się, a moje serce z niepokojem biło szybciej. Raz nawet podskoczyłam z krzykiem, kiedy zauważyłam, że woda zabulgotała i spojrzała na mnie para czarnych oczu. Były hipnotyzujące. Od tamtej pory jakaś siła ciągle pchała mnie w okolice tej części. Ba, zmuszała mnie nawet do zastanawiania się jak tam się dostać bez posiadania odpowiedniej przepustki. Tylko nieliczni mieli tam wstęp. To wiązało się z ich wtajemniczeniem w całą sprawę.  Nie miałam ani jednego ani drugiego. Miałam za to wewnętrzną potrzebę dostania się tam. Byłam jak ćma lecąca w stronę ognia: nic nie było w stanie jej powstrzymać.
Głośny wybuch przywrócił mnie do teraźniejszości. Właśnie wchodziłam między zabudowania. Od domu mamy dzieliło mnie pięć budynków sąsiadów. Wyjęłam telefon zadzwoniłam na  numer alarmowy i poinformowałam o dziwnych wydarzeniach dzisiejszej nocy oraz usłyszanym wybuchu. Zasugerowałam, że może kogoś wysadzili tak jak chcieli to zrobić ze mną i pewnie jest pożar do gaszenia. Syreny zawyły już po minucie. Mimo funkcjonowania ochotniczej straży pożarnej gaszenie pożarów i pomoc w mieście działała bardzo sprawnie. W duchu pogratulowałam sobie, że nie zadzwoniłam wcześniej. Za dużo śladów byłoby, a tak pojazd wybuchł, pobliskie drzewa na pewno pomogły w zatuszowaniu jakichkolwiek śladów.
Walizkę i plecak spod płotu wrzuciłam do samochodu. Muszę obmyśleć jak wykorzystać te pieniądze, aby fiskus się nie przyczepił, że wydaje więcej niż zarabiam. Może powinnam otworzyć jakąś fundację pomagającą osobom z miasteczka. To w końcu w pewnym sensie ich pieniądze, bo byli grabieni wystarczająco długo, aby uzbierała się taka suma. Jutro o tym pomyślę. Teraz jeszcze tylko strych, schować M200 w jakimś zakurzonym kącie w razie kontroli, zatrzeć ślady, w razie jakichkolwiek wątpliwości policji. Jednak po wcześniejszej rozmowie nie oczekiwałam jakiegoś wyjątkowego rozwoju sytuacji i wielkiego zainteresowania organów ścigania. Chyba że… Nie, raczej nie. To tylko zbiry. Cwane, aroganckie mające poczucie bezkarności, ale tylko zbiry. Nie mogą mieć pleców na jakichkolwiek szczeblach policji.
Spać położyłam się po dokładnym umyciu, wrzuceniu rzeczy do pralki i z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Nauczono mnie, że nawet, kiedy wszystko się wali i człowiek nie ma sił dowlec się do łóżka ważniejsze od odpoczynku jest zniszczenie wszelkich śladów. Jak mawiała babcia „Strzeżonego Pan Bóg strzeże” i „Lepiej dmuchać na zimne”. Zawsze wolałam dmuchać. Raz tylko zdarzyło się, że tego nie zrobiłam, bo ciekawość była silniejsza niż jakikolwiek rozsądek. I znowu jej myśli na moment powędrowały do czasów, kiedy codziennie stawałam wpatrując się przez szybę w oszlamiony basen. Serce biło mi wówczas jak oszalałe. Nie była sama. Mój partner też wpadł w amok. Przychodziliśy tu we dwoje choć wiedzieliśmy, że nie powinniśmy, że każda kamera rejestruje naszą obecność tu i jesteśmy przez to ciągle intensywniej obserwowani. Agencja jednak nas potrzebowała. Jesteśmy specjalistami. Do tego i tak już wiedzieliśmy dużo za dużo. Takich ludzi lepiej trzymać blisko siebie niż zwalniać.
Do dziś nie wiem, czy to, co się stało było pokierowane przez chęć zastraszenia ich przez zarząd czy tylko przypadek. W każdym razie w czasie, kiedy jedna z opiekunek basenu weszła tam w białym kombinezonie partner skorzystał z niedomkniętych jeszcze drzwi i wtargnął do pomieszczenia. Poślizgnął się na zielonej posadce pełnej szlamu i wpadł do brei znajdującej się w zbiorniku. Moje serce zamarło, a później przyspieszyło jak oszalałe. Nie wiedziała, co ma zrobić i jednocześnie byłam przekonana, że muszę działać. Opiekunka w białym kombinezonie widząc, co się dzieje wycofała się. Stałyśmy obok siebie i wpatrywałyśmy się w pomieszczenie zastanawiając się, co się stanie. Ku memu zaskoczeniu coś wyrzuciło mojego partnera poza basen. I to tuż pod drzwi. Razem z opiekunką otwarłyśmy pomieszczenie, szybko przeciągnęłyśmy go na zewnątrz. Po zablokowaniu drzwi nastąpiła jakby eksplozja, zielony szlam uderzał w szyby, które sprawiały wrażenie jakby miały zaraz pęknąć. Na szczęście były pancerne. A co jeśli tam jest coś, co sobie i z nimi poradzi.
Na korytarzu pojawiły się służby ratunkowe oddziału. Partner wylądował na noszach, osłonięto go foliowym zabezpieczeniem i przetransportowano w stronę skrzydła z laboratorium.
-Nie powinien wylądować w ambulatorium? – Spytałam zdziwiona.
-Na ambulatorium jest już za późno – stwierdziła opiekunka basenu. -A ty szubko ze mną do komory neutralizującej nim będzie za późno.
Ekipa sprzątająca po zdarzeniu pojawiła się nim opuściłyśmy korytarz. Kątem oka za szybą dostrzegłam jeszcze jakiś ruch, a później zobaczyłam ogon jak u delfina. Delin? W tym szlamie? Przecież one żyją w słonej wodzie. No, może jakiś gatunek w basenach, więc pewnie też są te słodkowodne. Ale w szlamie? – moje myśli galopowały podsuwając kolejne pytania i uświadamiając mi, że zdecydowanie za mało wiem o świecie. Studia nie uczyniły mnie wszechwiedzącą. Nawet te przyrodnicze.
Kiedy wyszłyśmy spod strumieni wody ze środkiem dezynfekującym zapytałam:
-Tam jest delfin?
Towarzyszka wybuchnęła śmiechem.
-Delfin? Nie. Dlaczego tam miałby być delfin.
-Coś chyba widziałam. Jakby rybi ogon.
-Jak już to ssaczy – stwierdziła opiekunka basenu.
-Ssaczy?
-Delfiny są ssakami.
-A, no, faktycznie. No, ale wiesz, o co mi chodzi? – Spytałam niepewnie.
-Wiem. Lepiej, żebyś nie drążyła tematu. A ten delfin to mutant. Nie jest groźny.
-To, po co te zabezpieczenia? – Zdziwiłam się jeszcze bardziej.
-On nie jest groźny. To pupil tego, czym się opiekujemy. Taki kotek w wersji szlamowej. Dzięki temu możemy bezpiecznie wejść, żeby pobrać próbki, zmierzyć różne parametry, rozmieścić nowe czujniki.
-Co tam jest?
-Coś co prawdopodobnie może nam pomóc w eksploracji kosmosu, zaludnianiu wiecznych zmarzlin na innych planetach i zmianie ich klimatu w taki jak u nas.
-To coś ma moc zmieniania klimatu? – Zszokowana zapytałam wolno i z naciskiem.
-W sumie i tak już wiesz za dużo i pewnie teraz już będzie wciągnięta w projekt. Tak, to coś może zmienić klimat. Musimy tylko stworzyć warunki pozwalające na przetransportowanie tego w rakiecie na inną planetę.
-A jakie są trudności?
-Przede wszystkim trzeba tam przenieść cały basen.
-No to nie jest to łatwe zadanie. Ciężkie to – stwierdziłam marszcząc brwi.
-Ciężar jest tu najmniejszym problemem. To coś nie niszczy jedynie solidnego betonu pokrytego szkłem pancernym i szyb pancernych. Wszystko inne nie stanowi dla niego żadnej przeszkody.
-Czyli z tego powodu testujemy trwałość różnych materiałów i to ono sprawia, że kolejne próbki zostają odrzucone. A nie można było tak od razu nam tego powiedzieć. Mielibyśmy ułatwioną pracę. Dwa materiały to już spora wskazówka. A tak szukaliśmy po omacku i nie wiedzieliśmy, co się dzieje, że kolejne próbki wracają przeżarte i starte.
Rozmyślając o tym zasnęłam snem niewinnego dziecka, które wcale nie ma na swoim sumieniu bandy istnień. Ukołysana odgłosami pojazdów straży pożarnej i policji, która nagle miała wystarczającą ilość pojazdów, aby zjawić się na miejscu zdarzenia.
Kolejny poranek na prowincji przyniósł ocenianie szkód dzwonienie do przedstawiciela producenta okien, aby wymienić na nowe, bo lecąca butla uszkodziła nie tylko szyby, sprzątanie szkła, tłumaczenie matce zajścia z nocy. Na szczęście okazało się, że bierze duże dawki lekarstw i nie zarejestrowała żadnych wydarzeń. Teraz właśnie przyszło mi na myśl, że i sąsiedzi pewnie coś musieli słyszeć. W myślach przeanalizowałam, co i kto mógł widzieć. Do tego przypomniałam sobie lata młodości. Wiedziałam, że tu nic nikomu nie ujdzie uwadze. Przynajmniej tak było jeszcze kilkanaście lat temu. Doskonale pamiętałam, kiedy kolega odwoził mnie po olimpiadzie z chemii do domu. Połączeń autobusowych już za bardzo nie było. Musiałabym czekać prawie do 22:00 na autobus. W domu byłabym pół godziny później, a następnego dnia o szóstej pobudka. Do tego siedzenie w mróz na dworcu w zimową noc nie było dobrym zajęciem dla nastolatki. Z ulgą przyjęłam propozycję kolegi z równoległej klasy, który stwierdził, że chętnie się przejedzie i ją odwiezie. Przez kolejne pół roku byłam bacznie obserwowana przez sąsiadów. Na początku wścibskie sąsiadki plotkowały, że jestem w ciąży. Później, że dałam się wyskrobać tak jakby skrobanie było w tym kraju na życzenie. Nie robiłam sobie nic z tych sensacji, ale żyjąca wówczas babcia bardzo się przejmowała. Była z tego pokolenia, w którym sensem życia kobiety było znalezienie męża, więc bała się o mnie, że z taką opinię dobrego chłopa nie znajdę. Ostatnią rzeczą, o której wówczas marzyłam było szukanie chłopa. Zwłaszcza, że patrząc przez wiele lat na zapitego ojca wiedziałam, że nie dam się wciągnąć w żadne małżeństwo. I tego trzymała się twardo. Miała prawie trzydziestkę i żadnego chłopaka. Seks, owszem, lubiłam. Uważałam jednak, że wiązanie się na dłużej grozi małżeństwem i emocjonalnym przywiązaniem, a później gotowaniem żaby, czyli przyzwyczajeniem kobiety do przemocy. Tego nie chciałam. Tak samo jak niepotrzebne były mi teraz plotki. Jednego mogłam być pewna. Na pewno nie słyszeli odgłosów strzału. Może jakąś awanturę na ulicy tak. Może nawet widzieli jak wsiadam do pojazdu.
Analizowałam, czy gdzieś zza firanki było widać jakkolwiek ruch. Nie mogłam sobie przypomnieć. Postanowiłam, więc zrobić rundkę po pobliskich domach w celu zebrania plotek. Ku mojemu zaskoczeniu nikt nic nie widział. Jedni byli na weselu, inni spędzili noc na SORze (błogosławione niech będą długie oczekiwania na pomoc medyczną, w kolejnym domu pustki, a sąsiadka poinformowała, że pusto, bo mieszkanka od tygodnia w szpitalu. Teraz właśnie sobie uzmysłowiła, że sąsiedztwo mamy jest tak samo stare jak jej rodzicielka: wszyscy z jakimiś chorobami, na lekach nasennych, a młodzi na weselach, a  starzy głusi i niedowidzący. I dobrze. Im mniej ludzie wiedzą tym lepiej.
Następnego dnia zjawiła się u mnie policja, aby poinformować mnie, że w czasie dzielnej akcji złapali sprawców, ale był mały wypadek i wszyscy zginęli na miejscu, więc w sumie sprawa jest zamknięta i nie będą potrzebne moje zeznania, bo nic nie wniosą.
-Są panowie niesamowicie dzielni. Dziękuję za ochronę i pomoc – powiedziałam poważnie, a w myślach szydziłam z ich oddania. Gdyby była zwyczajną matką -Polką jak moje rówieśniczki zatłukliby mnie i puścili dom z dymem i nikt niczego by nie widział, a tak zostałam uratowana przez dzielnych i oddanych policjantów.
-To nasz obowiązek droga pani – powiedział policjant i wsiadł do pojazdu prowadzonego przez partnerkę.
Ciekawe, dlaczego przyszedł sam, a nie razem z nią. Pewnie chciał się popisać swoją dzielnością i zrobić na mnie wrażenie – zastanowiłam się.
I wydawałoby się, że temat raz na zawsze zostanie zamknięty. Ku mojemu zaskoczeniu jeszcze w tym samym tygodniu pod dom ponownie zajechał samochód policyjny. Tym razem przyjechano zrobić oględziny terenu, spisać zeznania, zrobić zdjęcia.
-Potrzebują panowie dowodów napadu? Ale po co skoro sprawcy złapani i nie żyją, a sprawa ponoć zamknięta?
-My tu jesteśmy od zadawania pytań – uciął niemiło policjant, który jeszcze kilka dni wcześniej prężył przede mną pierś i z dumą opowiadał o udanej akcji ochrony.
Najbardziej zrozpaczona szkodami była matka. Ogród to jej życie, sens działań. Doglądanie owoców i warzyw, zamykanie ich w słoikach, aby zimą pełna kolorów spiżarnia pozwalała na przetrwanie. Jej stosunek do grządek był dość swobodny. Przecież wszystko można kupić – myślała, a później uświadamiała sobie, że może i można, ale trzeba mieć z czego. I wtedy właśnie docierało do niej, że rodzicielka mogła nie mieć wystarczającej ilości pieniędzy. Wiedziałam, że się u niej nie przelewa. Nigdy jednak nie rozmawiałyśmy o pieniądzach. Zwłaszcza, że ciągle zajęta była pracą i nauką. Pierwsze dawało porządne dochody, drugie zajmowało dużo czasu i skutecznie odciągało od martwienia się o cudze sprawy, a już na pewno finanse dorosłych członków rodziny, którzy przecież też pracowali. Myśląc o tym uświadomiłam sobie, że jestem tu już kilak dni, a mama ani razu nie wyszła do pracy.
-Mamo? Do kiedy masz urlop? -Zagadałam.
-Urlop? Ja? Nie.
-To dlaczego nie chodzisz do pracy?
-Zwolnili mnie. Redukcja etatów.
-To jak sobie radzisz?
-Dopiero miesiąc jestem bezrobotna. Mam zasiłek dla bezrobotnych – powiedziała matka z udawaną lekkością.
Postanowiłam lepiej przyglądać się matce. Miesiąc bez pracy i nic nie powiedziała. Ani jednego westchnienia czy napomknięcia, a przecież rozmawiały. Oczywiście sama unikałam tematu pracy, bo nie mogłam dzielić się wiedzą nad tym, nad czym pracowałam. Wymijająco powiedziałam, że tylko dostaje codziennie nowe próbki do badania i łączy różne substancje i coraz bardziej mnie to nudzi i męczy. Ostatnie dwie rzeczy były kłamstwem. Przemilczałam, że przeszłam poszerzone szkolenie wojskowe, że potrafi obsługiwać broń i nowoczesne systemy monitorowania i mam taki sprzęt na własny użytek, bo gdyby ktoś wiedział, że wiem to, co wiem to mam go prawo zlikwidować. I kilka razy już to zrobiłam. Im mniej wiedzą inni tym lepiej – powiedziała jej szefowa i tego się trzymałam. Nie miałam litości nawet dla przelotnych kochanków, którzy okazywali się szpiegami. Nawet przyjazd tu miał mi pomóc w pracy. Miałam oczyścić umysł i poobserwować naturę, żeby wpaść na nowe pomysły, więc tak naprawdę ciągle byłam w pracy. A z drugiej strony zastanawiałam się czy mogłabym odejść. A może zlikwidowano by mnie?
Jak każdy mieszkaniec miasta poszłam drogą prowadzącą do lasu, aby zobaczyć efekty zniszczeń i ślady, upewnić się, że niczego nie przeoczyłam. Jeśli nawet to pielgrzymki następnego dnia skutecznie zadeptały wszystko. Poczta pantoflowa działała tu sprawnie. Wieść o nocnych zdarzeniach rozniosła się szybko. W wersji podanej ludności policja dzielnie ścigała przestępców i niechcący przestrzeliła bak, co miało doprowadzić do pożaru. I ludzi wierzą w takie bajki – zaśmiałam się w duchu. A niech wierzą. Z pożytkiem dla mnie.

Jesteście ciekawi dalszego ciągu?


Seria "Czytaj i baw się": "Piracka przygoda" i "Bal z księżniczką"


Wydawnictwo Harperkids ma niesamowicie bogatą ofertę książek kartonowych z ruchomymi elementami. Znajdziemy wśród lektur takie wspaniałe serie jak „Moje pierwsze bajeczki”, „Pokochaj naturę”, „Zabawa i przygoda”. Oczywiście to nie wszystkie serie godne polecanie, ale takie, które szczególnie utkwiły mi w pamięci przez możliwość zabawy nimi. Teraz dołączyła do nich kolejna „Czytaj i baw się”. My sięgamy po tego typu książki, ponieważ moja córka po prostu kocha, kiedy z książką może zrobić coś poza zwykłym czytaniem i one dają jej taką możliwość.

Najnowsza seria to publikacje kartonowo-filcowe zabierające młodych czytelników w różne miejsca. Razem z bohaterami możemy przeżyć piracką przygodę, odwiedzić zwierzęta na farmie, jechać do miasta i pójść na bal z księżniczką. W każdej mamy inny pojazd do przemieszczania się. Umieszczamy do w specjalnych wycięciach i przewracając kolejne strony widzimy zmieniające się dookoła otoczenie. Wielkim plusem jest to, że ten ruchomy element sprawiający, że książeczki stają się publikacjami 3D mają są na wstążeczce czy tasiemce. Ona nie przeszkadza w czytaniu i przewracaniu stron. Każda z publikacji zabiera dzieci w inny obszar.
„Piracka przygoda” to opowieść o poszukiwaniu skarbu. Widzimy jak płyną po morzu, odwiedzają wyspy płynąć załączoną do książeczki piracką łodzią, którą wyjmujemy z okładki i umieszczany w specjalnych wycięciach. W czasie lektury dziecko musi wskazywać różnorodne elementy, odpowiadać na pytania. Przygoda kończy się wieczorem, kiedy bohaterzy żegnają się, aby udać się do łóżek.
Na tej samej zasadzie wygląda lektura „Balu z księżniczką” Wyjmujemy z okładki karocę i wędrujemy z bohaterami przez poszczególne strony. Tym razem udajemy się do królestwa, w którym wstaje piękny dzień zaczynający przygotowania na bal. Na ilustracjach znajdziemy ogród z kwiatami, pszczołami, fontanną i króliczkiem. Nie zabraknie też zamku. Kolejne strony pozwalają na podejrzenie jednorożców z tęczowymi ogonami i grzywami. Dalej odwiedzamy sąsiedni zamek, z którego zabieramy koleżanki księżniczki, aby wspólnie udać się na bal.

Podobne historie znajdziemy w książkach „Dzień na farmie”, gdzie młodzi czytelnicy mają okazję poznać różnorodne zwierzęta i przyjrzeć się pracom w gospodarstwie i przy okazji pojeździć traktorem oraz w „Zwiedzamy miasto”, w której przemieszczamy się autobusem i możemy zobaczyć ważne budynki, liczne samochody, ulice pełne ludzi.
Świetnym pomysłem jest możliwość wyjęcia z okładki pojazdu i możliwość przemieszczania się nim po lekturze bez konieczności wyjmowania go za każdym razem kiedy trzeba przewrócić stronę. Podoba mi się też to, że za każdym razem dziecko ma do wykorzystania inny pojazd i odegrania inną rolę. Z jednej stromy mamy tu fantazjowanie, a z drugiej trzymanie się realiów i lepsze poznawanie otoczenia. Do tego proste zadania pięknie aktywizują młodych czytelników, pozwalają odczuć, że czytanie jest świetną rozrywką.
Publikacje są solidne, trwałe, kolorowe i mają proste ilustracje. Do tego w okładkę wklejono filc, który jest kolejnym elementem dostarczającym bodźce. Przyglądanie się stronom, wyszukiwanie elementów pozwoli na rozwijanie koncentracji, odpowiadanie na pytania pomoże w rozwijaniu kompetencji językowych, a przewracanie stron pomoże w pracy nad motoryka małą, czyli ćwiczenia palców i dłoni. Do tego oczywiści treści pomogą w oswajaniu z otoczeniem, ale też podsuną pomysły na zabawy.
Seria „Akademia mądrego dziecka. Czytaj i baw się” to nowa, pięknie ilustrowana seria przeznaczona dla ciekawych świata maluchów. Myślę, że po te angażujące historie ze względu na niewielką ilość tekstu można śmiało sięgnąć już z rocznymi pociechami. Wystarczy pamiętać, że dziecko zawsze bawi się pod opieką dorosłych.











wtorek, 29 listopada 2022

Santiago Barreira, Régis Maine "Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków"


Wydawnictwo Egmont od czasu do czasu podsuwa młodym czytelnikom komiksowe adaptacje słynnych disnejowskich filmów animowanych. Do księgarń trafiły już takie pozycje „Król Lew”, „Mulan”, „Zakochany kundel” czy „Aladyn”. Teraz można również sięgnąć też po „Królewnę Śnieżkę i siedmiu krasnoludków”. Publikacji na podstawie tej baśni było już sporo. Każda czymś nęciła. Szczególnie miłe były książki z serii Disney’a. Jednak w pewnym wieku wyrasta się z nich i chętniej sięga po komiksy
Znana wszystkim fabuła o losach dorastającej królewny została wiernie oddana w komiksie i to jest wielki plus tej publikacji. Album zawiera piękne kadry z filmu, świetnie rozrysowaną akcje, dobrze dobrane dialogi, co jest bardzo ważne w przypadku nieco skróconych, dostosowanych do młodych czytelników historiach. Mniej ważne wątki pominięto, a bardziej rozbudowane uproszczono i dobrze napisano dialogi, dzięki czemu zmiany te są bez szkody dla głównej akcji. W komiksie znajdziemy żywą, wciągającą, pełną humoru opowieść o przygodach filmowych bohaterów. Świetnie utrzymano równowagę między gagami i wyzwaniami, dzięki czemu mojej córce łatwiej było później oglądać film.
Dostajemy opowieść o Śnieżce, która staje się coraz ładniejsza, przez co zła i piękna macocha jest zazdrosna. Z powodu narastającej niechęci do dziewczyny postanawia pozbyć się dziewczyny. Na szczęście nie zostaje pozbawiona życia. A w lesie dają jej schronienie zwierzęta i krasnoludki. Kiedy na jaw wychodzi, że księżniczka żyje macocha postanawia osobiście się jej pozbyć.
„Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” to film animowany mojego dzieciństwa, bo od momentu premiery pełnometrażowego filmu animowanego, minęło już trzydzieści lat. Byłam jednym z tych dzieciaków, które marzyły o pójściu do kina i wyczekiwały na wersję na kasecie, przy czym mogłam film oglądać u kuzyna. Wszystkie dzieciaki już znały te historie, a ja z utęsknieniem czekałam. Pamiętam te emocje i zachwyt, śledzenie losów bohaterów wielkim podekscytowaniem . Właśnie ta otoczka sprawiła, że mam do tego filmu (podobnie jak do „Króla Lwa”) wielki sentyment. Zwłaszcza, że w tamtych czasach był to powiew wymarzonego „zachodu” z nutką magii, opowieści o pomocnych zwierzętach i niezwykłych istotach zwanych krasnoludkami.
Po komiks sięgnęłam, aby przybliżyć tę historię córce. Do tego (jak większość z Was wie) jestem miłośniczką komiksów, wykorzystania ich jako materiału zachęcającego do czytania, śledzenia tekstu i musze przyznać, że „Królewna Śnieżka i siedmiu krasnoludków” zdała egzamin: niedługie dialogi, odpowiednia ilość klatek na stronie sprawiły, że córka chętnie śledziła to, co się dzieje. Poza tym nie mamy tu niesamowicie wielu stron, co skutecznie zachęci uczniów nauczania początkowego do czytania. Na początku lektury poznamy bohaterów, poznamy ich imiona i sekrety, a na końcu lektury znajdziecie piękną galerię postaci i wspaniałe kadry z filmu animowanego. Zdecydowanie polecam wszystkim rodzicom i dzieciakom, które nie są przekonane, że czytanie może być świetną zabawą.







Catreina Mognato i Danilo Loizedda "Przygody Tomka Sawyera" - adaptacja


„Przygody Tomka Sawyera” Marka Twaina na stałe wpisały się w listę obowiązkowych lektur. Nie jest to książka, która jest bliska młodym czytelnikom, bo zabiera ich do czasów odległych, kiedy dzieci nie miały żadnych praw i główną metodą wychowawczą było bicie, kiedy postąpiły niezgodnie z tym, czego oczekiwali rodzice lub opiekunowie. Do takiego brutalnego świata zabiera nas pisarz pokazujący, że dzieciństwo ma swoje prawa. Byliśmy wtedy bardziej żywotni, mieliśmy wiele pomysłów na zabawę, w której przeszkadzało chodzenie do szkoły. Ciepłe dni szczególnie kusiły swoimi urokami i zachęcały do wędrówek w dal. Tak jest i w przypadku Tomka Sawyera wędrującego nad rzekę zamiast uczyć się. Codzienne obowiązki i niedzielna szkółka sprawiały, że życie dzieci nie było łatwe. Tomek jednak należy do spryciarzy potrafiących wykorzystać każdą sytuację. Karę w postaci malowania płotu zmieni w coś, czego będą mu zazdrościli wszyscy rówieśnicy, którzy w zamian za możliwość wypełnienia jego obowiązku podarują mu swoje najcenniejsze przedmioty. Jego życie byłoby całkiem przyjemne i znośne, gdyby nie to, że stał się ofiarą ciocinych podejrzliwości. Każda zła rzecz (np. stłuczenie cukiernicy) od razu przypisywana jest Tomkowi, któremu też wymierzana jest kara, aby wyrósł na grzecznego chłopca. Ta nadgorliwa kontrola i nadmierne karanie przynosi odwrotny skutek: chłopiec nie tylko jest bardziej niegrzeczny, ale też ucieka z domu.

Treść większości czytelników znana, więc całej fabuły nie ma sensu opowiadać. Mark Twain idealnie pokazuje niełatwy los dzieci w XIX wieku, kiedy pragnienie beztroski zderza się z potrzebą całkowitego kontrolowania i podporządkowania sobie dzieci przez dorosłych. Liczne kary, tłumaczenie, że bicie jest dla dobra bitego, a do tego bieda objawiająca się tym, że konfitury czy nawet jabłko były rarytasami, o które trzeba było zabiegać. Do tego nie zabraknie strasznych scen zabójstwa i ucieczki przed zbirami.
Jak na tle książki wygląda adaptacja w formie komiksy? Zdecydowanie pozbawiono go wielu scenek. Mamy za to wszystko to, co w całej akcji najważniejsze. Oczywiście wchodzimy w klimat XIX-wiecznego dzieciństwa w Ameryce. Pierwsze sceny pokazują nam ciotkę, która chce ukarać Tomka za kradzież konfitur. Na szczęście chłopak jest sprytny i odciąga jej uwagę , aby zwiać. Później mamy scenki sprzed kościoła, gdzie poznaje Becky, która przeprowadziła się do miasteczka i będzie chodziła z nim do szkółki niedzielnej. Tomek jest nią zauroczony i z tego powodu robi wszystko, aby zyskać jej sympatię. Daje się nawet ukarać, że rzeczy, których nie zrobił. Zyskaną w ten sposób uwagę wykorzystuje w czasie wspólnej wyprawy do jaskini. Oczywiście pojawia się tu też wątek cmentarnego morderstwa, ukrywanych skarbów i wskazania prawdziwego przestępcy, a także zdobycia dużych środków na edukację i bezpieczne życie.
Całość napisana z lekkością i niesamowitym wczuciem się w odczucia oraz dziecięcy sposób postrzegania świata. Świetnie oddany klimat książki. Historia pomaga poruszyć wiele kwestii etycznych, ale wiele z nich może być ukrytych. Nie ma tu wyraźnie wskazanego problemu niewolnictwa i dyskryminacji kobiet, bo nie było miejsca na opisy z powieści.
Ze względu na to, że jest to lektura szkolna regularnie pojawiają się kolejne wznowienia. Komiks będzie świetnym wprowadzeniem w świat bohaterów, zachęci młodych czytelników do poznawania przygód Tomka i jego przyjaciół.








Terapia psa

Będzie już jakieś trzy lata jak nasz pies terapeuta został pogryziony. Rany na kręgosłupie zagoiły się dość szybko. Rany na psychice były dużo poważniejsze. Pies był bardzo przestraszony, stał się lękliwy, nieufny, nie pozwalał się nikomu dotykać poza najbliższą rodziną. I to stwierdziło kilku psich specjalistów oraz fryzjerka, która z tego powodu miała utrudnione zadanie. Pracowałam z nim i niby były jakieś efekty, ale chodzenie ulicą, na której doszło do zdarzenia było prawdziwym koszmarem. Pies się zapierał nogami i nic nie było go w stanie przekonać. Opisałam swój problem na facebooku i z jednej strony dostałam głaski, że biedni my, z drugiej że sami sobie winni, bo chodzicie ulicą i trzeba się spodziewać, że jakiś pies zza płotu kiedyś w końcu pogryzie i czego chcesz. No i odezwał się ktoś jeszcze, ale na priv. Napisał, że wie, że jestem dobra w szkoleniu i że to pewnie pierwsza moja taka sytuacja, kiedy moje emocje też są w złym stanie, bo zdarzenie było dla mnie traumatyczne, więc całą pracę nad psem powinnam zacząć od siebie. Popracować nad swoimi lękami, oswajaniem się i uwalnianiem od zdarzenia. Nad dzieckiem też, bo pies przejmuje nasze emocje. I faktycznie miał rację. Ja się spinałam, pies dostawał jobla. Ola na odgłos szczekającego psa zaczynała krzyczeć Tutek zamiast jej pilnować zaczął iść kręcąc kółka i targając. Był jak te wszystkie nieprzeszkolone psy, czyli każdy spacer był udręką. Pies do terapii w takim stanie nie nadaje się do niczego. Do tego, kiedy trafił między ujadające (tylko ujadające) psy stracił kontrolą nad łapami i nie był w stanie zrobić nawet kroku.
Miesiąc intensywnej pracy nad sobą niewiele przyniósł. Zamiast lepiej było gorzej. Wszystko mnie bolało, a do tego pojawiły się obostrzenia zawiązane z pandemią i zostałam praktycznie odcięta od pomocy psychologa, ale od czego ma się czuwające dobre duszki nad sobą w postaci znajomych mających różnorodne specjalizacje. No i psycholog też się znalazł. Nie, nie pracowałam z nim. Za to podesłał mi cały karton książek o traumach wojennych, traumach związanych z uczestnictwem w drastycznych wydarzeniach. Czytałam i zaczynałam nieco inaczej patrzeć na to, co przeżywam, przyjmować jako coś normalnego, oczywistego. Do tego były tam publikacje o tym jak pracować z emocjami. I to była prawie najlepszy sposób. W głowie miałam wszystko poukładane, ale zabrakło jeszcze jednego istotnego elementu. Ja po prostu z dnia na dzień miałam coraz mniej energii żyć. Wstawałam, bo musiałam, bo trzeba było się zająć Olą. A jak już zajmowałam się Olą to wymuszałam na sobie inną aktywność typu „napiszę o codzienności lub książce”. I tak minęły mi wakacje. Odezwała się znajoma z pytaniem jak tam moje postępy w pracy nad sobą. Powiedziałam, ze ok, ale czuję narastającą pustkę i chyba jakaś choroba mnie chwyta, bo boli mnie każda kość, każdy staw. Nawet prześwietlenia miałam robione czy to nie osteoporoza, reumatyzm czy coś w tym stylu. Wyniki świetne, a ja z bólu miałam problem z poruszaniem się. Do tego zaczęłam tyć. W ciągu pół roku przytyłam ponad dziesięć kilogramów przy aktywności takiej jaką miałam i niezmienionej diecie. Dała mi cenną wskazówkę: odwiedź psychiatrę, bo to, co opisujesz wygląda na depresję. Pewnie większość ludzi jak słyszy „Idź do psychologa, idź do psychiatry” jeży się, bo przecież są normalni. Ja to potraktowałam jak problem z każdą inną częścią ciała. Gdybym miała złamaną nogę i ktoś wysłał, by mnie do chirurga to bym się nie pogniewała, wiec dlaczego w tym przypadku miałabym się gniewać? Za to posłuchałam rady. Dostałam lekarstwa. Najpierw malutkie dawki, później zmiana lekarstw, później większe i większe dawki, aż w końcu pewnego dnia zauważyłam, że już mnie kości nie bolą, bo mogę spokojnie zasnąć, bo z tym miałam niesamowity problem. Niby mogłabym spać cały czas, bo zmęczona, ale nie mogłam, bo umierałam z bólu. No i minęło od wydarzenia półtora roku. W międzyczasie miałam sprawy w sądzie związane z wydarzeniem, wyrok, który też mi pomógł, bo sąd orzekł, że w żaden sposób nie byłam winna zdarzaniu tylko właścicielka psa. Po dwóch latach od wydarzenia i pracy nad sobą i pracy nad psem dziś mogę spokojnie przejść z dzieckiem i psem obok miejsca zdarzenia. Ani pies nie szarpie, ani dziecko nie krzyczy, ani ja się nie spinam.
Jeśli macie problem z psami i żadne, absolutnie żadne szkolenie nie pomaga to naprawdę warto przyjrzeć się też sobie. Nie mówię, że na pewno w Waszym przypadku zadziała, ale zawsze warto spróbować. Ja spróbowałam i jestem z tego powodu szczęśliwa, bo spacer z psem szarpiącym i dzieckiem z autyzmem były niemożliwy. Zawsze jedno z nich musiałoby być w domu. Skończyłoby się na tym, że pies terapeuta zostałby burkiem ogrodowym, bo nikt nie miałby czasu na długie spacery z nim, kiedy już spacerował kilka godzin z dzieckiem. Szkoda psa, szkoda tych relacji, które wypracowało się między psem i dzieckiem, szkoda jego umiejętności sygnalizowania, że Ola zaraz będzie w złym stanie i trzeba ją wziąć na ręce, bo się przewróci.
Po własnych doświadczeniach wiem, że niesamowicie wiele zależy od nas-ludzi. Zwierzęta reagują zgodnie z naszymi emocjami. My możemy sobie nie zdawać z tego wcale sprawę. Ja sobie nie zdawałam, chociaż potrafię przeszkolić psa. Prosta behawiorka to żadna filozofia. No, ale przy behawiorce bez traumatycznych doświadczeń miałam czysty umysł i szło to szybko, sprawnie. Można powiedzieć, że podręcznikowo, a uczenie psa po traumie i z własnym bałaganem w głowie było straszne.
Co mi dały te doświadczenia? Przede wszystkim pomogły mi spojrzeć nieco inaczej na moje przygotowanie na ewentualne spotkania z agresywnymi psami i agresywnymi właścicielami zwierząt. Często idzie to w parze, a czasami jest to wynik tego, że osoba prowadząca nie potrafi postawić zwierzakowi granic.
Prawie trzy lata od zdarzenia udało mi się pomóc paru psom, które należały do tych szarpiących i próbujących atakować przechodniów. Nie, nie dla pieniędzy tylko dla własnego i córki bezpieczeństwa, bo jeśli spotykamy ułożone psy to nie ma problemu, że taki nieopanowany zwierzak wyszarpie się prowadzącemu i wbiegnie między mnie, dziecko i psa. Czasami musiałam zastosować drastyczne kroki, żeby uświadomić właścicielom, że prowadzenie dwóch takich szarpiących się zwierząt i puszczanie ich jest zwyczajnie karalne.
Dbajcie o swoje zwierzaki i pracujcie nad sobą właśnie dla ich dobra.


poniedziałek, 28 listopada 2022

Cazenove "Mali Bogowie. Tom 6: Cała prawda o Odysei" il. Larbier


Inspirowanie się, zapożyczanie, przerabianie motywów to typowe zjawisko w popkulturze, która z jednej strony podsuwa coś nowego, ale z drugiej strony jest to oparte na tym, co było lub jest popularne. Powielanie, przerabianie dopisywanie spojrzenia z innej perspektywy oraz wcześniejszych lub późniejszych losów bohaterów to główne cechy fanfików, czyli literatury tworzonej przez fanów określonych dzieł. Nie jest to nowość, ponieważ dawniej literatura także cieszyła się takimi alternatywnymi historiami o ulubionych bohaterach. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzili święci lub biblijni bohaterowie. Wtedy nazywano to apokryfami. W przypadku literatury pięknej były to zapożyczenia bazujące na tych samych bohaterach, ale z inną akcją. Jednym z obszerniejszych tego typu dzieł, które doczekało się publikacji jest historia hobbitów znanych z „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena. „Ostatni Władca Pierścienia” Kiryła Yeskova pozwala spojrzeć na wszystkie wydarzenia ze Śródziemia z nieco innej perspektywy, odwraca role i pokazuje, że przeciętny bohater może być ofiarą manipulacji. A jak było w przypadku bogów starożytnej Grecji? Poddawali się kreacji głosicieli ich dokonań lub upadków? Jacy byli jako dzieci? Na te pytania próbuje opowiedzieć świetny duet Cazenove’a i Larbier’a. Pierwszy czytelnikom kojarzy się głównie z serią komiksów „Sisters”, „Kumpelki”, „Owady”, „Kasia i kot”, „Ptyś i Bill”, a drugi z serią „Koty, koty, koty”. Obaj twórcy kojarzeni są z gagami, etiudami, minimalistycznym pokazywaniem codzienności bohaterów. W stworzonej przez nich wspólnie serii „Mali Bogowie” widzimy piękne połączenie obu humorów, stylistyk prowadzenia akcji, bazowanie na scenkach oraz rewelacyjną zabawę mitologią. W każdym tomie widzimy mitologicznych bohaterów w czasach, kiedy jeszcze byli dziećmi i musieli odbyć staż na bogów, nauczyć się swoich ról, odkryć przeznaczenie i dopracować swoje talenty. To dało twórcom duże pole do popisu i moim zdaniem świetnie wykorzystali znane z mitologii opowieści, doskonale uwypuklili wady, uzmysłowili trud pracy nad sobą. Niektóre groźne czy wręcz demoniczne postacie nabierają tu łagodności, tragiczne historie są nieco złagodzone. Do tego wszystkie postaci to zgrana paczka dzieciaków, która próbuje bawić się, nie może pogodzić się z tym, że jeszcze nie mają statusu prawdziwych bogów, są traktowani z dystansem i pobłażliwością, a co najgorsze, wielu z nich nie wie, w czym będzie najlepsza i nie wie czy chce się doskonalić, bo może czasami w życiu wystarczy tylko dobrze się bawić?. Bycie dzieckiem nigdy nie jest łatwe. Niesamowicie trudne jest, kiedy jest się bogiem. I to jest w tych krótkich (skeczowych) scenkach pięknie pokazane.

W „Piorunie do drapania”, będącym pierwszą częścią „Małych Bogów” poznajemy wszystkich bohaterów. Wszystko zaczyna się od braków kadrowych. Grecki Panteon wymaga uzupełnienia i Zeus ogłasza nabór na nowych bogów, którzy po zrealizowaniu zadań i okazaniu swoich nadludzkich zdolności będą mogli zasiadać u jego boku. Dziecięcy kandydaci muszą znaleźć swoje wyjątkowe umiejętności. Jednym odkrycie talentu przychodzi łatwiej, innym nieco trudniej. Afrodyta bardzo szybko odkrywa swoje powołanie do bycia boginią miłości. Nie wszyscy jednak mają takie szczęście. Taurusek i Atlas próbując zaimponować Zeusowi doprowadzają do wielu katastrof i śmiesznych przygód.
W podobnej konwencji napisany jest tom drugi „Uparty Ikar”. Niektórzy kandydaci wiedzą już jakie mają moce i muszą zmierzyć się ze stażem. Hades uczy się bycia bogiem podziemi, Hermes opieki nad handlem, Artemida nadzoru nad polowaniami, Afrodyta opieki nad zakochanymi. Są też tacy, którzy jeszcze nie odkryli swojego powołania, mają do zrealizowania zadziwiające zadania, nie rozumieją idei niektórych budowli, a słynny labirynt Minotaura używany jest jako miejsce zabaw oraz ucztowania. Taurusek chowa się w nim, aby przetrawić własne wątpliwości i napełnić brzuch. Pojawia się tu motyw puszki Pandory, Ikara szukającego idealnych rozwiązań do zbudowania trwałych skrzydeł i wiele innych, które pięknie zmodyfikowano i pokazano w krzywym zwierciadle, ale to nie znaczy, że nie mamy okazji poznać greckich bogów. Powoli i systematycznie oswajamy się z ich funkcjami.

Trzeci tom zatytułowany „Ciężko być bogiem” uświadamia czytelnikom, z jakimi trudami borykali się bogowie nim zostali potężnymi i sławnymi. Mamy tu do bólu szczerego Heraklesa, który najpierw obraża, Kirke, a później bezczelnie żąda magicznego napoju. Akcja tomu toczy się wokół jego dwunastu prac. Każda jest wielkim wyzwaniem. Zabicie hydry wydaje się niemożliwe, lew jest nie do pokonania, a w stajni Augiasza nie wiadomo od czego zacząć. Poza tym niektórzy bogowie źle się czują, kiedy przyszły heros eksperymentuje z wykonaniem zadań. Poznajemy tu dzielne Amazonki, widzimy wyprowadzanie Cerbera na spacer, odkrywamy jak trudno poznać różne nazwy istot oraz niesamowite zdolności Afrodyty. Autorzy uświadamiają jak wygląda reakcja na seksizm, co staje się przyczyną wielu konfliktów i utrudnia wykonanie zadań, a przez to spowalnia zostanie bogiem. Młodzi bohaterzy starają się manipulować dorosłymi, aby szybciej zdobyć uprawnienia, ale też wykorzystują życzliwość i słabości do zorganizowanie zabawy lub przyrządzenia smacznego jedzenia.
W czwartym tomie „Komedia Posejdona” znajdziemy wiele motywów z Iliady i Odysei. Możemy przyjrzeć się młodym herosom, którzy spierają się o zabawę z koleżanką. Do tego Taurusek tradycyjnie myśli wyłącznie o jedzeniu i z tego powodu czasami drażni bogów, podkrada ich atrybuty, a wszystko po to, aby dobrze upiec kurczaki na ognisku. Herakles natomiast tak bardzo boi się swoich prac oraz noszonej w sobie siły, że robi wszystko, aby nie ukryć talentu. Tradycyjnie pojawia się też labirynt. Do tego widzimy Troję, Odyseusza, który postanawia wypłynąć w morze, ale robi wszystko, żeby tego nie zrobić. Dowiemy się też, w jaki sposób dzieciaki wkurzają bogów, robią sobie psikusy i czasami bywają naiwne.
Piąty tom, „Z wizytą w piekle”, krąży wokół opowieści o Hadesie i Tezeuszu. Ta dwa wątki przeplatają się. Znani z wcześniejszych tomów bohaterzy będą próbowali dostać się do piekieł, aby wydostać Eurydykę. Szybko odkrywamy, że Orfeusz nie należy do zbyt rozgarniętych bohaterów. Jednak krążenie wokół Tartaru sprawi, że młodzi bogowie mają okazję zawrzeć bliższą znajomość z Hadesem, poznać początki jego małżeństwa, przyjrzeć się codziennym relacjom, a te są typowo stereotypowe: Persefona z uwielbianej panny staje się znienawidzoną żoną (po co takim mężczyznom śluby?). Odkryjemy też kolejne tajemnice labiryntu Tauruska, zobaczymy kolejne postępy w doskonaleniu umiejętności przez Afrodytę, Atenę i Orfeusza. Tradycyjnie pojawi się też Herakles ze swoimi pracami. Wszystko w niedługich scenkach świetnie ze sobą współgrających. Tym razem adepci będą irytować boga podziemi, droczyć się z nim i oswajać jego psa.
Szósty tom zabiera nas w świat Odysei. Autorzy pokazują nam alternatywną wersję wydarzeń, w których mali bohaterzy wcale nie wyruszają samodzielnie i dobrowolnie pod Troję. Ciągłe denerwowanie Posejdona kończy się jego wielką złością i wysłaniem Odysa i towarzyszącego mu Tauronka pod mury Troi, gdzie spotykają kolegę próbującego dostać się do grodu. Widzimy tu niesamowitą przedsiębiorczość bohaterów, którzy strzałami naprawiają łódź, a później udają się w długą wędrówkę. Płynięcie od wyspy do wyspy utrudnia złośliwość boga mórz, który celowo pokazuje złą drogę, wzburza wodę i sprawia, że ciągle spotykają ich różnorodne przeciwności. Uratować może ich tylko mądrość Ateny, która przypadkowo trafia do łodzi. Czy to wystarczy, aby bezpiecznie dotrzeć do Itaki?
Każdy zeszyt składa się z krótkich (jedno i dwustronicowych) humorystycznych scenek pozwalających na nieco inne spojrzenie na mitologię. Taurusek i Atlas spotykają znane postacie. W drugim tomie częstymi bohaterami są Ikar i Herakles, ale nie zabraknie też i innych. W czwartym często pojawia się Parys, Helena i Menelaos. Adepci próbują odgadnąć, w jaki sposób mają zrealizować listy prac, które otrzymali. Zwłaszcza, że niektóre wydają się nierealne i czasami potrzebny jest przypadek, aby móc je zrealizować, a czasami trzeba wielu lat przyzwyczajeń, aby nie popełniać prostych błędów (jak Meduza, która ciągle zapomina, że swoich wężowych włosów nie musi czesać, a Zeus musi pilnować, aby w czasie spania nie upuszczać pioruna). Do tego mamy łakomego Tauruska, który pożre słynne owce cyklopa Polifema. Nawiązań jest tu wiele i są naprawdę zabawne, pozwalają nieco inaczej spojrzeć na mitologię oraz zachęcą młodych czytelników do poznawania tych poważnych opowieści o starożytnych bogach. Uważam, że to będzie świetna lektura pozwalająca na ćwiczenie czytania ze zrozumieniem i uważności lektury, umiejętności porównania, wychwycenia przekręcenia niektórych rzeczy, pokazania ich w krzywym zwierciadle. Taką zabawę z poważną lektura można potraktować jak grę. Dorośli czytelnicy obeznani w mitologii także będą mieli sporo zabawy.
Kreska i kolorystyka skutecznie przyciągają wzrok młodych czytelników. Rysunki pełne szczegółów, żywych, ciepłych barw sprawiają, że całość prezentuje się bardzo dobrze i rewelacyjnie wpisuje się w pokazane przygody. Zdecydowanie polecam.









Łazienkowe dewiacje moich pupili


Moje koty wszystko, co potrzebują mają w łazience (kuweta, karma, picie, drapak). Wszystko po to, aby w razie potrzeby otwierania dłużej drzwi wyjściowych zapewnić im bezpieczeństwo. I tak ukochały łazienkę, że za każdym razem, kiedy jakakolwiek ludzkość idzie do łazienki one pędzą, aby sprawdzić, co też ta ludzkość tym razem będzie wyczyniać. Pies tam zachodzi, bo zawsze jakaś kocia karma może przykleić się do języka. I tak siedzą w trójkę, patrzą jak youtuberzy, którzy zrobili karierę na oglądaniu dziwnych filmów. Źrenice i oczy robią im się coraz większe, bo wlewam wodę do kąpieli. Kocur stwierdza, że on w sumie to mi tę wodę wypije, więc skacze na wannę. Siedzi na brzegu, łapką sięga, pije. Zawzięcie pije. Kotka czeka, aż wejdę do wanny, bo dobrze jest usiąść na ramieniu i mieć wodę tuż pod sobą, ale łapek sobie nie pomoczyć. A pies patrzy i zastanawia się, dlaczego ja tak dobrowolnie sobie to robię.
To jeszcze nic. Za każdym razem mają jeszcze bardziej zdziwione miny, kiedy biorę maszynkę do golenia i golę nogi. Oczy im normalnie prawie z oczodołów wyskakują.
A Wasze zwierzaki jakie mają zboczenia?

Laurent Dufreney i Miss Prickly "Koń by się uśmiał! Tom 2: Z rozwianą grzywą"


Egmont po raz kolejny podsuwa młodym czytelnikom znanych na świecie komiksowych autorów. Laurent Dufreney znany jest z „Les cochons dingues”  i „Zoé Super”. Z kolei ilustratorka, Miss Prickly (Isabelle Mandrou), słynie z takich cykli jak „Mortelle Adèle”, „Animal Jack” oraz „Les cochons dingues”. Cykl „À cheval!” składa się z 9 zeszytów. W polskiej wersji mamy tytuł cyklu „Koń by się uśmiał” i wstępnie będą trzy albumy. Za to obszerniejsze, bo zawierające trzy zeszyty. W pierwszym znajdziemy oryginalne: „Ale jazda”, „Co koń wskoczy” i „Co za tupet!”. W drugim tomie znajdziemy zeszyty: „Beczka śmiechu”, „Z rozwianą grzywą” i „Po szyję w śniegu”.
Akcja we wszystkich częściach toczy się wokół humorystycznego pokazywania tego, co dzieje się w szkółce jeździeckiej z perspektywy jej mieszkańców, czyli koni i kucyków. Ich oczyma (a raczej narratora, który potrafi zrozumieć ich mowę) przyglądamy się codzienności. Do komiksu wchodzimy w czasie spotkania z kolejnymi nowicjuszami. Opisy początkowo wydają się idealnie pasować do końskich bohaterów. Szybko jednak odkrywamy, że to ocena ludzi opisywanych przez obserwujących ich konie. Bohaterzy doskonale zdają sobie sprawę z naiwności i słabości początkujących jeźdźców i perfidnie to wykorzystują. Lubią też nabierać siebie nawzajem. Do tego każdy posiadający kopyta bohater ma wyrazisty charakter, szereg cech, które można by było przypisać ludziom. Ironiczne komentarze i przekomarzanie się bohaterów z uczniami oraz ze sobą prowadzi do szeregu zabawnych sytuacji napędzających życie w stajni.

Tom składa się z krótkich scenek podsuwających kolejny problem, z którym wszyscy należący do szkółki jeździeckiej muszą się mierzyć. Od początku widzimy akcję z rosnącym napięciem. Do tego mamy wrażenie, że zwierzęcy bohaterzy rozkręcają się w swojej pomysłowości. Znajdziemy tu takie ciekawe osobowości jak kucyk Klejnot i jego kompan Napoleon. Mamy też wiecznie zaspanego i zmęczonego Śpiocha, przewrażliwionego Cykora, piękną i niezdarną Bell ulegającą kontuzjom, szalonego Flasha z ADHD, kowbojskiego Kolta, wiecznie brudnego Brudaska i ciągle głodnego Łasucha. Oczywiście to nie wszystkie gwiazdy wykreowanego przez autorów zwierzyńca.
W drugim tomie mamy świetną kontynuację i pokazywanie dalszych przygód mieszkańców stadniny. Tym razem ludzie zapewnią naszym bohaterom sporo rozrywki. Będą organizować dni klubu jeździeckiego i z tej okazji przygotowywać różne ozdoby zabierające koniom życiową przestrzeń. Nie zabraknie też popisowych pokazów, a także przebieranek. Do tego zobaczymy jaki stosunek mają bohaterzy do rajdów. W ostatniej części przyjrzymy się urokom zimy, różnorodnym reakcjom koni na śnieg oraz większą ilość godzin spędzanych w boksie, a także karmienie wyłącznie sianem. Pojawią się motywy labirynty, problem przetrwania i przygotowania do świąt.

Bohaterzy są to zdecydowanie sarkastycznymi i często złośliwymi zwierzakami, ale ich sposób komunikowania się, wymiany poglądów sprawia, że czujemy się zauroczeni. Nawet jeśli widzimy jaki złośliwy mają stosunek do otoczenia, w jaki sposób komentują to, co się wokół nich dzieje. Stajemy się obserwatorami starć między ludźmi i zwierzętami oraz uświadamiamy sobie jak bardzo czworonożni towarzysze potrafią zakpić z opiekunów czy uczniów. Zdecydowanie trafnie wyłapują wszelkie absurdy codzienności i przywary ludzi, z którymi mają kontakt. Różnorodność ich charakterów i temperamentów świetnie napędza akcję i bardzo często jest siłą napędową większości żartów sytuacyjnych.
Autorzy zabierają nas do świata szkółki jeździeckiej, w której codzienność toczy się wokół sprzątania w boksach, karmienia, ujeżdżania koni, szczotkowania ich, zabierania na spacery, leczenia ich, lekcji jazdy, przygotowaniach do zawodów. Widzimy ludzi oczami koni, obserwujemy ich zabawne zachowania i starcia z zapędami zwierzaków, a czasami niespodzianki wynikające z nieświadomości, czego należy unikać. Konie tu kopią, gryzą, przygniatają do ściany. Widzimy jak zwierzęta potrafią żywo reagować na ludzkie zachowania, a nawet nastawienie. Są jak plotkary, które muszą każdą rzecz omówić, dowiedzieć się jak inni to postrzegają. Czasami bywają gapowate i nieporadne. Do tego wśród tych czworonogów mamy zadziwiające zachowania, ciekawe osobowości. Ludzie są tu zaledwie tłem do tego, co najważniejsze, czyli pokazania realiów szkółki, w której tak naprawdę rządzą konie.
Świetne rysunki będące na pograniczu klasycznych, anime i karykatury, ale z naciskiem na prostotę doskonale uwypuklają wady i zalety bohaterów. Mamy tu pojawiające się i znikające tło, w którym raz lepiej raz gorzej dopracowano szczegóły (zależy czy są one istotne). Żywe kolory, prosta kreska, podkreślenie ruchu czarnymi kreskami nadaje większości scen dynamizm. Do tego pokazywanie bohaterów z różnych perspektyw pozwala na piękne wyciągnięcie paradoksalnych zachowań. Cartoonowa grafika świetnie się tu sprawdza. Ludzcy bohaterzy mają w sobie coś z postaci anime: duże oczy, okrągłe głowy, które tylko dzieciństwie są nieproporcjonalnie za duże. Z wiekiem bohaterów ta cecha zanika.