Etykiety

sobota, 25 stycznia 2014

przyswajanie wiedzy

Wiedza mnoży nam się na potęgę. Uczeni nawet badają owe zjawiska mnożenia się danych i jak już mają wyniki to nagle stają się one nieaktualne i trzeba wszystko zaczynać od nowa. W tym przyroście i gromadzeniu danych można się pogubić. Kolejnym okrutnym zjawiskiem (zwłaszcza dla badaczy literatury) jest tak olbrzymia ilość tekstów wydawana każdego roku, że śledzenie nowości nie jest możliwe nawet podczas czytania książek bez przerwy, a przecież każdy człowiek ich potrzebuje, by normalnie funkcjonować (załatwianie potrzeb fizjologicznych od jedzenie po wydalanie) i cieszyć się zdrowiem psychicznym.
Na pewno nie możemy w dzisiejszych czasach być ignorantami. Bardziej niż kiedykolwiek jesteśmy zmuszeni do codziennego rozwijania się i to nie we wszystkich dziedzinach, ale naszej własnej, bo co to za specjalista, który ograniczył się do wiedzy zdobytej w szkole czy na studiach? Żaden. Każdego roku większość wiedzy ulega dezaktualizacji jak stare oprogramowanie komputerów, które też już nikogo nie zachwycają. Aby nasz mózg pracował lepiej my musimy każdego dnia zmuszać go do odrobiny wysiłku. Takim idealnym treningiem jest poświęcanie każdego dnia pół godziny (na jedzenie poświęcamy więcej czasu) na zajęcia wymagające „napinania mięśni mózgu”, czyli uczenie.
Ja jako matka-Polka mam na to niewiele czasu. To sprawia, że wolny czas muszę całkowicie zagospodarować na zdobywanie wiedzy, dokształcanie i wzmocnić wydajność swojego uczenia się. W dobie różnorodnych technologii stało się to bardzo łatwe. To, czego muszę nauczyć się na pamięć (słówka, definicje, daty itd. itp.)nagrywam sobie na dyktafon (czy telefon), a później słucham całymi dniami podczas zabawy z dzieckiem, sprzątania, robienia zakupów itd. (zwykle łączę dwie do trzech czynności). Może nie jest to nauka bardzo efektywna, ponieważ moja uwaga musi być skupiona i na innych zajęciach, ale prędzej czy później mimowolnie potrzebny materiał zostaje przyswojony.
Przy braku czasu ważnym elementem w planowaniu nauki jest podzielenie materiału na małe partie do nagrywania i zabieranie nagranego materiału wszędzie. W przypadku nieposiadanie (przez brak wyznaczenie sobie takiego celu) zakresu wiedzy do zdobycia możemy słuchać audiobooków, które są dość dostępne na Polskim rynku.
Wygodnym narzędziem w nauce języków obcych są fiszki, ale… przy małych dzieciach całkowicie się nie sprawdzają. Moja córka takie magiczne karteczki śliniła, nadgryzała, gubiła, ja gubiłam, zapominałam o nich i do nauki języka obcego używam nagrań (swoich i załączonych do podręczników), podręczników i słownika (po zaśnięciu dziecka).
Plusem tego typu nauki jest możliwość zabierania wszędzie i możliwości wykorzystania telefonu, który i tak zawsze mamy przy sobie.
A jakie Wy stosujecie metody?

czwartek, 16 stycznia 2014

sentencje w epoce 2.0

Wszystkim zapewne mniej lub bardziej znane jest kartezjańskie powiedzenie: „Myślę, więc jestem" (Cogito, ergo sum), będące modyfikacją augustiańskiego „Wątpię, więc jestem" (Dubito, ergo sum).
Od tamtych czasów świat uległ niesamowitej przemianie. Postęp technologiczny, szybkie tempo życia, presja na „robienie kariery", wszędobylskie atakujące nas informacje, reklamy.
Wystarczy wyjść na ulicę, a na naszym widnokręgu ukaże się wiele chwytliwych haseł, które mają nas do czegoś lub kogoś przekonać. Kreowany wizerunek młodych ludzi podążających za konsumpcją (bo dzięki temu szczęśliwsi) ma nas przekonać do racji.
Już nie zastanawiamy się nad swoim istnieniem, bo wśród piętrzących się informacji brak czasu na refleksję. To też było powodem modyfikacji tak niegdyś odkrywczych zdań. Dziś młody człowiek bardziej skłonny jest powiedzieć: „Płacę, więc jestem", „Posiadam, więc jestem", „Zarabiam, więc jestem".
Niestety te zdania odzwierciedlają nie tylko naszą mentalność, ale i rzeczywistość. Nie kupujesz? Nie jesteś klientem? Nie masz pieniędzy? Więc Cię nie ma. Nie zarabiasz? Nie płacisz podatku? Nie masz NIPu? Więc Cię nie ma.
W dzisiejszych czasach stawia się na bycie przez pryzmat posiadanych dóbr. Przed "nieposiadającymi" odwracamy wzrok czy myślimy o nich jako istotach gorszej od nas kategorii. Czy to posiadanie tak bardzo wszystkich uszczęśliwia? Nie jestem pewna.  Wiem, że "nieposiadanie" jest ciężkie, ale czy człowiek do szczęścia potrzebuje milionów na koncie czy bardziej uśmiechu i życzliwości drugiego człowieka?

program rozrywkowy

stali aktorzy
lecz bajka inna
z tłem równie idyllicznym
co rajski ogród
w świetle reflektorów
i przy dźwiękach fanfar
z księżniczkami zrobionymi
na chirurgicznym stole
i księciami sztucznymi
jak papierowe kwiaty
prowadzą walkę na słowa
lecz przywykli już tak do siebie
że ich już łatwe
pozornie przymilne gesty
dziwią
 tylko nieobeznanych

nowa ja

twój wzrok ciepły
dotyka moją delikatną
szyję
nieśmiało
wodząc pragnieniem

pozwalam ci sterować
moim ciałem
jego gestami
nieśmiało odchylając głowę
z przeświadczeniem
że mogę się rozsypać
kiedy chcesz
być zabawny
odmierzam takty śmiechu
gubiąc się
w półoddechu
myśli
obezwładnione
splątane
jak dwa ciała
lgną do ciebie
ciepłymi piersiami
i świeżością spojrzenia

rozstane

porzucam cię
jak uwierające buty
teraz będziesz leżał
w kącie
i skamlał
będziesz błagał o jeszcze jedną szansę
a ja mam sentyment
do swoich stóp
i nerwów

porzucam cię
jak zepsuty sprzęt
który robi zbyt wiele zamieszania
w błahych sprawach
warkocząc po trochu
przy gniewnych wstrząsach

nawet nie było trudno pozbyć się ciebie
poczułam jedynie ulgę
na sercu
i roztycie
w portfelu

za dużo kosztowałeś mnie
emocji

nie mam sentymentu
do starych sprzętów
wiec nie proszę cię o nic
sama sobie wybaczam
że tak długo szarpałam się
z myślą rozstania

myślenie

Obdarzono nas rozumem po to, abyśmy mogli z niego korzystać. Dzięki niemu jesteśmy bytami najwyższymi wśród świata fenomenów. Jeśli nie postępujemy tak, jak byśmy byli bytami najwyższymi to będziemy musieli się rozliczyć przed sobą i historią z danych nam darów.
Stworzono nas dla głębszej wewnętrznej refleksji. Jeśli tego nie potrafimy to, czy jesteśmy inni niż zwierzęta?
Najwyższym darem, dobrem jest samospełnienie. Bez tego stajemy się cząstką bytu niższego, walczącego jedynie o przetrwanie gatunku, a to jest zaprzeczeniem dotychczasowej myśli ludzkiej.

walka o psa

Głupota obrońców zwierząt czasami nie zna granic, o czym przekonałam się w ostatnich dniach. Zawsze myślałam, że ich działania mają na celu obronę innych gatunków przed cierpieniem. Okazało się, że byłam w tej kwestii niezwykle naiwna. Większości z nich bardziej zależy na medialnym rozgłosie niż dobru bezbronnej istoty, dlatego też z założenia nie pomagają bezbronnym ludziom.
Kilka lat temu mojej znajomej syn przyprowadził ze schroniska psa. Nie była ona zadowolona z nowego pupila, ale bardzo szybko przekonała się do niego, tym bardziej, że zajął w jej emocjach miejsce właśnie pożegnanego pupila i męża, którzy zginęli w wypadku samochodowym. Nigdy nie była zwolenniczką trzymania zwierząt w domu i wcześniejszy zwierzak mieszkał z nimi przez potrzeby męża (pies myśliwski). Nowy „nabytek” traktowała jak każdą żywą istotę: karmiła, pielęgnowała, prowadzała do weterynarza. Jak to zwykle bywa z psami ze schronisk był on nieco zabiedzony. Docierali się do siebie kilka miesięcy. W końcu stał się jej jedynym kompanem długich spacerów, wieczornego czytania książek czy bezmyślnego gapienia się w telewizor.
Pies przyciągnął uwagę córki sąsiadki. Mała dziewczynka bardzo chciała mieć własnego zwierzaka, ale jej rodzice byli przeciwni, więc nawiązała kontakt z psem mojej koleżanki. Regularnie przychodziła się bawić z adoptowanym czworonogiem, a sąsiadkę zaczęła traktować troszkę jak babcię, której sama może nie miała.
Ostatnio pies zachorował, przez co moja koleżanka poprosiła dziewczynkę, by go nie odwiedzała. Po wizycie u weterynarza okazało się, że zwierzak ma liczne guzy i przez to cierpi. Koleżanka jednak nie zdecydowała się go uśpić tylko podawała leki przeciwbólowe. Do decyzji rozstania się z psem dojrzała, kiedy ten chciał zaatakować jej przybrana wnuczkę.
Do całej sprawy włączyła się jej druga sąsiadka, która zawsze wszystkich obserwowała i szukała sensacji. Zawsze deklarowała się, jako wielka obrończyni zwierząt, ale sama żadnego nie posiadała. To jej jednak nie przeszkodziło w osądzeniu sytuacji: dziecko i „starucha” (tak mówiła o mojej koleżance, która jeszcze nie przekroczyła 50 lat) znęcają się nad zwierzęciem, dlatego jest ono agresywne.
Cierpiący pies dostawał coraz więcej lekarstw i musiał być zamknięty za siatką, aby nie atakować. Po paru dniach koleżanka, która się do niego przywiązała i nie mogła patrzeć na jego cierpienie postanowiła posłuchać weterynarza i pozwolić uśpić czworonoga. Nie mogła z nim już wychodzić poza teren swojej posesji, ponieważ stał się bardzo nieprzewidywalny. Dla bezpieczeństwa ludzi zadzwoniła do weterynarza i poprosiła, by przyjechał.
Nadgorliwa sąsiadka kilka razy informowała lokalne media o całej sytuacji: „mam sąsiadkę, która znęca się nad zwierzakiem”. Lokalne media w ramach poszukiwania sensacji odwiedzały ją regularnie. Naiwni dziennikarze (jeśli tak można nazywać osoby, które po polsku nie potrafią poprawnie skleić dwóch zdań sąsiadujących) robili zdjęcia uwięzionego zwierzęcia. Koleżanka jednak znała na tyle swoje prawa, by postraszyć ich sądem w razie opublikowania fotografii.
Kiedy przyjechał weterynarz sąsiadka koleżanki wezwała media, policję i biegała jak oszalała po ulicy, że „wredna starucha chce zabić bezbronne zwierzę". Policjanci spisali protokół: chore zwierze wymaga uśpienia. Dziennikarze zostali pouczeni, że wkraczanie na cudzy teren bez jego zgody jest karalne, a publikowanie zdjęć i opisywanie sprawy podlega pod zniesławienie, więc szybciutko się zmyli. W lokalnej prasie ukazała się tylko krótka informacja, że pewna pani próbowała ratować zwierze, ale przepisy naszego kraju zawsze stoją po stronie właściciela. Pewnie nie było to dla niej zadowalające, w końcu pragnęła sławy, jako wielka obrończyni słabszych istot.
Jeśli chodzi o psa to został on uśpiony, a po przebadaniu okazało się, że miał zaawansowanego raka i może duże dawki morfiny pomogłyby pozbyć się bólu, ale i tak bardzo szybko pożegnałby ten świat.

poniedziałek, 13 stycznia 2014

zmiany klimatyczne

Wszystko cokolwiek mówi się o zmianach klimatycznych tylko po części jest prawdą. Ja tu nie zamierzam się, ani wymądrzać, ani głosić „prawdy niepodważalne", ponieważ nie jestem specjalistką w tej dziedzinie. Troszkę jednak (podczas przydługawej edukacji) liznęłam historii, dzięki czemu mogę mieć mniej lub bardziej ukształtowany pogląd na temat licznych zmian klimatycznych i ich wpływu na ludzi, rozwój kultury (tu mam również na myśli upadki wielkich cywilizacji).
W XX wieku (już prawie sto lat temu) Ellsworth Huntington stał się twórcą klimatologii historycznej. To właśnie dzięki temu wielkiemu amerykańskiemu uczonemu historycy zaczęli się zastanawiać nad wpływem klimatu na rozwój i upadek poszczególnych kultur, migracji, wojen.
Ludzie są zwierzętami, które dążą do wygody. Jeśli im źle na danym terenie to starają się przemieścić. Tak też było i przed wiekami. Tereny, które wydawały im się dogodniejsze do zamieszkania w większości przypadków miały już swoich stałych mieszkańców, co wiązało się z koniecznością, albo wkupienia w łaski (jeśli byli plemieniem słabym), albo podboju (jeśli perspektywa podboju była realna).
To minimalne obeznanie z historią uświadomiło mnie, że zmiany klimatyczne, obecnie zachodzące na świecie nie są czymś niezwykłym. One istniały od zawsze i od zawsze to ludzie musieli się im podporządkować, ponieważ natura jest niezwykłą potęgą, której nie da się ujarzmić (przynajmniej nigdy dotąd w historii nie było to możliwe).
Obecnie coraz częściej (jeśli brak ciekawszych sensacyjnych tematów) media straszą nas nadchodzącymi zmianami. Niekompetentni dziennikarze rozpisują się na temat sposobów przeciwdziałania owym" wahaniom" pogodowym, twierdząc, że są ona spowodowane wyłącznie przez rozwój przemysłu i używanie wielu nie ekologicznych produktów... Atakują nas wizjami zalanej ziemi z powodu zniknięcia pokryw lodowych, a innym razem spalonej słonecznymi promieniami Ziemi przez nasze zbyt duże zużycie wody (czyżby znajomość obiegu wody w naturze była im obca?).
Obie te wizje są bardzo infantylne (przynajmniej dla mnie). Jeśli jest się człowiekiem choć troszkę myślącym to nie można powiedzieć, że tylko człowiek jest odpowiedzialny za zachodzące zmiany klimatyczne. Człowiek jest zbyt małą siłą, nawet jeśli działa zbiorowo, chociaż współczesne dokonania naukowe stwarzają możliwość zagłady całej natury (czy aby na pewno całej) przez jednego człowieka (bomby atomowe) to jednak nie jest to zagrożenie  tym , którym straszą nas media, lubujące się w wyolbrzymianiu codziennych działań człowieka.
Zatopienie całej powierzchni Ziemi (czy aby na pewno jest to możliwe) na nastąpić w skutek całkowitego stopienia się lodowców, a to, zdaniem niedouczonych dziennikarzy, następuje przez zbyt dużą emisję dwutlenku węgla i dwutlenku siarki do atmosfery. Czy aby na pewno człowiek emituje aż tak wiele tych związków chemicznych? Przyroda nie potrzebuje do tego człowieka... Liczne wybuchy wulkanów w przeszłości emitowały znacznie więcej wszystkiego, cokolwiek człowiek jest w stanie wyprodukować na potrzeby przemysłu. Poza tym (o ile mi wiadomo) dwutlenek węgla wcale nie jest zły dla przyrody. Jest wręcz niezbędny do prawidłowego wzrostu roślin (jeśli ktoś nie wierzy to odsyłam do podręczników z biologii dla klas czwartych szkoły podstawowej i podręczników do przyrody wcześniejszych klas...). Problemem może się wydawać dwutlenek siarki, jednak i on zawsze był produkowany przez przyrodę w dużych ilościach... Kolejny błąd tkwi w nieznajomości praw fizyki i chemii: wizja lodowców, które topniejąc zatopią Ziemię. Ile musiało, by być lodowców, aby faktycznie były w stanie zatopić Ziemię? Na pewno znacznie więcej niż jest ich faktycznie. W tym punkcie czasami trafiałam na argumenty o zimnych prądach (wody z lodowców wpadające do mórz i oceanów), które mają przemienić naszą planetę w obszary zalane i obszary suche. Przez chwilę się zawahałam (ponieważ nie byłam najlepsza z geografii), jednak po chwili zreflektowałam się, że przecież owe zimne prądy na równiku zmieniają się w ciepłe, np. Prąd Kanaryjski na równiku przechodzi w Prąd Północnorównikowy (można tak wymieniać bez końca)!
Kolejna (równie absurdalna) wizja to obraz Ziemi wysuszonej, obraz Ziemi bez wody... I tu znowu kłaniają się podstawy zdobyte (a może przez niektórych nie zdobyte) w szkole podstawowej (do której niektórych może należy odesłać). Kiedy pewnego dnia trafiłam na taka niezwykle przerażającą wizję, namawiającą do oszczędzania wody, nie mogłam powstrzymać się od śmiechu. Ironiczny uśmieszek na mojej twarzy pojawia się zawsze, kiedy ktoś namawia mnie do oszczędzania wody, bo może jej zabraknąć!
Zabraknąć? A niby jak? Czyżby woda w przyrodzie nie krążyła? Czyżby ludzie żyli w epoce kamienia łupanego i nie posiadali możliwości oczyszczania wody? Śmiem twierdzić, że na pewno z roku na rok mamy czystsze wody (co widać po rzekach) niż w czasach, kiedy wszystkie ścieki kierowano wprost do rzek.
Argumenty o kwaśnych deszczach też nie są zbyt przekonujące. Może jestem niedouczona i nie jestem specjalistą w tej dziedzinie, ale w dziejach historii Ziemi natura wytwarzała więcej świństw i bardziej niebezpiecznych, dzięki czemu my możemy istnieć!
Niewątpliwe jest, że zmiany zachodzą, ale są one bardziej wywołane przez samą naturę niż przez człowieka, bo niby w jaki sposób w starożytności ludzie, nieposiadający obecnych wynalazki współczesnych cywilizacji, wpływali na klimat, a on przecież i wówczas się zmieniał.
To, że ludzkość kiedyś może zostać skazana na zagładę jest raczej pewne, ponieważ, jak nam wiadomo, wszystkie gwiazdy kiedyś gasną - Słońce ,które nie bez przyczyny było tak bardzo czczone przez wszystkie wielkie religie (również katolicyzm - odsyłam do książek o symbolach solarnych), może kiedyś zgasnąć...

chłopiec czy dziewczynka

Oglądając króliczki:
-Mamo? A to chłopiec czy dziewczynka?
-Dziewczynka
-A jak poznałaś?
-Po oczach. Dobrze jej z oczu patrzy i wygląda na naiwną...

mucha

Dziecko widząc muchę pływającą w naczyniu z wodą:
-Mamo? Co robi ta mucha?
-Zażywa kąpieli - matka.
-A po co? - dziecko
-Bo widzisz, z tą muchą jest zupełnie tak jak z tobą. Jak z oka spuszczę to ona już się brudzi, a później byle gdzie się myje- matka.
-To znaczy, że ta mucha będzie biała?- dziecko

bogowie

-Mamo, mamo, a co to są bogowie?- dziecko
-Bogowie to takie nadprzyrodzone istoty, które miały pomagać ludziom- matka
-A gdzie oni są? -  dziecko
-Nie ma ich. Ludzie bardzo dawno temu wierzyli, że istnieją- matka
-Ludzie dawniej w różne gusła wierzyli- babcia
-A co to gusła?-dziecko
-Babcia tak odnośnie tych bogów. Teraz też nie jest lepiej. Ludzie ikony wieszają po domach i modlą się do nich i wierzą, że im pomogą. A jak nie w ikony to w technikę, biotechnologię, medycynę, klonowanie... - matka
-Ojej, jaki ten świat skomplikowany- dziecko

wazonik

Środek zimy, ale w powietrzy czuć wiosnę i rośliny puszczają pąki. Wiosna kojarzy się z kwiatkami, a to stwarza wiele możliwości zabaw.
Po pierwsze trzeba mieć wazonik lub wazon. Nie trzeba go jednak dziecku kupować. Maluchy mają wystarczającą ilość butelek po sokach, aby je wykorzystać.
Aby zrobić piękny wazon z pociechą potrzebujemy plastelinę, koraliki, muszelki (te możemy nazbierać latem nad morzem, czyli kolejna zabawa, bo w końcu życie jest zabawą), guziki i inne ozdoby, które da się wcisnąć w plastelinę.
Razem z dzieckiem oblepiamy butelkę (musi być wymyta i wysuszona) plasteliną (2-3 mm grubości. Taka zabawa ćwiczy paluszki naszego skarbeczka. Kiedy butelka jest oblepiona dziecko bawi się w ozdabianie jej dostępnymi materiałami. Taka zabawa może trwać dwie, a nawet trzy godziny. Zależy od cierpliwości i dokładności naszego dziecka. Kiedy dziecko ozdabia butelkę my możemy zająć się na chwilę własnymi sprawami lub odetchnąć bez szkody dla rozwoju pociechy. Aby ozdoby nie odpadały można butelkę polakierować, ale z czasem lakier i tak pęka, a my przecież zawsze możemy zrobić nowy wazon do kolekcji…
Butelki można również oblepić wzorkami powycinanymi z papieru samoprzylepnego. Wadą tej metody jest to, że zbyt szybko zabawa się kończy, czyli godna polecenia mniej cierpliwym maluchom. Nadaje się ona już dla dzieci od drugiego roku życia. My wycinamy wzorki i prosimy dziecko by naklejało na butelkę. Starszemu (np. czteroletniemu) pod naszym uważnym okiem dajemy nożyczki i samo próbuje coś ładnego stworzyć. Dzieci w wieku szkolnym mogą robić wazonik zupełnie samodzielnie, ale musimy od czasu do czasu zerkać na nie. Pamiętajmy, że nożyczki dla dziecka nie mogą być takie jak dla nas. Muszą być proporcjonalnie mniejsze i mieć zaokrąglone czubki.
Dobrym i najtrwalszym sposobem ozdabiania słoika czy butelki jest pomalowanie go farbką do malowania na szkle. Taki wazon bardzo ładnie wygląda ustawiony na parapecie nawet, kiedy nie ma w nim kwiatów.
Kolejny etap zabawy to oczywiście wyprawa po kwiaty. Możemy iść z dzieckiem na łąkę, do lasu, ogrodu czy po prostu kupić. Zrywając kwiaty na łąkach musimy pamiętać, że to nie jest nasza własność i trzeba ją uszanować, więc nie możemy wchodzić w głąb pola tylko zerwać te, które rosną na brzegu. Właściciel pola będzie zadowolony, że trawa niepotarmoszona, kwitnące chwasty zerwane (czyli nie będą się rozsiewały), a my, że mamy kwiatki.
Ze zdobytymi kwiatkami wracamy do domu i tam obrywamy dolne listki, by nie gniły w wodzie, a także by więcej kwiatów zmieściło się w wąskim otworze naszego butelkowego wazonu. Następnie przycinamy je tak, aby pasowały do naszego wazonu, układamy bukiet.
Teraz pozostaje nam upiec ciasto, zrobić kakao i pobawić się z dziećmi w przyjęcie ;)

środa, 8 stycznia 2014

piękny Wrocław

Wrocław jest bardzo pięknym, malowniczym miastem leżącym nad odnogami rzeki, dzięki której ma specyficzny klimat i która wymusza na władzach budowę kolejnych mostów, zwiększając atrakcyjność i ilość tras spacerowych. Turyści zagraniczni przyjeżdżają tu o każdej porze roku i tygodnia. Ci polscy raczej decydują się na weekendowy wypad do miasta, ponieważ wtedy więcej się dzieje (zwłaszcza latem). Wrocław podczas począwszy od studenckich czwartków po poniedziałkowe poranki nie jest miejscem zachęcającym do powrotów. Szczególnie na wiosnę miasto to zniechęca do zwiedzania.
Miasto studentów, miasto młodych jest również miastem emerytów z psami, którzy bez skrępowania srają psami w centrum. Nie mają skrupułów by nie pozostawić śladów po sobie przed zabytkowymi, odrestaurowanymi budynkami Uniwersytetu Wrocławskiego. Spacer po takich ulicach nie ogranicza się do podziwianie architektury, fryzów, malunków i innych ozdób znajdujących się na budynkach, ale ogranicza się do ciągłego uważania, żeby nie wdepnąć w „niespodziankę”.
Studenci nie pozostają w tyle za staruszkami i starcami. Dorównują im kroku dzięki zaśmiecaniu odnowionych ulic wspaniałymi, kolorowymi wymiocinami, tworzącymi prawdziwe dzieła sztuki na śniegu. Gorzej jest już wiosną. Topniejący śnieg odsłania kolejne warstwy świństw nagromadzonych przez zimę.
Wydawałoby się, że latem Wrocław może być piękniejszy, mniej zaśmiecony, bo służby porządkowe nie mają problemu z myciem i sprzątaniem ulic ze względu na sprzyjającą pogodę. Rozczarowanie jednak bywa wielkie. Zarówno emeryci (czy inni sfrustrowani ludzie, którzy potrzebują psa jako codziennego towarzysza rozmów) i studenci intensywniej pozostawiają ślady na ulicach, które powinny być atrakcją turystyczną, ale ze względu na zanieczyszczenia przyjezdni mogą bać się w nie wchodzić.
Władze miasta, aby zwalczać „miejski syf” zainwestowały w liczne kosze na zwierzęce odchody, które zapełniane są zazwyczaj opakowaniami po słodyczach. Właściciele psów przez wiele lat szarości, niedbałości, jaka panowała za komuny wyrobili sobie odruch niedbalstwa. A studenci i młode osoby imprezujące za bardzo wzięły sobie do serca przykazanie, by brać przykład ze starszych…
Trzecim problemem są bezdomni i żebrzący: na jedzenie, na leki, na coś tam. Oni również nie poczuwają się do dbania o otoczenie i rzucają śmieci, gdzie mają ochotę. Często można spotkać osoby namiętnie grzebiące w koszach i wysypujące ich zawartość na chodnik, by tam została. Żebrzący natomiast ozdabiają skrzyżowania ulic, dzięki czemu mają większe szanse na zdobycie finansów. Często nie są to osoby tak biedne, jak udają…
Wrocław jest bardzo pięknym miastem, którego nie sposób podziwiać. Zawsze trzeba uważać na liczne „przeszkody”, utrudnienia, które stają na naszej drodze. Niestety jest to cecha polskich miast, w których ludziom nie wstyd załatwiać potrzeby fizjologiczne psami na ulicy.

ułomności

Czytam Don Kichota, który dawno przestał być książką powszechnie znaną, czego należy żałować, bo czymże jest nasze życie jak nie szukaniem przygód w obłędzie? Tylko z perspektywy narratora opowieści o nas możemy popatrzeć na swoje dokonania z przymrużeniem oka, a na przygody, z których często jesteśmy dumni - z lekką ironią.
Pędzimy dokądś, szukamy wielkich przygód, chcemy zbawiać świat, naprawiać ludzi, a nie potrafimy naprawiać siebie.
Nazbyt często podchodzę do świata z ironią. Nazbyt często wytykam wady napotkanych ludzi. To sprawia, że może się wydawać, że siebie stawiam ponad te ułomności, że uważam siebie za lepszą, a też przecież jestem zwykłym człowiekiem z całym bagażem ułomności, wad, jakie niesie moje życie. One są jednak potrzebne.
Świat ludzi doskonałych byłby monotonnie nudny, monotonnie idealny, monotonnie bezcelowy. Tylko słabości sprawiają, że możemy starać się, aby stać się innymi, lepszymi.

wszechwiedzące

W życiu każdego człowieka pojawiają się „wspaniali", „troskliwi" ludzie, dlatego i w moim musieli „zaistnieć". Oni nie zawsze rozumieją, że ich troska jest zbędna, ponieważ, jako dorośli ludzie, potrafimy „wziąć swój los w swoje ręce", a czasami nawet - przy okazji - wstrząsnąć światem.
Dla nich zawsze jesteśmy małymi, niedoświadczonymi, głupiutkimi, nieznającymi życia, niepotrafiącymi sobie poradzić dziećmi i bardzo cieszą się z każdej nadarzającej okazji, aby móc podzielić się z nami swoją wspaniałą wiedzą i bogatym doświadczeniem. W końcu oni są już tacy starzy, tak wiele przeżyli, tak wiele doświadczyli i nie ma ludzi bardziej doświadczonych od nich.
Los regularnie obdarza nas dobrocią takich ludzi, za co powinniśmy być mu niezmiernie wdzięczni, a raczej szczególnie owym doświadczonym za ich dzielenie się doświadczeniem i naukę.
Dawno, dawno temu i ja miałam taką sytuację (teraz raczej nie daję sobie wejść na głowę). Pewna pani - bardzo podstarzała, bardzo brzydka, w krzykliwym makijażu (przez mojego brata nazywanego makijażem klauna) świadczącym o złym smaku i braku poczucia estetyki, w beznadziejnej fryzurze, i jeszcze gorszym stroju (moja babcia ten rodzaj stroju nazywała workiem na ziemniaki) - postanowiła mnie uświadomić! Jej zdaniem, panienki takie jak ja (z domu o pewnych tradycjach, gdzie dba się o każdy szczegół- zarówno w wyglądzie jak i kompetencjach oraz szacunku dla samego siebie) powinny wiedzieć, jakie jest życie i jak należy się ubierać, gospodarować, pracować (ta pani, pracująca w komunizmie za biurkiem na pewno wiedziała dużo o pracy...).
Słuchałam jej uwag cierpliwie. Mój strój był bardzo nieodpowiedni, ponieważ białe spodenki i różowa bluzeczka miały zbyt wyraziste kolory, jak na wakacyjny strój. Kostium i sukienka założona w towarzystwie również nieodpowiednie, bo jak w kręgu znajomych można aż tak elegancko się ubierać!
Jak widać można... a nawet wypada rzez szacunek dla samej siebie. Zawsze wychodziłam z założenia, że należy dbać o swój strój i wygląd, ze względu na siebie i innych. Nigdy nie poszłam na egzamin, imieniny znajomych, imprezę, zajęcia czy do pracy ubrana „byle jak", ponieważ wtedy nie pokazałabym braku szacunku innym, ale sobie. Wystarczające poczucie ważności tego, co się robi nakazywało mi ubierać się starannie, pracować starannie.
No i właśnie staranność pracy też została skrytykowana przez ową „wszechwiedzącą panią", która wie jak należy pracować. Moja solidność, staranność, pośpiech ją raziły. Jej zdaniem to właśnie przez to przez tydzień byłam bezrobotna - zrobiłam za szybko, zbyt wiele i firma mogła obyć się przez jakiś czas beze mnie. Gdybym pracowała wolno, robiła sobie często przerwy i - najlepiej - jak najmniej pracowała to na pewno miałabym dłużej zajęcie. No i miała rację, ale tylko częściowo. Gdybym była powolna, nadal bym robiła to, co robiłam, a tak jestem już na kolejnym etapie mojej „kariery zawodowej".
Najwspanialsze były pouczenia dotyczące stroju i makijażu: „jeśli chodzisz zbyt elegancko ubrana to szef stwierdza, że nie potrzebujesz pieniędzy na strój, bo go już masz". A ja myślałam, że nieelegancki strój świadczy o braku profesjonalizmu (skoro nawet o wygląd nie jesteśmy w stanie zadbać, to jakim cudem zadbamy o prawidłowe załatwienie ich spraw, i jakim cudem sprawimy, że wszystko będzie funkcjonowało tak, jak sobie życzą?).
Ostatnio znowu miałam okazję rozmawiać z taką „wspaniałą" osobą, która troszczyła się o moją niekończącą się edukację:
-Kiedy ty w końcu skończysz studia? Kiedy skończysz się uczyć?
 Musiałam odpowiedzieć szczerze i zgodnie z oczywistą prawdą:
-Nigdy. Będę się uczyć do końca życia - odpowiedziałam z niewinnością dziecka.
-Jak to całe życie? A praca? A rodzina?- dopytywała się troskliwa.
-Przecież człowiek uczy się całe życie. Nawet jak nie chce to się uczy. Włącza telewizję i się uczy, siada pod drzewem i się uczy, idzie ulicą i się uczy! Jak można się nie uczyć? -odparłam z naiwnością czterolatka, co najwidoczniej wyprowadziło z równowagi „troskliwą", ponieważ pobordowiała- Również rozmowa z panią jest niezmiernie pouczająca.

Ontologia-geneza i miejsce wśród nauk

Ontologia (gr. tó ón- byt)to nauka o szeroko rozumianym bycie. Synonimem tej nazwy jest metafizyka (nazwa pochodząca od pism Arystotelesa). Należy ona do nurtu filozofii teoretycznej, której początki sięgają starożytności.
W starożytności problemem Bytu oraz sposobów jego istnienia  nie zajmowali się sofiści, cynicy oraz cyrenaicy, dla których istotna stała się etyka, a także filozofia społeczna. W czasach nowożytnych natomiast lekceważył ją John Locke, David Hume oraz Immanuel Kant.
Ontologia jako teoria bytu obejmuje badania nad typologią przedmiotów istniejących w świecie, przestrzenią i czasem, zmianami zachodzącymi w świecie, modalnością egzystencjalną(istnieniem koniecznym, przypadkowym i możliwym) oraz naturą bytów świadomych i ich relacją do bytów fizycznych.
Nauka ta ma podstawy w codziennym myśleniu potocznym, mając za podstawę zdrowy rozsądek. Czasami pod wpływem emocji klasyfikowanie czy wartościowanie wykracza poza ramy logiczności (np. pod wpływem fanatyzmu religijnego lub ideologicznego). Filozof używa tu specyficznego języka kategorii filozoficznych takich jak substancja, atrybut, akcydens, byt idealny, byt realny i tym podobnych. Nauka ma tu przewagę nad potocznym postrzeganiem w przypadku racjonalnych przekonań, ale zarazem filozof musi również działać i myśleć w sposób potoczny. Filozofia krytycznie żąda jasności i dowodów oraz przedstawiania racji.
Myślenie religijno-mitologiczne stanowiło przeciwieństwo przez próbę wyjaśniania spraw dotyczących świata fenomenalnego przez odwołanie do niego. Z czasem powstawały nurty, które właśnie w świecie nierealnym szukały przyczyn funkcjonowania świata. Mimo tego ontologia i nauka mają z sobą wiele wspólnego, ponieważ nauki szczegółowe powstały przez wyłonienie się z filozofii po okresie dojrzewania ich problematyk w jej ramach. Już w starożytności matematyka i astronomia stanowiły oddzielne dziedziny. Chemia i fizyka usamodzielniły się w czasach nowożytnych, a biologia i psychologia w XIX wieku. Obecnie ze względu na coraz bardziej szczegółowe badania i rozwój z każdej nauki wyłaniają się jej szczegółowe dziedziny opisujące tylko wycinek rzeczywistości.
Filozofia, a szczególnie ontologia, ma we współczesnym świecie za zadanie podsumować te rozległe badania oraz próbować sprecyzować najlepsze metody poznawcze, a także określić zakres badań. W ten sposób nauka często korzysta z filozofii.
Ontologia, jako jedna z dziedzin, zajmuje się określonym obszarem rozmyślań na temat świata. Jak wskazuje nazwa jest to nauka o Bycie. Wcześniej nazywana metafizyką, a przez Arystotelesa określana mianem filozofii pierwszej. Współcześnie używana nazwa pojawiła się w słowniku filozoficznym Rudolfa Gocleniusa (Frankfurt 1613).
W 1656 roku Jan Clauberg zastanawiał się, czy właściwą nazwą jest „ontologia" czy „onto­zofia". Istnieje analogia do wiedzy o Bogu - teologia czy teozofia? Teologię uważano zawsze za naukę opartą na Objawieniu, a teozofia odnosiła się raczej do wiedzy osiąganej wysiłkiem samego rozumu. Wg Clauberga ontologia to nauka, która dotyczy bytu w ogóle, a nie takiego czy innego jego rodzaju.
Termin „ontologia" pojawia się w jednym z pism Gottfrieda W. Leibniza (nauka o czymś i o niczym, o bycie i niebycie, rzeczy i sposobach rzeczy, substancji i przypadłościach). Popularny stał się jednak dzięki Johannowi Christianowi Wolffowi i jego książce Philosophia Prima sive Ontologia (1730, wznawiane potem co kilka lat). Podtytuł tej książki mówił o naukowości metody, wedle której problematyka ontologii ma być rozważana.
Inny termin dla nauki o Bycie zaproponował wcześniej Andronikos z Rodos (I wiek p.n.e.), który porządkował pisma Arystotelesa. Zauważył, że istnieją w nich rozprawy traktujące o pewnych podstawowych problemach filozoficznych w sposób ogólniejszy, niż czyni to fizyka - nauka badająca rzeczywistość materialną. Księgi te nazwał metafizycznymi (ta meta ta physika. ), czyli następującymi po fizyce. Meta może tu znaczyć nie tylko „po", ale również „ponad". Z czasem nawiązywano wyłącznie do ostatniego znaczenia interpretując go w dwojaki sposób: a) akcentując uniwersalność przedmiotu metafizyki - miała obejmować całość bytu; b) ograniczając jej zakres do przedmiotów niematerialnych, np. Boga, duszy itp.. To drugie znaczenie prowadziło do podważenia wartości metafizyki jako podstawy prawdziwego poznania. Jeśli prawomocną wiedzę utożsamia się z naukami empirycznymi, to metafizyka (prze­kra­czanie materialności) jawi się jako jałowa spekulacja i tak też postrzegał ją Immanuel Kant, a następnie pozytywiści i neopozytywiści (np. Koło Wiedeńskie, Szkoła Berlińska), uznający metafizykę za twierdzenia poznawczo bezsensowne.
Do największych przeciwników metafizyki należeli materialiści i scjentyści. Znajdowała ona jednak swoich zwolenników, którzy uznawali ją na równi z naukami empirycznymi.
Gottfried W. Leibniz popierał metafizykę, jako naukę stawiającą pierwsze, a co za tym idzie, najważniejsze pytania, będące przyczyną dalszych badań nad światem: Dotychczas mówiliśmy li-tylko jako fizycy, teraz należy wznieść się do metafizyki, posługując się tą nie dość wykorzystywaną wielką zasadą, która głosi, że nic nie powstaje bez racji dostatecznej, czyli że nie dzieje się nic, w odniesieniu do czego ktoś wystarczająco znający rzeczy nie mógłby podać racji dostatecznej, tłumaczącej, dlaczego dzieje się właśnie tak, a nie inaczej. Po przyjęciu tej zasady mamy prawo zaać pytanie pierwsze, która tak będzie brzmiało: Dlaczego istnieje raczej coś niż nic? Nic jest przecież prostsze i łatwiejsze niż coś. Co więcej, dopuściwszy, że rzeczy powinny istnieć, trzeb a podać rację, dlaczego powinny istnieć tak, a nie inaczej[1].
U Henriego Bergsona czytamy: [...] zwykłą funkcję nauki pozytywnej stanowi analiza. Nauka operuje więc przede wszystkim symbolami. Nawet najkonkretniejsza z nauk przyrodniczych, biologia, trzyma się widzialnych kształtów istot żywych, ich narządów, ich pierwiastków anatomicznych. Porównuje między sobą ich kształty, sprowadza bardziej złożone do prostszych, bada wreszcie czynności życiowe w tym, co jest, że tak powiem, ich symbolem widzialnym. Jeśli istnieje jakiś środek, aby posiąść rzeczywistość absolutnie, zamiast ją poznawać relatywnie, przenikać w głąb niej, zamiast szukać zewnętrznych punktów widzenia na nią, mieć jej intuicję, zamiast dokonywać jej analizy, aby wreszcie ująć ją symbolicznie, to tym wszystkim jest metafizyka. Metafizyka jest więc nauką, która twierdzi, że obchodzi się bez symboli[2].
Nie jest jednak możliwe, by objąć całokształt Bytu, wnikając w jego istotę i uzyskując przy tym wiedze jasną. Niewielu filozofów XX wieku wierzy i deklaruje tą możliwość poznania.
Bibliografia:
Kazimierz Ajdukiewicz, Zagadnienia i kierunki filozofii, Warszawa 1983.
Henri Bergson, Myśl i ruch. Dusza i ciało, Warszawa 1963, s. 20 (dostępne też: http://hamlet.pro.e-mouse.pl/filozof/?id=bergson1 ).
Enrico Berti, Wprowadzenie do metafizyki, Warszawa 2002.
Zdzisław Cackowski, Główne zagadnienia i kierunki filozofii, Warszawa 1977.
Tadeusz Czeżowski, O metafizyce, jej kierunkach i zagadnieniach, Toruń 1948.
Nicolai Hartmann, O podstawach ontologii, Toruń 1994.
Martin Heidegger, Wprowadzenie do metafizyki, Warszawa 2000.
Michał Hempoliński, Filozofia współczesna (część II), Warszawa 1989.
Michał Hempoliński (red.), Ontologia. Antologia tekstów filozoficznych, Wrocław 1994.
Jacek Juliusz Jadacki, Spór o granice istnienia, Warszawa 2001.
Władysław Krajewski, Ontologia, Warszawa 1959.
Mieczysław Albert Krąpiec, Metafizyka. Zarys teorii bytu, Lublin 1978.
Józef Lipiec, Ontologia świata realnego, Warszawa 1979.
Antoni B. Stępień, Wprowadzenie do metafizyki, Kraków 1964.
Władysław Stróżewski, Ontologia, Kraków 2003.
Andrzej Leszek Zachariasz, Istnienie. Jego momenty i absolut, Rzeszów 2004.


[1] Gottfried W. Leibniz, Wyznanie wiary filozofa, s.103,http://filozofiauw.wdfiles.com/local--files/teksty-zrodlowe/Leibniz%20-%20Zasady%20natury.pdf,
[2]  Henri Bergson, Myśl i ruch. Dusza i ciało, Warszawa 1963, s. 20 (dostępne też: http://hamlet.pro.e-mouse.pl/filozof/?id=bergson1).

sobota, 4 stycznia 2014

Karać czy nagradzać

Poglądy na wychowanie zmieniały się przez wieki. Od surowego kształtowania „niedoskonałego człowieka” po teorie rozwijającego się człowieka. Można śmiało powiedzieć, że XX wiek dał dzieciom dzieciństwo.  Przyczynili się do tego John Dewey i William Kilpatrick, którzy odkryli, że dziecko uczy się lepiej w przyjaznej atmosferze. Ponadto temat i jego skomplikowanie musi być dostosowane do wieku oraz umiejętności dziecka. Zygmunt Freud natomiast zauważył, że rygoryzm w różnorodnych sferach prowadzi do nerwic. Liczne badania, obserwacje przekonują rodziców do swobodnego wychowania w atmosferze miłości i zrozumienia oraz akceptacji. Badania socjologów, psychologów i lekarzy wskazują, że przestępcy nie stali się nimi z powodu nadmiaru uczuć danych im w dzieciństwie, a wręcz przeciwnie.
W swobodzie wychowania trzeba zachować umiar. Okazywanie uczuć jest bardzo dobre, tak jak ciągłe wspieranie słowami, ale należy również zwracać uwagę na niewłaściwe zachowania, ponieważ dziecko uczy się życia społecznego i nie wie, co społecznie jest dobre, a co złe. Uderzenie innego dziecka patykiem może uznać za zabawne, ponieważ samo nie czuje bólu, który może zadać. Nie powinno się wówczas na dziecko krzyczeć czy bić je, aby pokazać, że innych uderzenia bolą tylko tłumaczyć, tłumaczyć i tłumaczyć. Czasami bywa to męczące, ale dziecko to mały odkrywca i w jego zachowaniu nie ma złośliwości, jeśli sami go tego nie nauczymy.
Podczas kontaktów z dziećmi stosuję metodę nagradzania i tłumaczenia. Czasami nagrodą dla dziecka jest nasza uwaga, rozmowa z nim, docenienie jego chęci. Pozwalam też dziecku próbować granice jego możliwości, przez co kiedy dziecko się przewracało i przewraca nie pędziłam na złamanie karku, by podnieść tylko pytałam się czy podnieść. Zwykle córka siłowała się i siłowała, po czym sama wstawała. Kiedy chciała być podniesiona rozkładała się na chodniku i czekała aż podejdę. Wtedy często ją gilam, zabawiam, uśmiecham się i mówię, że wszystko jest dobrze. Udane podnoszenie nagradzałam słowami: „Brawo, ale jesteś duża i dzielna” i przytulałam.
Dziecko często przytulane i chwalone jest odważniejsze. Moja córka nie boi się niczego: ludzi, zwierząt, owadów. Czasami na spacerze dorwie olbrzymiego pająka i z nim biega do zamęczenia owada. Lubi koty, psy, gołębie, dlatego codziennie spacerujemy po całym mieście i podkarmiamy bezdomne zwierzaki (koty i gołębie). Córka wówczas biega w kółko usiłując złapać i przytulić je. Do tego ogranicza się jej fizyczne znęcanie nad zwierzętami. Zdarza jej się kopnąć kota czy nadepnąć na ogon, ale to głównie ze zmęczenia. Wówczas tłumaczę, że kot/pies/gołąb czuje tak samo jak ona i go boli. Delikatne zachowanie wobec zwierząt i ludzi nagradzam mówiąc, że wspaniale bawi się z kotkiem/dzieckiem, że jest bardzo grzeczna i mi się to bardzo podoba, że podoba się to też kotu/dziecku. W ten sposób córka otrzymuje ode mnie jasne komunikaty, jakie zachowania są nieodpowiednie, a jakie dobre i nie musi być tresowana jak głupie zwierze za pomocą klapsów. Wszystkim zwolennikom klapsów zawsze mówię, że szef powinien ich bić;)