Etykiety

piątek, 29 lipca 2022

Alex Wieseltier "Krzywe zwierciadło"


Pilnowanie podziałów w społeczeństwie zawsze prowadzi do rozczłonkowania narodów, braku poczucia wspólnoty i dbania wyłącznie o interes własnej grupy. Klasowość to brak wspólnych celów i brak perspektyw, dla tych na dolnych szczeblach drabiny społecznej. Sprawa komplikuje się jeszcze bardziej, kiedy tych drabin społecznych jest kilka w jednym państwie. Z jednej na drugą nie da się przeskoczyć bez uszczerbku. Zawsze muszą być jacyś poszkodowani. Wpajana przez wiele pokoleń hierarchia staje się prawdę objawioną, której nie można przekraczać. I tak właśnie rodzi się społeczeństwo kastowe dbające o utrzymanie tych podziałów. Zadziwiające jest to, że istniało ono w Polsce przed II wojną światową. Niby już przestawały istnieć dawne podziały, ale przyszły nowe, których wyznacznikiem była majętność, narodowość oraz wyznanie. Jednak nie tylko one były tu problemem. Znacznie większym było skrupulatne pilnowanie ich przez każdego. Nie tylko Polacy dbali o to, aby nie poślubiać Żydów, Niemców czy innych, ale owi obcy także byli strażnikami niepisanych przepisów. Do tego dochodziło jeszcze trzymanie się własnej grupy majątkowej: biedni tak samo jak bogaci dbali, aby nie przekraczać granic, nie zawierać małżeństw mieszanych. To społeczne „trzymanie porządku” sprawiało, że nie było tu wspólnoty poza tą własną, bliską, rodzinną stworzoną przez sieci powiązań między osobami o tym samym statusie. Przekraczanie takich niewidzialnych, ale niesamowicie trwałych granic dla wielu osób okazało się bardzo bolesne, ale nie niemożliwe. Oczywiście w granicach rozsądku, czyli ograniczające się do przyjaźni, ale wykluczające mezaliansy. Odważni zyskali niezwykły dar, jakim było wsparcie ze strony osób spoza ich kręgu klasowości. Otwartość i wykształcenie też pozwalały wysadzić niejedną przeszkodę. Do tego dochodzi ratująca życie znajomość języka wroga. W ten świat wprowadza nas Alex Wieseltier w swoich niedługich prozach w tomie „Krzywe zwierciadło”.

Pierwsze, co wybija się w tym tomie to niesamowita różnorodność doświadczeń związanych z ocaleniem. Mamy tu całe mnóstwo bohaterów, którzy doświadczyli wojny, wykluczenia społecznego, przemocy, ale też doznali ogromu pomocy, która pozwoliła im przetrwać. Wszystko to bez mitologizowania, odarte z większych idei, ale za to pokazane jako jeden wielki pęd jednostek chcących przetrwać okupację. Każdy miał na to inny sposób. Jedni oddawali majątki polskim sąsiadom, aby zyskać ochronę, inni po latach dowiadują się, że dom, który dostali w spadku jest po ich dziadkach, ale nie tych, których znali, którzy uczestniczyli w ich wychowaniu, lecz tych, którzy zginęli, bo byli Żydami, jeszcze inni odkrywają, że pozostawione w pustym mieszkaniu dziecko jednak przeżyło dzięki dobremu sercu sąsiadki. Bywają też tacy, którym wojna dała szansę na poślubienie córki rabina, są Żydówki, które romansują z Niemcami i Rosjanami, aby przetrwać. Jest też całe mnóstwo Żydów, którzy zabijają i szantażują, aby przetrwać i mieć schronienie. Nawet ukrywanie rodzin lub jednostek przez Polaków zostaje tu odarte z heroizmu. Za to mamy na początku pokazany interes, a później strach przed wydaniem, czy to sąsiadów czy ukrywanego, który mógłby zdradzić, gdzie miał do tej pory schronienie. Stajemy się świadkami brutalnych wyborów, w których więzi rodzinne przestają być ważne, bo na pierwszym miejscu staje walka o własne przeżycie, wybieranie takich dróg, które zdaniem wybierających pozwolą na przeżycie. Jest też miejsce na miłość i litość, dzięki któremu ludzie się wspierają. Stajemy się świadkami jak łatwo zniszczyć podziały społeczne, jeśli tylko bliscy wykażą choć odrobinę dobrej woli, zechcą zaakceptować tę inną osobę. Pojawiają się obrazy kolaborantów także wśród Żydów, którzy w tworzeniu getta widzieli dobry interes. Widzimy też jak bardzo piętno holokaustu odcisnęło się na ludziach, zmieniło ich wrażliwość, stworzyło złych rodziców znęcających się nad dziećmi i wnukami, wykluczającymi tych, którzy przyczynili się w młodości do ich cierpienia. Nie zabraknie też niepełnosprawnych, którzy na starcie są przegrani. Całość podsumowania wymowną współczesną scenką pokazującą, w jaki sposób rodzi się niezrozumienie i nietolerancja: wystarczy zwykłe językowe nieporozumienia. Brak wspólnego języka, narzędzia, dzięki któremu można uniknąć wielu nieporozumień.

Alex Wieseltier unika tu faworyzowania jakiejkolwiek nacji, pokazywania, że jedni byli bezwzględnie źli, a drudzy byli ofiarami. Wojna to czas, kiedy bycie katem i skazanym jest płynne i łatwo może ulec zmianie. Zwłaszcza w grupkach, które stosują się bezwzględnymi kodeksami zmuszającymi innych do wysiłku w imię wspólnego dobra. Autor uświadamia nam jak zawiłe są czasami powiązania społeczne, jak wiele wojna zmieniła. Z jednej strony pozwoliła na zniszczenie dawnych niewidzialnych, ale umownych murów i granic, zmusiła ludzi do doceniania i dostrzegania tego, co mieli tuż obok, a z drugiej obnażała wszelkie złe cechy przyjaciół i bliskich. Każda historia jest inna tak jak inny jest każdy człowiek, który w niej uczestniczył. Do tego mamy tu całe mnóstwo miejsc pustych, ale naznaczonych i czytelnik musi się ich domyślić lub połączyć z innymi opowieściami, aby otrzymać zatrważający obraz.
Pisarz te historie snuje w specyficzny, minimalistyczny sposób. Nie ma tu opisów, opowiadania o uczuciach. Są fakty, wspomnienia, wycinki tego, co podsuwa pamięć. Czytając teksty widzimy, że są one wypowiedziami osób rozmawiającą z kimś, kto poszukuje prawdy o przeszłości, próbuje zrozumieć to, co się stało. Rozmówcy zmieniają się. Nawet dopytujący nie zawsze jest ten sam (zwroty do pytającej raz pan, raz pani). W „Krzywym zwierciadle” mamy niewiele tekstu, bo 132 strony, ale za to całe bogactwo historii, które w różny sposób można połączyć. Można pokusić się o stwierdzenie, że to cała sieć znajomych, których losy były całkowicie odmienne, w które wpisana była walka o przetrwanie i okrucieństwo wojny. Jest to lektura, z której powinniśmy wyciągnąć cenną lekcję: podziały zawsze prowadzą do zła.











Brak komentarzy:

Prześlij komentarz