wtorek, 19 września 2017

Grzegorz Gortat „Mur"

Numer wspinający się przede mną po szerokich szczeblach drabiny ubrany był jak ja - w płócienne buty i luźny biały kombinezon z gęstego płótna. Słońce prażyło, materiał na plecach i pod pachami zdążyły mu zabarwić ciemne plamy. Musiałem wyglądać podobnie. Próbowałem odgadnąć, czy to mężczyzna, czy kobieta. Nie żeby mi to było do czegoś potrzebne. Zwykła ciekawość. Szedł chwiejnie, krokiem nowicjusza. Łysy czerep szklił się w słońcu od potu. Dzieliła nas przepisowa odległość czterech szczebli. Bałem się, że nie utrzyma ciężaru, cegły zsuną się z nosidła na plecach i runą na mnie. Żeby nie patrzeć w dół, tam gdzie się zaczynała opasująca Mur szeroka wstęga szarej ziemi, zacząłem liczyć. Jeden, dwa. Jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Zbliżona do ideału. Z zadartą głową, ostrożnie pokonując kolejne szczeble, powtarzałem w myślach: jeden, dwa, jeden, dwa, jeden, dwa.

Z lewa i prawa pięły się po przystawionych do Muru drabinach setki bliźniaczych postaci. W pokrytych pyłem białych kombinezonach, podobni do gigantycznych, ślamazarnych larw, wszyscy o jednako bezwłosych czaszkach, pochyleni pod ciężarem cegieł równo ułożonych w drewnianych nosidłach. Pracowałem już cztery godziny i z utęsknieniem wyczekiwałem krótkich przerw, gdy po złożeniu na szczycie Muru kolejnej partii cegieł wślizguję się do kosza przypisanej mojemu sektorowi jednoosobowej windy, a ta ze skrzypieniem lin i jękiem drewnianych kołowrotów zwozi mnie z wysokości sześciu pięter na dół, zapewniając cenne sekundy odpoczynku, nim ponownie stanę na twardym gruncie i zamelduję się po nowy ładunek. Zazdrościłem szczęśliwcom, którym dziś wypadło pracować w pobliżu Wieży Trzech Praw. Monolit o ścianach wyłożonych białym marmurem, zwieńczony iglicą z republikańską flagą Jedności, stał na północnych obrzeżach placu apelowego, niemal dokładnie naprzeciwko Bramy, i o tej porze dnia dawał nielicznym upragniony cień.
Dziwna rzecz. Zdążyłem o Wieży pomyśleć, gdy na jej szczycie zagrała trąbka, zwiastując południe i porę zmiany strażników.
Wtedy numer przede mną zrobił coś, czym ściągnął na siebie moją uwagę i przykuł spojrzenie strażnika z najbliższej wieży wartowniczej. Najpierw z wprawą, jakiej i ja mógłbym się od niego uczyć, zdjął, jak należało, ciężar z pleców i złożył na szczycie Muru, obok stosów cegieł czekających na budowniczych; zaraz potem jednak płynnym ruchem, jakby ściągał z siebie zbyt luźną skórę, uwolnił się od ubrania, na koniec zzuwając buty. Przez jedną krótką chwilę widziałem spodnią część jego stóp. Wypalone lub wycięte ostrym narzędziem, na wpół zabliźnione rany odcinały się purpurą od bladej skóry podeszew, tworząc rysunek krzyża, znak, jakim handlarze bydła dawniej znakowali najsłabsze sztuki w stadzie, te przeznaczone na wybicie. Tym samym znakiem chrześcijańskie sekty przez wieki opatrywały swoje świątynie.
Strażnik właśnie zamierzał wpuścić zmiennika; cofnął się od metalowych drzwi wieży wartowniczej, szarpnięciem zdjął przewieszony przez ramię karabin i wycelował. Wstrzymałem oddech. Wyobraziłem sobie jego palec na spuście i z ciekawością, o jaką bym się nie posądzał, czekałem na strzał. Powstrzymał się jednak. Uruchomił przycisk syreny i z dziesiątków megafonów popłynął jękliwy, wdzierający się pod czaszkę dźwięk.
Numer odwrócił się do mnie twarzą. Blade, pozbawione owłosienia ciało, z klatką wystających żeber i dyndającym przyrodzeniem pod zapadniętym brzuchem. Mężczyzna. Napotkał moje spojrzenie. Uśmiechnął się, jakby właśnie na to czekał. Coś krzyknął, ale jazgot syreny zagłuszył słowa. Potem się odwrócił i zobaczyłem już tylko oddalające się plecy, kiedy w dwóch susach pokonał szeroki w tym miejscu Mur; skoczył.
Megafony zatrzeszczały i jeden po drugim, jak psy gubiące trop, ucichły. Wszyscy staliśmy tam, gdzie zastał nas alarm. Rozległ się zgrzyt pośpiesznie otwieranej Bramy i tupot nóg wybiegających strażników.
Niezadługo wrócili. Byłem pewien, że Brama zaraz się zatrzaśnie, a trup, skoro tylko obmyją go z krwi, jeszcze tego samego dnia zawiśnie na placu apelowym. Nic podobnego się nie stało. Przy wtórze gwizdków usłyszałem głos Kapitana wydającego rozkazy. Zaterkotały silniki wojskowych samochodów i nawet do miejsca, gdzie stałem, dotarło popiskiwanie detektorów obracających się na dachach wozów. Zbierały sygnały tak, jak tropiące psy łowiły zapachy. Na dźwięk klaksonu kolumna ruszyła.
Słuchając, jak Brama się zamyka, a ryk silników oddala się i ostatecznie zamiera, szukałem racjonalnego wyjaśnienia tego, co na własne oczy ujrzałem. Jakiż człowiek przeżyłby skok z wysokości dwudziestu metrów na twardą ziemię? Jeśli nawet odniósł obrażenia, to niezbyt poważne, skoro o własnych siłach podjął ucieczkę.
Kapitan pozostał na miejscu, bo z megafonów popłynęły teraz jego rozkazy. Posłusznie wszedłem na ostatni szczebel i złożyłem nosidło z cegłami na szczycie Muru. Prostując zesztywniałe plecy, nie wiedzieć czemu pewny, że tego dnia podobne wykroczenie ujdzie mi płazem, wybiegłem spojrzeniem na drugą stronę. Jak okiem sięgnąć idealnie płaski, pozbawiony roślinności krajobraz, którego sztucznej harmonii nic nie burzyło. Samochody krążyły nieporadnie po tej rozległej pustce, wolnej od głazów, strumieni, wzniesień czy uskoków, błyskając w słońcu antenami i co rusz zmieniając kierunek, z tej odległości podobne do wielkich owadów, obżartych i przez to nieco otępiałych.
Jednak udało mu się uciec, powiedziałem głośno, bo stojąc na Murze nie musiałem się bać, że ktoś usłyszy.
Wszyscy pojedynczo na plac apelowy, zarządził Kapitan.
Pojedynczo, z przyzwyczajenia powtórzyłem. Jeden to wszyscy, wszyscy to jeden. Nie mamy imion ani nazwisk. Mikroskopijna płytka wszczepiona w kciuk lewej ręki zawiera wszystko, co Republika o każdym musi wiedzieć - od daty urodzenia w Laboratorium po aktualny stan zdrowia. Informacje można modyfikować, samej płytki jednak nie sposób się pozbyć, chyba że z kciukiem. Byłem pewien, że kiedy przywiozą uciekiniera - bo że go wytropią i sprowadzą z powrotem, nie wątpiłem nawet przez chwilę - kciuk będzie na swoim miejscu. Podobno dawniej się zdarzało, że zwierzę schwytane w sidła, dla ratowania życia, odgryzało unieruchomioną kończynę; ale o dawnym świecie mówi się wiele dziwnych rzeczy.
Pojedynczo na plac apelowy, ryknął Kapitan. Zupełnie niepotrzebnie, bo ze wszystkich stron, porzucając narzędzia i pracę, ciągnęliśmy od strony Muru w długich, uporządkowanych szeregach, stopniowo dołączając do kolumn już ustawionych na miejscu zbiórki w karnym ordynku, twarzami do Wieży Trzech Praw. Nad placem łopotała biała flaga Jedności. "Biała jak serce Jakuba Martensa, który nas stworzył, zrównał w prawach i obdarzył wolnością".
Zmierzałem na swoje miejsce, powtarzając jak automat słowa szkolnej czytanki o białym sercu prezydenta Martensa. Równo stawiałem kroki. Jeden, dwa. Jeden, dwa. Dwa to dobra liczba. Zbliżona do ideału.


***

Kapitan na długo zniknął. Wrócił wystrojony w biały galowy mundur - oficerskie pagony, czapka ze złotym otokiem, kontrastujące z bielą spodni czarne oficerki, wyglansowane do połysku. Stanął na skraju placu apelowego, bokiem do nas ustawionych w czworobok, i z zadartą głową długo się wpatrywał w niebo, tam gdzie południowe słońce przebijało się mozolnie przez ołowiane chmury. Chusteczką otarł pot z czoła i ruszył, lustrując pierwszy szereg. Miał starą twarz czterdziestolatka, ale żylaste, wysportowane ciało wciąż było mu posłuszne. Zatrzymał się i usłyszałem, jak jednego z nas pyta:
Wiesz, dlaczego tak stoicie?
Za karę, panie Kapitanie.
Dureń!
Budowniczowie właśnie skończyli stawiać pod Wieżą Trzech Praw wysokie rusztowanie. Kapitan zgrabnie wbiegł po schodkach na sam szczyt.
Dziś świętujemy!, zawołał.
Ręką dał znak orkiestrze dętej. Zagrała, a Kapitan zaczął śpiewać. Pod białą flagą, furkoczącą na wietrze, ze wzrokiem utkwionym przed siebie, drobny na tle Wieży, radośnie zaintonował hymn Republiki. Jego entuzjazm i nam się udzielił.
Śpiewaliśmy o wolności. O najlepszym ze światów, w jakim przyszło nam żyć. Przegapiliśmy moment, gdy Kapitan zamknął usta, a potem, odwracając głowy, patrzyliśmy, jak marszowym krokiem zmierza do Rotundy, dwupiętrowego gmaszyska z czerwonej cegły, wzniesionego na wschodnich obrzeżach placu apelowego. Orkiestra ucichła i przez chwilę tylko nasze rozśpiewane głosy tłumiły stukot podkutych oficerków.
Strażników przybywało. Prężyli się jak na paradzie, wybiegając spojrzeniami na przemian to ku Bramie, to ku Rotundzie. Rozmawiali między sobą i dowcipkowali, na nas nie zwracali uwagi.
Mijały godziny. Przestępowałem z nogi na nogę, walcząc z narastającym bólem pęcherza i głodem. Próbując odwrócić uwagę, liczyłem do stu i zaczynałem od nowa. Parcie w dole brzucha przybierało na sile. Pęcherz zrobił się twardy jak kamień, grożąc pęknięciem. W końcu się poddałem.
Na tle wieczornego nieba Mur okalający obóz wydawał się jeszcze wyższy. Na chwilę nad poczuciem upokorzenia, zmęczeniem i głodem górę wzięła duma. Mur stał tutaj, zanim się narodziłem, myślałem. Kiedy mnie zabraknie, inni będą budować go dalej.Oblał mnie zimny pot, bo tuż za moimi plecami rozległy się ściszone męskie głosy:
Znajdą go.
Akurat!
Znajdą! Daleko nie mógł uciec.
Bałem się poruszyć, żeby strażnicy nie zaczęli mnie podejrzewać o łamanie zakazu prowadzenia rozmów.
Gdyby mieli go odnaleźć, to już by tu był.
Znajdą, upierał się ten pierwszy. Zawsze znajdują.


***

Cień rzucany przez Wieżę Trzech Praw przesuwał się, aż zajął połowę placu. Wraz z nadejściem zmroku włączyły się reflektory. Jakby żyły w niewidzialnym świecie i tylko w takich chwilach decydowały się go opuścić, chmarami zleciały się owady. Kotłowały się wokół światła, raz po raz przypuszczając atak na szklaną osłonę lamp. Przyglądając się im, próbowałem sobie wyobrazić ptaki. Jeśli nie liczyć dawnych kronik filmowych, nigdy żadnego na własne oczy nie widziałem.
Pokazał się Kapitan na czele plutonu żołnierzy; minęli Wieżę i wzdłuż Muru kierowali się ku Bramie.
Otworzyły się drzwi Rotundy i ujrzeliśmy Sędziego. Jechał odkrytym samochodem, rozparty na tylnym siedzeniu, dłonie opierał na metalowej lasce. Nawet siedząc, zdawał się górować nad nami wzrostem. Strażnicy stawali na baczność, przybijając obcasami, on jednak nawet na centymetr nie odwracał głowy, jakby oszczędzał siły. Rozmieszczone wokół placu kamery rejestrowały przejazd samochodu i na białej ścianie Wieży, powiększony do gigantycznych rozmiarów, wyświetlał się wizerunek Sędziego. Widziałem, jak bez wysiłku unosi ciężką laskę i dotyka pleców kierowcy. Samochód się zatrzymał. Sędzia dźwignął się z fotela.
Wszyscy znamy historię Samuela Millsa i jego dwunastu synów, powiedział.
Miał na sobie długą, białą szatę. Połyskiwała w świetle reflektorów. Wiatr wzdymał jej szerokie rękawy.
Jedenastu synów Samuela było ojcu bezgranicznie posłusznych, ciągnął Sędzia. Dwunasty się sprzeciwiał, sprzeniewierzył ojcowski majątek i na koniec ojca porzucił. Ale kiedy na syna spadły nieszczęścia, gdy u nikogo nie znajdował pomocy, a głód mu doskwierał, przyznał się do grzechu pychy i powrócił do rodzinnego domu. Co zrobił Samuel? Przyjął syna pod swój dach. Wybaczył, dając przykład...
Przerwał mu dochodzący od Bramy warkot werbli. Hałas przybliżał się. Ze spowijającej obrzeża placu ciemności, w jasny czworobok wytyczony światłem reflektorów, wbiła się bryła ciężarówki. Na odkrytej platformie, otoczony kordonem żołnierzy, stał uciekinier, nagi jak w chwili przyjścia na świat. Po bokach wozu maszerowali werbliści. Pochód zatrzymał się na wysokości rusztowania, z kabiny ciężarówki wyskoczył Kapitan i przystąpił do wydawania poleceń. Werble ucichły, a żołnierze, zacieśniwszy kordon, sprowadzili uciekiniera na betonowy plac, schodkami powiedli na szczyt rusztowania.
Sędzia już tam zmierzał. W sięgającej za kostki białej szacie nie tyle stąpał po ziemi, ile unosił się nad nią. Dwóch żołnierzy podało mu wieniec ze sztucznych białych kwiatów.
Kapitan nie odstępował go na krok, kiedy Sędzia znalazł się na rusztowaniu, wszedł między rozstępujących się żołnierzy i nachyliwszy się nad nagusem, w świetle lamp podobnym do bezskrzydłej ćmy zwabionej do płomienia, zawiesił mu wieniec na szyi, po czym, dłonie opierając na jego ramionach, ucałował uroczyście w oba policzki.
Wybaczam ci, rzekł Sędzia. Pchnął mężczyznę prosto w łapy żołnierzy. Kochamy cię i wybaczamy, tak jak Samuel Mills wybaczył synowi marnotrawnemu.
Tamten się szarpnął i próbował zrzucić z siebie wieniec. Dźgnięty przez któregoś z żołnierzy pięścią w wątrobę, opadł na kolana. Krótkimi haustami chwytał powietrze. W tym czasie operator podnośnika zamontowanego na platformie ciężarówki oderwał od ziemi pojemnik z hartowanego szkła; wywindowany wysoko, pojemnik zawisł tuż nad uciekinierem, przez chwilę kołysał się łagodnie, by wreszcie, naprowadzony przez żołnierzy, osiąść bezgłośnie na przeznaczonym mu miejscu rusztowania.
Więzień tkwił w szklanej osłonie niczym nieznanego gatunku ryba w wielkim akwarium. Werble ponownie zagrzmiały. Nie było słychać, jak krzyczy, kiedy przez otwór w górze pojemnika szlauchem popłynęła woda.
Powiększony obraz z kamery zajmował centralną ścianę Wieży na całej jej szerokości. Nie mogłem oderwać wzroku. Skazaniec górował nad placem, olbrzymi i bezbronny; kiedy woda sięgała już piersi, zaparł się plecami i nogami o ściany pojemnika, próbując go rozepchnąć. Miotał się, jakby wierzył, że gdzieś kryje się szczelina, przez którą zdoła się wydostać na zewnątrz. Nie poddał się nawet wtedy, gdy woda zakryła mu głowę i wypełniła naczynie do końca.
Wreszcie się uspokoił. Woda przestała się burzyć. Sędzia tymczasem zniknął. Kapitan uciszył werble, odesłał żołnierzy, a nam kazał się rozejść.

Zrealizowano w ramach stypendium Ministra Kultury
i Dziedzictwa Narodowego na rok 2015

"Msza Święta. Książeczka z naklejkami" il. Eléonore Della-Malva



Msza Święta. Książeczka z naklejkami, il. Eléonore Della-Malva, tł. Sylwia Filipowicz, Poznań „Święty Wojciech” 2017
Wprowadzanie dziecka w świat religijnych powinności, obrządków oraz wiary jest zadaniem trudnym i wymagającym systematyczności, pokazywania pozytywnych wzorców. Jedną z możliwości jest uczestniczenie z pociechami w niedzielnej liturgii.
Msza Święta w chrześcijaństwie jest jednym z ważniejszych momentów spotkania wspólnoty i przeżywania spotkania z Bogiem. Rytualność wydarzenia i związana z tym powtarzalność często jest dla dzieci nudna i niezrozumiała. Wprowadzenie w świat tajników religii wymaga wsparcia materiałami edukacyjnymi oraz rozmowami z dzieckiem.
Interesującą propozycją dla dzieci z rodzin katolickich jest „Msza Święta. Książeczka z naklejkami” zapewniająca zabawę, rozwijanie wielu umiejętności oraz w prosty sposób tłumacząca to, co dla dorosłych odbiorców jest oczywiste, ale trudne do wytłumaczenia ich pociechom. Z niewielkiej publikacji młodzi czytelnicy dowiedzą się czym jest Msza Święta, dlaczego chodzenie na nią jest ważne dla osób wierzących, co niezwykłego wówczas się dzieje.
Niedługa książeczka z niewielką ilością tekstu oraz interesującymi ilustracjami przyciągnie uwagę młodych czytelników. Poza wartościowymi i dostosowanymi do odbiorców treściami merytorycznymi „Msza Święta. Książeczka z naklejkami” zapewni sporo zabawy. Zawarte w środku lektury naklejki sprawią, że poza rozwijaniem koncentracji nasze pociechy mają okazję ćwiczyć motorykę małą, chwyt pęsetowy oraz twórcze podejście do proponowanych zadań, a także spostrzegawczość.
Pięknie ilustrowane śliskie strony oprawiono w tekturową okładkę, dzięki czemu książka jest lekka i trwała. Eléonore Della-Malva umiejętnie przenosi dzieci w świat obrządków religijnych.
„Msza Święta. Książeczka z naklejkami” to dobra lektura dla dzieci w wieku przedszkolnym.



poniedziałek, 18 września 2017

Marty Neumeier "Odwracanie marki"



Marty Neumeier, Odwracanie marki. Dlaczego teraz klienci rządzą firmami – i jak obrócić do na własną korzyść, tł. Krzysztof Mazurek, Warszawa „Studio EMKA” 2017
Początki Internetu były czasem jednostronnego komunikatu: firmy informowały o produktach, dbały o wizerunek opowiadając o ofercie i możliwościach zaspokojenia potrzeb, które wymyślał specjalista pracujący w firmie. Od jego umiejętności zależało powodzenie przedsiębiorstwa, wzrost sprzedaży, wyprzedzanie konkurencji. Zmiana w tworzeniu miejsca w sieci stała się rewolucją przewracającą nie tylko życie społeczne do góry nogami, ale i firm.
Web 2.0 jeszcze do niedawna było czymś obcym osobom zajmującym się kreowaniem wizerunków produktów i marek wychodzących do klientów i snujących swoją opowieść o produkcie. Budowanie odczuć, tworzenie pragnień przez specjalistów wydawało się być szczytem osiągnięć marketingu i jeszcze niedawno trudno było sobie wyobrazić, że wszystko będzie zależało od klientów. Zmiany były czymś niewyobrażalnym, a jednak do nich doszło. Stały się one równocześnie szansą i zagrożeniem dla budowanych od lat firm i pozwoliły młodym, nieznanym markom wejść na rynek.
Media społecznościowe sprawiły, że ciężar tworzenia opowieści o produkcie, związanymi z nim doznaniami, skojarzeniami, marzeniami przeszedł na zadowolonych z usług klientów. Niejedna firma odczuła na własnej „skórze” czym jest szybko rozpowszechniająca się informacja o dobrej lub złej obsłudze lub produkcie. Dziś bardziej niż kiedykolwiek wcześniej przedsiębiorcy są pod lupą wymagających konsumentów gotowych podzielić się swoimi odczuciami z całym światem lub chociaż ze znajomymi. Odpowiednia dbałość o wymogi klienta sprawia, że zmienia się on w rzecznika jakości polecającego produkty.
Media społecznościowe to miejsce, którego nie można zignorować. Ciągła wymiana informacji, między znajomymi sprawia, że wieści roznoszą się jak pajęczyna pękającej szyby. Żadna firma nie może obok tego zjawiska przejść obojętnie, bo trwanie każdej zależy, od umiejętności prowadzenia dialogu z odbiorcami będącymi siłą napędową sprzedaży towarów lub usług.
Marty Naumeier opisał nowe zjawisko w biznesie w swojej książce „Odwracanie marki”. Autor przekonuje nas o znaczeniu wpływu użytkowników portali społecznościowych na marę, sile drzemiącej w klientach oraz możliwości ich zaangażowania w promocję. Pokazuje jak wiele może zrobić dla niej klient lubiący lub uwielbiający dostarczane do niego produkty, jak bardzo chce mieć znaczące słowo w powstawaniu nowej oferty i jak bardzo mogą być pomysłowi w wymyślaniu kolejnych. Poczucie ważności sprawia, że klient czuje się odpowiedzialny za lubianą markę, sprzedawane przedmioty. Dobra współpraca sprawia, że klient jest w stanie zaangażować swoją uwagę i czas na promocję.
Książka jest interesującym poradnikiem dla ludzi zajmujących się jakimkolwiek promowaniem w Internecie. Mogą to być marki, produkty, ale i też własna osoba. Takie zestawienie sprawia, że zaczynamy nieco inaczej postrzegać różne sposoby przykucia uwagi. Odrzucenie dotychczasowych sposobów myślenia o tym, że to my sami jesteśmy w stanie panować nad tym, co dzieje się wokół promowanych haseł i zobaczenia, że tylko dzięki zapracowanej życzliwości naszego wirtualnego otoczenia jesteśmy w stanie nie tylko utrwalić krąg odbiorców, ale i zyskać nowych. Media społecznościowe są czymś w rodzaju dawnej poczty pantoflowej, czyli tak zwanego marketingu szeptanego w sieci. Próba panowania nad opiniami innych jest niezwykle trudna. Marty Naumeier stara się krok po kroku w bardzo łatwy sposób wyjaśnić plusy i nieuniknioność oddania firmy w ręce klientów, o których należy się troszczyć, aby chciał wracać i polecać znajomym.
Zmiana w podejściu do produktu lub marki zmusza do postawienia na jakość oraz podążanie za potrzebami nowych promotorów. Wytyczone przez klienta wartości stają się ważniejsze niż przesłanie firmy. To ono tworzy sposób postrzegania oferowanego produktu.
W książce nie zabraknie praktycznego opisu jak owa zamiana ról klientów w specjalistów od tworzenia wizerunku ma nastąpić. Przykład fikcyjnej firmy produkującej napój czekoladowy wykorzystując nowe metody sprzedaży wchodzi na rynek. W wielu miejscach autor podkreśla znaczenie eksperymentowania, wychodzenia naprzeciw, czerpania inspiracji od życzliwych klientów, planowania, analizowania. Jak to dokładnie zrobić przeczytacie w książce.
Marty Naumeier deklaruje, że jego książka jest skierowana dla ludzi biznesu. Myślę, że grono odbiorców jest zdecydowanie szersze. Powinni po nią sięgnąć wszyscy, którym zależy na znalezieniu lepszej pracy, promowaniu swojej twórczości, blogerzy, youtuberzy, naukowcy. Każdy z nas ma coś czym chce podzielić się z innymi, ale brakuje nam umiejętności przekazywania tego dalej, tworzenia wizerunku. Umiejętne wprowadzenie zasady odwrócenia marki pozwoli na poszerzanie grona odbiorców, którzy sobie wzajemnie będą polecali oferowane przez nas produkty.
Wielkim plusem publikacji jest prosty język oraz objaśnienie kolejnych zjawisk, metod działania, przez co mogą czytać je osoby, które nigdy nie zajmowały się marketingiem. „Odwrócenie marki” to książka mogąca być także inwestycją w swój potencjał oraz talenty i podpowiadająca, w jaki sposób się nimi dzielić z innymi. Lekturę czyta się bardzo przyjemnie. Żywy język oraz przekazywanie wiedzy w postaci opowiadania o konkretnej wymyślonej firmie pozwala czytelnikowi na łatwe wyobrażenie sobie zabiegów.