Etykiety

niedziela, 3 lipca 2022

Anthony de Mello "Przestań siebie naprawiać"


W potocznym rozumieniu epikureizm często mylony jest z hedonizmem, a ten zmusza do ciągłej gonitwy za przyjemnościami, poszukiwaniem tego, co daje szczęście, czyli całkowitym wypaczeniu tego, co Epikur uważał za dające poczucie spełnienie i radości. To właśnie on dostrzegł, że wystarczy wyzbyć się kulturowo zaprogramowanych potrzeb i zminimalizować te fizyczne oraz doceniać to, co się ma. W ten sposób bardzo łatwo osiągnie się to, czego się pragnie.

„List do Menoikeusa” to jeden z ważniejszych tekstów lepiej pozwalających poznać filozofię wolności i szczęścia. Tekst kierowany do bogacza to zachęta do wyzwolenia się z lęków tłumów, czyli strachu przed bogami, śmiercią, ubóstwem oraz pozbycia się wygórowanych oczekiwań i przywiązania do posiadanych rzeczy, a także fałszywego spojrzenia na sprawę, ponieważ to sprawia, że nie dostrzegamy istoty rzeczy, nie możemy odkryć prawdy, a ta jest banalna: uwolnieni od sztucznych (urojonych) pragnień stajemy się szczęśliwi bez względu na to, co dzieje się dookoła nas. Baa, to co nas spotyka przyjmujemy jako element życia i zamiast skupiać się na tym zbyt mocno cieszymy chwilą. Kilkustronicowy tekst starożytnego filozofa zawiera wszystko, co znajdziemy w książce „Przestań siebie naprawiać” Anthony’ego de Mello. Jako absolwentka filozofii nie mogę czytać owego tekstu w oderwaniu od tego, co proponuje starożytny myśliciel, twórca szkoły zwanej Ogrodem.
Przez wieki pomysły filozofa żyjącego w IV wieku p.n.e. w Atenach wracały do ludzi w mniej lub bardziej zanieczyszczonej postaci. Mogę się śmiało pokusić o stwierdzenie, że teraz pojawiły się pod postacią tekstów i szkoleń hinduskiego jezuity, który zyskał rozgłos dzięki książkom i konferencjom poruszającym temat duchowości. W jego tekstach znajdziemy wiele z tego, co głosili starożytni myśliciele nawołujący do wyzwolenia się z przywiązania, do czegokolwiek, aby nie narażać się na ból i cierpienie.
Ten popularny w ubiegłym wieku mistyk powraca do czytelników na nowo. Wchodzimy w jego świat, w którym znajdziemy inspiracje starożytnych, ale też i katolickich oraz buddyjskich mistyków, których przekonania wyglądają jak wyjęte z pism Epikura przekonującego o konieczności wyzbycia się przywiązań względem świata zewnętrznego, oderwania tego, w jaki sposób zaprogramowała nas kultura i w głoszeniu owej wyzwalającej zmiany. Takie podejście troszkę pachnie sekciarstwem. Jedna z jego głównych maksym brzmiała: „Niczego się nie wyrzekać, do niczego się nie przywiązywać”. W takim właśnie tonie napisana jest cała książka „Przestań siebie naprawiać”.
Tytuł tylko pozornie wskazuje, z czym będziemy mieli do czynienia. Dowiemy się z publikacji, że jesteśmy doskonali tacy jacy jesteśmy i nie musimy dążyć do nieosiągalnych wzorców. Takie postawienie sprawy jest dobre i złe zarazem, bo gdybyśmy się od urodzenia niczego nie uczyli, nie naprawiali bez przerwy to nie bylibyśmy w stanie przeczytać owej mądrości. Na szczęście kultura wymusza na nas zmiany, ma swoich stróżów porządku, daje coraz lepszy dostęp do edukacji i wiedzy, ale też i narzędzi falsyfikacji, a przez to przyczynia się do ciągłego naprawiania świata. Mówienie, że to jest złe jest bardzo złe, ale jednocześnie dobre, bo często społeczności narzucają nam stałe wzorce, które tylko pozornie są dobre. Najlepiej owo złudzenie dostrzegamy w czasie zderzenia dwóch odmiennych kultur. Wówczas uświadamiamy sobie, że nie wszystko, co podsuwają nam ludzie z naszego otoczenia jest właściwe.
Dobre w tej publikacji jest wskazanie jak porównywanie z innymi, ciągłe tworzenie sztucznych, wykreowanych przez społeczeństwo wzorców jest szkodliwe. Tu duże znaczenie i zaskakujące jak a jezuitę ma uświadomienie tego, że duchowość i religijność nie ma nic wspólnego z żadną religią i jej obrzędami, przekonaniami, podsycaniem lęków. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to książka antywyznaniowa (i to jest naprawdę bardzo dobre), ale nastawiona na pielęgnowanie poczucia spełnienia, jedności z siłą wyższą. Bardzo podobało mi się to rozwinięcie epikurejskiej myśli, że trzeba żyć tu i teraz rozkoszując się tym, co się ma. Jest jednak jedno wielkie „ale”. To zastrzeżenie mam też do myśli starożytnego filozofa: jeśli wszyscy będą ograniczać się w swoich potrzebach, nie wybiegać poza te podstawowe, naturalne to, kto podeśle im owo upragnione wino i ser (Epikur swojego bogatego przyjaciela prosi o ten dar, bo w swoim wyzbywaniu się potrzeb zaszedł tak daleko, że rozkoszował się życiem i podarkami). Ilu znacie takich ludzi, którzy nie dają światu nic od siebie, a chcą od wszystkich wiele? I tu nie myślę o tych biednych z wyuczoną bezradnością, ale właścicielach gigantycznych korporacji, którzy tak bardzo rozwinęli skupianie się na sobie, że nie dzielą wystarczająco swoich dochodów między wszystkich pracowników i tworzą przez to rosnące nierówności. Jedyne, co dają to marki, dla których inni pracują.
Mam mieszane uczucia do takich publikacji. Z jednej strony dobre. Zwłaszcza w kontekście fanatyzmu i konieczności wyzwolenia się z niego, ale tak jak wyzwalać trzeba się od tego i wątpić tak samo nie wolno za pewnik uznawać prawd głoszonych przez Anthony’ego de Mello, wykorzystującego kulturowo zaszczepioną potrzebę religijności, wiary w jakieś siły nadprzyrodzone. Te same przekonania towarzyszyły także starożytnemu twórcy idei odchodzenia od urojonych potrzeb. W tym pędzie wyzwalania musi być równowaga. Problem ten dostrzegł już hiszpański filozof Miguel Unamuno w „Agonii chrystianizmu”, który w katolickim wyzwalaniu od potrzeb świata, porzucenie przywiązania do bliskich i oderwanie od potrzeb seksualnych, konieczności rozmnażania się dostrzegł pułapkę chrześcijaństwa.
„Przestań siebie naprawiać” to jedna z tych pozycji, która namawia do dystansu do tego, czego nauczyła nas kultura i to jest naprawdę ważne, bo tylko w ten sposób możemy zrobić krok naprzód. Kolejne pokolenia robią postęp wątpiąc w idee dane przez przodków i - jak zauważył Jose Ortega y Gasset- ciągle się buntują. Tylko ten bunt musi mieć solidne korzenia, a do tego trzeba właśnie naprawiania, odpowiedzialności, umiejętności wskazania, czemu się przeciwstawiamy, od czego się wyzwalamy.
Książka Anthony’ego de Mello to zbiór przypowieści pozwalających lepiej zrozumieć nam jego idee. Mogę pokusić się o stwierdzenie, że mamy tu gotowe kazania, które pozwolą na bliższy kontakt z Bogiem, a odejście od obrządków, religijności na pokaz, drapieżnych i pełnych nienawiści zachowań wobec innych. Autor pokazuje, że wcale nie musimy porównywać się z innymi, podążać ich szlakami, bo nasz własny jest piękny, niepowtarzalny. Skupienie się na sobie da o wiele większe rezultaty niż realizowanie społecznego planu. I sporo w tym prawdy. Ważne, aby owych tekstów nie traktować jako nawoływania do zerwania wszelkich kontaktów i rezygnacji z pracy. Wręcz przeciwnie: ważne są relacje, w których czujemy się dobrze i zajęcie, które daje nam poczucie szczęścia. Ale czy wszyscy mogą podążyć tą drogą? Jak ów problem będzie wyglądał z punktu budowania najlepszego społeczeństwa, w którym jest miejsce na dbanie o siebie i innych?
Myślę, że to może być ciekawa lektura dla osób, które nie studiowały filozofii. Znajdą tu taki bardzo szybki kurs wątpienia w to, co podaje kultura, w to, co głoszą autorytety oraz dystansu do tego, co serwują nam media. Analiza faktów i skupienie na sobie z jednoczesnym nastawieniem, żeby skupić się na tym, co od nas zależy bez ciągłego frustrowania się rzeczami będącymi poza obszarem naszych wpływów.




sobota, 2 lipca 2022

Monika B. Janowska "Selfie z Katalonią"


Czasami błahostka potrafi wywrócić całe życie do góry nogami, przemeblować naszą codzienność, w której od lat wydaje nam się, że się w niej odnajdujemy i jest nam z nią dobrze, ale pojawia się taki moment, że nagle wychodzą na wierzch wszystkie żale i frustracje, uświadamiamy sobie, że jednak jesteśmy nie w tym miejscu, w którym chcemy i z niewłaściwą osobą, bo ciągle dochodzi do tarć, poczucia stłamszenia. Tak jest też w przypadku bohaterki książki Moniki B. Janowskiej „Selfie z Katalonią”.

Agnieszka od jedenastu lat mieszka w Anglii i pracuje jako pielęgniarka. Kiedy ją poznajemy jest właśnie na jednym z intensywnych dyżurów i marzy o wędzonej makreli, która czeka na nią w lodówce. Daleka wyprawa do polskiego sklepu oraz wielogodzinna, wyczerpująca praca będzie zwieńczona czasem sam na sam z ulubioną rybą kojarzącą się z Polską. W myślach rozkoszuje się smakiem, odlicza czas do tej przyjemności. W domu jednak odkrywa, że jej upragniona zdobycz zniknęła z lodówki. Zamiast tego są tam zapasy piwa i sałatki na dzisiejszy mecz. Kiedy dowiaduje się od chłopaka, że po raz kolejny wyrzucił jej ulubiony smakołyk, bo mu śmierdział zepsutym jedzeniem ma już dość. Czara goryczy zostaje przelana. I to właśnie sprawia, że kobieta nieco inaczej zaczyna patrzeć na dotychczasowy związek. Dostrzega, w jaki sposób systematycznie była tłamszona, musiała zmieniać się. Stwierdza, że potrzebuje odmiany, chce uciec z pochmurnego Londynu, który ciągle zaskakuje ją ulewami i pochmurnym niebem. Spontanicznie postanawia wyjechać do Katalonii, wygrzać się w słońcu. W całą akcję wciąga przyjaciółki ze studiów. Tam zamierza nabrać sił, naładować akumulatory słoneczną pogodą i przemyśleć dotychczasowe życie. Plan jest piękny i prosty: trzy bliskie sobie kobiety mają spędzić czas na podróżowaniu, zwiedzaniu i spaniu w dość przypadkowych miejscach. Zero hoteli, które kojarzą jej się z byłym partnerem. Potrzebuje powiewu spontaniczności, niedoskonałości i tej śmierdzącej ryby, czyli wędzonej makreli, którą Anglicy traktują jak zepsute jedzenie.
Od początku akcja jest pełna zaskakujących i zabawnych wydarzeń. Aga jest bohaterką, którą od jakiegoś czasu prześladuje pech i nie chce opuścić. Nie może dostać nawet takiej drobnostki jak ukochanej wędzonej makreli, a o innych rzeczach nawet nie ma, co wspominać. A może to coś innego? Nawet podróż po Katalonii nie będzie spokojna. Liczne niespodzianki i nieporozumienia pozwolą jej na weryfikację dotychczasowych priorytetów i nieco inaczej spojrzeć na dotychczasowe życie, przywołać wspomnienia z różnych okresów życia.
„Selfie z Katalonią” to pełna humoru opowieść, w których zabawne wydarzenia i dziwne przypadki są niczym domino: raz trącone nie sposób zatrzymać. Dochodzi tu też ironiczne spojrzenie na wiele doświadczeń. Na początku przez ten pryzmat poznajemy najbliższe otoczenie bohaterki, odkrywamy różne osobowości wśród sąsiadów i personelu medycznego. Później widzimy całe mnóstwo zaskakujących wydarzeń, w których uczestniczy z przyjaciółkami. Zwiedzanie z nimi zabytków to też czas na ponowne poznawanie się po latach, odkrywanie wielu tajemnic i zadziwiających pomysłów oraz przesądów czy lęków. Każda z kobiet jest inna i to też wpływa na postrzeganie świata, doświadczanie go i przyczynia się do powstania wielu zabawnych sytuacji.
Pierwszoosobowa narracja, ironia, patrzenie na siebie i otoczenie z dystansem sprawia, że książkę czyta się bardzo przyjemnie. Zwłaszcza, że bohaterka jest typowym pechowcem posiadającym pełną świadomość tego i ciekawie opisującą doświadczenia. Razem z nią udajemy się w niesamowitą podróż po Katalonii. Dotrzemy zarówno do pełnych zabytków miast, jak i piaszczyste plaże i górskie szlaki. Razem z kobietami poznajemy mnóstwo wartych uwagi miejsc i regionalną kuchnię.



piątek, 1 lipca 2022

Aldona Szczygieł "Ostatnie zdjęcie"


Każde dziecko chce być kochane, każde chce, aby inni poświęcali mu uwagę. Jednak nie każde ma tyle szczęścia, aby mieć przy sobie bliskich. Niektóre trafiają do sierocińca. Miejsce to zwykle kojarzy się z dziećmi niechcianymi, porzuconymi przez rodziców i bliskich. Rzadko przychodzi nam na myśl, że są tam maluchy, których bliscy zachorowali i nie mieli już możliwości dalszej opieki, bo sami jej potrzebowali. O takim bohaterze jest opowieść „Ostatnie zdjęcie” Aldony Szczygieł.

Kiedy wchodzimy w świat chłopaka ma on już 15 lat. Od kilku lat jest stałym mieszkańcem domu dziecka. Doskonale pamięta dzień, w którym tu trafił. W jego wspomnieniach jest też ukochana babcia, która przygotowywała pyszne posiłki, zastępowała mu rodziców obdarzając miłością i uwagą. To z nią mieszkał w położonym tuż przy lesie domu. Każdy dzień to czas tęsknoty, zastanawiania się, co się stało, że został oddany pod opiekę zakonnic. Czuje się porzucony. Na początku miał nadzieję, że pobyt tu jest chwilowy. Powoli zaczyna rozumieć, że jest tu na stałe i nie może się z tym pogodzić. Docinki kolegi sprawiają, że Kacper postanawia zmienić swoją sytuację, odzyskać rodzinę albo chociaż zdobyć dowód, że był kochany. Dopytywanie się siostry przełożonej o babcię nie przynosi skutków. Na szczęście jest już na tyle duży i samodzielny, że może wyprawić się w poszukiwaniu bliskich.
Plany jednak niewiele mają wspólnego z realizacją. Nie dość, że dołącza do niego kolega, to jeszcze z siostrą. Jakby tego było mało odkrywa, że jego dawna okolica naprawdę bardzo się zmieniła. Kiedy dociera na miejsce doznaje kolejnego szoku: dom jest zaniedbany i opuszczony. Od czasu jego dzieciństwa nic tu się nie zmieniło. Dzięki temu może wziąć zdjęcie, które pozwoli mu nie tylko pamiętać, że miał bliskich, ale pokazać innym, że nie zawsze był sam, bo to jest jego największym problemem: brak pewności siebie i możliwości dowiedzenia jak naprawdę wyglądała jego przeszłość.
Intensywne poszukiwania, dodatkowe towarzystwo niosą za sobą skutki uboczne, które poruszą jego emocje, sprawią, że zostanie wystawiony na wiele prób. Jednak ta największa ciągle przed nim: musi dostać nowy adres babci. Dzięki uporowi uda mu się w końcu wyprosić siostrę przełożoną. Jednak to, co zastaje na miejscu sprawia, że doświadcza kolejnego szoku: jedyna osoba, która go kochała, która poświęcała mu czas, dawała poczucie bliskości i bezpieczeństwa nie zwraca na niego uwagi i nie poznaje go. Nie może zrozumieć tego, co stało się z babcią.
Ciekawie pokierowana opowieść, pokazująca całą gamę uczuć, ale mam wielkie zastrzeżenia: dzieciaki mogą chodzić kiedy chcą i gdzie chcą. Nikt ich nie kontroluje, nikt nie pilnuje, aby noc spędziły w łóżku. Czy faktycznie jest tak luźna atmosfera, że młodzież może tam więcej? Czy faktycznie nikt nie nadzoruje ich postępów w nauce? Pewnie tak. Zwłaszcza, że zakonnice są głównie skupione na sobie. Może i karmią i ubierają dzieciaki, ale nie dają im ciepła i uwagi. I właśnie to sprawia, że chce odzyskać babcię, a raczej to jak się przy niej czuł. Kiedy dowiaduje się o tym, że choruje ona na Alzheimera wierzy, że będzie w stanie ją uleczyć dzięki zdjęciom i wszystko wróci do normy.
„Ostatnie zdjęcie” jest bardzo dobrze napisaną historią pokazującą jak młodzi ludzie postrzegają chorobę, utratę bliskiej osoby bez ich śmierci. Pisarka pokazuje jak ważna jest rozmowa z dzieckiem, tłumaczenie mu oraz uzbrajanie w rzeczy bliskie, takie, które będą pamiątką po dawnym życiu, dają poczucie posiadania korzeni. Sama choroba jest tu tylko wspomniana. Większość fabuły to emocje, doświadczenia i wspomnienia Franka. Mamy przebłyski scen z przeszłości, w której jest i dobro (babcia z całą otoczką), ale i zło (ojciec alkoholik). Ciekawa lektura dla młodych czytelników, którzy borykają się z chorobą bliskich i potrzebują ten problem przetrawić z wykorzystaniem odpowiedniej lektury.



Seria "Smerfy i świat emocji": "Smerf, który śmiecił" i "Smerf, który stracił przyjaciela"


Kiedy w grę wchodzą Smerfy i emocje trudno zdecydować się, o czym napisać w pierwszej kolejności, bo oba tematy ciekawe. Zacznę jednak od emocji, ob. Od nich bardzo wiele zależy i ciągle nadal są niedoceniane. Baa, często emocjonalne podejście traktowane jest jako to złe, a zapomina się, że właśnie one stają się machiną napędzającą nasze działanie. Wszystko przez to, że przez wieki pokutowało przekonanie, że nauka to tylko i wyłącznie chłodne podejście, a naukowcy kierują się wyłącznie logiką i intelektem. Nic bardziej mylnego. Gdyby nie ich emocjonalne zaangażowanie w badania, odkrywanie, opisywanie świata, poszukiwanie prawidłowości mieszkalibyśmy w jaskiniach lub na drzewach. Naukowcy bardzo długo nie zdawali sobie sprawy jak niesamowicie ważne są emocje. Przez wieki pokutowało przekonanie, że trzeba je wyciszać, posługiwać się rozumem, że inteligentni ludzie nie ulegają emocjom, są wolni od popędów i postępują wyłącznie logicznie. Jeden wypadek zmienił wszystko. Pozwolił badaczom mózgu, psychiki nieco inaczej spojrzeć na tę sferę i zrozumieć nasz sposób funkcjonowania w społeczeństwie. Uszkodzenie ośrodka odpowiedzialnego za uczucia sprawiły, że poszkodowany stał się osobą niepotrafiącą w żaden sposób funkcjonować, ponieważ nie podejmował żadnych działań. Nie było emocjonalnie niczego, co mogłoby zmusić go do robienia czegokolwiek. Nawet racjonalne podejście nie sprawdziło się i mężczyzna nie był w stanie nie tylko pójść do pracy, ale też funkcjonować w domu. I tym sposobem przyszło zrozumienie, że ludzie składają się z emocji, a reszta to tylko dodatek. Jeśli są one tak niesamowicie ważne i przez to bardzo determinują nasze życie to warto nauczyć się z nimi pracować, wykorzystywać na własną korzyść, dostrzec zalety określonych emocji i potrafić zniwelować negatywny wpływ na nasze życie. Sposobów na taką naukę jest kilka: można o emocjach rozmawiać, pracować z psychologiem, czytać odpowiednie lektury lub oglądać filmy. Książki szczególnie ważne są w pracy z dziećmi.

Na rynku wydawniczym ukazała się świetna seria komiksów „Smerfy i świat emocji”. Są to publikacje pozwalające poruszyć ważne i bliskie dzieciom problemy. Znajdziemy tam historię o strachu, nieporadności, preferencjach kulinarnych, równości, poczuciu niesprawiedliwości, kłamstwie, śmieceniu, poczuciu straty (żałobie) i odrzucenia (wykluczenie)niecierpliwości. Za każdym razem odkryjemy, że emocje są w pewien sposób zaraźliwe, a cudze nastawienie może sprawić, że będzie nam się lepiej lub gorzej żyło. I tak jest też w przypadku komiksów, o których dziś Wam opowiem.

„Smerf, który śmiecił” rozpoczyna się bardzo sielankowo: jest piękna pogoda i nasi bohaterzy chcą się nią cieszyć. Brudny Smerf także. Razem z malarzem uczestniczy w malowaniu w plenerze i wyrzuca swoje dzieło w lesie, a paletę opłukuje w rzece. W czasie pikniku resztki i opakowania po jedzeniu rozrzuca. Nie przejmuje się otoczeniem. Za każdym razem odpady lądują wśród kwiatów lub w wodzie. Smerfy zwracają mu uwagę, ale on uważa, że się czepiają. Nasz bohater znajduje na drodze chorego ptaszka. Pędzi z nim do wioski, aby Papa Smerf go uratował. Okazuje się, że to wyrzucone śmieci zaszkodziły zwierzakowi.
Mamy tu piękną opowieść o odkrywaniu jak ważne jest dbanie o otoczenie i w ten sposób okazywanie innym szacunku, umiejętności przyznania im racji, zmianie postawy i zaangażowanie się w dbanie o otoczenie, dzięki czemu jest ładniejsze i bezpieczniejsze dla zwierząt. Młodzi czytelnicy dowiedzą się też, a jaki sposób mogą dbać o przyrodę, dlaczego segregacja śmieci jest ważna i jak sprzątanie wpływa na nas.

Z kolei „Smerf, który stracił przyjaciela” zabiera nas w świat ekologa, który lubi wędkować, ale zawsze wypuszcza ryby. W czasie takiego spędzania czasu ucina sobie drzemkę. Budzi go straszny widok, przez co ucieka i gubi się w lesie. Tym straszydłem był motyl, który później pomaga Smerfowi wrócić do wioski. Od tej pory codziennie spotykają się, spędzają miło czas. Wszystko do czasu, kiedy pewnego dnia motyl się nie pojawia. Cała wioska angażuje się w poszukiwania i okazuje się, że motyl zmarł. Wędkarzowi jest smutno i długo cierpi, ale z czasem akceptuje brak motyla.
Jest to piękna opowieść o przyjaźni, bliskości, ale też o śmierci, umiejętności pogodzenia się ze stratą. W dodatku o emocjach dostaniemy proste i piękne wyjaśnienia dla dzieci, czym jest śmierć, z jakimi emocjami wiąże się u bliskich poczucie straty. Mamy tu cenne wskazówki jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci.
Kontynuatorzy komiksów Peyo świetnie oddali klimat wioski niebieskich stworków. Komiks jest piękny. Duże ilustracje, przejrzysty tekst sprawiają, że można po tę publikację sięgnąć z młodszymi czytelnikami. Do tego na końcu komiksu znajdziemy cenne wskazówki Diane Drory, psycholożki dziecięcej i psychoanalityczki, która w prostych słowach wyjaśnia, dlaczego mówienie prawdy oraz nauka czekania i planowania są ważne.
Myślę, że komiksy z serii „Smerfy i świat emocji” to ciekawa i wartościowa lektura pokazująca dzieciom, że z każdym problemem można się zmierzyć. Zdecydowanie polecam.












czwartek, 30 czerwca 2022

Julia Quinn "Bridgertonowie. Grzesznik nawrócony"


Seria Bridgertonowie to romans historyczny, czyli taki, który ubiera się w szaty z przeszłości, ale pozostawia wielkie pole do popisu dla autora, pozwala jego fantazji popłynąć i tylko przez elementy etykiety oraz wydarzeń historycznych osadzony jest w określonych czasach. Poza lekkimi nawiązaniami do historii cały schemat sprawia, że opowieść może być osadzona w jakichkolwiek realiach. Tu akurat wykorzystano epokę romantyzmu, otoczenie z popularnych romansów z epoki. Po tym rodzaju literatury też nie oczekujemy literatury wysokich lotów. To ciekawa rozrywka. Kostium z przeszłości sprawia, że nabiera ona znamion egzotyczności. Julia Quinn dobrze czuje ten gatunek. Wie, że napięcie buduje się wprowadzając w życie bohaterów zamieszanie związane z dylematami dotyczącymi wyboru ukochanej osoby. Rzucenie na szalę powinności oraz honoru sprawia, że czytelnik z jednej strony przenosi się do akcji przypominającej historie znane z książek Jane Austen, a z drugiej ma dużo współczesnych realiów. Opowieści te skutecznie podbiły serca czytelniczek. I tak jest też w przypadku przygód wykreowanych przez Julię Quinn, która dobrze włada słowem. Mamy tu bogaty język. Spotkałam się z twierdzeniem, że to taki Grey ubrany w kostium historyczny. Nic z tych rzeczy. E.L. James posługuje się naprawdę prostym językiem przypominającym pisaninę licealistki fantazjującej o poznaniu bogacza, który ją uwiedzie. Tu mamy bogatsze słownictwo i dylematy aktualne dla epoki, ale pisarka faktów historycznych się nie trzyma. Zresztą nie takie jest jej zadanie, bo romans to romans, a nie monografia naukowa.

Wydani pod pseudonimem Bridgertonowie znani są już od 20 lat. Nie do wszystkich książki dotarły, nie każdego oczarowały. Ich popularność wzrosła po ekranizacji w postaci serialu Netflixa. Razem z rosnącą ilością widzów wzrastało zainteresowanie książkami. To mi troszkę przypomniało sytuacji książki „Mary Poppins”, która stopniowo traciła popularność i ekranizacja sprawiła, że na nowo czytelnicy zainteresowali się nią i powstały nowe wydania. Tak jest i tu. Na fali tych wznowień, większej ilości tłumaczeń historia wykreowana przez Julię Quinn trafiła i do mnie. Jeśli znacie serial to mogę Was zapewnić, że w czasie lektury także będziecie dobrze się bawić, bo w kolejnych tomach akcja toczy się nieco inaczej, niektóre wątki są inne.
W pierwszym tomie, „Mój książę”, znajdziemy historię Daphne i Simona. Drugi tom zatytułowany „Ktoś mnie pokochał” zawiera opowieść o Anthonym i jego poszukiwaniach kandydatki na żonę. Najstarszy z rodu Bridgertonów po śmierci ojca nosi na sobie ciężar odpowiedzialności za bliskich. Początek XIX wieku to czasy, kiedy kobiety zależne są od ojców, mężów i braci. Nie mogą podejmować samodzielnych decyzji i nie mogą za siebie odpowiadać. Z tego powodu ten obowiązek spoczywa na najstarszym z braci. Mający szczególną więź z ojcem nastolatek bardzo przeżył utratę rodzica. Autorka serwuje nam obraz bliskości ojca z synem, wspólnego spędzania czasu, nauki, poczucia ważności i miłości. Śmierć ukochanego ojca wywraca życie chłopaka do który nogami. Do tego miał obraz rodziny kochającej się. Jego rodzice pobrali się z miłości i przez to matka po śmierci ukochanego męża rozpacza. Anthony w pewien sposób jest przekonany, że jego czeka podobny los, czyli przedwczesna śmierć. Odkłada znalezienie żony. Do tego nie zamierza żenić się z miłości, aby małżonka nie cierpiała. W jego wizji małżeństwo ma być tylko czystą formalnością, potrzebną do zapewnienia ciągłości rodu. Kiedy jego poszukiwania żony wydają się nie odnosić powodzenia poznaje przepiękną uroczą Edwinę i jej irytującą starszą „siostrę” Kate uchodzącą za stara pannę i po śmierci rodziców wychowywaną przez Mary jak jej córka, ale żyjąca w cieniu młodszej. Wdzięczność za dom i rodzinę sprawiają, że kobieta gotowa jest wydać przyrodnią siostrę za najgodniejszego mężczyznę, jaki zwróci uwagę Edwiny. Okazuje się, że jest to Anthony, który wydaje się odwzajemniać uczucia. Cieszący się złą sławą najstarszy z Bridgertonów zdaniem Kate jest ostatnim kandydatem, którego należałoby brać pod uwagę. Cała sytuacja komplikuje się, kiedy w grę zaczynają wchodzić emocje i pożądanie hulaki i starej panny.
„Propozycja dżentelmena” opowieść o Benedicie Bridgertonie, czyli najbardziej rozchwytywanym kawalerze, którego serce skradła tajemnicza dama, którą poznał na balu maskowym. Tajemnicza piękność wkradła się do jego myśli i niepostrzeżenie wyślizgnęła się w balu. Okazuje się, że bez przyczyny to zrobiła. Macocha zakazała jej pokazywania się na balu. Nie przypuszczała jednak, że Benedict Bridgerton się w niej zakocha i będzie taki uparty. Problem polega na tym, że panienka jest nieślubną i nigdy nie uznaną przez hrabiego córką. Żyje dostatnio, ale nie może cieszyć się przywilejami członków rodów. Czy Benediktowi uda się ją odnaleźć? Jak podejdzie do wielu przeszkód stojących im na drodze?
„Miłosne tajemnice” przybliżają nam postać Colina Bridgertona, który wiele podróżuje i nie potrafi dostrzec, że znana mu od dziecka Penelopa Featherington jest nie tylko najlepszą przyjaciółką Eeloise, ale także i zakochaną w nim kobietą. To uczucie trwa już od wielu lat. Przyjaciółki mają już po dwadzieścia osiem lat i już najwyższy czas, żeby wyszły za mąż. Penelopa odkrywa tajemnicę Colina, przez którą zaczyna wątpić, że udało jej się go dobrze poznać. Czy to zniszczy relacje między nimi? Czy można zakochać się w kimś, kogo codziennie ma się na wyciągnięcie ręki?
Główną bohaterką tomu „Oświadczyny” jest dwudziestoośmioletnia Eloise Bridgerton, która nieco inne podejście do małżeństwa i uważa, że nie powinno być priorytetem w życiu kobiety. Chce w życiu robić ważniejsze rzeczy, dlatego nie zachwycała się przystojnymi kawalerami. Chciała poślubić kogoś, z kim będzie czuła duchowe porozumienie, ko będzie miał to coś, co ją poruszy i zauroczy. Dowiadujemy się, że umiera daleka kuzynka bohaterki. Od złożenia kondolencji wdowcowi zaczyna się ciekawa znajomość z  Sir Phillipem Cranem przekonanym, że nowa znajoma nie wyszła za mąż z powodu braku urody. Ona z ciekawości jedzie do niego, żeby się przekonać, kim jest intrygujący mężczyzna. Co z tego wyniknie?
„Grzesznik nawrócony” zabiera nas do świata Franceski i Michaela. Młody mężczyzna poznaje ukochaną w najbardziej tragicznym dla niego momencie, bo na przedślubnej kolacji. Jest nią oczarowany i odkrywa, że się zakochał od pierwszego wejrzenia. Pech chciał, że urocza dama stała się żoną jego stryjecznego brata, z którym się wychowywał i zawsze miał bliskie i bardzo dobre relacje. To właśnie dzięki temu jest częstym gościem w domu Johna i Franceski Stirlingów. Do tego Michael jest „ubogim krewnym” jej męża. Mija kolejny rok. Młodzi planują kolejną rocznicę, a młody kawaler nadal uchodzi za hulakę podbijającym kobiece serca. Robi to jednak z rozwagą. Ma swoje zasady. Wydawałoby się, że już na zawsze tak pozostanie: ona będzie mężatką, a on hulaką. Jednak jeden wieczór przewraca życie tej dwójki: on staje się bogaty, a ona wolna. I niby nic nie stoi na drodze do stworzenia związku, ale czy będzie on możliwy z kobietą, która uważa go tylko za dobrego przyjaciela?
Książki Julii Quinn cechuje lekki sposób pisania, swobodne posługiwanie się językiem, umiejętne budowanie napięcia, zwroty akcji wprowadzane w odpowiednim miejscu. Autorka doskonale wie, w jaki sposób zbudowane są romanse i wykorzystuje to snując intrygę. Znajdziemy tu humorystyczne przekomarzanki między głównymi bohaterami i wyraźną wzajemną fascynację oraz delikatny zarys tego, w jaki sposób mężczyźni traktowali kobiety w XIX wieku.
Pisarka z wprawą podsuwa czytelnikowi rozterki bohaterów, pokazuje ich wewnętrzne obawy i zmagania bohaterów. Nim uda się im odkryć prawdziwą miłość muszą zmierzyć się z własnymi lękami i szczerze odpowiedzieć sobie, czego tak naprawdę pragną.
Opowieść – jak na romans przystało – jest dość przewidywalna, ale bardzo przyjemnie i szybko się ją czyta. Spora dawka humoru, trafnych spostrzeżeń i sporo emocji związanych z kibicowaniem parze sprawiają, że opowieść wciąga. „Brigdertonowie” to seria, która spodoba się miłośnikom romansów.



Grzegorz Musiał "Dziennik włoski. Apulia, Abruzja, Rzym"


Uwielbiam przewodniki, wspomnienia z podróży. To pozwala mi na namiastkę oderwania się od codzienności, wędrowanie w odległe regiony, podglądanie otoczeniu cudzym spojrzeniem i dystansowaniem do własnej miejscowości. Często wychodzi na plus, bo otoczenie okiem przybysza zawsze jest ciekawe. Nawet, kiedy szpetne, brzydkie fizyczne. Wówczas można pokusić się o poszukiwanie „trudnego piękna”, takiego, którego nie opiszą przewodniki – jak zauważa Grzegorz Musiał w „Dzienniku włoskim” pisząc o osadzie Ojca Pio. Tom jest kolejną odsłoną zabierającą czytelników do Apulii, Abruzji i Rzymu. Sięgnęłam po niego z ciekawości po cudnie napisanych wspomnieniach Piotra Kempińskiego „Po Rzymie” i muszę przyznać, że od pierwszych stron byłam rozczarowana. Uczucie to narastało z każdą stroną, bo po poleceniu, że mam do czynienia z czarującymi opisami naprawdę takich oczekiwałam.

Cała tragedia zaczyna się już na lotnisku. W Polsce, na Okęciu. A wszystko przez to, że porwana jestem w podróż z człowiekiem patrzącym z perspektywy pogardliwego katolicyzmu, z którym autor łączy tożsamość narodową i pojęcie patriotyzmu. Poza religią owe pojęcia dla niego nie istnieją. Już na pierwszych stronach dowiadujemy się, że ci, którzy nie wyznają jego podejścia mają „pragmatyczne mózgownice” wyćwiczone do pozbywania się narodowych kompleksów i pogardy wobec katolicyzmu, co on łączy z działaniem szkodliwym dla ojczyzny. Dla autora nie istnieje miłość do kraju bez domieszki konkretnej wiary. Do tego dochodzi szowinistyczna pogarda dla kobiet, ich sposobów ubierania się, podejścia do seksualności. A wszystko to przy jednoczesnym trzeźwym spojrzeniu na bękarty władzy, ale z pominięciem, że i oni są katolikami grającymi na religijną nutę, realizującymi w Polsce od kilkudziesięciu lat plan Watykanu i pozującymi na tle wszelkiej maści wizerunków świętych, wybierani przez religijny lud. Do tego autor w swojej wyższości i spojrzeniu na nowe elity, humanistów zapomina, że mają oni chłopsko-robotnicze korzenie, które nie pozostały bez śladu na sposobie posługiwania się językiem i umiejętnością analizy faktów (sam zresztą nie grzeszy tu wyżynami). Wypowiada się pogardliwie o intelektualistach, którzy w pierwszym lub drugim pokoleniu są tymi, którym udało skończyć się uczelnie wyższe i zapomina, że kształcili ich ludzie o podobnych korzeniach, a to przekłada się na umiejętność władania poprawną polszczyzną. Do tego dochodzi dystans czy wręcz pogarda do postkomunistycznych zachowań, poczucia konieczności walki o wszystko przy jednoczesnym zapominaniu, że przez prawie pół wieku ludzie byli tresowani przez władzę brakami i rzucaniem ochłapów, aby skupili się na walce o nie zamiast na buncie. Nie chce widzieć, że te same narzędzia nadal są stosowane przez religijnych patriotów To spojrzenie pełne wzgardy na ludzi szykujących się do lotu poraża i zaskakuje, kiedy z większą wyrozumiałością patrzy na dziwne zachowania Włochów, ale tylko tych, którzy mieszczą się w łączących go z nimi poglądami. Ich żywiołowość jest dla niego czymś mniej zaskakującym, mniej zasługującym na grymas niesmaku niż tłoczenie się Polaków na lotnisku. No, chyba że są młodą kobietą pokazującą swoją goliznę.
Z lotniska przenosimy się na słynne Campo de Fiori i przy całym szeregu nawoływań do postaci antycznych w dalszej części książki aż dziw, że tu nie pojawiły się skojarzenia z inkwizycją. Może po prostu katolikowi nie wypada wspominać całego zła uczynionego przez inkwizycję? Za to widzimy historię przysłoniętą rozsiadłymi się i żebrzącymi Cygankami. Później przenosimy się na święte schody (Scala Sankta) i od tego momentu uczestniczymy w pewnego rodzaju religijnej wyprawie, patrzeniu na duchowe doświadczenia przeplatane spostrzeżeniami na temat kobiecej golizny z pominięciem tej męskiej… Patrząc na parę ludzi o odmiennym od niego sposobie ubierania się i bez znajomości ich poglądów negatywnie ocenia i podsumowuje: „Gdyby choć trochę różnili się od siebie – nie znieśliby tego. Każdy w drugim szuka tylko siebie: doskonały tryumf Narcyza”. A wszystko przy jednoczesnym zapominaniu, że właśnie z tej perspektywy patrzy na mijanych: szuka w nich siebie, a kiedy nie na trafia nie może tego znieść.
Wspomnienia z lat 2002-2007 to zapis zmian, jakie wówczas zachodziły. Polska od kilku lat jest w Uni Europejskiej, dzięki czemu można łatwiej podróżować. Mamy tu bardzo osobiste spojrzenie wymieszane z sentymentem do historii, pominięciem procesów sukcesji funkcjonalnej rybackich i przemysłowych terenów. Wchodzi do dawnej rybackiej wioski dziwiąc się, że już nie jest ona jak dawniej. Wyprawiamy się z nim w góry szlakiem ważnych religijnie miejsc. Na trasie są niezbyt urodziwe miasteczka słynące ze świętych czy błogosławionych kościoła katolickiego. Można pokusić się o stwierdzenie, że wędrówka jest pielgrzymką, w czasie której obrazy z Włoch zestawia z doświadczeniami z Polski, porównuje, przywołuje z sentymentem. Każde nowe miejsce to pretekst do odwiedzenia lokalnych świątyń, uczestniczenia w obrządkach religijnych, dzielenia się przemyśleniami.
Po „Stworzonych dla losów szczęśliwych” napisanych przez Zygmunta Barczyka (opozycjonisty) oraz po „Po Rzymie” Piotra Kempińskiego szukałam kolejnej wyprawy pozwalającej na otwartość, doświadczanie kontaktu z innością. Zwłaszcza, że wakacje sprzyjają takim doświadczeniom. Pomyślałam, że połączenie opozycjonisty z wyprawą do „kolebki” naszej cywilizacji może być ciekawe i pouczające. Było uświadamiające jak bardzo wiele złych słów może pod adresem osób nieco różniących się. A wszystko to przy jednoczesnej pogardzie do innych szukających w drugim własnego odbicia i bez dostrzegania, że robi dokładnie to samo. Ale cóż ja mogę wiedzieć skoro pochodzę z robotniczo-rolniczej rodziny i patriotyzm nie wiąże się u mnie z katolicyzmem tylko pilnowaniem władz, aby nie niszczyły kraju.



Cazenove "Mali bogowie. Tom 5: Z wizytą w pielke" il. Larbier


Inspirowanie się, zapożyczanie, przerabianie motywów to typowe zjawisko w popkulturze, która z jednej strony podsuwa coś nowego, ale z drugiej strony jest to oparte na tym, co było lub jest popularne. Powielanie, przerabianie dopisywanie spojrzenia z innej perspektywy oraz wcześniejszych lub późniejszych losów bohaterów to główne cechy fanfików, czyli literatury tworzonej przez fanów określonych dzieł. Nie jest to nowość, ponieważ dawniej literatura także cieszyła się takimi alternatywnymi historiami o ulubionych bohaterach. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzili święci lub biblijni bohaterowie. Wtedy nazywano to apokryfami. W przypadku literatury pięknej były to zapożyczenia bazujące na tych samych bohaterach, ale z inną akcją. Jednym z obszerniejszych tego typu dzieł, które doczekało się publikacji jest historia hobbitów znanych z „Władcy Pierścieni” J. R. R. Tolkiena. „Ostatni Władca Pierścienia” Kiryła Yeskova pozwala spojrzeć na wszystkie wydarzenia ze Śródziemia z nieco innej perspektywy, odwraca role i pokazuje, że przeciętny bohater może być ofiarą manipulacji. A jak było w przypadku bogów starożytnej Grecji? Poddawali się kreacji głosicieli ich dokonań lub upadków? Jacy byli jako dzieci? Na te pytania próbuje opowiedzieć świetny duet Cazenove’a i Larbier’a. Pierwszy czytelnikom kojarzy się głównie z serią komiksów „Sisters”, „Kumpelki”, „Owady”, „Kasia i kot”, „Ptyś i Bill”, a drugi z serią „Koty, koty, koty”. Obaj twórcy kojarzeni są z gagami, etiudami, minimalistycznym pokazywaniem codzienności bohaterów. W stworzonej przez nich wspólnie serii „Mali Bogowie” widzimy piękne połączenie obu humorów, stylistyk prowadzenia akcji, bazowanie na scenkach oraz rewelacyjną zabawę mitologią. W każdym tomie widzimy mitologicznych bohaterów w czasach, kiedy jeszcze byli dziećmi i musieli odbyć staż na bogów, nauczyć się swoich ról, odkryć przeznaczenie i dopracować swoje talenty. To dało twórcom duże pole do popisu i moim zdaniem świetnie wykorzystali znane z mitologii opowieści, doskonale uwypuklili wady, uzmysłowili trud pracy nad sobą. Niektóre groźne czy wręcz demoniczne postacie nabierają tu łagodności, tragiczne historie są nieco złagodzone. Do tego wszystkie postaci to zgrana paczka dzieciaków, która próbuje bawić się, nie może pogodzić się z tym, że jeszcze nie mają statusu prawdziwych bogów, są traktowani z dystansem i pobłażliwością, a co najgorsze, wielu z nich nie wie, w czym będzie najlepsza i nie wie czy chce się doskonalić, bo może czasami w życiu wystarczy tylko dobrze się bawić?. Bycie dzieckiem nigdy nie jest łatwe. Niesamowicie trudne jest, kiedy jest się bogiem. I to jest w tych krótkich (skeczowych) scenkach pięknie pokazane.

W „Piorunie do drapania”, będącym pierwszą częścią „Małych Bogów” poznajemy wszystkich bohaterów. Wszystko zaczyna się od braków kadrowych. Grecki Panteon wymaga uzupełnienia i Zeus ogłasza nabór na nowych bogów, którzy po zrealizowaniu zadań i okazaniu swoich nadludzkich zdolności będą mogli zasiadać u jego boku. Dziecięcy kandydaci muszą znaleźć swoje wyjątkowe umiejętności. Jednym odkrycie talentu przychodzi łatwiej, innym nieco trudniej. Afrodyta bardzo szybko odkrywa swoje powołanie do bycia boginią miłości. Nie wszyscy jednak mają takie szczęście. Taurusek i Atlas próbując zaimponować Zeusowi doprowadzają do wielu katastrof i śmiesznych przygód.

W podobnej konwencji napisany jest tom drugi „Uparty Ikar”. Niektórzy kandydaci wiedzą już jakie mają moce i muszą zmierzyć się ze stażem. Hades uczy się bycia bogiem podziemi, Hermes opieki nad handlem, Artemida nadzoru nad polowaniami, Afrodyta opieki nad zakochanymi. Są też tacy, którzy jeszcze nie odkryli swojego powołania, mają do zrealizowania zadziwiające zadania, nie rozumieją idei niektórych budowli, a słynny labirynt Minotaura używany jest jako miejsce zabaw oraz ucztowania. Taurusek chowa się w nim, aby przetrawić własne wątpliwości i napełnić brzuch. Pojawia się tu motyw puszki Pandory, Ikara szukającego idealnych rozwiązań do zbudowania trwałych skrzydeł i wiele innych, które pięknie zmodyfikowano i pokazano w krzywym zwierciadle, ale to nie znaczy, że nie mamy okazji poznać greckich bogów. Powoli i systematycznie oswajamy się z ich funkcjami.

Trzeci tom zatytułowany „Ciężko być bogiem” uświadamia czytelnikom, z jakimi trudami borykali się bogowie nim zostali potężnymi i sławnymi. Mamy tu do bólu szczerego Heraklesa, który najpierw obraża, Kirke, a później bezczelnie żąda magicznego napoju. Akcja tomu toczy się wokół jego dwunastu prac. Każda jest wielkim wyzwaniem. Zabicie hydry wydaje się niemożliwe, lew jest nie do pokonania, a w stajni Augiasza nie wiadomo od czego zacząć. Poza tym niektórzy bogowie źle się czują, kiedy przyszły heros eksperymentuje z wykonaniem zadań. Poznajemy tu dzielne Amazonki, widzimy wyprowadzanie Cerbera na spacer, odkrywamy jak trudno poznać różne nazwy istot oraz niesamowite zdolności Afrodyty. Autorzy uświadamiają jak wygląda reakcja na seksizm, co staje się przyczyną wielu konfliktów i utrudnia wykonanie zadań, a przez to spowalnia zostanie bogiem. Młodzi bohaterzy starają się manipulować dorosłymi, aby szybciej zdobyć uprawnienia, ale też wykorzystują życzliwość i słabości do zorganizowanie zabawy lub przyrządzenia smacznego jedzenia.
W czwartym tomie „Komedia Posejdona” znajdziemy wiele motywów z Iliady i Odysei. Możemy przyjrzeć się młodym herosom, którzy spierają się o zabawę z koleżanką. Do tego Taurusek tradycyjnie myśli wyłącznie o jedzeniu i z tego powodu czasami drażni bogów, podkrada ich atrybuty, a wszystko po to, aby dobrze upiec kurczaki na ognisku. Herakles natomiast tak bardzo boi się swoich prac oraz noszonej w sobie siły, że robi wszystko, aby nie ukryć talentu. Tradycyjnie pojawia się też labirynt. Do tego widzimy Troję, Odyseusza, który postanawia wypłynąć w morze, ale robi wszystko, żeby tego nie zrobić. Dowiemy się też, w jaki sposób dzieciaki wkurzają bogów, robią sobie psikusy i czasami bywają naiwne.
Piąty tom, „Z wizytą w piekle”, krąży wokół opowieści o Hadesie i Tezeuszu. Ta dwa wątki przeplatają się. Znani z wcześniejszych tomów bohaterzy będą próbowali dostać się do piekieł, aby wydostać Eurydykę. Szybko odkrywamy, że Orfeusz nie należy do zbyt rozgarniętych bohaterów. Jednak krążenie wokół Tartaru sprawi, że młodzi bogowie mają okazję zawrzeć bliższą znajomość z Hadesem, poznać początki jego małżeństwa, przyjrzeć się codziennym relacjom, a te są typowo stereotypowe: Persefona z uwielbianej panny staje się znienawidzoną żoną (po co takim mężczyznom śluby?). Odkryjemy też kolejne tajemnice labiryntu Tauruska, zobaczymy kolejne postępy w doskonaleniu umiejętności przez Afrodytę, Atenę i Orfeusza. Tradycyjnie pojawi się też Herakles ze swoimi pracami. Wszystko w niedługich scenkach świetnie ze sobą współgrających. Tym razem adepci będą irytować boga podziemi, droczyć się z nim i oswajać jego psa.
Każdy zeszyt składa się z krótkich (jedno i dwustronicowych) humorystycznych scenek pozwalających na nieco inne spojrzenie na mitologię. Taurusek i Atlas spotykają znane postacie. W drugim tomie częstymi bohaterami są Ikar i Herakles, ale nie zabraknie też i innych. W czwartym często pojawia się Parys, Helena i Menelaos. Adepci próbują odgadnąć, w jaki sposób mają zrealizować listy prac, które otrzymali. Zwłaszcza, że niektóre wydają się nierealne i czasami potrzebny jest przypadek, aby móc je zrealizować, a czasami trzeba wielu lat przyzwyczajeń, aby nie popełniać prostych błędów (jak Meduza, która ciągle zapomina, że swoich wężowych włosów nie musi czesać, a Zeus musi pilnować, aby w czasie spania nie upuszczać pioruna). Nawiązań jest tu wiele i są naprawdę zabawne, pozwalają nieco inaczej spojrzeć na mitologię oraz zachęcą młodych czytelników do poznawania tych poważnych opowieści o starożytnych bogach. Uważam, że to będzie świetna lektura pozwalająca na ćwiczenie czytania ze zrozumieniem i uważności lektury, umiejętności porównania, wychwycenia przekręcenia niektórych rzeczy, pokazania ich w krzywym zwierciadle. Taką zabawę z poważną lektura można potraktować jak grę. Dorośli czytelnicy obeznani w mitologii także będą mieli sporo zabawy.
Kreska i kolorystyka skutecznie przyciągają wzrok młodych czytelników. Rysunki pełne szczegółów, żywych, ciepłych barw sprawiają, że całość prezentuje się bardzo dobrze i rewelacyjnie wpisuje się w pokazane przygody. Zdecydowanie polecam.






Achdé, Pennac i Benacqulista "Lucky Luke. Tom 5: Lucky Luke kontra Pinkerton"


Z niektórych komiksów wyrasta się z wiekiem, ale są takie, po które nadal się sięga. W moim przypadku seria Lucky Luke należy do tych, które cieszą się u mnie powodzeniem. Wszystko przez to, że twórcy ciągle puszczają oko do czytelnika i pod płaszczykiem prostej historii przemycają bardzo wiele zadziwiających tematów. Tych jest sporo, bo i obszar, na którym działa legendarny kowboj daje duże pole do popisu. Mamy w nich pokazane różnorodne mechanizmy tworzenia się nowych osad, gorączkę złota, rywalizację, napady, ale też wszelkiego rodzaju problemy polityczne, nawiązanie do różnych ustaw. I tak jest i tym razem.

Cała historia zaczyna się od zadziwiających wydarzeń. Nasz bohater już nie jest sławą. Powoli wyprzedza go Pinkerton, który aresztuje zbiegłych braci Daltonów. Wydawałoby się, że na tym rywalizacja się skończy. Nic bardziej mylnego. Zwłaszcza, gdy w okolicy pojawią się fałszywe banknoty i informacje o planowanym zamachu na prezydenta. Przecież nasz kowboj jest człowiekiem od zadań specjalnych i to do niego często należy tropienie przestępców oraz ważne eskorty. Niestety tym razem nikt go o to nie poprosił. Mało tego: dookoła rozeszła się wieść, że planowany jest zamach na prezydenta Abrahama Lincolna, czyli akcja osadzona gdzieś w latach 1861 -1865z naciskiem na końcowy okres, kiedy takich ataków było wiele i w końcu przyczyniły się do śmierci prezydenta przez aktora szekspirowskiego, który przeszedł do historii tylko dlatego, że skutecznie przeprowadził zamach. Lucky Luke nie byłby sobą gdyby nie ruszył ochraniać najważniejszej osoby w kraju. Na miejscu okazuje się, że to właśnie jego podejrzewa się o planowany atak…
Achdé, Pennac i Benacqulista świetnie wykorzystują pomysł Morrisa i podsuwają wiele ważnych i aktualnych problemów. Spotykamy się tu ze słynnym planem „zero tolerancji” burmistrza Rudolpha Giulianiego, który powołał Emergency Services Unit (jednostka zajmująca się nadzwyczajnymi przypadkami i będąca takim troszkę państwem w państwie). Badacze kryminologii, zjawisk związanych z biznesem więziennictwa (mokry sen polskich konfederatów o prywatyzacji więzień w USA jest świetnym sposobem na zarobek) zawsze poruszają problem przepełnienia więzień osobami o małoistotnych przestępstwach. Tak jest i w najnowszym albumie przygód Lucky Lucke’a. Widzimy jak zabiegi tajnej agencji Pinkertona robią wszystko, aby mieć  teczkę na każdego i przez to do więzienie trafia nawet minister sprawiedliwości.
Patrząc na to z drugiej strony autorzy pokazują, że w dobrze funkcjonującym mechanizmie sprawiedliwości i ścigania nikt nie jest bezkarny. Nawet ważni politycy i urzędnicy (oj przydałoby się to do zwiększenia uczciwości wszelkiej maści rządzących). Nie zabraknie tu też tematu pomówienia, dyktatury, siania terroru, bo skoro te teczki są gromadzone na każdego i tajny wywiad wie wszystko to zawsze może znaleźć coś, za co można być uwięzionym. Właśnie z takimi problemami musi zmierzyć się nasz bohater.
„Lucky Luke kontra Pinketon” to kolejny tom pozwalający na przedyskutowanie znanych z historii rozwiązań, pokazania ich w nieco innym świetle. Do tego nawiązuje do wielu ważnych wydarzeń, znanych rozwiązań i problemów  społecznych.
Główny bohater serii Wielu osobom przede wszystkim kojarzy się z animowanym serialem bardzo popularnym w latach 90 XX wieku. Pierwowzorem tej lekkiej i przyjemnej rozrywki były komiksy belgijskiego rysownika i scenarzysty Morrisa (czyli Maurica de Beverego), który pragnął stworzyć film rysunkowy o Dzikim Zachodzie. Nim doszło do realizacji studio filmowe zbankrutowało, a szkice przerobiono na komiks, który od 1947 roku podbija serca małych i dużych miłośników westernów. Od 1955 roku seria komiksów powstawała przy współpracy z Reném Goscinnym (znanym z opowieści o Asteriksie), a później kontynuowali ją miłośnicy opowieści o kowboju, dzięki czemu pomysły Morrisa są realizowane. Nad przygodami kowboja pracowali Achdé, Gerra i Pessis zabierający nas w świat Dzikiego Zachodu i bardzo dobrze oddający ducha oryginału (także pod względem szaty graficznej). Pisałam również o efekcie pracy Goylouisa, Fuche, Léturgie z ilustracjami Morrisa i Janviera. Prosta kreska, znikające i pojawiające się tło, minimalistyczna gama kolorystyczna i ciepłe kolory klasycznych cartoonowych ilustracji to cechy rozpoznawalne całej serii.
Komiksy polecam nauczycielom etyki, bo są naprawdę kopalnią tematów. Do tego chętnie sięgną po nie także młodzi ludzie niechętnie podchodzący do czytania.






środa, 29 czerwca 2022

Fabien Vehlmann "Sami. Tom 3: Klan Rekina" il. Bruno Gazzotti


„Sami” („Seuls”) to historia napisana przez Fabiena Vehlmanna i narysowana przez Bruna Gazzottiego zabiera nas do świata pięciu młodych bohaterów, którzy muszą sobie radzić po tajemniczych wydarzeniach, przez które na świecie nie ma dorosłych. Składająca się z 13 tomów seria zdobyła kilka nagród i podbiła serca młodych czytelników mimo, że pokazany w nich świat jest brutalny. Jedno jest pewne: zło nie zawsze jest tak złe jak nam się wydaje, a dobro tak niewinne. Życie ma całą masę odcieni. Do tego podsuwa całą masę wyzwań i prób. Każdy tom to kolejna przygoda poruszająca ważny problem. A wszystko zaczyna się od zniknięcia dorosłych.

W pierwszym tomie zatytułowanym „Zniknięcie” wchodzimy do świata dzieciaków widzimy zwyczajne miasto pełne gwaru. Ludzie są zabiegani. Każdy skupia się na swoich obowiązkach, przyjemnościach i codzienności. Jedni odrabiają lekcje, uczą się, inni grają w gry, a jeszcze inni muszą walczyć o przetrwanie. Każdy z bohaterów jest inny, ma odmienne pochodzenie, pozycję i inaczej wygląda codzienność. Dla jednych życie jest przyjemne, a dla niektórych to ciągła konieczność obrony. Wszystko oczywiście do czasu, gdy dzieje się coś niezwykłego i pięcioro dzieciaków budzi się w opuszczonym Fortville, w którym będą musieli przetrwać i nauczyć się nim zarządzać oraz radzić sobie z niebezpieczeństwami. Z każdym tomem akcja jest coraz ciekawsza i pozwala na poruszenie kolejnych ważnych tematów. Między bohaterami (Dodjim, Leïlą, Yvanem, Camillą i Terrym) dochodzi do licznych spięć. Nim jednak to nastąpi muszą się odnaleźć. Do tego odkryć, że świat pełen jest niebezpieczeństw, którym trzeba będzie stawić czoła. Każdy z tomów to historia z innym tematem przewodnim. W pierwszym przede wszystkim bohaterzy będą musieli zrozumieć, że zostali sami w obliczu zadziwiających wydarzeń i zjawisk. Co jest tego przyczyną? To bohaterzy odkryją dopiero za kilka tomów i będą starali się rozwiązać ów problem. Do tego muszą zmierzyć się z własnymi lękami.

W drugim tomie zatytułowanym „Nożownik z Fortville” widzimy narastające wśród bohaterów konflikty. Dzieciaki z „dobrych” domów traktują nowe doświadczenie jak zabawę bez zastanowienia się nad konsekwencjami. Strzelają z pistoletu, domagają się uwagi, gromadzą zabawki i gadżety. Prędzej czy później musi dojść między nimi do konfliktu. Odpowiedzialny Dodji ma dość niańczenia rówieśników. W czasie samotnej wędrówki natrafia na tajemniczą postać nożownika, który atakuje wszystkich znajdujących się na jego drodze. Dzieciaki będą musiały się zjednoczyć, aby przetrwać. Do tego zakończenie naprawdę nas zaskoczy. Muszę szczerze przyznać, że Dodji zdobył u mnie kolejne punkty. To świetny, poukładany i empatyczny dzieciak, który nieświadomie zapobiegnie katastrofie.

W trzecim tomie zatytułowanym „Klan Rekina” przenosimy się poza miasto. Dzieciaki wędrują po spustoszonym przez ogień terenie. Sprzeczają się, droczą, narzekają na niewygody, z jakimi muszą się mierzyć w swoim pojeździe. Odkryją też, że takie codziennie utarczki to nic ważnego, kiedy w grę wchodzi starcie z wygłodniałym stadem psów, które potrafią być groźniejsze od wilków, bo bez strachu atakują ludzi. Ratuje ich dzieciak, który okazuje się przywódcą Klanu rekinów. Jeden ze złapanych przez niego psów ląduje w paszczy rekina. Nasi bohaterzy poznają innych ocalałych oraz całą masę zasad obowiązujących w osadzie rządzonej twardą ręką przez dyktatora. Chłopak ma dwóch idoli: ojca i Hitlera. Autorzy zabierają nas w świat, w którym manipulacja i terror stają się narzędziem zastraszania. Do tego mamy tu dzieciaki bezwzględnie i całkowicie podporządkowane rozkazom przywódcy. Przypomina to wszystko to, co działo się w czasie II wojny światowej i będzie to doskonały tom do zaprezentowania młodym czytelnikom czym jest dyktatura, wskazania sposobów obrony.

Seria oparta jest na prostych chwytach historii postapokaliptycznych i fantastyki, ale nie zabraknie tu naprawdę ważnych etycznych tematów, które będą świetnym punktem wyjścia do dyskusji o karze, terrorze, totalitaryzmie, empatii, pomocy, nieposłuszeństwie, prawie. Od początku mamy narastające poczucie zagrożenia i nie mija ono po zniknięciu ludzi. Dzieci obserwowane są przez tajemnicze oczy patrzące na nie zza krzaków. Do tego coś tłucze lustra znajdujące się na wystawie w sklepie. W drugim tomie ścigane są przez tajemniczą zamaskowaną postać. Nie znajdziemy tu jednak brutalnych scen. Obrazy są złagodzone mimo odczuwalnych emocji. Twórca wrzuca tu czytelnika w wir wydarzeń i bardzo szybko poznajemy codzienność głównych bohaterów, którzy odnajdują się w pustym mieście i nawiązują współpracę, a później udają się na wyprawę. Wartka akcja, napięcie i elementy zaskoczenia są elementami napędowymi i świetnie przyciągają uwagę młodych czytelników.

Mistrzostwem jest to, że po pierwszych kilku stronach już wiemy z jakich środowisk pochodzą poszczególne postaci, jakie mają zainteresowania, talenty, charaktery. Później to wszystko pięknie jest wykorzystywane, aby pokazać zgrzyty między bohaterami, zobaczyć, w jaki sposób uczą się współpracy i zrozumienia. A nie będzie to łatwe. Zwłaszcza, że widzimy rozkapryszonego dzieciaka, który po rozwodzie rodziców i próbę przypodobania mu się przez weekendowego ojca nauczył się manipulowania wszystkimi, aby osiągnąć swój cel. Do tego przebojowa i troszkę opiekuńcza nastolatka. Mamy też kujonkę, która tak skupiła się na nauce, że zwykłe ugotowanie ryżu przerasta ją i jest bardzo dziecinna. Do tego syn bogatych i wiecznie zapracowanych rodziców, którzy dali mu wszystko, ale nie zapewnili poczucia ciepła oraz nie dali uwagi, dlatego skupia na sobie uwagę wymyślaniem różnych teorii. A na koniec czarnoskóry osierocony chłopak przenoszony z sierocińca do sierocińca, przez co doświadcza przemocy agresywnych, ale uczy się bronić i jako jedyny potrafi zachować zimną krew oraz szuka rozwiązań. Ta wybuchowa mieszanka charakterów pozornie nie ma szans na nawiązanie współpracy. Zwłaszcza, kiedy niektórzy zaczynają robić głupstwa i niepotrzebnie narażać. Kolejne tomy to też możliwość wprowadzenia kolejnych postaci i pokazania innych problemów. Do tego widzimy, że nowi bohaterzy mają prawo do autonomii, nie dołączają do pierwotnej piątki tylko stają się motorem napędzającym fabułę, stawiającymi nowe wyzwania przed nimi.
Fabuła dla doświadczonego czytelnika jest dość schematyczna, ale przecież nie on jest odbiorcą tylko nastolatki i uważam, że jest to ciekawa propozycja czytelnicza dla tej grupy wiekowej. Rysunki Bruna Gazzottiego dopełniają całość. Widać w nich dbałość o szczegóły, ale jednocześnie nie ma przesady. Za pomocą odpowiednich kadrów doskonale buduje atmosferę napięcia. Bardzo dobrze dobrane kolory, pojawiające się i znikające tło pomaga na uwypukleniu tych rzeczy, które w danym momencie są istotne. Ilustracje czasami są uproszczone, ale tylko wtedy, kiedy pojawia się szersze spojrzenie na otoczenie, obejmujemy kadrem całą ulicę. Do tego przemoc mamy zasugerowaną.








Jérôme Hamon "Emma i Wioletta. Tom 3: Kiedy mija zachwyt" il. Lena Sayaphoum


Zabrzmi to bardzo banalnie, ale życie to pasmo wyborów i prób, a one zawsze wiążą się z ponoszeniem odpowiedzialności za ich dokonanie czy podjęcie ich. Nie możemy zrzucić odpowiedzialności za nie na innych. To sprawia, że szybciej mamy wątpliwości. Zwłaszcza, kiedy widzimy, że realizacja planów jest zdecydowanie różni się od tego, co oczekiwaliśmy. I tak jest w sumie ciągle w życiu, bo zawsze znajdzie się coś, co sprawi, że zaczniemy się zastanawiać nad sensem dążenia do spełnienia swoich marzeń. O tym w sumie są wszystkie tomu „Emmy i Wioletty”, komiksowej opowieści o siostrach kochających taniec. Każda jednak nieco inaczej, ma inne cele z nim związane, chce podążać odmienną ścieżką, próbować różnych styli. Ruch w połączeniu z muzyką wyzwala ich emocje.
Autorzy komiksu zabierają nas w świat tańca. Pokazują jego uroki, subtelność oraz magię jaką on z sobą niesie. Szczególnymi względami darzony jest balet klasyczny. Delikatne, ale doskonale wypracowane ruchy tancerek uświadamiają, że piękno to też dyscyplina i trudy długiego uczenia się. Nieliczne szkoły, w których można się go nauczyć, pewnego rodzaju tabu oraz nietypowe życie uczennic sprawiają, że staje się on wdzięcznym tematem do snucia opowieści o spełnianiu nietypowych marzeń. Do takich historii zaliczyć można serię komiksu „Emma i Wioletta” stworzoną przez Jérôme Hamona i Leny Sayaphoum. W oryginale mamy „Emma i Capucine”, ale w języku polskim drugie imię albo kojarzy się z rodzajem kawy albo zakonnikami albo ciężkim imieniem, a nawet z wulgaryzmem, więc zmieniono na lekkie, dziewczęce i myślę, że był to dobry krok. Zwłaszcza, że pozwala podkreślić osobowość bohaterki.

Główne bohaterki, Emma i Wioletta, to siostry, które łączyło zamiłowanie do baletu klasycznego. Przez Marzenia Wioletty mama zgłębia tajniki, uczy siebie i dziewczynki, aby mogły spełnić swoje marzenia o byciu primabalerinami. Wiele lat nauki sprawia, że młodsza z sióstr perfekcyjnie wykonuje podstawowe ruchy. Taniec Emmy wyraża jej osobowość, a to nie jest mile widziane w Szkole Tańca Opery Paryskiej. Frustracja z powodu szczerości matki, a później oblanie egzaminu sprawiają, że nastolatka zaczyna zastanawiać się, co tak naprawdę chce robić w życiu. Czy powinna dalej walczyć? Jaką drogę wybrać?  Przede wszystkim zadaje sobie pytanie o to, dlaczego tańczy. Czy po wielu latach ćwiczeń może robić coś innego? Z każdą stroną pytania się mnożą. Pokazane przez przyjaciół i rodziców drogi sprawiają, że decyzja nie jest łatwa. Dostanie się do szkoły też nie ułatwiłoby sprawy, bo razem z Wiolettą odkrywamy, że jest to brutalny świat, w którym niektóre tancerki powodowane zazdrością chcą zniszczyć zdolniejszą koleżankę. Każdy wybór jest tu tym złym, bo w życiu nic nie przychodzi łatwo.

W drugim tomie widzimy siostry poddane pierwszym próbom. Emma musi zmagać się z innym środowiskiem, oderwaniem od tańca, szukaniem innego sposobu wyrażania siebie. Z kolei Wioletta zderzy się z zazdrością starszych i mniej utalentowanych tancerek, które sprawią, że dopadną ją wątpliwości dotyczące wyboru szkoły. Każda z sióstr będzie musiała poradzić sobie z bagażem emocji towarzyszących zagubieniu, poczuciu odrzucenia, przekonania o pewnego rodzaju porażce. Do tego nie zabraknie intryg, pomówień, a nawet zagrożenia utraty przyjaciół. Widzimy jak w trudnych chwilach dziewczyny wspierają się i zawsze mogą liczyć na rodziców, którzy zachęcą do stawiania czoła wyzwaniom, niepoddawania się przy pierwszych wątpliwościach.

Trzeci tom pt. „Kiedy mija zachwyt” to kolejna opowieść o wątpliwościach, trudach ćwiczeń, poszukiwaniach. Siostry przygotowują się do dwóch różnych znaczących w im życiu wydarzeń. Jedna ma wziąć udział w nagraniu do klipu piosenki, a druga stanąć na baletowej scenie. Odkryją, że plany nie zawsze muszą pokrywać się z ich realizacją. Czasami sama ciężka praca to za mało. Potrzeba jest też odwaga, umiejętność współpracy i wsparcie bliskich. Cenną lekcję odbiorą też rodzice, którzy stopniowo będą uczyli się puszczać córki w świat i dadzą im możliwość wzajemnego wsparcia.

„Emma i Wioletta” to bardzo udana seria poruszająca wiele ważnych dla młodych ludzi spraw. Pojawia się tu też sporo wątpliwości, dylematów związanych z celem w życiu, zainteresowaniami, ale też z wymaganiami rodziców, którzy czasami stawiają zbyt wysoko poprzeczkę wierząc, że w ten sposób pomogą w odniesieniu sukcesu. Czy młody człowiek jest wystarczająco dalekowzroczny, aby podjąć decyzję o swojej przyszłości. Do tego pojawia się też motyw nastoletniej miłości, ale jest też i rówieśnicza zawiść. Te tematy są kontynuowane w każdym z tomów. Do tych tematów dołączają też pomówienia, przemoc psychiczna, zazdrość, próba eliminowania lepszej przeciwniczki.
W cyklu mamy ciekawy obraz rodziców. W pierwszym tomie widzimy matkę, która z jednej strony zaślepiona jest żądzą sukcesu córki, bo myśli, że ona o tym marzy, a z drugiej przeżywa własną porażkę z młodości i poddanie się. Właśnie z tego powodu stara się wyhamować podejmowanie decyzji pod wpływem emocji. Chce, aby jej dzieci nie popełniały takich błędów jak ona. Jest surowa, ale też potrafi dać wsparcie i bardzo martwi się o córki. W swoim poczuciu konieczności wsparcia zapędza się tak daleko, że na początku chce wymusić na córce obranie określonej drogi, a później zachęca drugą z córek do zaciśnięcia zębów i przeczekania najtrudniejszego okresu. Z drugiej strony mamy tatę, który z dystansem podchodzi do tańca, bo nie jest w tę wizję przyszłości dziewczyn emocjonalnie zaangażowany, być może poświęca mniej uwagi zajęciom córek. To dzięki niemu Emma będzie mogła zrozumieć motywy mamy, a ta zrozumieć swoją córkę. W drugim tomie jest on nieco mniej obecny w życiu córek.
Pierwszy tom „Marzenia” pozwala nam na przyjrzenie się bohaterom, bo nie tylko siostry są ważne w tej historii. Dużą rolę odgrywają rodzice. Wbrew pozorom mają jednakowy wpływ na dziewczyny i sprawiają, że z jednej strony podejmują one wyzwania, a z drugiej wiedzą, że mogą odpuścić. W drugim widzimy jak różnymi ścieżkami podążają siostry oraz obserwujemy jak pięknie potrafią się wspierać. Jest między nimi ciepło, zrozumienie, ale pojawiają się też inne emocje, pomimo których wiedzą, że zawsze mogą na siebie liczyć. Owo wsparcie widzimy też w najnowszym tomie.
Ilustracje są miękkie, delikatne, płynne niczym taniec. Brak czarnej kreski, pastelowe kolory, delikatne kontury, delikatnie nakładające się kolory i minimalistyczna paleta barw sprawiają, że mamy odczucie ulotności i delikatności. Ilustracje są wręcz eteryczne. Bardzo smukłe sylwetki postaci z dużymi oczami troszkę kojarzących się z „mangaką”. Zresztą ilustracje są takie troszkę ocierające się o anime, ale to świetnie oddaje delikatność baletu i tancerek, pozwala podkreślić linie ciała, pokazać pozy. Ten efekt podkreśla lekko zanikające i rozmazane tło. Mimo tej całej miękkości, pozornego rozmycia postaci są wyraziste i tak różnorodne jak ich charaktery. Podsumowując „Emma i Wioletta” to bardzo ciepły kolorystycznie i z optymistycznym przesłaniem cykl. Każdy tom porusza ważne dla młodzieży problemy.