czwartek, 2 kwietnia 2015

do grzecznych dzieci przychodzi... zajączek

Wielki Czwartek to w kulturze chrześcijańskiej czwartek przed Wielkanocą. U mnie w domu był to pierwszy dzień solidnego postu… Dzień, który miał upamiętniać ważne dla wyznawców wydarzenie: ustanowienie eucharystii. Mnie się kojarzył ze zającem i nie rozumiałam, dlaczego wtedy trzeba pościć. Przecież cały rok czeka się na jaja i słodycze przyniesione przez zająca i można je tylko pooglądać, ewentualnie zjeść po jednym czekoladowym jajku… Z produktów zwierzęcych można było jeść jaja, które przyniósł zając. Zjedzenie masła było już grzechem…
Do zajączka przygotowywałam się z bratem przez wiele tygodni. Urodziłam się jeszcze w czasach komuny i pierwsze święta miały znamię braków. Aby zrobić gniazdko dla zajączka – który ot tak nie może na podłogę znieść jaj i słodyczy, musi mieć do tego warunki – przez kilka tygodni polowaliśmy w sklepach na odpowiedniej wielkości kartony, a to w czasach braków nie było łatwe. Nie mogły być za małe, ani za duże. Czasami trzeba było tych pudeł kilka, bo i dla innych dzieci. Tydzień przed zajączkiem zaczynaliśmy je ozdabiać naszymi arcydziełami, a w środę pozostało nam wyprodukowanie miękkiego wysłania. Często dołączaliśmy do tego kartki świąteczne.
Wigilia zajączka była tak ekscytująca jak dzień przed Wigilią Bożego Narodzenia: z utęsknieniem czekaliśmy na słodycze, które były trudno dostępne… Byliśmy tak niecierpliwi, że trudno było nam zasnąć, a kiedy już się zbudziliśmy to pędziliśmy sprawdzić, czy zając już był. Mama często nas odsyłała mówiąc, że przepłoszymy zająca. To nam nie przeszkadzało w skradaniu się, podglądaniu, wypatrywaniu. Zobaczenie tego magicznego zająca było dla nas wielkim pragnieniem.
Pewnego poranka (w roku wydarzeń związanych z Okrągłym Stołem) wstałam wcześnie i skradałam się na bosaka przez korytarz, aby w jego drugiej części przyłapać zająca na gorącym uczynku. I mi się udało… przyłapałam mamę i babcię rozdzielające słodycze. Byłam wtedy tak spragniona słodyczy, że szybka dziecięca kalkulacja wzięła górę: jak powiem, że wiem, że to nie zająć to czekoladek nie będzie. Uciekłam do łóżka, by czekać na wołanie mamy, że zając już był.

Joanna Sykat: Gdy myślę Wielkanoc...

Gdy myślę Wielkanoc… zawsze widzę przed oczami talerz, na którym babcia podaje nam, wnukom, ugotowane w cebuli jajka. Cała nasza zbójecka trójca zaopatrzona jest w żyletki i zaczyna się konkurs na najlepiej wyżyletkowane jajko. Kilka skorupek nie wytrzyma nacisku palców, kilka pęknie pod zbyt mocno dociśniętym ostrzem. Ostanie się mała ilość z nieudolnymi płotkami, kogutkami i baziami i z przechwałkami, czy wzorek lepszy i dlaczego.
Kolejne wspomnienie to koszyk z białą serwetką, udekorowany bukszpanem. Pachnie z niego, że w głowie się kręci. Ten zapach zostanie ze mną na zawsze. Chyba wyraźniejszy niż cokolwiek innego. Pamiętam też wszystkie dziecięce ozdoby, które towarzyszyły święconce. Było małe, malowane w kwiatki niebiesko jajko, mały kurczaczek i baranek na jasnozielonej trawie. Niedawno, po ponad trzydziestu latach koszyk i ozdoby zyskały nowe życie. Teraz do kościoła niesie je w łapinkach mój synio.
Gdy myślę Wielkanoc z dziecięcych czasów, to oczywiście jeszcze i Śmigus Dyngus, który zaczynał się już kilka dni wcześniej szykowaniem sprzętu. Małe jajka-pryskaczki działały średnio. Najlepszy był spryskiwacz do pościeli (kiedyś przed oddaniem pościeli i obrusów do magla, trzeba je było porządnie zwilżyć wodą), butle z wodą i szafliki. Ja jednak bardzo się pilnowałam, żeby nie zostać oblana, więc konieczne środki szykowałam tylko jako formę samoobrony. Drzwi zamykałam na klucz i czasem jeszcze barykadowałam się od wewnątrz. Zimnej wody nie lubię do tej pory. Brr.
Jednak najbardziej intensywne wspomnienia mam sprzed jakichś dziesięciu lat. Wielkanoc mieliśmy z mężem spędzić u moich rodziców, więc teściom podrzuciliśmy na przechowanie kota, czarno-białą, zołzowatą Kufcię, która zarządziła sprzątanie w miejscu swojego czasowego pobytu. Najpierw zrzuciła na podłogę pięknie wyhodowany owies. Ziemia opryskała firankę, białe ściany, potoczyła się pod meble i lodówkę. Kolejnego dnia kocica rozprawiła się z czekoladowym mazurkiem teściowej. Ciasto, świeżo posmarowane polewą podsychało spokojnie na parapecie do momentu, kiedy Kufcia uznała, że fajnie byłoby sobie na nim posiedzieć. Z tego miejsca zdążyła tylko posłać teściowej zaczepne spojrzenie, a potem oberwała ścierką. Nie było to jednak do końca przemyślane posunięcie, bo kocica zeskoczyła z ciasta i uciekła do pokoju, zostawiając za sobą czekoladowe tropy. Mogę sobie tylko wyobrazić, co się wtedy działo. W każdym razie wspomnienie czekoladowego mazurka zawsze wywołuje u nas wesołość.
Od kilku lat do wspomnień dołączył też widok poniedziałkowego Salwatora. Ta krakowska dzielnica wygląda wtedy jak marzenie każdego dziecka. Tysiące helowych balonów chwieje się na wietrze. Kilku uda się odlecieć. Niezapomniane wrażenia nie tylko dla mojego syna.

Marcin Podlewski o Świętach Wielkanocnych - wspomnienia z dzieciństwa

To były betonowe Święta. Święta pełne pobliskich wykopów, wystających z ziemi drutów i wielkich płyt wzmocnionych żelbetonem. Święta, przez które szło się w tureckim swetrze ściskając w ręku koszyczek przykryty ceratą, ściągniętą być może z telewizora Neptun. Święta pomiędzy koleinami Wielkiej Budowy, w jaką zmienił się wówczas warszawski Ursynów. Święta, gdy słońce wydawało się gorętsze, a przez powietrze przemykały pierwsze, pijane chrabąszcze, oszołomione osy i motyle bielinki. Było bowiem zielono i gorąco – trawa wyglądała na mokrą, a wiatr dmuchał w gęste jeszcze włosy gdy stałem pod barakiem, mającym symulować Kościół.
Jakiś czas temu moja szwagierka przyniosła koszyczek na święconkę kupiony w TK MAXX. Piękny, filigranowy, elegancki. Na jajkach założone białe fartuszki z koronką. Spryskana drogimi perfumami szwagierka mogła postawić ów koszyk na kościelnym stoliku by wygolony i pachnący ksiądz, z zębami wyszorowanymi elektryczną szczoteczką z ROSSMANNA, mógł skromnie strzelić kilkoma kroplami wody święconej wprost w arcydzieło. Ja jednak pamiętam siermiężne kosze wypchane kiełbasą kupioną za kartki, wyrwanymi z pobliskich krzaków gałązkami bazi i świeżo ugotowanymi jajami pomalowanymi farbą i ozdobionymi chińskimi kredkami. Pamiętam, jak stało się na tyle blisko by zostać wręcz ochlapanym świętą wodą i zanieść nieco owej świętości do domu. Pamiętam cukrowe baranki i świadomość, że postawiona na gierkowskim regale święconka nie może być dotknięta, bo w domu pojawią się mrówki faraona. Kiedyś dotknęła jej mama i rzeczywiście przyszły. Świętość wymieszała się wtedy z egipską magią.
Pamiętam głód. Nigdy nie byłem tak głodny jak w święta, gdy babcia i mama ślęczały nad parującymi garami. Babcia nie pozwalała nic zjeść – cud, że można było ugryźć kawałek chleba na śniadanie. Święta miały być bowiem ucztą – ucztą zapomnienia o realiach, tłuczonych nam przez szklaną taflę telewizora. Na stole pojawiały się wówczas wędliny, sałatki i marcepany, zupy i dorodne obiady wciąż naznaczone klątwą potwornego wyczekiwania w kolejkach i załatwiania schabu przemyconego w „Trybunie Ludu”. Ale poświęcenie nie było już ważne. Na białym obrusie leżały wypielęgnowane talerze, ochuchane kieliszki i pięknie zdobiony stroik. Wszystko rozstawione w oczekiwaniu na pierwsze, rodzinne życzenia i festiwal obcałowywania zmęczonych twarzy.
Wszystko się zmienia. Nic się nie zmienia.
A w tle, wieczny i niezmienny, patrzył na nas żółty, sklecony z wydmuszki kurczak. Jego czarne, przyklejone oczka były niczym dwa portale w Wieczność. Kurczak był bowiem i będzie. Kurczak przetrwa. I kurczak zawsze zwycięży. Wczoraj zresztą powrócił, przyniesiony z przedszkola przez mojego synka. Mrugnąłem do niego okiem. Tak było trzeba.
Bo kurczak świetnie WIE.
Marcin Podlewski — dziennikarz, pisarz, zwycięzca konkursu na XXX-lecie "Nowej Fantastyki", nominowany do Zajdla 2014,  laureat konkursu literackiego wydawnictwa Agharta, konkursu "Science Fiction po polsku 2" i innych. Swoją przygodę z literaturą piękną zaczął od opublikowania opowiadań na łamach magazynu „LAMPA”. Publikował krótkie formy w „Nowej Fantastyce” oraz w bestsellerowej (ponad 15 tysięcy pobranych egzemplarzy) antologii horroru „Halloween 31.10 Wioska Przeklętych”, której trzecia już edycja o podtytule "Księga Cieni" ukazała się na Halloween 2013. Jego najnowsze opowiadania można także przeczytać w pierwszej polskiej antologii poświęconej zombie — "Zombiefilii", steampunkowym e—zbiorze "Ostatni dzień pary" i w wydawanej w ostatnim kwartale 2013 roku "Księdze Wampirów".
Autor, nie licząc uczestnictwa w antologiach, wydał własny zbiór opowiadań „Szklana Góra”, który został pobrany w wersji elektronicznej ponad 2000 razy i zyskał bardzo pochlebne recenzje.
Jego debiutancka powieść "Happy END" - mieszanina fantastyki, horroru i powieści obyczajowej - miała swoją premierę na Krakonie 2013. Książkę wydało warszawskie Wydawnictwo Studio Truso.
Najnowsza powieść Marcina - space opera z elementami postapo i horroru o tytule "Głębia: Skokowiec" ma ukazać się niebawem nakładem Fabryki Słów.
Spis publikacji:
antologia 31.10 Wioska przeklętych, Halloween po polsku II - opowiadanie "Obok" /horror/
antologia 31.10 Księga Cieni, Halloween po polsku III - opowiadanie "Serce i wahadło"' /horror/
powieść Happy End  wydawnictwa STUDIO TRUSO - powieść z elementami horroru, weird i post-apo
antologia Księga wampirów wydawnictwa STUDIO TRUSO - opowiadanie "Samotnie..." /horror/
antologia Ostatni dzień pary - opowiadanie "Doktor Dietl ratuje świat" - /steampunk/
antologia Po dru­giej stronie. Weird fiction po polsku wydawnictwa AGHARTA - opowiadanie "Pocztówki z Głębi", nieoficjalny spin-off "Skokowca"  /horror/
antologia Science fiction po polsku 2 wydawnictwa Paperback - opowiadanie "Bajki Gigamecha", /SF/
zbiór Szklana Góra - ponure baśnie - baśnie z elementami horroru i weird fiction
antologia Zombiefilia - opowiadanie "Inspekcja" /horror/
czasopismo Horror Masakra #1 - opowiadanie "Jak w domu", /horror/
czasopismo Nowa Fantastyka 375 (12/2013) - nominowane do Zajdla 2014 opowiadanie "Edmund po drugiej stronie lustra" - zwycięski tekst konkursowy na XXX-lecie NF, /horror/
czasopismo Nowa Fantastyka 384 (9/2014), opowiadanie "Dobranoc, Pimky Limky", /SF/

czasopismo NOWA FANTASTYKA WYDANIE SPECJALNE 3 /kwiecień 2015/ - "Szary wiruje pył"

środa, 1 kwietnia 2015

5 wybranych książek z Novae Res z pudła

Aby wygrać książki należy:
1) udostępnić ten wpis publicznie na fb, g+ lub innych mediach społecznościowych (poinformować mnie w mailu, gdzie go udostępniono)
2) przesłać maila (adres: Kwiatuszeknawiosne@gmail.com) z 5 wybranymi z poniższej listy książkami
3) w temacie maila wpisać "5 książek z Wydawnictwa Novae Res"
4) jeśli zależy Państwu na przyspieszeniu komunikacji i przesyłki to proszę o podanie danych do wysyłki w mailu
Wysyłka wyłącznie na terenie Polski
Losowanie w środę 22 kwietnia o godz. 12:00
O wszystkich książkach znajdą Państwo informacje na stronie zaczytani (wystarczy kliknąć w opisy pod zdjęciami).


 



Emilia Nowak "Tajemnica Orlego Gniazda"

Prima Aprilis


wtorek, 31 marca 2015

Zenon Rogala o Świętach Wielkanocnych

W moim dzieciństwie nawet smak i zapach powietrza były świąteczne. Kiedy szliśmy środkiem ulicy w jednym szeregu, należało trzymać się odpowiedniego tempa, bo każde odstępstwo od tej prostej linii, mogłoby oznaczać spadek do niższej pozycji w hierarchii koleżeńskich i braterskich układów. Przeważnie byłem najmłodszy i w moim interesie należało zabieganie, aby nie pozostawać w tyle tej niedzielnej tyraliery. Rytuał był znany od lat, kiedy ja zostałem dopuszczony do tego marszu do wielkiego świata, jedynym moim zmartwieniem było, aby nie zostawać w tyle tego pięcioosobowego szeregu, zmierzającego na wielkanocne uroczystości. Każdy z braci, posiadał obowiązkowo wykrochmaloną białą koszulę, i była to duma i chluba naszej mamusi, bo sąsiedzi zawsze podkreślali, że przy tylu dzieciach, miała siłę i czas, aby każdy jej syn był starannie oprany i do kościoła szedł w białej, wykrochmalonej koszuli. Zdarzało się też w niektóre niedziele, że po kościele szliśmy do kina, na poranki, a potem, w drodze powrotnej miała miejsce ożywiona dyskusja o akcji filmu i recenzja gry aktorów. Jeśli film był rosyjski, a takie przeważały, to komedia „Wołga, Wołga” był najzabawniejszym filmem tamtych lat. Była też taka komedia „Szeregowiec Browkin” i chyba jedyny w tamtych latach film amerykański, najwyraźniej przeoczony przez cenzurę, pod tytułem „Mały uciekinier”, o jednym dniu z życia amerykańskiego chłopca, który zgubił się wśród oceanu amerykańskich ulic i zbierał butelki po pepsi, żeby kupić sobie loda. Były też filmy wojenne i te lubiliśmy najbardziej. Taki na przykład „Sekretarz Rejkomu”, to był przykład bohaterstwa żołnierza radzieckiego w walce z wewnętrznym wrogiem, często niespodziewanie ulokowanym przez dywersantów bądź w miejscu pracy prawdziwych komunistów, bądź nawet w ich rodzinach. Postępowanie Pawki Korczagina, mimo, że tak wychwalane na filmie, jakoś nie przypadło nam do gustu, ale widać jeszcze nie dorośliśmy do takich czynów jak ten, który przyniósł mu sławę. Zwykle każdy film wojenny, kończył się szarżą konnicy czerwonej armii.  Razem z pędzącymi na koniach z okrzykiem huurrraaa, radzieckimi żołnierzami wymachującymi szablami, wołaliśmy z widowni ”..nasi...nasi...” Można było też uczestniczyć w dylematach przeżywanych przez marynarzy, jakie miały miejsce wśród załóg okrętów w filmie „ My z Kronsztadu”. Całkiem nie rozumiałem, dlaczego jedni marynarze zabijają drugich, choć i jedni i drudzy ubrani byli w takie same podkoszulki w poziome paski, a spod ich okrągłych, marynarskich czapek z dwoma wstążeczkami z tyłu głowy, wysuwały się, i jednym i drugim, niesforne loki ich marynarskich, kędzierzawych fryzur.
Dzisiaj nic nie zapowiadało największych od lat atrakcji. W dodatku rzeczywistość małomiasteczkowa całkiem niespodziewanie urosła do rangi tej widzianej tylko na filmach radzieckich. Procesja wokół kościoła miała się już ku końcowi, ledwo co baldachim z księdzem Krzemińskim, podtrzymywanym z obydwu stron pod ramiona, z jednej strony przez organistę Górnego, a z drugiej przez pana Szuberta, minął bramę kościelną, usłyszałem całkiem wyraźnie strzały. Mimo gromkiego śpiewu tłumu, rozgłaszającego światu, nowinę, że Pan nasz zmartwychwstał, mimo, że dzwon bez przerwy ogłaszał światu zwycięstwo życia nad śmiercią, wyraźnie dały się słyszeć jakieś wystrzały, huki suche i ostre, krótkie i urywane. Było ich kilka i byłem, pewien, że to są strzały z pistoletu. Dobrze, że nie poszedłem dalej z procesją, tylko wiedziony ciekawością skąd pochodzą te wystrzały, zatrzymałem się, przepuszczając przed sobą babcie i starszych panów.
Zobaczyłem ich całkiem blisko. Przemieszczali się tuż obok mnie. Wyglądali na splataną, dziwnie wyglądająca parę.  Milicjant, niejaki, nomen omen, Paluszek Henryk prowadził przed sobą, ale jakoś tak dziwnie splatanego ze sobą, przygiętego prawie do ziemi, popychanego dość brutalnie, żołnierza rosyjskiego. Mundurowy milicjant był niewielkiego wzrostu, czapkę miał podtrzymywaną spiętym pod brodą paskiem, ale ta czapka i tak z trudem utrzymywała się na jego małej głowie, nawet była dość komicznie przekrzywiona, co nadawało tej sytuacji dodatkowej grozy. Paluszek nie miał czasu dbać o swój wygląd. Nawet na pewno nie dbał o swój aktualny wygląd, bo cały był skupiony na tym, żeby prowadzony przez niego zbieg, nie wyrwał mu się i nie zginął wśród uczestników procesji. 
Pojmany i prowadzony przez Paluszka, był od niego o wiele większy, co nie było takie niezwykłe, bo prawie każdy był od Paluszka wyższy. Poznałem od razu, że to żołnierz rosyjski, po bluzie, która zakłada się przez głowę, a zapina tylko na kilka guzików z przodu. Takie bluzy wojskowe widziałem na rosyjskich żołnierzach w rosyjskich filmach. Ale tamci żołnierze wyglądali całkiem inaczej. Przede wszystkim ich bluzy były pięknie wyprasowane, a guziki wszystkie pozapinane jak należy. Spodnie i buty tamtych filmowych żołnierzy były pięknie wyprasowane, a odczyszczone buty pięknie wyglansowane. Ten prowadzony przez Paluszka był zaprzeczeniem tamtych. Bluza i spodnie były ubrudzone jakimś smarem czy ziemią, bo widocznie gdzieś po wodzie biegał, do połowy nogawki miał mokre i ciemne od wilgoci. Na nogach miał powykrzywiane buty z cholewami, ale jakieś takie za duże na jego stopy, bo co chwilę potykał się, więc Paluszek jeszcze musiał go podtrzymywać. Dodatkowo Paluszek co chwilę poprawiał ten swój uchwyt na karku żołnierza, to znaczy zawijał wokół swojej lewej ręki coraz więcej munduru z pleców żołnierskiej bluzy, a że był niskiego wzrostu, to prowadzenie takiego dryblasa sprawiało mu duży kłopot. Naginał go, więc do ziemi, żeby łatwiej było nad nim zapanować. W prawej ręce trzymał pistolet. To właśnie z tego pistoletu strzelał, prawdopodobnie w powietrze.
Resztki procesyjnego tłumu, rozstępowały się dość obojętnie przed bohaterem ujęcia zbiega. Takie wydarzenie wyraźnie zakłóciło uroczystości. Paluszek zatrzymał się na chwilę na środku ulicy jakby wiedział, że zaraz podjedzie odkryty samochód wojskowy. Faktycznie podjechał odkryty Gazik, wyskoczyło dwóch żołnierzy w bluzach wkładanych przez głowę, z niepotrzebną brutalnością przejęli od Paluszka swojego i pojechali w ulicę Karola Miarki, mimo że była jednokierunkowa, ale prowadziła do pobliskiej rosyjskiej jednostki.

Paluszek poprawił czapkę, skrócił pasek do pozycji wyjściowej, schował do kabury pistolet, tryumfalnie rozejrzał się wokół. Dzwon na wieży wstydliwie kończył swój koncert i wszystko powoli wracało do uroczystej, świątecznej Wielkiej Nocy.

Oli stos - marzec 2015

Marzec był miesiącem świetnych książek dla Oli. Wśród nowych książek znalazła sporo takich, do których chętnie wraca. Faworytkami są opowieści o Maszy i Niedźwiedziu. Kto choć raz widział bajkę o tej pomysłowej i żywotnej dziewczynce ten nie mógł się nie zakochać. „Wielka kolekcja bajek o przygodach Maszy i Niedźwiedzia” oraz kolorowanka z zadaniami z opowieścią „Na ryby” zachęcają córkę do ponownego sięgania po książki.
Bardzo chętnie sięgamy też po „Inwazję bazgrołów. Blok rysunkowy”. Dopiero ciągłe użytkowanie sprawia, że widzimy więcej plusów niż po kilku zarysowanych stronach. Wielość postaci, wrażenie wielkiego chaosu i ruchu, a do tego twarde kartki, po których można rysować również długopisami i pisakami bez wyrabiania dziur to spory atut, kiedy blok trafia w ręce młodszych dzieci.


Wielu inspiracji do zabaw dostarcza nam „Księga wiosny” Marceliny Grabowskiej – Piątek. Nasze pociechy mogą z pomocą dorosłego lub samodzielnie (w zależności od wieku, sprawności manualnych itd.) wykonać wiele interesujących ozdób ba święta i nie tylko. Sporo wzorów jest uniwersalnych i mogą również zimą ozdobić ponury pokój.
Świetną alternatywą puzzli okazała się książeczka „501 naklejek. Zwierzęta”. Dziecko musi dopasować kształt naklejki do cienia. W razie wątpliwości naklejki i cienie mają swój numer, dzięki czemu łatwiej śledzić rodzicowi prawidłowość wykonania ćwiczenia.
Ola w tym miesiącu chętniej wracała do książeczek, w których można pisać, rysować i zmazywać. Świetnie sprawdziły się to pozycje z poprzedniego miesiąca z wydawnictwa AWM oraz nowsza "Umiem liczyć pierwsze cyfry".
Do gustu przypadły nam też książki Zofii Staneckiej z serii o Basi oraz „Damą być”, które świetnie pokazują dziecięcy świat przygód, odkryć i problemów.
Dla nieco starszych czytelników jest książka, po którą sama chętnie sięgnęłam ze względu na tematykę: szkoła. Aleksandra Engländer-Botten „Mateusz w szkole angielskiej”, opowieści przybliżającej nam szkolne życie w Anglii. Książka może być interesująca zarówno dla dziecka, jak i rodzica. Pozwoli oswajać malucha z wizją szkoły.
Miłośnikom wierszyków polecam książkę Ramony Nadobnik-Piętki „Juleczka moja laleczka” o przygodach dziejących się między jawą a snem oraz pełną ciepła opowieść Joanny Omilian „Kiedy mnie jeszcze nie było mnie na świecie”
Bardzo ładne i doskonale sprawdzające się u najmłodszych czytelników jest zbiór wierszyków Zbigniewa Dmitrocy "Zwierzęta i zwierzątka", kusząc zwierzęcymi nosami oraz „Biblia dla dzieci w obrazkach” z tekstami Anny Garbal. Obie książki mają interesujące ilustracje. Kolejną jest „Lecimy daleko” Agnieszko Frączek. Niewielkich rozmiarów książeczkę i załączoną do niej zabawkę można zabierać na spacery i razem z nią odkrywać świat.
Nastolatkom polecam książkę Rafała Skarżyńskiego „Hej, Jędrek! Przepraszam, czy tu borują”. Autorzy (posiada liczne komiksy) w interesujący i zabawny sposób prezentują szkolny świat, który toczy się wokół intrygi. Dzieci muszą odkryć tajemnice nowej, zbyt pięknej dentystki. Gimnazjalistom do gustu przypadną też książki Peta Johnsona „Jak wychować sobie nauczycieli” oraz „Jak wychować sobie rodziców”, w których znajdziemy sporą dawkę humoru, ale i cwaniactwa. Będzie to lektura bliska młodzieży.

Mnie wielką radość sprawiło czytanie innej książki dla młodzieży „Wszystko świetnie” Beaty wróblewskiej pokazującej nam sielankową wizję rodziny, w której członkowie mają odmienne zdania, doświadczenia, a mimo tego potrafią się zrozumieć i cenić.

Oli bardzo podobał się zbiór "20 bajek do czytania dzieciom przed snem” Tamary Michałowskiej, książka pełna pięknych ilustracji i ciepłych opowieści.