Etykiety

poniedziałek, 8 sierpnia 2022

Joanna Jurgała-Jureczka "Na gorącym uczynku. Duchy artystów"


Joanna Jurgała - Jureczka należy do pisarek, po których książki lubię sięgać, ponieważ z wielką wprawą zaczarowuje rzeczywistość. Jej książki o Kossakach intrygują, pozwalają przenieść się w przeszłość i lepiej poznać tę niezwykłą rodzinę twórców i badaczy. Właśnie z tego powodu sięgnęłam po kolejną jej publikację. „Na gorącym uczynku” udowadnia, że Joanna Jurgała-Jureczka jest też świetną felietonistką potrafiącą wyciągnąć z historii mało znane smaczki, zakreślić sylwetkę pokazać powiązania między różnymi artystami, odkurzyć portretu wielu ważnych postaci. Kilkanaście felietonów pozwala nam na poznanie ikon polskiej kultury, zaciekawić się autorami szkolnych lektur. Dzięki niej poloniści będą mieli okazję zaintrygować uczniów i zachęcić do poznawania tekstów. Bardzo ważna rzecz, której zabrakło w spisie treści to wskazanie konkretnych nazwisk przy rozdziałach lub indeksu nazwisk ułatwiający wyszukiwanie konkretnych informacji. Pewnie nie brano tej opcji pod uwagę. Zapewne miał być to zbiór felietonów, który ma sprawić czytelnikowi przyjemność, poszerzyć wiedzę, zaintrygować, ale nie służyć jako narzędzie wspierające pracę nauczycieli. A szkoda. Mam jednak nadzieję, że to nie zniechęci tej grupy zawodowej do sięgania i będą mieli całe mnóstwo anegdot dla swoich uczniów. A tych jest tu naprawdę dużo. Do tego opowiedziane barwnie, poruszające wyobraźnię, uświadamiające jak bardzo światek artystyczny jest powiązany, a czasami klasistowski i dyskryminujący. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzi bratanie się z osobami spoza ich kręgów. Z drugiej strony możemy obserwować niesamowitą otwartość, ciągłe poszerzanie wiedzy i dążenie do doskonalenia, wytyczania nowych ścieżek.
Kreślone przez pisarkę portrety są niczym szkice, ale nakreślone wprawną ręką, pozwalające rozpoznać określone postaci. Wydawałoby się, że historie o ludziach, których poznaje się w szkole będą nudne. Nic bardziej mylnego. Ich wizerunki są odkurzone, pozbawione wieloletniej naleciałości i pomnikowości. Dostajemy sylwetki żywe, wręcz namacalne i pobudzające wyobraźnię. Poznajemy fakty, dzięki którym stają się bardziej ludzcy. Są to w pewien sposób genialne osoby z całym mnóstwem wad i zalet, toczące różnorodne osobiste wojenki, zrzeszający się w grupki pasjonatów, lekkoduchy i przedsiębiorcze postacie. Szczególnie wyraziste i pasjonujące dla mnie były sylwetki kobiet, które potrafiły przebić się w czasach, kiedy główne role kobiety ograniczały się do bycia żoną i matką. A tu mamy nie tylko matki, ale też pisarki, poetki, redaktorki, które potrafiły wychować dzieci i przeciwstawić się woli rodziców. Czytając publikację Joanny Jurgały-Jureczki uświadomimy sobie jak wielki wpływ na powodzenie różnych pomysłów ma towarzystwo, w którym się znajdujemy, z którym mamy kontakt. Z kolei męskie sylwetki doskonale wpisują się w patriarchalne schematy bufonów, mizoginów, którzy winę za swoje niepowodzenia zrzucają na płeć piękną łamiącą serca. Na szczęście nie wszyscy tacy byli. Mamy tu też sylwetki twórców doceniających swoje życiowe partnerki, dostrzegający jak wiele mogli stworzyć dzięki ich dbałości o sprawy przyziemne. Autorka w swojej książce porusza także problem niedoceniania wielu, niezrozumienia, wyśmiewania ich życiowych wyborów, jak to było w przypadku Wyspiańskiwgo. Pojawiają się też takie zapomniane postaci jak sekretarka Piłsudskiego, poetka Iłłakowiczówna.
W publikacji widać kunszt i trud autorki, która trafnie wybrała ciekawe wydarzenia z życia różnych postaci, aby niektóre można było ułożyć w całość, dokładniej zobaczyć ich powiązania oraz uchwycić ich niezwykłość. Kolejne felietony mają w sobie coś z plotki, przez co stają się atrakcyjniejsze dla czytelników. Mamy pokazanie ich działań, przyglądanie się relacjom. I tym sposobem widzimy Konopnicką nie tylko jako poetkę i matkę ośmiorga dzieci, ale jako seksowną kusicielką, na której punkcie stracił rozum nie jeden mężczyzna. Te plotkarskie sensacje powodują ożywienie postaci. Jednak zachowano w nich umiar, dzięki czemu unikamy tu atmosfery taniej sensacji i odzierania z szacunku. Do tego teksty napisane są w taki sposób, że może sięgnąć po nie każdy. Nie tylko znawcy literatury. Może zastąpić opowiadania, czy powieści lub książki historyczne przenoszące nas w różne czasy. Do tego kolejne rozdziały mają bardzo zróżnicowaną długość. Jednym twórcom pisarka poświęciła kilka stron, innym kilkanaście, wplotła w tekst zdjęcia pozwalające na zobaczenie jak wyglądali. Do tego ciekawymi informacjami bywają spisy rzeczy, które po twórcach zostały.











Andrea Valente i Umberto Guidoni "Księżyc" il. Susy Zanella


Księżycem lidzie fascynują się od pradawnych czasów. Czasami przypisywano mu magiczną moc, innym razem bywał bóstwem. Niepozorna skała krążąca wokół Ziemi pobudzała wyobraźnię myślicieli, kapłanów i poetów, ale też zwykłych ludzi, którzy wpatrywali się w niego próbując odczytać znaki pozwalające na podjęcie decyzji o wysiewie roślin lub ich zbiorach. Opisywany i badany stał się obiektem, wielu historii, w których ludzie realizowali swoje marzenia o lotach na niego. Tekstów kultury i dorobku naukowego zebrało się wiele. Adrea Valente i Umberto Guidoni zebrali je w całość i podsuwają czytelnikowi w intrygującej książce pt. „Księżyc”.

Podzieloną na trzy większe części publikację otwierają legendy i mity związane z Księżycem. To tu dowiemy się o jego miejscu w wierzeniach, poznamy różne obrazy w literaturze oraz filmie. Dzięki temu zapoznamy się z jednej strony z wierzeniami, ale też nie zabraknie takich rewolucjonistów jak Anaksagoras, który już V w. p.n.e. przekonywał współczesnych, że to tylko skała, a nie bóstwo. Zobaczymy też jak on ewoluował w obrazach kinowych, w jaki sposób inspirował twórców komiksów, dlaczego znalazł się na flagach i różnych symbolach, a nawet języku. Nie zabraknie tu też informacji o jego wpływie na zwierzęta te prawdziwe i mityczne lub legendarne. Na koniec przyjrzymy się różnorodnym księżycowym bóstwom.
Kolejna część poświęcona jest nauce. Dzięki temu poznamy początki istnienia Księżyca, przyjrzymy się jego odległości od Ziemi, zobaczymy, w jaki sposób się porusza, dowiemy się od czego zależą jego kolory, w jaki sposób powstają różnorodne fazy oraz przyjrzymy się zaćmieniom. Sporo miejsca poświęcono też lotom kosmicznym, grawitacji, ukształtowaniu powierzchni oraz wyzwaniom związanym z odwiedzaniem tego ciała niebieckiego, jego wpływowi na ziemskie wody, znajdującym się tam kopalniom, a także księżycom innych planet oraz możliwością wykorzystania takiej przestrzeni.
Ostatnią część zatytułowano „Księżyc dla zuchwałych”. Ta część przede wszystkim poświęcona jest wyścigowi w lotach kosmicznych i ważnym przełomie jakim był rok 1969. Nim do tego doszło wyobraźnia musiała podsunąć ludziom możliwość odbywania takich podróży. Poznamy pierwsze idee sięgające starożytnych oraz pomysły na dostanie się tam. I to w czasach, kiedy człowiek tylko marzył o oderwaniu się od Ziemi. Uświadomimy sobie jak bardzo zmieniło się nasze podejście. Dowiemy się w jaki sposób postrzegano naszą planetę oraz wszystko to, co znajduje się na niebie. Wejdziemy w świat próbnych lotów, niepowodzeń i uświadomimy sobie jak bardzo były one potrzebne do odbycia pierwszej udanej wyprawy. Zapoznamy się też z budową rakiet, ale też nie zabraknie kontekstu historycznego ważnych wydarzeń. Zobaczymy protesty, poznamy ważnych wówczas twórców, ważne programy naukowe, uświadomimy sobie, co motywowało największe imperia do tak wielkiego wyścigu. Nie zabraknie też informacji o teoriach spiskowych dotyczących lotów na księżyc.
Publikacja jest ciekawa, bogata w informacje podane w lekkiej formie. Każdy tekst jest autonomiczny, dzięki czemu można czytać ją wyrywkowo, sięgać wtedy, kiedy zainteresuje nas dany temat, ale też świetnie sprawdza się jako lektura czytana od deski do deski. Do tego napisana w taki sposób, że bardzo przyjemnie czyta się ją na głos.
Jeden z autorów tej książki jest astronautą, astrofizykiem i popularyzatorem nauki po studiach fizycznych oraz udziale w lotach w kosmos. Swój pierwszy lot orbitalny odbył w 1996 roku na pokładzie promu kosmicznego Columbia. Jego drugą misją był lot na pokładzie promu Endeavour w 2001 roku i pobyt na pokładzie Międzynarodowej Stacji Kosmicznej. Otrzymał dwa medale NASA za udział w misjach kosmicznych i jeden w uznaniu dla jego pracy na orbicie. Asteroida 10605-Guidoni została nazwana na jego cześć.
Całość dopełniają piękne, realistyczne i bardzo subtelne ilustracje. Bardzo dobry papier zszyto i oprawiono w solidną, matową okładkę, dzięki czemu lektura jest trwała, estetyczna i miła w dotyku. Zdecydowanie polecam dzieci i młodzieży.






niedziela, 7 sierpnia 2022

Mitch Albom "Nieznajomy na tratwie"


Wydawałoby się, że książek i filmów o Bogu mamy tak dużo, że już nie powinno nic więcej powstać, a jednak cięgle do odbiorców trafiają kolejne. I pół biedy, kiedy trzymają się one w pewien sposób rzeczywistości. Gorzej, gdy stają się czymś, co można zaliczyć do fantasy, a sam Bóg pokazany jest jako magik potrafiący zrobić wiele sztuczek, które mogą zaimponować, ale nie do końca przekonują, bo istnieje jakieś prawdopodobieństwo zbiegu okoliczności. Jedno jest pewne: każde takie dzieło ma pokazać odkurzony obraz Boga, a przez to uwolnić ludzi od wyobrażeń serwowanych przez różnorodne kościoły. Takie podejście zawsze wywołuje kontrowersje, bo jednych zachwyca, a innych oburza obrazoburczość. Ja mam zawsze sceptyczne podejście do takich dzieł, bo z jednej strony kontynuują wpajanie, że wiara to norma, a z drugiej pokazują, że taki bohater jest namacalny i towarzyszy ludziom. Właśnie z tego powodu mam bardzo mieszane uczucia wobec książki Mitcha Alboma „Nieznajomy na tratwie” znajdującej się na liście bestselerów w Stanach Zjednoczonych, kraju o największym zróżnicowaniu religijności i największym odsetku wierzących oraz przynależących do instytucji religijnych.

Do akcji wchodzimy, kiedy znajdujący się na tratwie słynnego jachtu rozbitkowie wyławiają z wody kolejną osobę. Jest to mężczyzna. Od pozostałych różni go to, że nie ma żadnych obrażeń. Do tego deklaruje, że jest Bogiem i może wszystkich uratować, ale muszą w niego uwierzyć (taki tam biblijny chwyt). Obserwujemy kolejne dni pobytu na tratwie, problemy i wyzwania, z jakimi się zmagają, emocje, którym muszą stawić czoło. Ta akcja przeplatana jest wydarzeniami sprzed wypadku i po nim. Z jednej strony widzimy, że na niesamowicie luksusowym jachcie zgromadzone są najbardziej wpływowe osoby, a z drugiej obserwujemy śledztwo toczące się wokół znalezionej pustej tratwy. Stopniowo coraz więcej wydarzeń staje się zrozumiałych i zaskakuje. Dowiemy się między innymi dlaczego doszło do tragedii, ale też poznamy pragnienia rozbitków, ich słabe strony, zobaczymy jak wiele rzeczy chcieliby naprawić w swoim życiu. I po tym kątem jest to książka zmuszająca do zadania sobie pytań, zweryfikowania własnych pragnień oraz celów.
„Nieznajomy w tratwie” to powieść na jedno popołudnie, a nawet wieczór. Akcja troszkę rozwleczona, ale to dobrze oddaje klimat zawieszenia, poczucia osamotnienia w czasie pobytu na tratwie. Możemy też obserwować przemiany bohaterów, reakcje na różne niewyjaśnione zdarzenia. Całą historię rozbitków poznajemy dzięki dziennikowi pisanemu przez jednego rozbitków. Troszkę wyidealizowane opisy, pominięto całą fizjologię i ograniczono ją do jedzenia oraz picia, doświadczania braków. Dużo miejsca poświęcono tu świadomemu umieraniu, stopniowemu narastaniu poczucia bezsensu.
„Ciekawe czy tak wygląda umieranie. Początkowo tak mocno trzymasz się świata, że nie potrafisz sobie wyobrazić, jak go opuszczasz. Po pewnym czasie poddajesz się i zaczynasz dryfować. Co dalej? Nie wiem. Niektórzy twierdzą, że spotykasz Boga”.
Umieranie jest tu pokazanie jako odchodzenie do krainy, w której jest lepiej. Odchodzący mają być szczęśliwi w zaświatach. Troszkę to przypomina idee mazdaizmu, jecydów i apokatastazy, w których nawet Szatan będzie zbawiony, więc nikogo po śmierci nie czeka kara tylko radość z obcowania z Bogiem. W sumie taka wizja bardziej mi się podoba niż wieczna walka dobra ze złem.


Leonard Mlodinow "Chwiejnym krokiem. Jak przypadki wpływają na nasz los"


Lubimy wierzyć w swoją moc sprawczą, możliwość kierowania życiem, tego, że wszystko leży w naszych rękach. Na tym właśnie opiera się system kapitalistyczny, w którym odpowiedzialność za porażki zrzuca się na człowieka, a nie na okoliczności. Miejsce na drabinie społecznej ma być wynikiem zaangażowania. A wszystko w myśl zasady: im więcej pracujesz tym więcej masz oraz im więcej wydajesz tym mniej masz. Zgodnie z tym myśleniem jeśli komuś w życiu się nie udało to sam sobie jest winny, bo za mało pracował i za dużo wydawał. Ten sam schemat dotyczy sukcesów: jeśli ktoś odnosi sukces to ciężko na niego pracował. Aby to udowodnić powstaje wiele książek objaśniających jak wielkie znaczenie ma systematyczność, pracowitość i wytrwałość. Poznajemy życiorysy znanych ludzi, dostajemy motywujące poradniki i mamy zakasać rękawy, aby wziąć się do roboty. Niestety mało miejsca poświęcono temu jak niesamowicie ważnym składnikiem powodzenia jest też sprzyjający zbieg okoliczności. Czasami jedna rzecz może popchnąć naszą karierę do przodu, a czasami ją zatrzymać lub uniemożliwić. Temat losowości i przypadkowości nie jest nowy. Zajmowano się nim już od dawna, ale właśnie ten badany przypadek, zgłębiana losowość sprawiły, że często ważne prace przepadały, były niszczone przez religijną policję (Inkwizycję), która skutecznie zatrzymywała naukę i tylko przypadek sprawił, że strzępki prac dotrwały do naszych czasów. O tym skąd wziął się pomysł na takie badania, jak je prowadzono w historii i jakie korzyści dawała świadomość losowości dowiecie się z książki Leonarda Mlodinowa „Chwiejnym krokiem. Jak przypadki wpływają na nasz los”. Autor zabiera nas w świat nauki, ale też jest tu całe mnóstwo opowieści, anegdot pozwalających na lepsze zrozumienie tematu.

„Dokonywanie mądrych ocen i wyborów w obliczu niepewności jest rzadką umiejętnością. Jednak, podobnie jak każdą inną umiejętność, można ją rozwinąć i ulepszyć, zdobywając i wykorzystując doświadczenie”.
Autor uświadamia nas, że dużo więcej zdarzeń w naszym życiu nie zależy od nas, tylko od tego, w jakich okolicznościach się znajdziemy. Pokazuje jak średnia działań ma wpływ na nasze osiągnięcia oraz przekonuje, że testy, sprawdziany oraz egzaminy nie mają sensu, bo ich wynik zależy od wielu czynników, w których nasze kompetencje i wiedza nie zawsze są tymi najważniejszymi. Leonard Mlodinow w pasjonujący sposób pokazuje jak bardzo nasze życie jest głęboko ukształtowane przez przypadek i losowość, które czasami ułatwiają, a czasami utrudniają realizację pragnień. Podsuwa nam całe mnóstwo przykładów pozwalających zrozumieć jak bardzo mały wpływ mamy na to, co nas spotyka i co osiągamy. Takie podejście pozwala nam uwolnić się od poczucia wyjątkowości lub przekonaniu o odpowiedzialności za porażkę. Za to możemy nieco inaczej spojrzeć na własne życie i losy innych ludzi. Poznając różne historie możemy stać się bardziej empatyczni i podać pomocną dłoń tworząc warunki sprzyjające realizacji celów, tworzyć społeczeństwo bardziej świadome tego, że możemy znaleźć się w różnych okolicznościach i przez to musimy wzajemnie się motywować oraz wspierać, aby móc stawić czoła niesprzyjającym okolicznościom. Taka sieć pomocnych dłoni oraz inspiracji to też narzędzie, które przyczyni się do rozwoju wielu dziedzin. Autor uświadamia nam jak wiele projektów nie zostało zrealizowanych, bo zostały odrzucone przez osoby niewierzące w ich powodzenie. Brak funduszy uniemożliwił odniesienie sukcesu. Mlodinow uświadamia nas również jak bardzo nasz mózg nami manipuluje i zmusza do szukania schematów oraz konsekwencji tam, gdzie ich często nie ma. Autor pokazuje różnorodne sytuacje uświadamiające nam jak bardzo przypadek wpłynął na losy ludzi: od szkolnej klasy po salę sądową i od rynków finansowych, powodzenie wielkich produkcji kinowych, po supermarkety, bestselery książkowe. Z tej perspektywy z większym sceptycyzmem będziemy spoglądali na oceny oparte na cyfrach. Zderza zwykłe wnioskowanie, konsekwencje prawa wielkich liczb z wydarzeniami w życiu różnych ludzi. Pokazuje nam jak bardzo trzeba się pilnować w tworzeniu osądów.
„Chwiejnym krokiem” uświadamia czytelników, jak bardzo nie doceniamy powszechności praw losowości i przypadku, a przez to za bardzo przypisujemy sobie lub innym winę za wydarzenia lub porażki. Uświadamia nam jak bardzo możemy stać się ofiarami myślenia opartego błędach poznawczych.






Jolanta Bartoś "Śpij, dziecinko, śpij..."


Świetna praca, ślub, ciąża, a do tego kupno wymarzonego mieszkania w krotoszyńskiej kamienicy mieszczącej się w samym centrum miasta, tuż obok kościoła, słynnej cukierni z nieziemsko pysznym serniczkiem wiedeńskim (kto będzie w okolicy temu z czystym sercem polecam), muzeum, uroczym Małym Rynkiem, wyjętym z ruchu pl. Jana Pawła II i Rynkiem, a także pięknym parkiem. Niby miasto, a klimat sielski i przez to Natalia Rogowska właśnie tu zamierza osiąść i stworzyć „dom rodzinny”, dla swoich dzieci. Duże, a wręcz bardzo duże, pięknie odnowione mieszkanie będące przeciwieństwem lokum w budynku z wielkiej płyty ma być idealnym miejscem do wychowania dziecka, a dla młodego małżeństwa świetnym azylem po całym dniu pracy w dużym mieście, bo oboje pracują w Poznaniu. Marek, jej mąż, oczywiście nie jest zachwycony wizją codziennych dojazdów do pracy, ale czegóż to się nie robi dla żony. Poza tym czasami dojechać do dużego miasta łatwiej niż przebić się przez nie z jednego końca na drugi.

Już pierwszej nocy bohaterka słyszy dziwne odgłosy. Płacz dziecka budzi ją i wywołuje niepokój. Ku jej zaskoczeniu tylko ona go słyszy. Jakby dziwnych rzeczy było mało to odkrywa, że w kamienicy już od bardzo dawna nie ma małych dzieci. Widzimy też, że starsza sąsiadka chce jej zdradzić jakąś tajemnicę związaną z budynkiem, ale mąż ją powstrzymuje. Do tego dookoła Natalii zaczynają dziać się dziwne rzeczy. Kobieta w gabinecie zaczyna widzieć inną izbę, taką sprzed stu lub więcej lat. Pojawia się niej dziwna kobieta upychająca zwłoki dzieci w skrzyneczce. Natalia jest przekonana, że w tym mieszkaniu stało się coś złego i wie, że musi odkryć tajemnicę z przeszłości, pozbyć się zła, aby uchronić własne dziecko. Marek należy do twardo stąpających po ziemi ludzi i nie chce wierzyć w brednie żony. Uważa, że jest przewrażliwiona. Do tego ich relacja zaczynają się psuć. Doprowadza do tego, że Natalia coraz mniej dzieli się z nim własnymi przeżyciami. Mężczyzna coraz częściej nocuje u rodziców zostawiając ją z jej doświadczeniami. Jakby tego było mało umiera teściowa, która pokuła się kolcami róży rosnącej przed kamienicą. Jaką tajemnicę skrywa kamienica? Jakie zło czeka na ciężarną bohaterkę? Czy uda jej się uchronić dziecko?
Fabuła jest prosta, ale wciągająca. Jolanta Bartoś wykorzystała motyw zjawisk paranormalnych oraz nakładających się na nie działań ludzi. Szybko okazuje się, że nie tylko z duchami przyjdzie bohaterce się zmierzyć. Będzie musiała być bardzo czujna, bo zło może kryć się wszędzie, a wrogów i przyjaciół nie tak łatwo rozpoznać. Zwłaszcza, że sprytnie skrywają się za maskami pozwalającymi na odgrywanie ról opiekuńczych.
Dużym plusem są tu krótkie rozdziały urywające się w chwili narastającego napięcia, dzięki czemu książkę czyta się bardzo szybko. Akcja toczy się bardzo dynamicznie, problemy napiętrzają się, ale też stopniowo wychodzą na jaw kolejne ciekawostki. Do tego mamy tu wiele smaczków pozwalających wczuć się w klimat miasta, poznać osoby i miejsca, które naprawdę istnieją (sama wiele z nich pamiętam).
W „Śpij, dziecinko, śpij…” mamy połączenie horroru z powieścią psychologiczną, kryminalną i obyczajową. Z jednej strony jest tu walka z duchem, a z drugiej przygotowania do przyjścia na świat potomka, pokazanie relacji rodzinnych, stanu ducha oraz zagrożeń, jakie czekają na bohaterkę ze strony ludzi. Akcja toczy się wokół  prowadzonego przez Natalię śledztwa, wciągania w nie różnorodnych ludzi, którzy mogą pomóc jej w rozwiązaniu zagadki z przeszłości. Mamy tu paranoidalny klimat. Budowane napięcie jest tu dobre, ale nie przesadzone. Można powiedzieć, że horror w lekkiej wersji: jest napięcie, ale bez przesady, są sceny grozy, ale bez przesady, jest wrażenia zagrożenia i przez to mi się podoba. Nie cierpię przesadzonego osaczania złem bohaterów. Autorka przemyca też wiele ciekawostek o mieście, pokazuje jak wygląda w nim proces sukcesji funkcjonalnej po wyparciu sklepików do galerii handlowych. Mamy tu dość dużą dawkę historii, tego kto mieszkał w mieście, ale niestety w brzydkim, pachnącym antysemityzmem kontekście, bo w głowie czytelnika może pozostać informacja, że zbrodniarka była żydówką (taka sugestia się pojawia).
Jolanta Bartoś w powieści wykorzystała też bardzo ważne zagadnienie: zagrożenia ze strony bliskich. O ile zjawa jest tu czynnikiem jasnym i zrozumiałym dla większości to bardzo dużo ludzi nie zdaje sobie sprawy jak dużo ofiar ginie z rąk bliskich. Tu mamy pięknie pokazane to zagrożenie. Bohaterka jest postacią silną potrafiącą przeciwstawić się manipulacji. Widać, że nowa sytuacja jest dla niej zbyt gwałtownym zaskoczeniem. W relacji nie było efektu gotowania żaby, przez co zachowanie można przypisać wpływowi sił nadprzyrodzonych. Samo zakończenie zaskakujące i można przypuszczać, że zapowiada dalszy ciąg przygód.



sobota, 6 sierpnia 2022

Claire Legrand "Extasia"


Zło potrafi przybierać różne kształty i bardzo często nas zaskakuje, bo to, co wydaje nam się dobre nie zawsze takie musi być. I właśnie o takim złudzeniu jest powieść „Extasia” Clairy Legrand. Pisarka zabiera nas do świata Przystaniu, w którym mężczyźni sprawują najważniejszą władzę, dbają o to, aby kobiety były posłuszne i osaczone. Każdą odbiegającą od normy posłusznej córki, siostry i żony społeczeństwo skazuje, a rodziny piętnuje. Członkinią takiej wyklętej rodziny jest Amity. Przed całkowitym usunięciem ze społeczności chroni ją pozycja ojca, który z powodów wyczynów żony przez wiele lat musi borykać się z podejrzliwością otoczenia. On jednak dba, aby wszystko było w porządku, aby nikt nie mógł mu nic zarzucić i by członkowie rodziny uchodzili za symbole cnót. Udaje mu się to. Dzięki jego zabiegom Amity przechodzi trudną próbę i w końcu może być wyróżniona namaszczeniem na świętą. Taki przywilej zyskuje tylko kilka dziewczyn z Przystani, które jest jedynym ocalałym po katastrofie miejscem. Celem świętych jest ochrona tego ostatniego przyczółku sprawiedliwości i dobra. W tym celu mieszkańcy regularnie uczestniczą w obrzędach religijnych i wyznaczają dziewice, które jako święte będą pokutowały za grzechy kobiet, które doprowadziły do zniszczenia świata.

Do opowieści wchodzimy, kiedy Amity przygotowuje się do obrzędu. Jest podekscytowana i ma poczucie zagrożenia. Wie, że dołączenie do kręgu świętych bardzo wiele zmieni w jej życiu i wpłynie na los bliskich. Będą mogli w końcu wyjść z cienia i przestaną być potępiani. Widzimy obrazy z dzieciństwa, kiedy to bohaterka łaknęła wiedzy, pragnęła się uczyć, ale za każdym razem odbierano jej szansę w imię dobra społeczności. Przystań jest tu pokazana jako ostatnia kolebka ludzkości. Niewielka grupka, jaką tworzą mieszkańcy wioski to gorliwi wyznawcy Boga żyjący w przekonaniu, że kobiety są winne upadkowi Świata, Który Był niegdyś. Widzimy tu okrutną męską społeczność podporządkowującą sobie kobiety i zaganiającą je do walki z tymi, które przeciwstawiają się złu. Mieszkańcy Przystani uczestniczą w zadziwiających obrzędach, które przywodzą na myśl sekty.
Pewnego dnia Amity łamie zasady i przez przypadek odkrywa Krąg grupę czarownic, czcicielek Diabła. Dziewczyna wie, że nie powinna się z nimi zadawać, jest przekonana, że są złe, ale coś ją do nich przyciąga. Dzięki nim zaczyna poznawać pierwotną magie lasu oraz drzemiącą w niej samej moc.
Extasia to bardzo mroczna dystopia przytłaczająca już od pierwszych stron. Zwłaszcza, kiedy jesteśmy świadomi istnienia takich społeczności obecnie, w których władza przywódców sekt i religii zależy od tego jak bardzo skutecznie są w stanie podporządkować sobie kobiety. Bohaterki nie mogą tu mieć własnego zdania. Ich los całkowicie podporządkowany jest kaprysom mężczyzn, którzy tworzą sieci powinności, nakazów i zakazów. Mamy tu przekonujący obraz bardzo religijnej społeczności, w której brak wiary lub inna postawa jest traktowana jako grzech i coś niewyobrażalnego. Z drugiej strony widzimy, że owa wiara i deklaracja bycia dobrym dotyczy określonych czynów, wśród których zwalczanie i niszczenie każdego, kto postąpi wbrew normom jest dobre. Wiara motywuje ich do bestialskich czynów, wśród których znęcanie nad kobietami jest normą. Wszystko w imię walki z jakimś ułudnym złem i bez dostrzegania, że ono jest tuż obok w czynach mieszkańców, którzy dla Boga są wstanie zabić pod pretekstem walki z kobietami które oddały się Diabłu.
Wchodzimy tu w mroczny klimat, w którym wiele rzeczy jest początkowo niezrozumiałych. Mamy ciekawą opowieść o tym, czym kończy się fanatyzm i w jego ramach szukanie kozła ofiarnego. Podsuwane proste obrazy z przeszłości przerażają. Widzimy tu przemianę ofiary w świadomą swoich umiejętności niezależną kobietę, która zaczyna dostrzegać zło, w jakim przyszło jej żyć. Z jednej strony mamy tu powieść postapo, z drugiej fantasy z uświadamianiem, że nie wszystko to, co określone społeczności uważają za dobro lub zło musi takie być naprawdę. „Extasia” zachęca do dystansu.



Liam Vaughan "Flash Crash"


Kapitalizm z założenia ma być systemem gospodarczym opartym na prywatnej własności środków produkcji i czerpaniu zysków z dystrybucji dóbr. Szczególnie duże znaczenie ma tu wolna przedsiębiorczość i wolny obrót towarami oraz usługami, wykorzystywanie instytucji finansowych oraz wolna konkurencja. Z założenia każdy ma tu mieć takie same szanse. Doskonale jednak wiemy, że są grupy osób uprzywilejowanych, bo już na starcie dostają duże zasoby do zarządzania i inwestowania. Cały mechanizm zależności jeszcze bardziej skomplikował się, kiedy w grę wszedł handel internetowy, giełda dostępna online. Nagle transakcje kupna i sprzedaży stały się bardziej dostępne dla zwykłych użytkowników, którzy wcale nie musieli dysponować niesamowitym sprzętem. Wystarczy tylko poznanie kilku reguł, posiadanie odpowiedniego oprogramowania i można przystąpić do dzieła. I wydawałoby się, że teraz bardziej niż kiedykolwiek wcześniej rynek będzie wolny i będzie dawał możliwości. I w sumie tak jest. Problem tylko, że to daje możliwości jeszcze większego manipulowania wartościami, a to przy działaniach na dużą skalę może przyczynić się do upadku rynków. I takim właśnie zaskoczeniem w 2010 roku był krach na giełdzie zwany „Flash Crach”, który zakończył się w 2015 roku. Kto za nim stał? Jak doszło do wykrycia sprawcy? Co kryło się za tajemniczymi wydarzeniami można dowiedzieć się z książki Liama Vaughana.

Autor zabiera nas w świat giełdy, oprowadza po kulisach wydarzeń, do których przyczynił się Navinder Sarao, który z powodu manipulacji papierami wartościowymi dorobił się fortuny. Poznajemy historię młodego mężczyzny pochodzącego z biednej rodziny, ale posiadający niezwykłe umiejętności liczenia i analizowania danych. Przez duże spekulacje na giełdzie stał się osobą ściganą, a później wyrok w postaci 380 lat więzienia, która zmieniono mu na karę w postaci 13 milionów dolarów. Liam Vaugham zabiera nas w podróż po życiu tego niepozornego maklera giełdowego, pokazuje kulisy manipulacji, spekulacji giełdowych, bogacenia się na ludziach pracy. Uświadamia jak bardzo zły jest to system i może się zawalić przez działania jednego człowieka, który potrafi obracać aktywami. Mini krach nowojorskiej giełdy, spowodował, że w ciągu kilku minut indeks giełdowy Standard & Poor 500 - reprezentujący pół tysiąca największych firm notowanych na Wall Street — stracił prawie bilion dolarów. Najbardziej zaskakujące w tej historii jest jednak to, że 36-letni Sarao nie potrzebował do tego żadnego specjalistycznego sprzętu. Zwyczajny komputer podłączony do internetu. Wchodzimy do całej opowieści w chwili aresztowania, przyglądamy się zwyczajności bohatera, a później stopniowo poznajemy jego życie. Jest tu trudne dzieciństwo, bieda, wyzwania, ale też niezwykłe rozmiłowanie w matematyce, umiejętność szybkiego dostrzegania zależności. Widzimy jak Sarao kończy kolejne szczeble edukacji, stara się znaleźć dobrą pracę, ale ze względu na pochodzenie musi zadowolić się kiepskimi propozycjami pracy. Szybko jednak wchodzi w rytm swoich obowiązków i staje się czołowym pracownikiem. Zarabia dużo. Każdego dnia coraz więcej i czuje zew zarabiania. Jednak w pracy jest ograniczany przez limity inwestycji. Z czasem buduje coraz lepszą pozycję i zaczyna też inwestować z domu.
Sarao należy do osób, które zafascynował sam fakt zarabiania. Nie kupuje za pieniądze kolejnych dóbr, mieszka z rodzicami, oszczędza i inwestuje, manipuluje transakcjami. Szybko staje się wytwornym graczem z dużymi możliwościami. Dzięki temu samodzielnie mógł obstawiać jednego dnia wiele transakcji. Jego zmysł analityczny i niezwykłe umiejętności matematyczne sprawiły, że stał się postrachem dla największych banków świata i korporacji, kiedy pokazał jak łatwo można manipulować zasobami i unicestwić stabilny system. Cała historia przypomina kino akcji, ale ta akcja to nie pościgi i strzelaniny tylko kliknięcia myszką, wpisywanie cyfr, zaznaczanie i dodawanie papierów wartościowych do portfela inwestującego.
Kiedy Sarao zostaje aresztowany jest niesamowicie bogaty. Jednak nie widać tego po nim. Nadal jest młodzieńcem korzystającym ze starego komputera, mieszkającym z rodzicami i chodzącym w przetartym dresie. Mieszkająca na przedmieściach Londynu rodzina należy do ubogich. Wyczyn syna i zgromadzone przez niego środki na kontach zaskakują bliskich. Mamy tu ciekawą opowieść zabierającą nas w świat tradingu i uświadamiającą nam, że wolny rynek nie jest do końca taki wolny, a kapitalizm ma naprawdę całe mnóstwo wad wynikających z manipulacji zasobami i zarabianiu na ich brakach. Autor opowiada nam o wielu paradoksach, z których istnienia nie zdajemy sobie sprawy oraz oprowadza o współczesnych możliwościach, jakie wynikają z dostępności do giełdy przez internet. Stajemy się widzami patrzącymi na różnorodne oszustwa, luki oraz sposoby budowania kapitału.
„Falsh Crash” Liama Vaughana z powodzeniem można nazwać thrillerem finansowym. Nie ma tu nudnych wyliczeń. Za to jest trzymająca w napięciu akcja, która zaskakuje czytelników i pozwala im na uświadomienie sobie wielu spraw związanych z funkcjonowaniem rynku. Do tego autor pokazuje jak niesamowicie nieprzewidywalny potrafi być rynek właśnie przez to, że każdy z graczy próbuje ugrać jak największy kawałek tortu dla siebie. Niesamowicie przystępnie pokazano tu wszelkie niuanse związane z finansami, gospodarką i ekonomią. Sama akcja, temat oraz sposób pokazania zdecydowanie nadaje się na ciekawy, wciągający i pouczający film.





piątek, 5 sierpnia 2022

"Mała syrenka" - komiks


Od czasu, kiedy w 1837 roku opowieść Hansa Christiana Andersena o syrence marzącej o byciu kobietą trafiła do czytelników podbiła ona serca czytelników. A wszystko przez to, że mamy tu piękną historię o miłości, dla której bohaterka gotowa jest na poświęcenie, wyrzeczenie, aby chociaż dostać szansę na spotkanie z ukochanym księciem. Opowieść inspirowana posągiem duńskiego rzeźbiarza Edvarda Eriksena, którego rzeźba stanęła na nabrzeżu portu w Kopenhadze i stała się jednym z symboli Danii.

Mała syrenka to tragiczna opowieść nie tyle opowieścią o miłości, lecz o tym, co w niej najważniejsze: o poświęceniu i przezwyciężeniu egoizmu. Pierwowzór był bardzo smutny i przygnębiający. Współczesne wersje na szczęście od niego odbiegają. Jedną z nich jest film animowany zrealizowany przez wytwórnię filmową Walta Disney’a, który daje piękne, szczęśliwe zakończenie niczym wyjęte z Kopciuszka i innych śpiących królewien czy opowieści o księżniczkach znajdujących swojego księcia, bo bohaterzy poślubiają się i żyją długo i szczęśliwie.
„Mała syrenka” w wersji disneyowskiej to zabawna historia tworząca przekonanie, że nic w życiu nie jest ostateczne. Czasami wydaje nam się, że pokonaliśmy starcie. Jednak, kiedy zaczniemy walczyć z przeciwnościami okazuje się, że możemy osiągnąć więcej niż marzyliśmy.
Komiks jest świetnym sposobem na wprowadzenie własnych pociech w świat baśni z naszego dzieciństwa. Piękna kreska, morał i płynące z niej ciepło oraz wiara, że zawsze jest szansa na odmianę losu sprawia, że jest to opowieść, po którą możemy sięgnąć, kiedy chcemy wyjaśnić dziecku, że czasami zdarzają się porażki, czasami może nam się wydawać, że przegraliśmy i już nic dobrego nas nie czeka, ale mimo tego trzeba dać sobie szansę, aby wszystko mogło zakończyć się inaczej, lepiej.
Komiks jest bardzo skróconą wersją filmu animowanego i świetnie sprawdzi się w przypadku uczniów nauczania początkowego.








Anita Scharmach "Ani ta, ani tamta"


Rodzeństwo potrafi bardzo się różnić. Tak jest też w przypadku Matrysów. Tomek to hulający student architektury. Lubi zaszaleć z kolegami, ale jednocześnie potrafi się uczyć, więc w tym imprezowaniu jest jakiś umiar. W zaciąganiu pięknych kobiet do łóżka też jest mistrzem. Z kolei Jonasz to wzór cnót i powagi. Zawsze punktualny, poukładany i obowiązkowy. Jedyny chaos jaki wkrada się w jego życie to ten wynikający z wyczynów młodszego brata, który miewa problemy z prawem i trzeba go ratować. Mężczyźni mają tylko siebie i tylko na sobie mogą polegać, bo ich rodzice nie żyją. Z bliskich jest jeszcze prawie dziewięćdziesięcioletnia babcia, ale z racji wieku nie jest brana pod uwagę. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą różnorodne wyzwania i problemy.

Do powieści „Ani ta, ani tamta” Anity Scharmach wchodzimy, kiedy młodszy z braci wypatrzył cudowną piękność przy barze. Postanawia wydać dużo pieniędzy na alkohol, aby bardziej przekonać do siebie dziewczynę. Kolejny poranek jest dla niego wielkim szokiem: budzi się u boku kobiety, ale zdecydowanie nie jest to ta, na którą polował. Do tego uwiedziona niewiasta okazuje się duuużo starsza od niego i jej ciało straszy młodzieńca uwielbiającego widok jędrnego ciała i pięknych piersi. Myślicie, że już dość tego zła, które go spotkało? Absolutnie nie! Kobieta, z którą spędził intensywną noc na łóżkowych igraszkach jest jego wykładowczyni zbliżająca się do wieku emerytalnego. Z takiej opresji może uratować tylko starszy brat. Zwłaszcza, że Tomek w pakiecie niespodzianek ma też opróżnione konto. I to nie z małej kwoty. Co stało się poprzedniej nocy? Dlaczego chłopak niczego nie pamięta? Kim była tajemnicza piękność, którą uwodził i w jaki sposób jest zamieszana w dziwną sytuację? Tę zagadkę będą musieli rozwiązać bracia.
Jakby wyzwań było mało nestorka rodu także szykuje dla nich niespodziankę: spisuje testament, w którym stawia ostre warunki wobec wnuków lekkoduchów. Ich realizacja wydaje się im niemożliwa. Zwłaszcza, że jeden nie potrafi się ustatkować, a drugi nie szuka nikogo, z kim mógłby spędzić życie. Szybko okazuje się, że los płata im i babci figla, bo jak na złość na drodze mężczyzn staną dwie przebiegłe piękności, dla których Matrysowie tracą głowy. Co z tego wyniknie? Przekonajcie się sięgając po książkę.
„Ani ta, ani tamta” obfituje w szereg zabawnych wydarzeń, humor słowny i sytuacyjny. Bohaterzy są tu wyraziści i specyficzny. To ich wady, zalety oraz czyny napędzają całe mnóstwo zabawnych sytuacji. Do tego nie jest to wyłącznie lekka historia wywołująca śmiech, ale powieść z całym mnóstwem ważnych tematów poruszanych przez pisarkę. Widzimy tu też z nieco innej perspektywy stereotypy i ich łamanie, przyjrzymy się zachowaniom bohaterów. Zamiast podstarzałego profesora wyrywającego i uwodzącego studentki mamy profesorkę, którą kręcą ciała studentów, zamiast niewinnych kobiet mamy przebiegłe manipulatorki. W całym tym zamieszaniu bracia są jak płynące z nurtem bezbronne dzieciaki, które ktoś musi uratować.
Anita Scharmach ma bardzo lekkie pióro i już od pierwszej strony porywa nas w wir zaskakującej akcji, której kolejne elementy następują niczym przewracające się klocki domina. Historie urozmaicają czarne charaktery, dzięki którym dzieje się wiele zaskakujących sytuacji. Pisarka pokazuje nam, że czasami różne wydarzenia są wynikiem tego, że jeszcze w życiu nie trafiliśmy na właściwą osobę. Nawet jurna profesorka może być inna, jeśli tylko spotka kogoś, z kim będzie szczęśliwa. Do tego mamy tu piękny obraz zdystansowanej, ciepłej i pewnej siebie oraz inteligentnej babci, Róży Matrys, która przez większość życia pracowała jako ceniona lekarka i była niezależną kobietą potrafiącą zawalczyć o swoje. Nawet teraz nie rezygnuje z mocy sprawczej. Świetna komedia. Polecam.






Anita Scharmach "Cztery wesela i rozwód"


Lubicie komedie romantyczne? Ja tak. Są to historie, które pozwalają wierzyć czytelnikom, że szczęście jest tuż za rogiem albo docenić to, które ma się na wyciągnięcie ręki, ale obrosło w codzienność pełną obowiązków i przyzwyczajeń, przez co stało się mniej atrakcyjne. Takie sięganie po romantyczne historie pozwala przypomnieć wszystkie uczucia z początkowej fazy znajomości i innym okiem spojrzeć na bliską osobę, bo emocje są zaraźliwe. Te pozytywne też.

Anita Sharmach w swojej książce „Cztery wesela i rozwód” zabiera nas w świat czterokrotnego, a może nawet pięciokrotnego szczęścia, bo każda opowieść kończy się szczęśliwie. Nawet ta z wątkiem gangsterskim. Do książki wchodzimy w chwili składania przysięgi małżeńskiej przez Maję, czyli nie musimy czekać długo na romantyczne zakończenie. Zamiast tego mamy skomplikowanie akcji, a wszystko przez to, że przeszłość w przypadku każdego bohatera upomni się o swoje prawa. Oczywiście w każdym przypadku inaczej, bo dotyczy innych wydarzeń, doświadczeń i emocji. Cień nad szczęściem Mai pojawia się od razu po jej ślubie, kiedy kontakt z nią próbuje nawiać dawny partner. Na samym ślubie też dzieje się wiele. Jest wesoło, barwnie i żywiołowo. Zwłaszcza, że Malwina należy do kobiet wyzwolonych i nieukrywających atutów swojego ciała. Do tego będziemy śledzić jej przygotowania do ślubu. Michalina i Konstanty z kolei wydają się być bardzo spokojni  i samotni, ale możecie być pewni, że i na nich przyjdzie czas. Wesele Mai jest tu zapalnikiem do uruchomienia kilku machin. Niektóre z nich mają włączone trybiki już os wielu lat, ale działają niesamowicie wolno. Dopiero zbiegi okoliczności pozwalają na ich przyspieszenie i wywrócenie życia do góry nogami i porzucenia swojej „niewinności”.
W tle życia młodych też dzieje się wiele. Starsze pokolenie okazuje się równie żywiołowe i otwarte na nowe doznania. Pragnienie bliskości i szczęścia czasami potrafi być tak silne, że wyłącza się wszelki rozsądek. Zamiast tego mamy realizację szokującego planu, czyli rozwodu po bardzo długim stażu małżeństwa. Fantazje erotyczne dojrzałego pokolenia też jest bogata. Widzimy tu grupkę kobiet, które nie boją się mówić o swoich potrzebach, dążą do spełniania ich.
„Cztery wesela i rozwód” to zabawna i romantyczna opowieść zabierająca nas w świat różnorodnych kompleksów bohaterów, którzy nie potrafią akceptować siebie takimi, jakimi są, dlatego często odgrywają role: a to beztroskich i bogatych, a to nieśmiałych i niedostępnych, a to zgorzkniałych i zbulwersowanych. Można powiedzieć, że każdy tu przyczynia się do uwolnienia się od tego ciężaru innych i musi dać też szansę sobie na takie wyzwolenie. O ile w przypadku młodego pokolenia nie będzie to trudne to starsze, żyjące przyzwyczajeniami będzie miało w tej kwestii pod górkę. Co z tego wyniknie?
Anita Scharmach przekonuje czytelników, że odgrywanie ról, całkowite odcinanie się od złych doświadczeń jest niemożliwe. Do tego każdy ma jakieś skazy, na które nie miał wpływu, bo to inni sprawili, że znaleźli się w określonych sytuacjach życiowych. Uświadamia też, że nie każdy musi mieć idealną figurę, bo każdemu podoba się coś innego, dlatego warto pokochać swoje ciało, swoje mankamenty, wziąć się w garść i żyć pełną piersią ciesząc się ze zmian, które przyniósł los.
„Cztery wesela i rozwód” to zdecydowanie historia, która rozbawi i poprawi humor. Zwłaszcza, kiedy w grę wejdzie eksperymentowanie różnymi rzeczami przez starsze pokolenie. Świetna, lekka i bardzo życiowa opowieść, której nie zabraknie też trudnych tematów, ale podane są w taki sposób, że dla wielu może okazać się lekturą terapeutyczną.