wtorek, 29 lipca 2014

Jacek Ostrowski "UT"



http://www.jankawydawnictwo.pl/ksiazki.html
Jacek Ostrowski, UT, Pruszków „JanKa” 2012
„UT” to książka tak dobra, że cokolwiek napiszę o niej to i tak będzie źle i nie odda jej bogactwa. „UT” kryje w sobie zawiłą i tajemniczą historię, która czasami zwodzi nas na manowce i próbuje udawać romans, by za chwile zaskoczyć nas swoją drapieżnością i odmienną delikatnością. Kiedy zaczyna nam się coś wydawać pojawiają się inne okoliczności, które zmuszają nas do weryfikacji, przez co do samego końca nie wiemy jak się cała historia skończy i nie jesteśmy do końca pewni gatunku. Do tego w bardzo umiejętny sposób zbudowano w niej napięcie. Od pierwszych stron zostajemy wprowadzeni w świat dziwnego układu i do samego końca czekamy na wyjaśnienie. Po drodze – mniej lub bardzie przypadkowo – giną ludzie, którzy chcą przekazać bohaterce informacje o tajemniczej organizacji, w której działania została wplątana. Jacek Ostrowski porusza w swojej książce bardzo wiele ważnych spraw: problemy biedy, głodu, wykorzystania seksualnego, eksperymentów na ludziach, handlu żywym towarem, egoizmu, zbrodni wojennych, przemocy i granicy między człowieczeństwem a staniem się bestią. Hasło to, co nas nie zabije to nas wzmocni jest postrzegane, jako błąd: prześladowani sami zaczynają prześladować.
Nie jest to jednak zwykła powieść z wątkami kryminalno-romansowymi. Niesie ona w sobie głębsze przesłanie i to nie tylko dotyczące powtarzalności dziejów i ciągłego rozliczania, ale sumienia, które – nawet zabite – pewnego dnia może się obudzić i zniszczyć nam życie lub wyzwolić nas od przeszłości i poddać przemianie. Zbrodniarze czasami się nie zmieniają, a czasami stają się nowymi ludźmi. Potrzebują tylko impulsu, by zmienić swoje postępowanie.
Autor wydaje się głosić filozofię przeciwną do poglądów Fryderyka Nietschego, który uważał, że tylko silnym jednostkom należy się wszystko i muszą one walczyć o swoje prawa bez dbania o innych, bo człowiek z natury jest zły. Tu jest zupełnie inaczej: z dobrych dzieci przez styczność z ze złymi ludźmi wyrastają potwory, które trafiają do najlepiej strzeżonych więzień świata. Dlaczego zostają wypuszczeni? Kto stoi za tak absurdalnym pomysłem? W jaki sposób można im pokazać ich błędy i zmusić do wyciągnięcia wniosków?
Jacek Ostrowski zmusza nas również do refleksji nad wpływem poczynań naszych przodków na nasze teraźniejsze życie i przekonuje, że za błędy dziadków zapłacą też wnuki, a ich kara będzie zależała od tego, jakimi ludźmi są, czy udało im się wyzwolić od piętna błędów przodków. Czy my tego nie znamy z „Biblii”?
“(15) Lecz jeżeli nie usłuchasz głosu Pana, Boga twego, i nie będziesz pilnie spełniał wszystkich jego przykazań i ustaw jego, które ja ci dziś nadaję, to przyjdą na cię te wszystkie przekleństwa i dosięgną cię. (16) Przeklęty będziesz w mieście i przeklęty będziesz na polu. (17) Przeklęty będzie twój kosz i twoja dzieża.” itd.(Księga Powtórzonego Prawa 28:15-58)
„UT” Jacka Ostrowskiego nie tylko jest doskonałą rozrywką, ale książką, która zmusza do refleksji nad światem. Widmo siły karzącej, obecnej w wielu religiach – mimo przerażającej wizji- staje się pocieszeniem, że zło kiedyś zostanie ukarane. Czy istnieje sposób na przerwanie tego makabrycznego tańca zła.
Książka bardzo mocno została wpisana nie tylko w historię europejską, ale całą jej kulturę z naleciałościami judaistycznymi, w której nad życiem każdego człowieka czuwa Bóg czyhający na nasze potknięcia i czerpiący satysfakcję z karania. UT jest tu właśnie taką siłą, która może wszystko, a posłańcy są jak prorocy ze „Starego Testamentu”: wiedzą, że ich życie nie może ulec zmianie, bo ich życie nie należy do nich.
Jacek Ostrowski napisał powieść specyficzną, balansującą na granicy realności i fantastyki: mimo osadzenia w konkretnym czasie i miejscu oraz wykorzystaniu historii i współczesnych wydarzeń, a także problemów, z którymi zmierzajmy się w naszej cywilizacji to akcja jest dość oderwana od tego, do czego jesteśmy przyzwyczajeni: niewytłumaczalne sploty akcji, wydarzenia paranormalne. Wszystko zostało podkreślone nieco innym językiem niż znany nam ze współczesnych książek pisarzy, którzy efekty mierzą ilością wulgaryzmów w zdaniach. Tu ich nie znajdziemy, a mimo tego przeniknie ona przez nas i zszokuje. Jest ona bardzo bliska wielkim dziełom takim, jak „Dżuma” Alberta Camusa, „Bunt aniołów” Anatola France’a, czy „Zbrodni i kary” Fiodora Dostojewskiego. Sama akcja – mimo że tak wciągająca – w obliczu przekazywanych wartości wydaje się mało istotna. Autor przenosi nas do Pietrasanty, włoskiego miasteczka, które utrzymuje się z turystyki. Hotel Villa La Fonte jest jednym z wielu miejsc, w którym mogą nocować podróżni. Nie należy on do wygodnych i luksusowych hoteli. Jego mury kryją wiele tajemnic, z którymi przyjdzie zmierzyć się nowej właścicielce. Tajemnicza postać Raula Gomesa jest niczym starotestamentowy anioł zemsty. Ile będzie miał ofiar? Kto będzie kontynuował historię, aby na nowo mogła się zapętlić?
Książkę Jacka Ostrowskiego polecam wszystkim, którzy szukają dobrej książki, od której będzie trudno się oderwać. Ponad to jest to bardzo subtelny moralitet o konieczności odpokutowania swoich win.

Tomasz Pietrzak "Umlauty"

http://www.wforma.eu/umlauty.html
Tomasz Pietrzak, Umlauty, Szczecin, Bezrzecze „forma” 2014
Umlauty to samogłoski typowe dla języka niemieckiego, mające odmienny sposób odczytania niż zrobiłby to niewtajemniczony (nieznający podstaw) w język. Dla obserwatora z boku pojawiają się i znikają bez uzasadnienia, ale mają one swoje usprawiedliwienie w historii, przez co ciągle powracają jak przeszłość, która wkrada się w codzienność. W naszym języku ich nie ma. Ale czy aby na pewno? Przecież były. A co z obcokrajowcami, którzy wchodzą w nasze społeczeństwo ze swoimi cechami i umlautami? Są obcy, a jednak stanowią element społecznej układanki. Podobnie jest z podmiotami lirycznymi wierszy: są zagubieni między płciami, nacjami, poglądami, zwyczajami i czasem na swą przeszłość patrzą przez pryzmat bliskich, którzy nie dowierzają:

„Trop”
Mieliśmy w rodzinie Żyda,
może nawet kilku i oni weszli w nas.
Teraz, kiedy kochamy się z mężem,
on nie wierzy, że jestem po Żydzie.

Straciliśmy ich po drodze, na zakręcie,
w pośpiesznej żeniaczce z Niemcami.

O genach przypominają jedynie
ciemniejsze, niż u innych genitalia.
Czytałem gdzieś, że tak mają Semici,
ale ludy germańskie podobno też.

Podmiot liryczny, będący kobietą zmienia perspektywę płci. Czyżby mąż szukał potwierdzeń żony, a może to obserwator całego zamieszania z mieszaniem ras? Badacz? Ciekawski przeciętniak zbawiający świat za pomocą swojej tandetnej pracy, by skończyć po śmierci we fleszach, bo tak zwyczaj nakazuje? Wielowiekowe upamiętnianie zmarłych, portrety trumienne to była niemal specjalność sztuki dawnej Polski. Mieć taki portret na swoim ostatnim łożu po wieki to było coś: świadczyło o bogactwie, pozycji, bo kto rozsądnie zarządzający majątkiem i mający go niewiele wyrzuci pieniądze na taką wątpliwą przyjemność? Czasy się zmieniły i owa przyjemność przeniosła się na wszystkich. Fotka z trupem w tle, a raczej fotka trupa z bliskimi w tle, jak w wierszu, będącym – jednym z wielu – obrazkiem z codzienności:

„Ujęcie 5”
Dziwne imprezy
mają na gwarnym Śląsku.
Trupek w trumnie,
a oni mu cykają zdjęcia,
doświetlają mordkę.
I jest gładki, jak ta lala.

W tle też cuda –
jakieś travesti, trzy ciotki,
okno z upalnym widokiem.
Żywi na to w roztopie.

I to fotograf obejdzie.
Gdzie trzeba zgasi,
pojaśni wuja, resztę postawi
do pionu przefiltruje.

Tylko tego co leży
i ni dycho trudno zgumować.

On się rozłazi, wychodzi wywołany.
Pakuje się w skrzynkę poleconym
i w bąblach, z życzeniami zdrowia
i słojem letniej konfitury.

Mimo tego zachłannego upamiętniania drastycznych chwil wielu ludziom brakuje zdjęć bliskich. Przeszłość zakopali, spalili, aby nie było dowodów. Przeszłość jest niebezpieczna, przodków trzeba pochować do szaf pamięci i ich nie pokazywać, nie chwalić się nimi, bo przyjdzie inna koniunktura i pojawią się problemy. Tak jest w wierszu „Skład” (tak jak skład węgla wieziony pociągami?). Eliminacja pewnych jednostek nie udała się. Zostały resztki, które wymieszano razem by mogły tworzyć całość bez korzeni i przeszłości.

 „Skład”
Jestem z tego, co nie odesłali
w czterdziestym piątym
i z tego, co nawieziono latem
w bydlęcych od wschodu,
dlatego oczy mam wciąż otwarte
i uszy nasłuchujące;

podskórnie przeczuwam
oddech ciężkiego zwierzęcia –
zbliża się, choć jeszcze nie wie,
że wzbiera się w nim głód.

Właśnie przez ową niepewną historię rodzin o niektórych przodkach się nie mówi, nie wspomina ich dokonań, obecności genów. Trzeba ich ukrywać:

„Bezkost”
W moim domu przechowujemy
tylko niektóre zdjęcia.
Trudno więc sięgnąć do początku, wejrzeć w zaranie.

Dlatego zazdroszczę
tym małym gadom i płazom,
co się ostały, bo wiedzą,
że zanim skarlały do reszty,
przed nimi było coś wielkiego,
godnego gabloty.

Wiersze niosą w sobie wielki ładunek historii, która czasami jest powiedziana wprost, a innym razem trzeba się jej domyślać. Dzieje ludzi są tu ukazane jak wielkie zawirowania, które rzucają jednostki z miejsca w miejsce i zmuszają do ukrywania się. Polecam osobom, które lubią posiedzieć nad książką i pomyśleć. Zbiór, w którym życie poddano wyszydzeniu jest doskonały na samotne, refleksyjne spacery.

niedziela, 27 lipca 2014

Consilla Maria Lakotta "Madeleine"


http://www.mwydawnictwo.pl/p/1170/madeleine
Consilla Maria Lakotta, Madeleine, Kraków „wydawnictwo m” 2014
„Madeleine” to powieść stylizowana na Jane Austen. Znajdziemy tam motywy znane z „Dumy i uprzedzenia” oraz „Rozważnej i romantycznej”, czy nawet „Emmy”, jednak od tych romansów różni ją czas, w którym dzieje się akcja. Są to czasy bliższe naszym, ponieważ już istnieją samoloty (wuj dziwi się dlaczego nie lecieli samolotem z kurortów), a mimo tego ludzie poruszają się wozami, czyli akcja może toczyć się w okolicach lat 20 XX wieku. Jeśli jej miałaby miejsce na polskiej wsi to nawet do końca lat osiemdziesiątych konie i wozy były sprawdzonym środkiem lokomocji (u mnie w miasteczku nawet krowy!), ale język powieści jest typowy dla XVIII wieku. Pełno tu sztucznej grzeczności, pozorów, poddaństwa wobec rodziców i tego, co wypada robić. Bardziej konkretne jest miejsce, ponieważ wiemy, że jest to Normandia. Jest to kraina dla nas dziwna, ponieważ panują inne stosunki międzyludzkie niż te znane nam z życia codziennego.
Madeleine i Hélier wprowadzają nas w swój świat od pierwszych stron, kiedy dowiadujemy się o ich wakacyjnej podróży i planach wakacyjnej pracy, aby zarobić na studia. Przyszłość przez młodych ludzi została już zaplanowana: będą ciężko pracować, skończą studia i się pobiorą. Nie przewidzieli jednak „burzy” w postaci kuzynki Yvonne, która zrobi wszystko, by uwieźć młodego mężczyznę, który nie zwraca na nią uwagi. To, że ów mężczyzna jest chłopakiem kuzynki to mało istotny szczegół, a może nawet podgrzewający atmosferę, ponieważ intrygantce wydaje się niesprawiedliwe, że szara myszka studiująca farmację, podbiła serce przyszłego lekarza.
Lakotta w powieści zastosowała bardzo proste chwyty polegające na kontraście głównych bohaterek i bohaterów: różnią się Madeleine i Yvonne, Hélier i Denis. Wydawałoby się, że owe małżeństwa, które powstaną przez intrygi Yvonne są rozsądniejsze i tak dobrani młodzi ludzie lepiej do siebie pasują, ale po latach okazuje się, że miłość jest szalona i nie zna granic, przez co uczucie między Madeleine i Hélierem ciągle jest żywe.
Po przeczytaniu „Mariski z węgierskiej puszty” po autorce oczekiwałam zupełnie czegoś innego: akcji osadzonej w realnym lub prawdopodobnym świecie. Co prawda bohaterowie mają tu do czynienia z problemami, ale wydają się one oderwane i nierealne. Do tego wlokąca się akcja, jak w książkach Austen, dlatego polecam tę książkę osobom, które lubią romanse stylizowane na XVIII wiek.