Etykiety

piątek, 22 października 2021

Dobrze umalowana twarz alkoholizmu

Alkoholizm najczęściej kojarzy się z mężczyznami. Nic jednak bardziej mylnego. Kobiety skuteczniej się kamuflują. Taka tankująca od rana starsza „dama” potrafi nawet sobie oko zrobić, kieckę ładną kupić w lumpeksie. A mężczyzna? Ten nie ogoli się nawet, o pozory dbał nie będzie, bo nikt od mężczyzn w tym kraju nie wymaga pozorów. Mają być prawdziwi, a prawdziwy mężczyzna jest ciut ładniejszy od małpy (jak mawiała moja nauczycielka od biologii). Jedno te dwie grupy łączy: agresja. Nie ma spokojnego alkoholika. Czasami słyszę opowieści o tym, że ktoś się napije i spokojnie leży. Może i leży, kiedy sił nie ma, aby się ruszyć, ale kiedy napije się tyle, że jeszcze ma siły chodzić to niestety nie wygląda to tak różowo. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że alkoholizm jest chorobą i nie neguję tego. Uważam, że nie powinno się idealizować tej choroby i mówić, że ktoś jest dobrym alkoholikiem. W alkoholizmie nie ma nic dobrego.
Wracając do alkoholizmu płci pięknej i pozorów znam kilka pań, które trzymają się dobrze, umalowane są, a nawet nie czuć od nich woni przetrawionego alkoholu, bo o higienę dbają i znają dobre sposoby kamuflowania zapachu. W końcu mają w tym wieloletnią wprawę. Agresja jednak także dotyczy ich. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą kolejki w sklepie, czyli konieczność czekania na napicie się, bo przecież nie łykną sobie publicznie, bo „co ludzie powiedzą”.
Razem z pandemią zdarzyło mi się kilka takich „pięknych” przygód. O ile alkoholicy bezczelnie wpychają się ze swoim tanim winkiem w kolejkę to alkoholiczki robią to dyskretniej: ustawiają przed kimś koszyczek i idą sięgnąć jeszcze jedną rzecz. I taka dobrze ubrana i umalowana pani wepchała mi się przed wózek i poszła „czegoś szukać”, żeby wrócić, gdy będzie jej kolej przy kasie. Wkurzyłam się, bo to nie pierwszy raz i odstawiłam koszyczek na bok, podjechałam z Olką pod taśmę, skasowałam i słyszę krzyk, że wepchałam się w kolejkę. Zignorowałam, poszłyśmy na spacer.
Idziemy sobie wolno, spokojnie, Ola po przejściu małego dystansu zażyczyła sobie usiąść w wózku. Posadziłam i pcham i kątem oka widzę, że pędzi na mnie alkoholiczka. Pominę epitety, którymi rzucała. Widać było, że nastawiona jest na staranowanie mnie, więc się odsunęłam w bok. „Dama” jak długa legła w błotnistej kałuży tuż przy markecie. Torby brzdęknęły o krawężnik. Wygraża mi i żąda zapłacenia za potłuczony towar. A co ja będę płaciła komuś za jego agresję. Ignoruję i idę wolnym krokiem. Wkurzona dzwoni na policję, żeby opowiedzieć o pobiciu jej przeze mnie. Wtedy pomyślałam, że na szczęście byłam w zasięgu kamer.
Alkoholizm nigdy nie ma łagodnej twarzy. Prędzej czy później wyjdzie z człowieka potwór, z którym trzeba walczyć, leczyć się, bo inaczej może nad nami zapanować i nawet najlepiej budowane pozory nie pomogą.


Katarzyna Jackowska-Enemuo "Tkaczka chmur" il. Marianna Sztyma


Choroba i przemijanie nie są tematami łatwymi. Uświadamianie dziecka o utracie zdrowia i śmierci jest ważne, aby nie powstało niedomówienie niepozwalające na przeżycie żałoby, pogodzenie się ze stratą bliskiej osoby, przeżywania smutku, rozpaczy, pustki. Nie ja jednak gotowego przepisu na to, w jaki sposób zrobić to tak, aby nie pozostawiło traumy do końca życia. Świadomość odchodzenie zawsze wywołuje negatywne emocje, które bez względu na wiek trzeba przepracować. Dzieci wcale nie są wolne od tych emocji. Ukrywanie choroby, robienie z umierania tajemnicy sprawia, że temat może urosnąć do gigantycznego problemu. Przeżywanie smutku, złości, bezsilności, potrzeby pewności, że będą przy nim inni i że sam da sobie radę jest niesamowicie ważne. Niestety mało jest lektur oswajających czytelników z tym tematem. Baśnie zwykle kończą się dobrze. Zdecydowanie za dobrze w porównaniu z prawdziwym życiem i jego wyzwaniami, bo w nim nikt nie żyje długo i szczęśliwie tylko każdego dnia musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Jak przygotować dziecko na to? Jak uświadomić, że utrata jest częściom naszego bycia i nie pozbawić dziecięcej radości? Tu z pomocą zdecydowanie przyjdzie świetna opowieść Katarzyny Jackowskiej-Enemuo „Tkaczka chmur”, która powstała po śmierci córki autorki.
Opowieść zaczyna się bardzo baśniowo: w czasie snu matki nad kołyską dziewczynki stanęły trzy zorze, które niczym wróżki obdarzyły ją talentem, zaczęły tkać jej los. Mała bohaterka uchwyciła nić i tworzyła z niej niezwykłe dzieła. Pech chciał, że zachorowała. Miała jednak braciszka uwielbiającego przygody, wyzwania, bardzo ciekawskiego. Kiedy dowiaduje się o złotym jabłku, które potrafi uleczyć nie wahał się ani chwili i udaje się w odległe krainy, aby zdobyć ten magiczny lek. Zadziwiająco szybko udaje mu się go zdobyć, ale szybko okazuje się, że powrót z jabłkiem ratującym życie będzie dużym wyzwaniem, bo na jego drodze stanie właściciel owocu. Na szali zostaje postawiona jego wieczność lub życie siostry chłopca. Czarnoksiężnik nie odpuści tak łatwo. Każdy krok dla młodego bohatera będzie dużym wyzwaniem.
Miłość między dziećmi była tak wielka, że potrafiły one dzielić się emocjami i myślami nawet na duże odległości. Chłopiec ruszył w świat, a jego siostra tkała kolejne sposoby na pokonanie przeszkód. Dzięki współpracy mogą zmierzyć się z czarnoksiężnikiem, trudami wyprawy, lękami i wątpliwościami. Chłopiec z każdym wyzwaniem zyskuje coraz większą pewność siebie. Jego trud jednak nie zostanie nagrodzony, bo siostrze skończy się nić życia: ta z której tkała cudne opowieści i pomagała bratu w opresji. Za to nabrała pewności, że bez jej czuwania nad nim zawsze da sobie radę.
„Tkaczka chmur” to piękna opowieść o pasjach, poświęceniu, miłości, współpracy, stawianiu sobie wyzwań, pokonywaniu przeszkód, marzeniach, ale też godzeniu się z odejściem bliskiej osoby. Choroba jest tu powolnym odchodzeniem, sprawia, że dziewczynka powoli żegna się z życiem, codziennością, oddaje się swojej pasji i marzy o tkaniu chmur.
Piękne klimatyczne ilustracje, dobrze zszyte strony i solidna oprawa dopełniają całość. Książkę wydano także w wersji audiobooka i musze przyznać, że od bardzo dawna moja córka nie chciała słuchać tego, co jej włączała. Wolała, kiedy ja jej czytałam. A tu miłe zaskoczenie. A wszystko przez to, że cała opowieść jest pięknie baśniowa i bardzo dobrze dobraną muzyką. Można zamknąć oczy i udać się na wielką przygodę z rodzeństwem, albo wziąć książkę do ręki i śledzić tekst ćwicząc umiejętność czytania. Melodie są proste, tekst rytmiczny i pięknie wpadający w ucho oraz świetnie zachęcający dzieci do powtarzania go, opowiadania. Z zachwytem obserwowałam jak córka próbuje wyprzedzić tekst i próbuje wymówić słowa, które powinny się pojawić. Jestem oczarowana i zdecydowanie polecam.









Morderstwo

Morderstwa nie biorą się z próżni. Zawsze jest jakiś powód. Zwłaszcza, kiedy ofiarą jest mężczyzna zabity nocą na ulicy. Coraz częściej zaczynam rozumieć to, że ktoś zabił.
Spać nie mogę, więc spaceruję, aby się zmęczyć. Oczywiście zawsze mam coś do obrony przed agresywnymi i niedopilnowanymi psami i myślę. Zdarzyło się, że to narzędzie przydało mi się do obrony przed namolnym upitym facetem. Taką uzbrojoną mija mnie mężczyzna, który rzuca tekst:
-Pani tak po nocach chodzi. Nie boi się pani, że ktoś panią zgwałci?
-Pan tak po nocach chodzi i straszy kobiety gwałtem. Nie boi się pan, że któraś ze strachu pana zabije?
Mina mężczyzny bezcenna.
Zaczęłam się zastanawiać, czy mężczyzn też się straszy gwałtem. Skoro chodzą nocą to się narażają.



Justyna Bednarek "Dusia i Psinek-Świnek. Wtorek ze słoniem" il. Marta Kurczewska


Kłamstwo ma krótkie nogi, a prawda jest jak oliwa: zawsze wypłynie na wierzch – to tematy przewodnie najnowszego tomu „Dusi i Psinka-Świnka” pt. „Wtorek ze słoniem”. Tym razem bohaterka odkryje, że każdy czasami kłamie. Nie mówienie prawdy jednak miewa swoje konsekwencje i tak jest w przypadku taty bohaterki.
Opowieść zaczyna się od symulowania choroby przez Dusię. Jednak informacja o smacznej owsiance stawia ją na nogi. Przy stole wszyscy domownicy zachwalają dzieło mamy, która od jakiegoś czasu eksperymentuje właśnie z tym typem potraw i stała się mistrzynią. Niestety nie wszyscy je lubią, ale nie chcą zrobić jej przykrości. Dusia może się nią zajadać codziennie, natomiast tata zdecydowanie wolałby inne śniadanie i dlatego chętnie odstąpi córce swoją porcję. Oczywiście żonie nie powie, że wolałby zjeść coś innego, żeby nie było jej smutno. W końcu wstała wcześniej i przygotowała jedzenie dla wszystkich. Dusię zaskakuje jego postawa i nie daje jej spokoju. To sprawia, że wychwytuje więcej kłamstw w otoczeniu i dostrzega, że bycie szczerym pomaga w uniknięciu jedzenia potraw, które nam nie smakują. Odkrywa też, że czasami niesamowite opowieści, które wydają nam się kłamstwem bywają prawdą. Przy okazji dzieci dowiedzą się troszkę o safari.
„Czasami nie mówimy prawdy, bo nie chcemy zrobić komuś przykrości. A czasem opowiadamy jakąś historię i tak mocno sobie coś wyobrazimy, że to już zaczyna być bajka – nie kłamstwo. A bajek wszyscy lubimy słuchać. Prawda?”.
W czasie przedszkolnej drzemki przeżyjemy niezwykłą czajnikową przygodę, w której kłamstwo sprawi, że słoń będzie malał i malał, aż stanie się miniaturowy. Aby odzyskać rozmiary będzie musiał mówić prawdę. Taka troszkę alegoria malejącego zaufania do nas.
W domu na Duśkę i tatę znowu czeka owsianka. A wszystko przez to, że oboje tak bardzo zachwalali potrawę. Co stanie się, kiedy odważy się powiedzieć żonie prawdę, że wolałby zjeść coś innego? Z tego tomu dzieci wyciągną cenną lekcję: warto mówić prawdę. Zwłaszcza jeśli konsekwencje kłamstwa możemy odczuć na własnych kubkach smakowych.
„Dusia i Psinek-Świnek” Justyny Bednarek to interesujące i pouczające książki dla przedszkolaków. Nie ma tu nadmiernego moralizatorstwa tylko pokazanie doświadczeń bohaterki, której nie wszystko się podoba, która czasami coś chce, a później się boi, która ulega złudzeniom, a później odkrywa, że pozory mogą mylić, że mówienie prawdy ratuje przed jedzeniem tego, czego się nie lubi. Przygody małej bohaterki, jej sen, przedszkolne realia bardzo dobrze pomagają wyjaśnić to, co czasami wywołuje sprzeczne emocje prowadzące do buntu naszych pociech.
Książkę wzbogacono prostymi, estetycznymi o pięknych kolorach ilustracjami Marty Kurczewskiej. Prosta kreska, uproszczone sylwetki dzieci stylizowanych na niemowlęta (głowa dużo większa niż normalnie, ciałka okrąglutkie) i zabawne ilustracje dorosłych. Wszystko to ubrane w barwy przyciągające dziecięcy wzrok, dzięki czemu młodzi czytelnicy chętnie sięgają po lekturę. Bardzo dobrze zszyte barwne strony oprawiono w solidną okładkę, dzięki czemu książka jest trwała.
Uważam, że cała seria to świetne lektury terapeutyczne pozwalające dzieciom oswoić się ze światem, poznać inne spojrzenie, rozwinąć umiejętności społeczne oraz budowanie codziennych nawyków. Zdecydowanie polecam.









czwartek, 21 października 2021

Beata Zdziarska "Po drugiej stronie raju"- cytaty


„Człowiek, który może liczyć wyłącznie na siebie, musi być nie tylko silny, ale też dobrze zorganizowany”.
„Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi przeobrazić nasze życie nie do poznania, poplątać nasze plany i marzenia. To, co znane, oswojone, przestaje istnieć. Wydeptana ścieżka ginie w mroku. Zaczynamy poruszać się po omacku i często trafiamy na drogę, która usuwa nam się spod nóg. Nie potrafimy przewidzieć, co się za chwilę stanie, niczego nie jesteśmy już pewni. Wtedy rodzi się lęk”.
„Jeśli chcesz odnieść sukces, musisz oddać się przyszłości, przeć do przodu jak opancerzony pojazd”.
„Tak dużo nas różni. Czasami odnoszę wrażenie, że z każdym wspólnie przeżytym rokiem tych różnic jest coraz więcej, chociaż powinno być dokładnie odwrotnie”.
„Na pozór idiotyczne drobnostki potrafią urosnąć do rangi ogromnego problemu i skutecznie zatruć codzienne życie dwojga ludzi”.
„Ludzie faktycznie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a szczególnie w momentach kryzysowych. Nie umieją odłożyć na bok urazy i porozumieć się w ważnych życiowych kwestiach. Zacietrzewiają się w swojej złości tak, że tracą zdolność logicznego myślenia. (…) A za cenę niewłaściwie pojmowanej ambicji są w stanie rozwalić wszystko, nawet zerwać rodzinne więzi”.
„Czasami trudne lekcje są nam potrzebne, żeby przemyśleć pewne sprawy na nowo i dojść do rozsądnych wniosków”.
„Humanista na dzisiejszym rynku pracy trochę przypomina człowieka zabłąkanego na pustyni. Wie, że musi dojść do celu, jednak nie ma pojęcia, w którą stronę ma się skierować”.
„Czasami myślę, że człowiek powinien mieć co najmniej dwa życia. To drugie po korekcie z naniesionymi poprawkami i wygumkowanymi błędami”.
„Zosiu, nie możemy porównywać się z innymi ludźmi. Jeśli chcemy zachować normalność i spokój umysłu, to musimy tego unikać. Zawsze będzie ktoś ładniejszy, mądrzejszy od nas. Ktoś, kto ma cudownego męża, utalentowane dzieci, lepszy samochód, dom zamiast mieszkania. Nikt z nas w momencie narodzin nie podpisał cyrografu z Panem Bogiem na szczęśliwe życie. Niestety, nie dostaliśmy od niego na to gwarancji, a wielka szkoda, bo nawet nie mamy prawa reklamować wadliwego produktu, który otrzymaliśmy bez możliwości odmowy”.
„Ci, co twierdzą, że cierpienie uszlachetnia, nie wiedzą, o czym mówią. Albo próbują zaklinać rzeczywistość. W cierpieniu nie ma szlachetności. Ono odziera człowieka z godności, zatruwa, wyniszcza, degraduje. Jest wstydliwe. (…) Najpierw trzeba je przeżyć samemu, dopiero potem się wymądrzać”.
„Brak czasu jest świetną i nośną wymówką. Na taki argument każdy przytaknie głową, bo przecież żyjemy w świecie, który cierpi na deficyt czasu. Brak czasu przykrywa wszystkie pozostałe braki: woli, motywacji, nastroju czy zwyczajnej ochoty”.
„Więc gdzieś tam, w bliżej nieokreślonej przestrzeni oraz niezdefiniowanym czasie, ma być lepiej. Idealnie. Wszystkie religie obiecują to samo. Tylko dlaczego ta sielska wizja nie może zaistnieć tu i teraz na ziemi, w miejscu, które tak doskonale znamy?”.
„Nie powinniśmy żałować przeszłości. Najwyżej przemyśleć błędy tak, żebyśmy unikali ich w przyszłości. Ja w ogóle uważam, że ludzie za dużo uwagi poświęcają przeszłości. Rozpamiętują, analizują, snują opowieści, ‘co by było gdyby’. Jak się człowiek nad tym zastanowi, to dojdzie do wniosku, że to tak naprawdę nie ma sensu. Czas nie ma przystanków, nie zwolni, nie zawróci, nie da nam drugiej szansy. Czy nie lepiej skupić się na tym, co jest, co będzie?”
„Jeśli człowiek się zastanowi, to dojdzie do wniosku, że całe jego życie jest wypełnione czekaniem. Wszystko przecież ma swój czas, którego nie da się przyspieszyć ani nagiąć do indywidualnych potrzeb”.
„Zmaganie się ze słabością własnego ciała stanowi większy heroizm niż bohaterstwo wojenne. O ile w tym drugim człowiek jest w stanie odnaleźć sens, może zyskać sławę, a przynajmniej szacunek w oczach społeczeństwa, o tyle choroba, która ogranicza wolę działania, skazuje na samotną anonimową walkę w świecie zredukowanym do minimum”.
„Cierpienie to najbardziej ironiczna forma bohaterstwa”.
„Zdrada bliskiej osoby szarpie, rozrywa wnętrzności niczym ostry chirurgiczny nóż”.
„Przeszukiwanie osobistych rzeczy zmarłej osoby przypomina grzebanie w zakamarkach czyjejś duszy. Miałam wrażenie, że jestem jak złodziej, który wdarł się do serca drugiego człowieka, aby okraść je z najbardziej intymnych tajemnic”.
„Uczucie żalu potrafi być straszne. Ciąży nad człowiekiem jak oddech bezsennej nocy, kiedy jałowo ciągnące się upiorne długie godziny wysysają z nas chęć do życia”.


Anna Rybkowska "Ślady życia. Tom 4: Zapach jesieni"

 


Czwarty i ostatni tom serii Ślady życia. Jesień przyniesie wyjaśnienie nabokowskich tajemnic. Przynajmniej tych, które pozwolą się okiełznać. Wszak życie też nie odpowiada na wszystkie zadawane pytania…To pożegnanie z bohaterami i z miejscem, ale niekoniecznie rozstanie z ich żywiołami. Przecież każdy ma jakieś swoje Kilimandżaro, więc każdy może mieć i swój Naboków.



Beata Zdziarska "Po drugiej stronie raju"


Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi zmienić nasze życie nie do poznania, poplątać plany i zniszczyć marzenia.

Ewa i Mateusz są małżeństwem, któremu nieźle się powodzi. Luksusowy apartament w centrum miasta, dwa samochody, dobra praca. Do szczęścia brakuje im właściwie tylko… szczęścia. Kiedy pewnego dnia postanawiają zawalczyć o nieco zetlałe uczucia między nimi, okazuje się, że los trzymał dla nich w zanadrzu coś, czego woleliby nigdy nie doświadczyć.

Beata Zdziarska prowokuje do zadawania sobie trudnych pytań dotyczących wyborów moralnych i definicji człowieczeństwa. Nasycając historię Ewy i Mateusza skrajnymi emocjami, uwrażliwia czytelnika i podejmuje tym samym polemikę z jego sumieniem. Chciałabym, aby wszystkie książki z nurtu powieści społeczno-obyczajowych były takim właśnie głosem – niebanalnym, obnażającym ludzkie słabości, ale i niosącym nadzieję. Nie będziecie mogli się oderwać od tej książki!

Wioleta Sadowska,
subiektywnieoksiazkach.pl

Zieleniną nie pogardzimy



Behawiorka to niby prosta sprawa. Prosta dla tych, którzy znają podstawy i wiedzą, że można wyćwiczyć odruchy zwierząt. W ten sposób np. socjalizuje się agresywne psy, aby kontakt z innymi zwierzętami i ludźmi. Są dwie szkoły: jedna nastawiona na karanie, a druga na nagradzanie. Jestem zwolenniczką nagradzania, ale zdaję sobie sprawę, że obcego atakującego psa nie jestem w stanie wychować dając mu nagrody i wtedy w grę wchodzi kara (gaz pieprzowy od 2 lat jest moim kompanem i skutecznie zniechęcił do wyrywania się w naszym kierunku). Pozytywna szkoła polega na tym, aby kontakt z innymi kojarzył im się z czymś łagodnym i przyjemnym oraz działa na zasadzie odciągania uwagi. Jeśli Wasz zwierzak ujada i próbuje atakować przechodniów (psy, koty, innych ludzi, ptaki) to można odwrócić uwagę podsuwając jego ulubiony przysmak. Oczywiście to wymaga wyjścia na spacer z głodnym psem, dla którego przysmak będzie podwójną nagrodę: pozwoli zapełnić brzuch i będzie smakowało.
Taką zasadę wychowania stosuję też u kotów, ale koty to zwierzęta przebiegłe i czujne na ludzkie przekręty. Przywoływanie ich do łazienki na czas naszych spacerów (co by kwiatów nie zżarły i krzywdy sobie nie zrobiły) pięknie działa i koty idą do łazienki. Miewają jednak dni uporu: wbiegają, sprawdzają, czy jest smakołyk i jak nie ma to wybiegają. Po dłuższym czasie dają się namówić, ale z wyprawianiem Oli na spacery nie ma czasu tylko trzeba już natychmiast, bo inaczej poobija się o ściany i meble, krzywdę sobie zrobi, więc daję przysmaki i zamykam drzwi, aby były bezpieczne i wszystko, co potrzebne miały pod łapkami (łącznie z przeszkodami do skakania).
Jakiś czas temu przywiozłam ze wsi pietruszkę i sałatę. Położyłam na blacie w kuchni. Z Olą trzeba iść na spacer, a kotów nie ma. Okazało się, że zbóje okupują zieleninę. Od jakiegoś czasu koty do łazienki wchodzą zwabione liściem sałaty… A jakiego bzika miały na punkcie fasolki, kiedy Olka im podsuwała po jednej dla każdego, kalafioru i marchewki ukradkowo podkradanej z talerza. A niby mięsożercy.
Czym Was zaskakuje Wasze pupile?

Arleta Remiszewska "O latarniczce, miłości i samotnym humbaku"


Wydawnictwo Skrzat przedstawia przypowieść o miłości, która nigdy nie powinna być tą złą, i marzeniach, o które warto zawalczyć…

Na wyspie Fjotle panują odwieczne zasady. To mężczyźni dokonują wielkich czynów, a kobiety zajmują się domem. To chłopcy mogą się wymądrzać, a dziewczynkom pozostaje skromnie słuchać.

By pasować do tego świata, Bryza przyjmuje przydomek Grzeczna. Skrycie jednak marzy, by przejąć po dziadku opiekę nad latarnią. Tylko jak przekonać tradycyjną społeczność, by otwarła się na coś nowego... Przecież jeszcze nikt nie słyszał o żadnej latarniczce!

Trudno być dziewczyną, która pragnie zostać latarniczką. Trudno być chłopakiem, który boi się spełnić własne marzenia. Dopóki nie zrozumieją, że szczęście jest całkowicie indywidualną sprawą, będą płynąć przez życie w samotności, jak tytułowy humbak, który zgubił się w wielkim morzu. Wsłuchajcie się w tę opowieść, bo warto!
Biserka Čejović, „Książki. Magazyn do czytania”

„O latarniczce, miłości i samotnym humbaku” jest jak morze: czasem wzburzone niesprawiedliwością otaczającego świata, a czasami spokojne i kojące – pełne zrozumienia i ciepła. Niezapomniane widoki zapewnią bezmierne niebo podczas świtów i zachodów słońca oraz piękne ilustracje Elżbiety Moyski.

Patronat nad książką objęli: Guliwer, Górowianka, Bookiecik.


Anna Potyra „Nadia – dziewczynka z Gracją”


Na skrzydłach Gracji, galopem po marzenia – premiera książki Wydawnictwa Skrzat

Czy można być dziewczynką z GRACJĄ mimo nóg do niczego? Można za sprawą natury łabędzia, radości skowronka oraz KLACZY o tym właśnie imieniu. Czy można czuć wolność i szczęście mimo naturalnych ograniczeń? Owszem. Ale jak do tego dojść i co to oznacza?

U Nadii wszystko zaczęło się od zmian. Chatka u stóp Połoniny Caryńskiej zamiast miejskiego zgiełku. Surowa ciocia-choreografka zamiast czułej mamy. Chłopak, który na szczęście nie jest miły, dlatego staje się przyjacielem dobrym jak pies Tajfun. Wreszcie doskonałość na czterech kopytkach, której warto oddać serce. Z nią można zdobywać szczyty!

Ta prosta, a zarazem niezwykła historia pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dzięki wsparciu bliskich i odnalezieniu pasji życie może zmienić się na lepsze. Anna Potyra porusza także temat akceptacji i szacunku do innych, którzy choć różni, wcale nie są gorsi. Wzruszający tekst uzupełniają piękne ilustracje Elizabeth Clover, dzięki którym książka nabiera niepowtarzalnego klimatu.

Patronat nad tytułem objęli: TVP ABC, Bookiecik, Górowianka oraz Guliwer.


Jak Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem

Plany planami, a życie życiem. Już nie raz Wam pisałam, że mi z planami nie po drodze. Zresztą nie mi jednej i jest to całkowicie zrozumiałe, bo nie jesteśmy monadami żyjącymi w oderwaniu od społeczeństwa tylko obijamy się od innych i ich planów. Czasami takie obijanie jest dobre, innym razem nie. U mnie wielkich rewolucji nagła zmiana planów nie wnosi, bo zwalniać się z pracy nie muszę. Po prostu pakuję córkę w wózek i pędzę lub siedzimy w domu i czekamy. I wczoraj czekałam i naszła mnie refleksja, że coraz częściej jestem jak ten Kubuś Puchatek: czeka i czeka, zajada słodkie conieco, które zdobył lub podsunął kochany przyjaciel Prosiaczek (Ola wczoraj pokwikiwała i pochrumkiwała, a do tego miała dziwne stany lękowe, więc pasuje jak ulał). Ironia losu polegała na tym, że czekałyśmy na Krzysia i stąd nam się nasunęła sugestia, że jesteśmy jak Kubuś Puchatek i Prosiaczek. Tak intensywnie czekałyśmy, że nie wyszłyśmy na spacer w dzień tylko Olka po wielu godzinach klejenia i zajadania się plackami ziemniaczanymi, aż w końcu zasnęłyśmy, by przebudzić się po 22:00. A wiadomo jak to jest z takimi pobudkami: imprezka do rana. O 2:00 się poddałam i zabrałam Olę na spacer w celu wybiegania się. I stała się magia: dziecko wybiegane nie ma stanów lękowych tylko stany radości. Taka magia. U Oli na stronie chwaliłam się, że udało nam się nakłonić ją do jedzenia w szkole popcornem. Może przez pierwsze dni był to strzał w dziesiątkę. Niestety tylko przez pierwsze dni. Okazało się, że ten sam ulubiony popcorn i samodzielnie pakowany do plecaka wywołuje autoagresję. I właśnie dlatego bardzo ważna jest komunikacja ze szkołą, dowiadywanie się na bieżąco jak dziecko reaguje, bo jednego dnia coś może sprawić radość i zachęcić do działania, a drugiego stanie się przyczyną do horroru.
Dzięki zarwanej nocce przeczytałyśmy dwie książki, bo Ola kiedy klei chce słuchać czytania na głos. Wybrała sobie jedną książkę dla dorosłych, a drugą dla dzieci. Tak dla równowagi, bo przecież jest na granicy między byciem nastolatką i dzieckiem.
Wszystkim, którzy o Oli urodzinach pamiętali i złożyli życzenia, podarowali prezenty lub w jakikolwiek sposób pamiętali o Oli bardzo dziękujemy. Dziękujemy też osobie, która pisząc „autyzm autyzmem, ale zęby młodej byś zrobiła” za troskę, ale w sprawach zdrowia i urody konsultujemy się ze specjalistami, a nie paniami dobrymi radami z internetu, bo jak napisała znajoma terapeutka „gdyby wiedziała czym jest autyzm to by takich głupot nie pisała”.
Zaczytanego dnia!



środa, 20 października 2021

I na co komu sprzątanie?

Najważniejsza sprawa organizacyjna: nie robić dziecku porządków na stoliku, przy którym pracuje, kiedy jest w szkole.
Ola wróciła i jeszcze obiadu nie zdążyła zjeść, a już chciała wycinać i kleić. A ja pochowałam wszystko, ładnie poukładałam w odpowiednich szufladkach. A wiecie jak to jest z układaniem? Później okazuje się, że schowaliście w pewne miejsce, żeby się nie zawieruszyło, a później zapominacie i trzeba szukać.
-Olu, weź tablet, a ja poszukam kleju.
-Ne, kej - Ola deklaruje, że tabletu nie chce, że potrzebny jej klej.
-Na dwie minuty - negocjuję przeglądając pojemniki.
-Ne, kej. Kej. Kej.
Daję kartki, nożyczki, listki.
-Kej.
Podsuwam plastelinę.
-Kej.
W końcu udało mi się ten nieszczęsny klej znaleźć. Przestrzeń na stole jak przed sprzątaniem. I na co ono mi było?

Agnieszka Tyszka "Mania z ulicy OKciej rusza na ratunek" il. Ewa Poklewska-Koziełło


„Zosia z ulicy Kociej” towarzyszy nam od kilku lat. Moja córka zaprzyjaźniła się z tą specyficzną rodziną, po której można spodziewać się najdziwniejszych rzeczy, czyli wychodzenia problemom naprzeciw i wprowadzaniu pomysłów w życie. Tak bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z nimi, że nie mogłyśmy przejść obojętnie obok „Mani z ulicy OKciej”, czyli przygód Wierzbowskich i ich znajomych. Zosia wyrosła i nie ma czasu na wprowadzanie w codzienność bliskich, ale jej pałeczkę przejęła młodsza i bardzo pomysłowa siostra Mania słynąca ze swojego słowotwórstwa, więc świat z jej punktu widzenia pełen jest tych przekręconych kwiatków językowych. Za to już doroślejsza, samodzielniejsza chociaż nadal dziecinna i wpadająca na naprawdę zaskakujące pomysły.
Kiedy patrzymy na nasze dzieci zastanawiamy się, kiedy one nam tak szybko urosły. Podobnie bywa z książkowymi bohaterami, którzy rosną razem z młodymi czytelnikami. W naszym domu jedną z takich serii opowieści o bohaterkach, których losy towarzyszą nam od kilku lat jest „Zosia z ulicy Kociej”. Przeżyliśmy z nią pójście do szkoły, przerobiliśmy ospę w czasie wakacji, odkryliśmy uroki zimy i wiosny, pochłonęły nas pierwsze zauroczenia, wielkie remonty, udaliśmy się na majówkę, przerobiliśmy święta i narodziny dziecka. W rodzinie Wierzbowskich zawsze dzieje się dużo. Czasami nie jest to łatwe do zaakceptowania. Zwłaszcza, kiedy wchodzi się w tak zwany trudny wiek oraz martwi się o rozpoczęcie roku szkolnego, w którym będzie się w innej klasie. Zosia zawsze była dzieckiem bardzo mocno przeżywającym wszystko i to widać w całej serii. Manie jest jej przeciwieństwem: idzie na żywioł. Mało tego: innym też radzi takie podejście. Lubi wywoływać terapię szokową i czasami jest niezłą manipulatorką, a wszystko przez to, że nie chce martwić dorosłych i jednoczenie nie może powstrzymać swojej ciekawości.
„Mania z ulicy OKciej” to piękna kontynuacja tomów „Zosi z ulicy Kociej”. Mamy tu dalszy ciąg wydarzeń z „Na wygnaniu” i „Dolce vita” . Na Kociej trwa remont, więc po powrocie do szkoły dziewczynki mieszkają z babcią, a mama została na wsi z najmłodszą latoroślą. Można powiedzieć, że rodzinka w rozsypce. Oczywiście widują się w weekendy. Zwłaszcza, że nadal jest ciepło i można wręcz stwierdzić, że trwa piękne lato.
„Mania z ulicy OKciej rusza na ratunek” to opowieść o ratowaniu przyrody. Mała bohaterka jest zagorzałą obrończynią zwierząt. Zwłaszcza tych, z którymi w pewien sposób zaprzyjaźniła się na ogródkach działkowych, gdzie nie można trzymać zwierząt. Z tego powodu niektórzy mają kłopoty. Nim o nich się dowiemy Mania pozna nową sąsiadkę, która ma kota na punkcie kota. Jest tak skupiona na własnym zwierzaku, że wszystko jej przeszkadza i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to od niej mogły zacząć się kłopoty działkowiczów. Mania musi wkroczyć do akcji i uratować kury pani Broni. Pomysłowa dziewczynka zabiera drób do mieszkania, w którym tuż za ścianą czuwa czujna sąsiadka gotowa wezwać straż miejską, czy inne siły wsparcia, aby zapewnić ukochanemu kotu spokój. W mieszkaniu babci Zelmer robi się ciekawie. Zwłaszcza, kiedy dołączą kolejne zwierzaki.
Od pierwszej części serii książek „Zosia z ulicy Kociej” w życiu bohaterów zaszło wiele zmian. Jedno, co się nie zmieniło to wielka dawka humoru, pozytywne spojrzenie na świat, ciągłe zdobywanie kolejnych doświadczeń i specyficzna rodzina, w której tata-psycholog uczy dzieci jak bezkonfliktowo rozwiązywać problemy, a mama bywa dziwna, zaskakująca, a czasami za bardzo przewrażliwiona, a później zmienia się nie do poznania, czym ciągle szokuje własne dzieci. Nawet babcie i dziadek na emeryturze doznają wielkiej przemiany. Mamy tu sporą dawkę rodzinnej miłości, akceptacji i zrozumienia. Najnowsza seria to świat z perspektywy Mani, którą znamy ze specyficznego podejścia do życia i słowotwórstwa, dlatego cała fabuła będzie tu bogata w kwiatki z nowych słów.
„Mania z ulicy OKciej” doskonale wpisuje się we wcześniejsze przygody rodziny, ale mamy tu mniej napięte akcji, troszeczkę bardziej dziecinne spojrzenie (zwłaszcza w zderzeniu z ostatnimi tomami Zosi). Książka napisana bardzo przystępnie. Spora dawka humoru (zwłaszcza takiego kontekstowego i językowego), dobrego nastawienia do życia, dziecięcego spojrzenia na świat, naiwnego relacjonowania wydarzeń sprawiają, że kolejne przygody mają też spory urok dla dorosłych i świetnie zastąpią lekka prozę dla dorosłych, a do tego pozwolą zmienić nastawienie do świata, rozbudzą empatię, poprawią nastrój.
W książce poznamy różne typy osobowości i nie tylko dorośli bywają tu specyficzni. Także dzieci mają swoje zainteresowania, sposób zdobywania i dzielenia się wiedzą, poczucie humoru oraz sympatie i antypatie. Obok rozrywkowych, nudzących się, poszukujących inspiracji, przekręcających wyrazy, łatwo poddających się manipulacjom dorosłych znajdą się i małe mole książkowe, które nie wyobrażają sobie wakacji bez zabrania na nie grubego tomu do czytania. Każdy tom przygód Zosi z ulicy Kociej niesie też subtelne przesłanie. W tomach o Mani jest to kontynuowane. Do tego lektura pozwala oswoić się dzieciom i młodzieży z zachodzącymi wokół nich i w nich zmianami.
Całość wzbogacona licznymi interesującymi i estetycznymi ilustracjami Agaty Raczyńskiej sprawia, że po lekturę mogą sięgną i młodsze dzieci z rodzicami. Możliwość skupienia wzroku na obrazku przypominającym szkic z zeszytu-pamiętnika sprawia, że zapiski stają się bardziej realne dla małych czytelników.
Seria „Mania z ulicy OKciej” to nie tylko świetna lektura na lato dla dziewczynek, ale dla każdego, kto potrzebuje poprawić sobie nastrój, radośniej spojrzeć na świat. Opisane sytuacje będą świetnym materiałem do dyskusji na lekcjach etyki lub w czasie rodzinnych dyskusji z pociechami. Wejdziemy tu w świat rodzinnych i młodzieżowych problemów, budowania relacji z innymi, stawiania sobie wyzwań. Zdecydowania polecam









Raper z profesorem ramię w ramię

Jakiś tam raper przez pokolenie stetryczałych korpoludków okrzyknięty głosem pokolenia i przez kilkanaście miesięcy nachalnie reklamowany treściami o zaćpanej młodzieży (mam wrażenie, że każdy raper ponad ćpanie i ruchanie wyjść nie potrafi, ale mogę się mylić, bo nie znam się i tylko takie cosiki do mnie docierają) stał się twarzą McDonalda. Gawiedź oburzona: ale jak to? Syn profesora twarzą korpobaru? Jak dla mnie wszystko piękne i spójne jest. Zwłaszcza w kontekście ojcowskich wypowiedzi o zapieprzu po 16 h. Syn robi, co może i umie, żeby zarobić i reklamuje firmę, w której trzeba zapieprzać, żeby zarobić na utrzymanie, bo stawki tam jednak nie są za duże, a pracę łatwo dostać. Pięknie się to uzupełnia z podejściem jego ojca, więc w czym problem? Zresztą od lat Polacy z wielkim zaangażowaniem walczą o to, aby ludzie wybierali polityków, którzy będą kazać zapieprzać im za miskę ryżu. Dawno powinno się pogodzić z wizją 16 h dnia pracy skoro kochają ryż i ponad niego nie są w stanie mentalnie wyjść.


Anna Rybkowska "Ślady życia. Tom 4: Zapach jesieni"


Czwarty i ostatni tom serii Ślady życia. Jesień przyniesie wyjaśnienie nabokowskich tajemnic. Przynajmniej tych, które pozwolą się okiełznać. Wszak życie też nie odpowiada na wszystkie zadawane pytania…To pożegnanie z bohaterami i z miejscem, ale niekoniecznie rozstanie z ich żywiołami. Przecież każdy ma jakieś swoje Kilimandżaro, więc każdy może mieć i swój Naboków. 

Powyższy opis pochodzi od wydawcy.

Magdalena Zarębska "Będziesz serca biciem"


Miłość nigdy nie jest łatwym tematem. Większość książek traktuje go schematycznie: ona czeka na wielką miłość, spotyka chłopaka, zakochują się od pierwszego wejrzenia i dziewczyna grzecznie czeka na jego ruch, a później jest szczęśliwa z powodu możliwości bycia, z kimś i żyli długo i szczęśliwe. Za jaką cenę? Czy możliwe są rozstania? Czy bycie z drugim człowiekiem musi determinować nasz status i skłaniać do posłuszeństwa, poddania się przemocy? Magdalena Zarębska pokazuje, że w relacjach z innymi ludźmi nie wolno zatracić siebie, pozwolić na przesuwanie granicy poczucia bezpieczeństwa oraz dbanie o posiadanie własnego zdania. Magdalena Zarębska po raz kolejny okazała się mistrzynią poruszania ważnych tematów: od tolerancji, przez uczenie się nowych rzeczy, po odmienne podejście do dbania o planetę. Jej młoda bohaterka nie jest wolna od skrajnych emocji, ale doskonale zdaje sobie sprawę, że agresją i nienawiścią nie rozwiąże żadnego problemu, a może je jeszcze podsycić. Do tego swoją postawą zmusza do refleksji, czy rolą kobiety koniecznie jest podporządkowanie się męskiej/ chłopięcej wizji związku. Spotykamy tu też mądrych dorosłych, którzy tłumaczą, przesuwają granicę samodzielności i pokazują zamiast karać i to przynosi dużo lepsze efekty. Mamy współczesną rodzinę, w której każdy pędzi do swoich obowiązków, ale też ma czas na budowanie więzi, bliskość i zrozumienie.
Link do księgarni, w której można kupić książkę w przedsprzedaży w rewelacyjnej cenie: Będziesz serca biciem - Zarębska Magdalena | Książka w Sklepie EMPIK.COM

Oszuści i oszustki

W mojej bańce fb zawrzało: „Znowu jakaś oszustka zbierała pieniądze na leczenie”. Co jakiś czas wychodzą takie kwiatki. Czy z oszustami coś się robi? Nie wiem. Wiem jedno: takie działania sprawiają, że ludzie nie ufają osobom, które naprawdę potrzebują pieniędzy na leczenie, stają się nieczuli na potrzeby niepełnosprawnych. Zwłaszcza tych, którzy samo o siebie nie zawalczą i do takich na razie należy moja córka, która może jedynie liczyć na to, że ktoś bliski w jej imieniu poprosi o wsparcie. W takim świecie trzeba umieć liczyć, a kiedy umie się liczyć to robić wszystko, aby zabezpieczać przyszłość dziecka, bo Ola jest coraz samodzielniejsza, ale cudów nie będzie i będzie pomagała lekarstw, terapii i pomocy drugiej osoby, ale o tę pomoc nie będzie umiała poprosić. Paradoks polega na tym, że osoby najbardziej potrzebujące nigdy nie są w stanie prosić o wsparcie. Robią to bliscy w ich imieniu.
Wracając do oszustw sama bywam zaczepiana w Internecie i na żywo i proszona o wsparcie. Nie każdy rodzaj wsparcia mogę dać. Mogę pomóc w sprawach urzędowych, ale nie pomogę finansowo, bo my również potrzebujemy środków na terapię. Każdy rok przynosi nam mniej wpływów z 1% i jesteśmy wdzięczni, że w ogóle jeszcze istnieje taka forma pomocy, bo za chwilę może jej nie być. Czasami bywam zaczepiana przez ludzi, którzy kłamią i ja to wiem, a wiem, bo sama choruję na endomentriozę i kiedy słyszę, że ktoś musi na ten cel zebrać sto tysięcy to wyśmiewam, bo to nie jest leczenie, które pochłonęłoby takie koszty. Może z kilkadziesiąt złotych miesięcznie kosztują lekarstwa, ale nie sto tysięcy. W przypadku takich kwot nawet nie pomyślałbym, aby organizować zbiórki. Są jednak osoby pomysłowe, które opowiadają jak wiele pieniędzy wydają na leczenie depresji (później okazuje się, że jej nie mają), zbierają na prywatne konta i nikomu nie zapali się światełko, że powinny zbierać na konto fundacji. I znowu zadaję sobie pytanie o to, dlaczego my nie organizujemy bazarków, nie ogłaszam ciągłych zbiórek?
Z każdego otrzymanego grosza na subkonto fundacji trzeba się rozliczyć za pomocą faktur imiennych. Jeśli macie wątpliwości, co do tego, czy ktoś zasadnie zbiera pieniądze to po prostu sprawdźcie, gdzie płyną pieniądze, bo szkoda, aby w obliczu kilku rozczarowań inni mieli cierpieć.
W takich sytuacjach jestem też niezmiernie wdzięczna Oli patronom za każdą wpłatę. Dzięki Wam, kiedy potrzebowaliśmy pieniądze na wózek nie musiałam organizować zbiórki, bo starczyło nam z własnych środków, których nie musieliśmy, wydać aż tyle na terapię i lekarstwa. W świecie oszustów ludzie ufający i wspierający są niesamowicie wartościowi.

niedziela, 17 października 2021

Tomasz Wantuła "Listy do N. Zapisane w sercu"


„Wobec śmierci wszyscy jesteśmy równi a Ona sprawia, że zanikają wszelkie różnice. Lecz zostaje jedna – sposób, w jaki wykorzystaliśmy czas, który nam dano”.
Śmierć zawsze owiana była tajemnicą i związana z żalem po utracie bliskiej osoby, pustką, która powstaje, kiedy dostrzegamy, że nie ma jej już przy nas. Strach przed śmiercią i jednoczesna konieczność godzenia się z utratą sprawiły, że różne religie stworzyły wizje tego, co nas czeka po zakończeniu życia. Za mało jednak uwagi poświęcono chwili, którą celebrując z bliskimi pozwala na tworzenie więzi. Niektórzy wierzą, że żyjemy po to, aby iść do nieba lub piekła. Później wymyślono czyściec jako alternatywę dającą na niebo. Jednak brakuje spojrzenia na życie jako ciąg lepszych lub gorszych relacji, czas budowania relacji. Kiedy sobie to uzmysławiamy bywa już za późno. Odchodzenie nigdy nie jest łatwym tematem. Mówienie o śmierci często naraża nas na brak zrozumienia. Wolimy pędzić. Dokąd? Do oddawania się swoim nałogom. Dla jednych mogą być to używki, a dla innych praca. We wszystkich brakuje celebracji chwili z bliskimi. I przychodzi taki moment, kiedy trzeba się zatrzymać. W takich chwilach często towarzyszy lekarz. O takich właśnie przeżyciach pisze Tomasz Wantuła, lekarz i wrażliwy słuchacz, który za pomocą „Listów do N. Zapisanych w sercu” zabiera nas w niezwykłą podróż po bardzo różnorodnych losach pacjentów. Dowiadujemy się jak bardzo wyczerpujące jest ratowanie życia
„Bardzo chce spać…
Tak bardzo, aż do mdłości…
Średnio dwie godziny snu na dobę. W kilku ratach. Wszystko we mnie krzyczy – spaaaaaaać!!!
Choć wcale nie brak snu jest najgorszy…”.
Najgorsza jest ciągła konieczność godzenia się z tym, że przegrało się ze śmiercią, zostało się pokonanym przez chorobę i czas, który dany był pacjentowi, a później informowanie bliskich zmarłych o tej stracie. Poczucie bezradności, ale też umiejętność docenienia relacji, jakie stworzyli pacjenci ze swoimi bliskimi oraz bliscy z pacjentami, bo starania nigdy nie są jednostronne i chwilowe. Wymagają czasu, energii, zaangażowania, bliskości i rozmów.
„Czasem jest tak, że nosisz w sobie słowa, które chcesz wypowiedzieć. Nie zawsze wystarcza odwagi i siły, a czasem nikt nie chce wysłuchać.
A czasem nie zdążysz…”.
Bohaterzy, których spotykamy dzięki Tomaszowi Wantule to osoby borykające się z bólem, bezsilnością, złością, buntem, ale też obdarzone wielką miłością, opieką bliskich, miłością. Lekarz pokazuje piękne historie, w których dbanie o więzi, wykorzystywanie własnego czasu na budowanie relacji z innymi ludźmi jest bardzo ważne. Są to teksty niesamowicie zróżnicowane stylistycznie. Często nostalgię i refleksję przeplata duże poczucie humoru, dystansu wynikające z umiejętności wczucia się w sposób myślenia pacjenta, dostrzeżenie i otwarcie się na jego emocje. Losy bohaterów są tak odmienne, jak bardzo różnimy się genetycznie, ostatnie chwile też wyglądają inaczej, a jednak jest coś co je łączy: uświadomienie sobie, że bez zdrowia nic się nie da zrobić:
„Najważniejszą wartością w życiu człowieka jest zdrowie. Wszystko inne jest do osiągnięcia. Jest kwestią czasu. Pomyśl o tym i nie traktuj życia jak oczywistości. Jutro wszystko może się zmienić…”.
Tomasz Wantuła zabierając nas na spacer po myślach pacjentów i ich bliskich uświadamia nas, że czas jest ulotny i trzeba go bardzo szanować, aby u kresu życia nie żałować, że czegoś się nie zrobiło. Uświadamiamy sobie jak bardzo traktujemy własne życie jako oczywistość, a przecież wszystko może szybko się zmienić i wywrócić naszą codzienność do góry nogami.
„Tego, ile czasu zaoferowało nam życie, nikt z nas nie może być pewny – nie wiemy, co zostało nam przeznaczone, co spotyka nas za zaledwie kilka chwil – a przecież nie od dziś wiadomo, że nic nie zostało dane nam na zawsze”.
W opowieści o ulotności wpleciono reprodukcje prac mojej córki. Umiejętne dobranie sprawia, że pięknie wprowadzają w klimat kolejnych historii.










piątek, 15 października 2021

Dlaczego czasami lepiej iść na żywioł zamiast dokładnie planować

Ja i moje plany zawsze jesteśmy niekompatybilne. Zawsze, kiedy coś zaplanuję to wszystko dookoła robi tak, aby nie udało mi się planów zrealizować. Najlepiej wychodzi mi rzucanie się na żywioł: nie planuję tylko działam. Miałam piękne plany: Ola zaśnie o 20:00, a ja sobie przeczytam książkę, której patronuję, żeby dziś o niej napisać. No i miałam nocną imprezkę, bo dziecko stwierdziło, że skoro siedzę i czytam to ono może też posiedzi i tym sposobem już zaczął nam się leniwy weekend z czytaniem, uczeniem się angielskiego. Mamy za sobą książkę, która już za chwilę pojawi się w sprzedaży i zdecydowanie polecam ją nastolatkom oraz ich rodzicom (czasami warto sięgnąć po takie książki, aby z większym zrozumieniem spojrzeć na swoją pociechę)
A jakie Wy macie plany na ten weekend? Co czytacie? Na jakie premiery czekacie? Jakie książki udało Wam się zdobyć?



Leśne śmieci


#uwagadrama
Drama - niedrama? Nie wiem. W każdym razie tak jakoś nieswojo poczułam się, kiedy na jednym ze słupów, przy którym stał kosz na śmieci zobaczyłam taką informację. A wszystko przez to, że zawsze całymi reklamówkami sprzątałam las po regionalnych flejach, niechlujach, śmieciarza, którzy pełną butelkę z piwem są w stanie zanieść do lasu, ale wyniesienie pustej przerasta ich intelektualne (może nawet nie wpadli na to) i fizyczne siły. Wiadomo, butelka strasznie ciężka jest. Zwłaszcza taka pusta, której nie ma motywacji do niesienia. Cała przygoda ze sprzątaniem zaczęła się, kiedy Ola zaczęła stawiać pierwsze kroki i brała wszystko do buzi. Żeby uchronić dziecko przed lizaniem po kimś butelek zwyczajnie zbierałam i wynosiłam. Na początku w pobliżu lasu były kontenery pozwalające na segregację i tam wrzucałam plastik do plastiku, szkło do szkła. Później zniknęły, więc wrzucałam całymi reklamówkami do koszy, bo przecież nie będę leśnych śmieci przynosiła do domu. A teraz zastanawiam się, czy jest sens narażać się na grzywny i postępowania karne w imię sprzątania po kimś lasu, bo jak udowodnię, że puste butelki po alkoholach nie są z domu?

"Nie ma niegrzecznych dzieci" książka Agnieszki Stążki-Gawrysiak z serii "Self-Regulation"

 


NAUCZ SWOJE DZIECKO, JAK RADZIĆ SOBIE Z CODZIENNYMI TRUDNOŚCIAMI. Premiera książki

 “Self-Regulation. Nie ma niegrzecznych dzieci” Agnieszki Stążki-Gawrysiak

 

“Nie ma niegrzecznych dzieci - są tylko takie, którym skończyło się paliwo, czyli energia niezbędna do radzenia sobie z rozmaitymi bodźcami.” - mówi nam Agnieszka Stążka-Gawrysiak, autorka bestsellerowych książek dla dzieci, rodziców i profesjonalistów pracujących z dziećmi. Już 27 października, nakładem wydawnictwa ZNAK emotikon ukaże się jej trzecia publikacja, poświęcona wspieraniu dzieci poprzez Self-Regulation - opartą na badaniach naukowych metodę, która pozwala lepiej rozumieć stres i zarządzać napięciem oraz energią.

 

Choć rzadko o tym myślimy, dzieci często odczuwają stres. Nowe sytuacje, presja czasu, nagromadzenie bodźców ‒ to wszystko sprawia, że trudno im poradzić sobie z napięciem.  Na co dzień nie zdajemy sobie sprawy, że zwykłe dyscyplinowanie uczy dziecko samokontroli, ukrywania swoich emocji i tłumienia potrzeb. A “samoregulacja” (ang. “self-regulation”) pozwala opanować nadmierny stres i zlikwidować przyczynę złego samopoczucia, a nie tłumić samo zachowanie, które z niego wynika. Dzięki niej wszyscy możemy mądrze wspierać dzieci.

 

“Self-Regulation. Nie ma niegrzecznych dzieci” to książka, która składa się z opowiadań dla dzieci, opisujących różne kryzysowe sytuacje dnia codziennego oraz odpowiadających im części skierowanych do dorosłych opiekunów. Powstały one we współpracy z dr Jagodą Sikorą, psychologiem dziecięcym i facylitatorką podejścia Self-Reg. Pomogą one zrozumieć, skąd biorą się trudności dziecka i wesprzeć najmłodszych tak, aby radzili sobie coraz lepiej i rozwijali zdolność do samoregulacji, czyli przywracania równowagi w obliczu różnych stresorów.

 

 - Nie ma niegrzecznych dzieci. Będę szczęśliwa, jeśli lektura tej książki pomoże czytelnikom stworzyć lub wzmocnić w sobie owo przekonanie, bardzo mi bliskie. Jest ono oparte na aktualnej wiedzy z zakresu psychologii rozwojowej i neurobiologii. Dzieci zachowują się źle, kiedy „kończy im się paliwo”, czyli energia niezbędna systemowi nerwowemu do radzenia sobie ze stresorami, to jest rozmaitymi bodźcami wywołującymi napięcie. Kiedy dorośli i same dzieci w taki właśnie sposób patrzą na własne i cudze niewłaściwe zachowania, łatwiej im jest zachowywać się właściwie i osiągać spokój, gdy emocje biorą górę. Wiedza o samoregulacji, czyli zarządzaniu energią i napięciem, sprzyja też budowaniu dobrych, pełnych zaufania, bliskich relacji między dziećmi a dorosłymi - opowiada Agnieszka Stążka-Gawrysiak.

 

Najnowsza książka Agnieszki Stążki-Gawrysiak podpowiada, jak zmierzyć się z typowymi dla dzieci w wieku przedszkolnym trudnościami, takimi jak np.:

     marudzenie przy wychodzeniu do przedszkola,

     problemy w kontaktach z dawno niewidzianymi osobami,

     zazdrość o rodzeństwo,

     kłótnie z rówieśnikami,

     drażliwość po dniu pełnym wrażeń,

     unikanie mycia rąk,

     kłamanie,

     kłopoty z ubieraniem się.

 

Agnieszka Stążka-Gawrysiak - coachka, coachka kryzysowa, trenerka, facylitatorka podejścia Self-Reg, autorka bloga dylematki.pl. Wysoko wrażliwa osoba, żona, mama trzech synów. Pracuje z matkami, które zmagają się z nadmiernym stresem, złością, kryzysem. Pomaga im odzyskać emocjonalną równowagę i zbudować piękną codzienność, a dzięki temu – podarować dzieciom szczęśliwe dzieciństwo.

 

Książki Agnieszki to absolutny fenomen - bardzo rzadko spotyka się pozycje, z którymi zarówno mały czytelnik jak i jego rodzic mogą się tak mocno zidentyfikować. Dzieci wczuwają się w przygody Kuby, Lenki i ich przyjaciół, ja przybijam piątkę z rozterkami, wzlotami i upadkami ich rodziców i opiekunów. Seria książek “Self-Regulation” jest pełna ciepła, szacunku i zrozumienia dla wszystkich emocji, tych które niosą nas do góry, ale też tych które sprawiają, że nie jestesmy do końca sobą. Na koniec dnia płynie z jej ważny morał - wszystkie one są nam bardzo potrzebne. Ważne jest jednak, by umieć je rozpoznawać i radzić sobie z nimi. Według mnie to obowiązkowa pozycja w domowej biblioteczce każdego dziecka, ale też dorosłego, który z dziećmi pracuje. Maja, mama Basi (7 lata) i Jasia (4 lata).

 

W swojej książce Agnieszka pokazała rodzinę, w której każdy każdego wspiera i akceptuje takim, jakim jest. Rodzice pomagają dzieciom radzić sobie z ich emocjami, ale mają też wyrozumiałość dla swoich własnych słabości i nawzajem przychodzą sobie z pomocą. Kiedy tacie brakuje już cierpliwości, wyręcza go mama. I odwrotnie. Kiedy czytam opowiadania Agnieszki, głęboko dotyka mnie płynący z nich szacunek - do przedstawionych tam dzieci i dorosłych, ale też do czytelnika. Zofia, ciocia Michała (4 lata) i Agaty (3 lata).

 

Zapraszamy także do zapoznania się z pozostałymi książkami Autorki: