niedziela, 22 lipca 2018

Obraz 174 (24x30) f. akrylowe


Mateusz Kijowski, Piotr Surmaczyński "Buntownik. Rozmowy niekontrolowane"

Mateusz Kijowski, Piotr Surmaczyński, Buntownik. Rozmowy niekontrolowane, wstęp Adam Michnik, Londyn „Meridian Publishing” 2018
Radykalizacja społeczeństwa zawsze prowadzi do wyboru skrajnej władzy i wielkich przemian społecznych, przewrotów i powolnego izolowania się społeczeństwa. Mateusz Kijowski i Piotr Surmaczyński przyglądają się temu zjawisku z dwóch różnych perspektyw: polskiej i brytyjskiej. Dzięki „Buntownikowi” uświadamiamy sobie jak wiele łączy Polskę i Wielką Brytanię, zaczynamy dostrzegać, że proces odchodzenia od wspólnoty, myślenie kategoriami prowincjonalnych interesów i kierowanie się swoimi uprzedzeniami to nie tylko uroda Polaków. Autorzy krok po kroku prowadzą czytelnika przez ważne wydarzenia, tło ideologiczne, poznamy kulisy tworzenia się KOD-u, ale autorzy skupiają się tu bardziej na tym jakie zmiany zachodziły w społeczeństwie, a nie jakie sami odegrali w nich role.
„Buntownik” to moim zdaniem książka o dwóch buntownikach: Mateuszu Kijowskim, angażującym się w działalność społeczną oraz Piotrze Surmaczyńskim, o którym niewielu Polaków słyszało, ale bardzo angażował się w walce z Brexitem, czyli izolacyjnymi działaniami Brytyjczyków. W naszym kraju o tych wydarzeniach mówiło się mało albo wcale, ale każdy, kto ma znajomych lub rodzinę w Anglii ten zdawał sobie sprawę, że całe dążenia prowadzą do „czystości krwi”, a co za tym idzie: usunięciu z kraju wszystkich, którzy nie mają obywatelstwa. I właśnie ta część dla mnie była ciekawsza, a wszystko przez to, że polską doskonale znałam, bo to przecież moje podwórko. Miło było jednak przeczytać, jak te zmiany w Polsce przebiegały według osoby zaangażowanej.
W świat „Buntownika” wprowadza nas rozmowa Mateusza Kijowskiego z Adamem Michnikiem zastępująca wstęp i pozwalająca młodszemu czytelnikowi znaleźć analogie dotyczące wartości towarzyszących tworzeniu się KOD-u, nawiązanie do KOR-u. Znany polski publicysta dostrzega to, co czytelnik może w relacjach autorów sam odczuć: nie ma w dialogu autorów lekceważenia strony popierającej rząd ani rządzących, nie ma obrażania, a jest próba zrozumienia i wyciągania ręki do osób reprezentujących różne przekonania polityczne, próba spojrzenia na świat z ich perspektywy bez kpienia, że to na pewno głupie.
Po tym nietypowym wstępie, będącym podsumowaniem całej książki znajdziemy stopniowo to, co nas interesuje, czyli historię wydarzeń z perspektywy dwóch uczestników, a także ważne rozwiązania społeczne, dzięki czemu otrzymamy wizję pięknego, wolnego od fanatyzmu kraju, w którym możliwy jest demokratyczny dialog, dbanie o jednostkę.
Obok przemian politycznych ważnymi tematami poruszanymi przez autorów jest miejsce Kościoła katolickiego w życiu społecznym, wypływający antysemityzm z jednoczesnym trzeźwym zaznaczeniem, że skrajne postawy zwolenników PiS nie do końca pokrywają się z poglądami Jarosława Kaczyńskiego. W publikacji nie ma negatywnych emocji, piętnowania, jest za to dostrzeganie, co kto dobrego zrobił dla kraju. Myślę, że cały problem ksenofobii doskonale podsumowują słowa Mateusza Kijowskiego: „Być może też problem polega trochę na tym w relacjach polsko żydowskich, że nie może być na świecie dwóch narodów wybranych…”.
W publikacji nie zabraknie też szerszego wspomnienia na to, jak pokoleniowa pamięć wpływa na nasze spojrzenie na świat, kształtowanie się poglądów, tworzenie uprzedzeń, przebijania się do głosu ludzi, których Jose Ortega y Gasset nazywał masami, a ich zachowanie buntem mas: czyli bycia dumnym z niewiedzy i jednoczesne żądanie władzy i przywilejów postrzeganych jako osobiste zyski oderwane od odpowiedzialności społecznej.
Ze względu na obecność w naszym politycznym pejzażu czarnych protestów w książce nie zabraknie również problemu całkowitego zakazu aborcji. Przy okazji autorzy poruszą szereg ważnych problemów jakie niesie za sobą łączenie nauki z religią. Poznamy też historię 31-letniej Savity Halappanavar, która zmarła po poronieniu septycznym przez odmowę dokonania aborcji. Problem aborcji jest to przedstawiony jako odcięcie kobiety od właściwej opieki okołoporodowej. Do tego pojawia się ważny głos dotyczący tego, kto odpowiada za dzieci: państwo czy rodzice? Kiedy zaczyna się życie?
„Buntownik. Rozmowy niekontrolowane” to jedna długa rozmowa Mateusza Kijowskiego z Piotrem Surmaczyńskim. Żaden z autorów nie pozuje tu na wszechwiedzącą gwiazdę. Raczej mamy do czynienia ze zdziwieniem, próbą poszukiwania, w jaki sposób rozumieć poglądy innych, co nie znaczy, że nie brakuje w niej też cynizmu i żartowania z barku konsekwencji w wypowiedziach polityków. Do tego autorzy nie prezentują tylko jednego sposobu spojrzenia (opcji politycznej) na różne sprawy. Mamy tu do czynienia z dwoma perspektywami, często odmiennymi poglądami, ponieważ opartymi na odmiennych doświadczeniach i to sprawia, że publikacja nie jest nudnym zagłaskiwaniem się rozmówców chwaleniem swoich poglądów tylko dyskusją o ważnych społecznie tematach i pokazywaniem różnych wątpliwości, argumentów przeciwników.
Nie należę do miłośniczek KOD-u, nie jestem też miłośniczką PiS-u i muszę szczerze przyznać, że do książki podeszłam bardzo sceptycznie. Różnorodne afery wokół Kijowskiego zdecydowanie odstraszały i bałam się, że będzie to publikacja pokazująca go jako bohatera-cierpiętnika. Na szczęście nie ma tu takiego zabiegu. Za to dostajemy mądry dialog dwóch osób, które nie upierają się przy swojej wizji świata tylko są otwarte na spojrzenie innych i to właśnie przebija w rozmowie.



Obraz 232 (papier, A3, f. plakatowe)


sobota, 21 lipca 2018

Obraz 233 (papier, A3, f. plakatowe)


„Supermarket” reż. Maciej Żak

Zakupy – czynność, którą większość ludzi robi każdego dnia, a nawet kilka razy dziennie. Ci, którzy mają bliskich od tych spraw też mieli okazję chociaż raz w życiu kupować to czy owo. Sklepy są nam dobrze znane: pułki, ekspedientki (coraz częściej na portalach z pracą nazywane specjalistkami ds. handlu), sprzątacze, ochrona, kierownik. Z punktu widzenia klienta całość tworzy piękną zgraną sielankę wygodnej pracy. Ochroniarze często bywają postrzegani jako ofiary losu, które nie potrafiły znaleźć innej pracy; ekspedientki jako niedocenione kobiety wykorzystywane i tresowane przez pracodawcę ("Dzień kobiet" reż. Marii Sadowskiej). W filmie „Supermarket” wszystkie te stereotypy są powielane i uwypuklane. Mamy do czynienia z różnorodnymi typami pracowników: od otyłych przez kapo po fajtłapowatych, czyli cały przegląd społeczeństwa w supermarketowej pigułce. Mimo tego wszystko jakoś działa do czasu, kiedy właściciel supermarketu grozi ochronie, że jeśli zginie cokolwiek to pożegna się z nimi po świętach.
Nadgorliwość w tym filmie prowadzi do paradoksalnych zachowań ochrony, która nie tylko depcze prawa ludzi, ale nie stroni też od użycia przemocy.
Życie pracowników splata się ze świąteczną podróżą bogatego małżeństw okradzionego z akumulatora w samochodzie. Zwykłe zakupy w supermarkecie mężczyzny kończą się wielogodzinnym oczekiwaniem na parkingu z walizką kosztowności przez żonę i jednym trupem.
„Supermarket” jest filmem zupełnie odmiennym od „Dnia kobiet”. To nie pracodawcy, sieć sklepów wyzyskuje ludzi, ale ludzie sami tworzą sobie  warunki więzienne i nadużywają danej im władzy, przez co jednego wieczoru zostają skrzywdzone dwa istnienia.
Film zaczyna się więzienną sceną: zabieranie mordercy popełniającego samobójstwo na salę operacyjną. Dopiero później dowiadujemy się, w jaki sposób delikatny chłopak marzący o innym życiu i posiadający pasję zostaje wrobiony w morderstwo. Śmierć niewinnego człowieka i jego niewielki, ale istotny wkład do owej tragedii sprawiają, że nie buntuje się przeciwko uwięzieniu. Za swój mały błąd płaci życiem, ponieważ nikt mordercy popełniającego samobójstwo nie chce ratować, nawet przed wydaniem wyroku. Prawdziwi zbrodniarze zostają na wolności. Radosne święta zmieniły się dla kilku osób w życiową tragedię. Powolna akcja może irytować, ale dodatkowo nasyca film tragizmem.

W filmie znajdziemy sporo przemocy, przez co nie należy oglądać do w towarzystwie dzieci (jeśli nie chcemy zafundować im traumatycznych przeżyć). Mogę go śmiało zaliczyć do dobrego polskiego kina pokazującego pewne problemy społeczne wynikające z posiadania władzy. Przebija w tym filmie wiele teorii dotyczących badań nad przemocą w więzieniach i wykorzystywaniem władzy, o czy w swojej książce pisał Loïc Wacquant


„Supermarket” reż. Maciej Żak

Obraz 234 (papier, A3, f. plakatowe)


"Złodziejka opowieści" Joanny M. Chmielewskiej

Jaki układ wiąże Tamar – żywiołową autorkę bestsellerów ze spokojną, obowiązkową Martą? Dlaczego Marta podporządkowuje się ustalonym przez Tamar zasadom, które komplikują jej relacje z ludźmi, rujnują związek z Filipem, a wreszcie zmuszają do zmierzenia się odpowiedzialnością za ludzkie życie? Co się stanie, gdy Marta zakwestionuje przyjęte wiele lat temu reguły?
Złodziejka opowieści to książka o zaborczej pasji, ukrytej sile tajemnicy, mocy opowieści i poszukiwaniu własnej tożsamości.

piątek, 20 lipca 2018

Obraz 235 (papier, A3, f. plakatowe)


studia i praca - czy to idzie w parze?

Rzesze pasożytniczych firm trupów, jednoosobowych korporacji, agencji pracy, pośredników pracy zachęcają studentów do praktyk, staży, pracy. Wszystko za darmo i półdarmo w imię zdobywania kwalifikacji, bo ponoć na studiach w Polsce człowiek niczego się nie uczy, a po studiach, którym towarzyszyło „błogie nieprzepracowanie” jest niezdatny do pracy na jakimkolwiek stanowisku. Na studiach trzeba nie tylko zdobyć doświadczenie, ale i zaliczyć odpowiednio długi staż pracy (najlepiej dziesięcioletni), aby dostać wymarzoną pracę na umowę zlecenie lub z koniecznością założenia działalności gospodarczej czy móc pochwalić się w PUP-ie.
Z mojej perspektywy (pracowałam całe studia) jest to idiotyzm. Student ma studiować i do tego powinna ograniczać się jego praca. Reszta to marnowanie swojego potencjału, czasu i zwiększanie bezrobocia, ponieważ zabieramy miejsca pracy bardziej potrzebującym (osobom mającym rodziny na utrzymaniu). Student ma prawo do stypendium socjalnego, naukowego itd. itp. Wsparć jest wiele i nie powinno być nikomu wstyd (czego mnie nikt nie nauczył) brać kasę za ciężką pracę zwaną nauką na pełny etat tym bardziej, że polska nauka stoi (ponoć) na bardzo niskim poziomie i trzeba walczyć o podnoszenie go. Nie da się go podnosić, kiedy student opuszcza zajęcia, a kiedy już się pojawia jest nieprzygotowany, ponieważ musiał pracować.
Studiowałam siedem lat dwa kierunki. W tym czasie zaliczyłam koło dziewięciu firm. W każdej dostawałam umowę zlecenie na miesiąc do dwóch, przedłużaną po trzy razy, a później dostawałam miesiąc czy dwa wolnego (ponoć nie wolno więcej niż trzech umów zlecenie pod rząd dawać) i w tym czasie pracowałam w innym miejscu. Praca zawsze była. Najdłużej bez dodatkowego zajęcia byłam tydzień. Jak na czas siedmiu lat to bardzo mało.
Pracę straciłam, kiedy zaszłam w ciążę. Umowa się skończyła. Nikt kolejnej nie chciał podpisać, bo z ciężarnymi się umów nie podpisuje. Po pół roku skończyłam studia i trafiłam do PUP-u, gdzie ani nie dostałam zasiłku dla bezrobotnych (umowy zlecenia dla studentów) ani staż pracy się nie liczył (umowy śmieciowe się nie liczą). Moje jedyne doświadczenie z punktu widzenia urzędników i pracodawcy to tylko skończone studia.
Mówienie studentom, że przez pracę podczas studiów zdobędą możliwość szybszego wejścia na rynek pracy jest oszukiwaniem ich. Wszystkie osoby, które wiem, że podczas studiów pracowały obecnie są bezrobotne lub pracują na umowy zlecenie czy o dzieło. Jeszcze lepszy paradoks: koleżanka została zatrudniona (pracodawca szczerze się do tego przyznał) dlatego, że podczas studiów skupiła się na zdobywaniu wiedzy, a nie pracy po galeriach czy biurach.
Kto na tym zarabia? Wszyscy wymienieni w pierwszym akapicie. Kto cierpi? Całe społeczeństwo, w którym rośnie bezrobocie i upada nauka, na którą pracujący student nie może mieć czasu, więc ekspertem na pewno nie zostanie (chyba że będzie niesamowicie zdyscyplinowany i regularnie będzie zarywał nocki, ale praca na trzy etaty jest fizycznie niemożliwa).

"Wiecznie żywy" reż. Jonathan Levine

Jestem zdecydowaną przeciwniczką filmów, książek, komiksów itd. itp. z wampirami, duchami i zombie. Do obejrzenia filmu ”Wiecznie żywy” skłoniła mnie wieczorna nuda związana z brakiem dostępu do jakiegokolwiek innego filmu i brak sił na czytanie czy pisanie kolejnej książki. Mimo mojego negatywnego nastawienia do tego typu filmu obejrzenie go nie było stratą czasu. Fabuła przypomina inne filmy tego typu, ale jednocześnie (mimo przewidywalności) troszkę zaskakuje pomysł twórców.

Skąd się wzięli zombie? Nikt nie wie. Gromadka ocalonych ludzi poszukuje lekarstwa na leczenie ich lub chociaż ratowanie gatunku ludzkiego. Sami zombie dzielą się na dwie kategorie: zarażeni z resztkami wyrzutów szumienia i szkieletory zjadające wszystko, co staje na ich drodze (łącznie z własnym ciałem).
Gromadka ludzi mieszkających w zabezpieczonym obozie musi wyprawić się po jedzenie i lekarstwa do miasta (po latach są tam jeszcze zapasy, co jest nieprawdopodobne!). Pech chciał, że przez własne roztargnienie i upór trafiają na grupę zombie, którzy również szukają jedzenia (ludzi). Owo nieszczęście staje się szansą do uleczenia zarażonych. Zjedzenie mózgu zakochanego, ale ostrożnego w angażowaniu się w związek  młodzieńca sprawia, że zombie nie zjada dziewczyny, lecz ją ratuje. Rodzące się w nim uczucie podsycane regularnym konsumowaniem mózgu chłopaka sprawia, że wraca do żywych, przez co naraża się na niebezpieczeństwo ze strony wcześniejszych współbraci. Wydawałoby się, że zdrowa dziewczyna i były zombie nie mają szans na przetrwanie. Jednak główni bohaterowie muszą żyć. Ich śmierć zakończyłaby film, a on jeszcze trwa, aż do wielkiej wojny między ludźmi i szkieletorami sprowokowanych przez bijące serca zakochanych. Czy ta miłość przetrwa? Po czyjej stronie staną zombie? W jaki sposób można uratować ludzkość przed takim kataklizmem? Dlaczego miłość tak bardzo może odmienić losy milionów istnień?
Koniec filmu niesie swoistą refleksję: wyzbycie się z uczuć do otaczających ludzi, izolacja ze społeczeństwa sprawia, że stajemy się martwi. Powtarzana jest tu odwieczna prawda trwania człowieka w społeczeństwie i niemożliwość bycia człowiekiem poza nim, w oderwaniu od innych ludzi i miłości, która spaja więzi.
Film na pewno nie jest przeznaczony dla dzieci, ale (biorąc pod uwagę rzeki lejącej się krwi w innych filmach) może go obejrzeć już nastolatek (chociaż jestem przeciwniczką pokazywania dzieciom tego typu filmów). Co znajdzie w tym filmie widz? Na pewno wspomniane już przeze mnie przesłanie, że współpraca i miłość pomagają w trwaniu zdrowych jednostek. Obojętność i nienawiść dla innych przeradzają się w negatywne uczucia wobec siebie i zabijanie własnej indywidualności.
Wiecznie żywy reż. Jonathan Levine

tytuł oryginału: Warm Bodies


Obraz 236 (papier, A3, f. plakatowe)


czwartek, 19 lipca 2018

Bydgoszcz, Radom, Poznań i Warszawa z Zakamarkami

Już za moment półmetek wakacji,
podróżujemy, pływamy, zwiedzamy,
zapisujemy się na Zakamarkowe warsztaty!

Zakamarkowe książki na Madalinie


W dniach 21-22 lipca 2018 w godz. 12:00-18:00
zapraszamy do starej zajezdni tramwajowej w Poznaniu
na weekend Wokół mody na Madalinie.
W sobotę zapraszamy na Zakamarkowe stoisko
z książkami w rabatach do -40%,
a o godz. 15:00 spotkajmy się podczas
warsztatów na podstawie książki
Martina Widmarka Tajemnica mody.
Wstęp wolny.

Madalina
ul. Madalińskiego 17
Poznań

Albert i Nusia
w Niedzielnych poczytajkach



22 oraz 29 lipca 2018 o godz. 10:00 i 11:30
zapraszamy na Niedzielne poczytajki do Warszawy.

Oprócz głośnego czytania Zakamarkowych książek,
będzie slajdowisko i zajęcia plastyczne.

W niedzielę 22 lipca spotkamy się z Albertem Albertsonem,
bohaterem książek Gunilli Bergström,
tydzień później - 29 lipca - główną bohaterką spotkania będzie Nusia
z książek Pii Lindenbaum.

Więcej informacji TUTAJ.

Prowadzenie: Mysie Harce
Wstęp: 20 zł (dziecko)
Zapisy: tel. 698 335 893

Kamienica Zagadek
ul. Bracka 18
Warszawa

Książkowo-PomySŁOWO


W środę 25 lipca 2018 o godz. 11:00
zapraszamy na spotkanie z trylogią Evy Susso i Benjamina Chauda
o Babo, Bincie i Lalo
przygotowane przez Fundację Cali Mali.

Książkowo-PomySŁOWO to autorskie warsztaty
pełne pomysłów na wspólne zabawy wokół książek,
wspierające rozwój dzieci.
Uczestnicy kreatywnie spędzą czas, bawiąc się słowem,
rytmem, dźwiękiem, muzyką, ruchem
i wspólnie stworzonymi instrumentami.

Spotkania przeznaczone są dla dzieci w wieku 1-3 lat z opiekunami.

Wstęp: min. 15 zł, cegiełka na remont lokalu Fundacji Cali Mali
Zapisy: warsztaty.calimali@gmail.com

Więcej informacji TUTAJ.

Rodzinna Kawiarnia Akuku,
ul. Marcelińska 96a/205
Poznań

Chcemy nasze czapki!
w Bydgoszczy


W piątek 27 lipca 2018 o godz. 17:00
zapraszamy do Bydgoszczy
na Wakacyjne Czytanie i Działanie.

W Kamienicy 12 odbędą się warsztaty z książką
Chcemy nasze czapki! Evy Lindström.
Po lekturze uczestnicy oddadzą się kreatywnym aktywnościom.

Obowiązują zapisy: tuczytam@op.pl (temat: "środa 25")
O uczestnictwie decyduje kolejność zgłoszeń.

TuCzyTam. Kamienica 12
ul. Poznańska 12
Bydgoszcz

Lasse i Maja w Laboratorium Wyobraźni


W sobotę 28 lipca 2018 o godz. 12:00 i 14:00
zapraszamy na warsztaty z cyklu Posłuchaj, poczytaj, poeksperymentuj!
do Laboratorium Wyobraźni w Poznaniu.

Spotkania z książką Wakacje z Lassem i Mają. Co się nie zgadza? Martina Widmarka
połączone będą z wizytą w Experymentarium i eksperymentami chemicznymi.

Warsztaty dla dzieci w wieku 5 lat i ich opiekunów.

Opis warsztatów i bilety TUTAJ.

Wystawa Zielona
Laboratorium Wyobraźni (budynek  B)
ul. Rubież 46
Poznań

www.wyobraznia.ppnt.poznan.pl

Fosa pełna kultury - Skandynawia
W dniach 28-29 lipca 2018 od godz. 16:00zapraszamy na Fosę pełną kultury do Radomia.
Wśród wielu atrakcji związanych ze Skandynawią
warsztaty detektywistyczne na podstawie Zakamarkowych książek
oraz stoisko z książkami w atrakcyjnych cenach.
W niedzielę 29 lipca:
o godz.16:00 - warsztaty dla dzieci w wieku 6-9 lat
na podstawie serii Martina Widmarka
Biuro Detektywistyczne Lassego i Mai,

o godz. 17:00 - warsztaty dla dzieci w wieku 8-12 lat
na podstawie książki Martina Widmarka
Antykwariat pod Błękitnym Lustrem.

Miejski Ośrodek Kultury
AMFITEATR
ul. Parkowa 1
Radom

www.amfiteatr.radom.pl

"Lucky Luke" 51 i 61 album

Lucky Luke – legenda Dzikiego Zachodu, bohater kultowego serialu animowanego, na którym się wychowałam powraca w kolejnych odsłonach: „Polowanie na duchy” i „Daisy Town”. Oba to wynik współpracy Morrisa z dwoma różnymi artystami, co jest powszechne w przypadku historii o najsłynniejszym kowboju.
Wielu osobom Lucky Luke przede wszystkim kojarzy się z animowanym serialem bardzo popularnym w latach 90 XX wieku. Pierwowzorem tej lekkiej i przyjemnej rozrywki były komiksy belgijskiego rysownika i scenarzysty Morrisa (czyli Maurica de Beverego), który pragnął stworzyć film rysunkowy o Dzikim Zachodzie. Nim doszło do realizacji studio filmowe zbankrutowało, a szkice przerobiono na komiks, który od 1947 roku podbija serca małych i dużych miłośników westernów. Od 1955 roku seria komiksów powstawała przy współpracy z Reném Goscinnym (znanym z opowieści o Asteriksie), a później kontynuowali ją miłośnicy opowieści o kowboju, dzięki czemu pomysły Morrisa są realizowane. Nad przygodami kowboja pracowali Achdé, Gerra i Pessis zabierający nas w świat Dzikiego Zachodu i bardzo dobrze oddający ducha oryginału (także pod względem szaty graficznej). Pisałam również o efekcie pracy Goylouisa, Fuche, Léturgie z ilustracjami Morrisa i Janviera. Wszystkie godne uwagi, a dziś po raz kolejny zabieram Was do kolejnych tomów wydawanych przez Wydawnictwo Egmont. Dostajemy w nich wszystko to, co znamy, czyli Dziki Zachód prażący promieniami słońca i słynący z band rozbójników, galopujących Indian i bohaterskiego Lucky Luke’a – najszybszego rewolwerowca i najgorszy koszmar braci Daltonów, najbardziej znanych gangsterów. Towarzyszą mu inteligentny koń Jolly Jumper i mający problemy z pamięcią oraz myśleniem pies Bzik. Mimo upływu czasu komiksy z kowbojem ciągle cieszą się powodzeniem
Zacznę od tomu, który bardzo przypadł mi do gustu ze względu na pojawiającą się w nim interesującą bohaterkę. „Polowanie na duchy” zaczyna się dość brutalnie i zaskakująco: jesteśmy świadkami napadu (tak nam się przynajmniej na początku wydaje). Szybko uświadamiany sobie, że to nie napad tylko niezadowolona klientka składa „reklamację” w słynnej kompanii Wells Farago. Okazuje się, że zamówiony przez kobietę nowy winchester zaginął z całym dyliżansem, a pracownicy nie wiedzą jak do tego doszło. Calamity Jane nie jest typową damą: nie zamierza załamać się tylko bierze sprawy w swoje ręce i rusza na poszukiwania. Nim jednak wyruszy w mieście pojawi się Lucky Luke, który dostaje zlecenie od kompanii, aby uchronił kolejny dyliżans przed rabusiami, a poznana kobieta przebiera się w damskie fatałaszki i staje się pasażerką. Wszystko po to, by odzyskać wymarzoną broń. Po drodze nie zabraknie kilku napadów, które okażą się nie tymi, pojawi się kilka zwrotów akcji i nie zabraknie tajemniczych tytułowych duchów. Cała przygoda jak zwykle skończy się szczęśliwie.
Sześćdziesiąty pierwszy album obfituje w wyrazistych i bardzo różnorodnych bohaterów. Obok dwójki głównych bohaterów znajdziemy podekscytowaną niebezpieczeństwem i przygodami panienkę, ciotkę-przyzwoitkę, malutkiego i słabego senatora, który zgrywa wielkiego bohatera, zabobonnego barmana, złoczyńców, Indian. Wszelkie nadprzyrodzone zjawiska pięknie wyjaśnione przez głównych bohaterów, którzy w przeciwieństwie do innych kierują się logiką i zdrowym rozsądkiem.
Całość bardzo prosta, zabawna, z szybką akcją, przyciągającymi wzrok ilustracjami doskonale oddającymi uroki westernów. Lucky Luke należy do bohaterów znanych mojemu pokoleniu. Niezwykłe wyczyny niepozornego, chudego kowboja kończące się odjazdem w stronę zachodzącego słońca.
„Polowanie na duchy” to efekt pracy Morrisa i Lo Hartoga Van Banda znanego z opowiadań o komiksowych bohaterach Hanny Barbery oraz serii o misiach w pociągu. Jego twórczość cechuje dodawanie elementów magicznych i okultystycznych i tak właśnie jest w dwóch tomach, które stworzył z Morrisem: „Fingers” i „Polowanie na duchy”. W obu mamy do czynienia z niewyjaśnionymi zjawiskami, nad którymi Lucky Luke musi zapanować.
Pięćdziesiąty pierwszy tom zatytułowany „Daisy Town” jest bardziej „tradycyjny” od tego z Calamity Jane. Główną postacią jest tu tylko Lucky Luke i żadna wyrazista osobowość nieprzysłania niezwykłości kowboja. Do tego jest to piękna historia o pierwszych osadnikach, woli pracy, chęci rozwoju. Podróżujący przez prerię ludzie osadzają się tam, gdzie znajdują minimum zieleni. Jest to zaledwie samotna stokrotka, ale te niesprzyjające warunki nie przeszkadzają na zbudowanie pięknego i szybko rozwijającego się miasta (tylko skąd oni mieli tyle drewna?), które powstawało od podstaw, czyli pojawienia się najważniejszego budynku. Nie, nie będzie to dom tylko saloon. Następnie zbudowano więzienie, bank, a później całą resztę. Rozwijające się miasto skutecznie przyciąga różnego rodzaju złoczyńców. Po wypędzeniu „rodowitych” pojawiają się tu nasi ulubieni, czyli bracia Dalton marzący o stabilizacji i władzy. Jak potoczą się losy mieszkańców i naszego bohatera przekonajcie się sami. Zakończenia nie muszę przed Wami ukrywać, bo doskonale je znacie: kowboj po zakończonej misji odjeżdża w stronę zachodzącego słońca.
„Daisy Town” powstał przy współpracy Morrisa i Gościnny’ego, czyli mamy tu znany humor, kilka zwrotów akcji, parę strzelanin, przerysowania i doskonale znane na nam kreska oraz kolorystyka oraz interesująca akcja. Do tego autorzy poruszają ważny motyw postępu, ciężkiej pracy, demokracji, wyborów, przestępczości, skorumpowania, manipulacji.