wtorek, 13 listopada 2018

Dariusz Muszer "Baśnie norweskie"


Dariusz Muszer, Baśnie norweskie, przedmowa Dariusz Muszer, Szczecin, Bezrzecze „Forma” i „Fundacja Literatury imienia Henryka Berezy” 2018
„Był sobie pewien król, który (…)”, „Gdy Pan Jezus i święty Piotr chodzili jeszcze po ziemi, przybyli pewnego dnia do (…)”, „Żył sobie ongiś pewien biedny człowiek, który (…)”, „Był sobie pewien chłop, który (…)”, „Żyła sobie kiedyś pewna stara kobieta, która (…)”, „Daleko, daleko stąd (…)” – takimi słowami Dariusz Muszer wprowadza nas w świat baśni norweskich. Pierwsze, co nas zaskakuje to objętość książki. Ponad czterysta stron kryje w sobie dziewięćdziesiąt baśni o różnej długości: jedne zajmują niecałe pół strony, inne kilka, jedne są jednowątkowe, a inne przypominają streszczenia wielowątkowych, rozbudowanych powieści fantastycznych. Tematyka także jest bardzo różnorodna: jedne przypominają bajki z motywami zwierzęcymi pokazującymi przebiegłość niektórych zwierząt, inne objaśniają świat, wygląd zwierząt, tłumaczą zjawiska przyrodnicze, a jeszcze inne pozwalają nam wejść w relacje międzyludzkie, przyjrzeć się zawiści, uprzedzeniom, dyskryminacji (od wiekowej przez majątkową po płciową) i niesprawiedliwości. Nie zabraknie w nich również nawiązania do apokryfów. Motyw Jezusa, świętego Piotra czy Marii ubrany jest w baśniową otoczkę, w której czary i cuda są sobie równe. Wydźwięk wszystkich jest jeden: spryt, pracowitość, umiejętność myślenia, upór, bezwzględność i dobre serce, bezwzględne posłuszeństwo oraz pobożność pomagają osiągnąć cel. Natomiast próba przeciwdziałania przeznaczeniu, plotkarstwo, zawiść, uprzedzenia, przechwalanie się, pomówienia, podporządkowanie regułom (innym razem łamanie ich) nie może skończyć się dobrze. W będących wynikiem wielopokoleniowej pracy anonimowych twórców utworach znajdziemy motywy znane nam z baśni braci Grimm i Charles'a Perraulta. Odkryjemy w nich bardzo dobrze znany nam z „Pani Zamieci” motyw „sióstr”: faworyzowanej córki macochy i poniewieranej córki ojca, który z różnych powodów nie jest w stanie stanąć w obronie własnego dziecka. Przetwarzany na wiele sposobów: od znanego nam motywu wpadnięcia do studni i służby zakończonej nagrodą w przypadku pracowitej dziewczyny i kary dla leniwej. Tyle, że w norweskich baśniach zamiast wróżki częściej pojawiają się trollice czujące obowiązek zapłaty, ale niechętne do jej dokonania, dlatego stosujące różne chwyty mające nagrodzonego bohatera pozbawić nagrody, a później starać się go okraść. Tak jak u Grimmów i Charles'a Perraulta dobrym i pracowitym ludziom sprzyja przyroda, pomagają siły nadprzyrodzone oraz postacie biblijne. Często pojawia się również motyw trzech braci. Najmłodszy jako najmniej doświadczony i najsłabszy traktowany jest tu z pogardą. Szybko okazuje się, że sama siła to mało. Do osiągnięcia celu często potrzebny jest spryt i pomoc magicznych zwierząt, zaklętych w nie przez trolli ludzi. Pracowici ludzie bywają też wynagradzani przez siły przyrody. I tak opowieść o wietrze Północnym pozwala wejść w motywy samo nakrywającego się stolika (tu obrusa), kijów samobijów, złotodajnych osłów. Będą też złote kaczki, magiczne lipy. W książce nie zabraknie też motywów spółek niedźwiedzia z lisem. Znane nam z bajek przygody tu podano w formie nieco dłuższej, napisanej prozą. Nie może też zabraknąć diabła: pokonanego przez spryt ludzi, którzy zawierzyli mu swoją duszę.
To, co może zaskoczyć polskiego czytelnika to odmienny układ sił społecznych, mniejszy rozłam między władcami, ich służbą i chłopstwem, dlatego przejście z jednej klasy do drugiej nie jest takie zaskakujące. Władcy nie mają tu majestatycznych zamków tylko bardziej coś w rodzaju dużych zagród, o które trzeba dbać. Kolejne zaskoczenie przychodzi, kiedy uzmysławiamy sobie, że biedni bohaterzy nie zachowują się uniżenia wobec bogatych. Chociaż pogardę dla biedniejszych u tych drugich można spotkać. Zwykle wówczas majętny bohater uzmysławia sobie, że popełnił błąd. Bardziej też ceniona jest tu pracowitość niż pozycja społeczna. Zaradny chłop ma większe szanse na zdobycie ręki księżniczki niż leniwy książę. To troszkę przypomina idealne społeczeństwa kreślone przez José Ortegę y Gasseta marzącego o społeczeństwie, w którym przynależność do elity nie jest dziedziczona tylko trzeba sobie ją wypracować. Praca w baśniach norweskich jednak nie wygląda tak jak my byśmy sobie to wyobrażali. Co prawda jest trud, ale jest to trud innego rodzaju: bardziej intelektualny niż fizyczny. Awansujący bohaterzy zwykle udają się na długie wyprawy, okradają i zabijają trolle przypominające wielogłowe monstra lub smoki albo znanych nam olbrzymich, żarłocznych wielkoludów i wilkołaków podkarmiających ludzi, aby móc ich zjeść. Motyw znany z „Jasia i Małgosi” tu dostaje kostium młodzieńca pragnącego uchronić się przed karą dla ofiary pomówień. Młody mężczyzna woli udowodnić królowi, że potrafi to, o czym mówią jego wrogowie niż tłumaczyć się i stracić życie. Zamknięty w trollowej komórce i bardzo dobrze karmiony podsuwa swoim nadzorcom gwóźdź, patyk, aby uniknąć szybkiego zjedzenia, a następnie podstępnie zabija trollicę i daje jej ojcu (zamiast siebie) do zjedzenia. Zło zostaje tu surowo ukarane, a dobry chłopak zyskuje duże bogactwo pozwalające mu na poślubienie księżniczki i tym samym awans społeczny.
„Baśnie norweskie” zachwycają, pozwalają nam przenieść się do świata baśni, motywów przetwarzanych w książkach norweskich pisarzy, poznać odmienne zależności społeczne, nieco inne wykorzystanie znanych motywów. Ponad to Dariusz Muszer w przedmowie uświadamia czytelników, że baśnie – wbrew naszym przekonaniom – to nie utwory dla dzieci tylko dla dorosłych: tworzone przez nich i dla nich. Wyłaniająca się z opowieści brutalność bliska jest tej znanej z oryginalnych baśni braci Grimm i Charles'a Perraulta. Mają też podobne początki istnienia w formie piśmiennej: zebrane i spisane przez duet badaczy w XIX wieku, dzięki którym nie tylko poznaliśmy te opowieści, ale i mogliśmy wejść w okoliczności ich powstania. Nurt narodowo-romantyczny skłonił wówczas pisarzy i badaczy do poszukiwań w ludowych motywach, sięgania do twórczości średniowiecznej przetwarzanej przez kolejne pokolenia. Zawarte w „Baśniach norweskich” utwory to wynik prekursorskiej pracy Petera Christena Asbjørsena i Jørge’a Moe’a. Przetłumaczone przez Dariusza Muszera baśnie językowo nawiązują do znanej nam baśniowej stylistyki, ale pozwalają poznać świat nieco innych wartości i zależności. Autor przybliża nam również początki języka norweskiego będącego zaskakującym zlepkiem kilku. Z przedmowy dowiemy się również, w jaki sposób baśnie zawędrowały do miejskich domostw. Czytając kolejne utwory uświadomimy sobie, że pojawiają się w nich elementy znane z książek wybitnych pisarzy wychowanych w kulturze nordyckiej.
„Baśnie norweskie” to prawdziwa uczta dla każdego, kto lubi wchodzić w świat odmiennej kultury, poznawać inne spojrzenie i skróty językowe. Na pewno będzie to książka przydatna również dla ludzi uczących się norweskiego. Baśnie pomogą w zrozumieniu wielu frazeologizmów, skojarzeń językowych. Zdecydowanie polecam.








poniedziałek, 12 listopada 2018

Spotkanie autorskie z Ewą Karwan-Jastrzębską i Józefem Wilkoniem

Muzeum Książki Dziecięcej Biblioteki Publicznej m.st. Warszawy zaprasza na spotkanie z Ewą Karwan-Jastrzębską i Józefem Wilkoniem z okazji premiery ich najnowszej książki pt. "Krowa kolorowa", wydanej nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Rozmowę z autorami poprowadzi Dorota Rożek.

Wszyscy zainteresowani będą mogli także obejrzeć wystawę książek o krowach i wziąć udział w konkursie "Narysuj mi krowę".

Spotkanie odbędzie się 13 listopada o godz. 18.00 w sali konferencyjnej gmachu im. St. Kierbedziów (Biblioteka na Koszykowej, ul. Koszykowa 26/28).

-------------------------------------------------------------------------------------------
O krowach pisało wielu poetów – od Gałczyńskiego przez Brzechwę po Chotomską, ale żaden nie napisał zbioru wierszy wyłącznie o krowach, tak w dodatku różnych.

Dzieci lubią krowy, bo zwierzęta te nie są w swej naturze, pomimo dużych rozmiarów, agresywne. Wręcz przeciwnie – krowy zachowują się przyjacielsko, a nawet (co zostało naukowo potwierdzone!) lubią się bawić. Podobnie jak ludzie, źle znoszą samotność.

Zaprzyjaźnijcie się ze stadem kolorowych krów, żyjących w poezji Ewy Karwan-Jastrzębskiej. Spotkacie tam Pyzię, krowę Józefa Wilkonia, krowę marzycielkę, szybkobiegaczkę, czy śmieszkę. A na złą pogodę polecamy krowę burzową. Widzieliście, że takie też istnieją?
[opis wydawcy]

Spotkanie autorskie z Beatą Sabałą-Zielińską


empik (Marszałkowska 116/122, Warszawa)
Marszałkowska 116/122, 00-017 Warszawa

piątek o 18:00 – 20:00

Serdecznie zapraszamy na spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć", oraz ratownikami - bohaterami jej książki. Spotkanie poprowadzi Anna Król - pisarka i aktywistka kulturalna.

Opis tytułu:
Ile trwała najdłuższa reanimacja? Jakie szanse na przeżycie ma człowiek w lawinie? Dlaczego akcje jaskiniowe uważane są za jedne z najtrudniejszych? Jaka była najdłuższa wyprawa TOPR? Czy śmigłowiec Sokół przyleci po rannego zawsze i o każdej porze? Jaką rolę w ratowaniu ludzi odgrywają toprowskie psy? Jak dalece ratownicy ryzykują własne życie? Co ich motywuje? Co denerwuje? Jak się szkolą? Co umieją?
Ta książka jest pierwszą tego typu pozycją w Polsce. Nikomu do tej pory nie udało się skłonić ratowników do opowieści o trudach ich pracy. O ich sukcesach, porażkach, wątpliwościach oraz bohaterskiej niezłomności.
TOPR to hermetyczne środowisko ludzi, którzy "robią swoje", nie bardzo o tym rozprawiając. Bo kto zrozumie ich strach, gdy zaglądają śmierci w oczy? Kto poczuje to brzemię odpowiedzialności za kolegów i ratowanego? Dla kogo te kilka słów: "uroczyście przysięgam pod słowem honoru" będzie życiowym mottem?
TOPR to instytucja ze 110-letnią tradycją. Instytucja, którą tworzą ludzie z krwi i kości. Zwyczajni, a jednak - wyjątkowi. Zapraszamy do ich świata. Do historii o życiu, determinacji, bólu, nadziei i cudach.

"TOPR od początku swej działalności w 1909 roku skupia w swoich szeregach ludzi o różnych poglądach i losach, ale zawsze potrafiących połączyć swe siły i umiejętności dla wspólnego celu, jakim jest ratowanie ludzi. To największa siła naszego stowarzyszenia.
Zapraszam do odwiedzenia ratowników TOPR i poznania naszego spojrzenia na problem wypadków w górach, a może nawet bardziej na poznanie naszego podejścia do ratowania ludzi w Tatrach i wyzwań, z którymi na co dzień się spotykamy. Taką możliwość daje właśnie ta książka. Zapraszam do lektury."
Jan Krzysztof, naczelnik TOPR

"Hermetyczne, zamknięte środowisko. Elita. Od ponad 100 lat ratownicy Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego wzbudzają podziw, szacunek, ale też zwykłą ludzką ciekawość. Jak to jest ryzykować swoim życiem, żeby ratować życie innych? Ile wyrzeczeń wymaga realizacja takiej pasji, misji, bo przecież trudno nazwać to pracą? Najtrudniejsze chwile. I te najlepsze, które dają satysfakcję, wynagradzają wysiłek. Beata Sabała-Zielińska z niezwykłym wyczuciem portretuje zarówno ludzi, jak i tę niezwykłą organizację, której celem jest niesienie pomocy "żeby inni mogli przeżyć" pomimo warunków i okoliczności. To także porywająca opowieść o górach, o miłości, honorze i determinacji.
Na tę książkę czekałam od lat. Bo to pierwsza pozycja na rynku wydawniczym, w której każdy z czytelników może przyjrzeć się z bliska jak działa TOPR, spróbować zrozumieć. Nikt do tej pory nie zaskarbił sobie takiego zaufania ratowników jak Autorka. Beato, składam na Twoje ręce wyrazy szczerego podziwu. A w imieniu nas wszystkich, miłośników Tatr dziękuję wszystkim ratownikom Tatrzańskiego Ochotniczego Pogotowia Ratunkowego za to, że możemy czuć się w górach bezpieczniej. I za Waszą niezwykłą służbę innym."
Martyna Wojciechowska

"Grzesiuk. Ferajna wciąż gra" reż. Jarosław Wiśniewski


sobota, 10 listopada 2018

Spotkanie autorskie z Agnieszką Moniką Polak


Spotanie autorskie z Dariuszem Muszerem


Ola i jej upodobania kulinarne... i komunikowanie się


Ola ostatnio żywi się kluskami parowanymi z sosem. Kluski są na śniadanie, obiad, podwieczorek i kolację. I tak od 2-3 tygodni. Nawet bywają kryzysy kluskowe, kiedy te kluski są z innej firmy niż jej ulubione, jeżdżenie po wszystkich sklepach w promieniu 40 km.... w poszukiwaniu tych właściwych.
I budzi się Ola o 5:00 i mówi "ki". No to się pytam:
-Kluski?
-Nie.
-Płatki? - zdziwiona, że nie kluski.
-Nie.
-Soczki?
-Nie.
-Kabanoski?
-Nie.
I wymieniam, wymieniam, co tam Oli jeszcze może kończyć się na "ki". Ja wymieniam, a Ola się wkurza. W końcu zrezygnowana mówię:
-Kochanie, weź to, co chcesz.
Ola wstaje z łóżka i bierze.... nożyczki!
Wręcza mi i pokazuje niteczkę, która jej się w nocy wypruła z piżamy.

piątek, 9 listopada 2018

Spotkanie autorskie z Alicją Rokicką


Jerzy Franczak "Święto odległości"


Jerzy Franczak, Święto odległości, Szczecin, Bezrzecza „Forma” 2018
„Ale dziś wszystko zamknięte, madame! Najmniejsze komórki społeczne sumują się w tłum, ludzi ogarnia patriotyczne uniesienie. Niech zamilknie wszystko, co nas wzajemnie dzielić może, a niech zabrzmi eden wielki głos!
-Tato, a po co wiszą te chorągiewki?
-To są flagi. Dziś mamy święto odległości.
-Odległości?”
Jerzy Franczak zabiera nas w świat relacji społecznych. Święto niepodległości staje się pretekstem do opowiedzenia o losach trzech przyjaciół będących reprezentantami odmiennych typów ludzkich: ojca rodziny, rozwodnika i starego kawalera. Pod tymi pozornie prostymi etykietami kryje się głębsza prawda o typach ludzkich, ich pragnieniach, ucieczkach, sukcesach i porażkach, światach poukładanych według nakazów społecznych i próbach wyrwania się z nich. Przyjaciele od lat niby są razem, ale każdy tak naprawdę pozostawiony jest samemu sobie, odosobniony, osamotniony. Wspólnota jest tylko pozorna, istnieje tylko wtedy, kiedy życie układa się dobrze, kiedy bohaterzy nie borykają się ze swoimi pragnieniami przejścia na kolejny poziom duchowości uwalniającej od ciężaru nakazów, powinności, obowiązków wobec bliskich, społeczeństwa, znajomych. W chwilach kryzysu odczuwają silne poczucie osamotnienia, jakiegoś takiego wewnętrznego bólu, poczucia klęski, upadku, słabości przypominającego nam to, co znamy z filozofii Fryderyka Nietzschego skumulowanego w słowach: „Człowiek jest czymś, co pokonanym być powinno” (Przedmowa Zaratustry. O nadczłowieku i ostatnim człowieku).
Bohaterzy wykreowani przez Jerzego Franczaka są słabi, osamotnieni, zawstydzeni i obnażeni ze swoimi pragnieniami: „Proszę się nie wstydzić, pod spodem, au fond, wszyscy jesteśmy nadzy”. Nasze ubrania, maski, odgrywanie ról społecznych nie pomaga, a wręcz podkreśla różnice między nimi. Nie ma tu miejsca na litość, a uczucie przyjaźni z człowiekiem, któremu się nie powiodło podszyte jest zawstydzeniem, bo po Nietzschowsku nie ma tu współczucia dla ludzi słabych, upadających, nie ma równości między tymi, którzy są podlegli, a tymi, którzy potrafią uwolnić się od ciężaru obowiązków. Aby zasłużyć na szacunek trzeba wspinać się – najlepiej samotnie - po szczeblach drabiny społecznej. Na samym szczycie jednak może okazać się, że w dół ściąga nas nieodcięta pępowina, przed którą uciekamy w świat fantazji. Całkowita samotność też nie jest dobra, ponieważ uświadamiamy sobie wtedy, że nie mamy wspólnego języka nawet z własnym dzieckiem. Uświadomienie sobie tego wywołuje poczucie klęski. Wydawałoby się, że wyjściem jest współtworzenie rodziny. Ale i tu człowiek jest sam. Pozostaje mu ucieczka we własną sferę duchową, przyjrzenie się sobie i kolejnemu stopniowi, na którym się znajduje. I tu po raz kolejny z pomocą przychodzi nam Nietsche w swoim najsłynniejszym i najbardziej wieloznacznym dziele, „Tako rzecze Zaratustra”: „Nazwę wam trzy przemiany ducha: jako duch wielbłądem się staje, wielbłąd lwem; wreszcie lew dziecięciem”. Wielbłąd to uosobienie duchowości poddanej ciężarom obowiązków wynikających ze społecznych obowiązków, kulturowych powinności. Kolejnym etapem jest lew wyzwalający się z tego ciężaru i wyrażający swoje pragnienia. Najwyższym stopniem jest dziecko jako uosobienie niewinnego, ale pozbawionego naiwności dziecka. I tak właśnie ułożone są kolejne części-rozdziały opowieści Jerzego Franczaka.
Pierwsza kryje w sobie duchowość wielbłąda. Stojący na najniższym poziomie świadomości, objuczony nakazami, zakazami, powinnościami, godzący się ze swoim losem niewolnika mogącego tylko w myślach uciekać do lepszych czasów, w których odczuwał poczucie sensu tego, co robi, beztroski graniczącej z dziecięcą zabawą. Wspomnienia wydają się tu płynąć niemal jak w Proustowskiej prozie: podróż tramwajem przenosi bohatera do czasów, kiedy jechał z rodzicami pociągiem. W swoim świecie powinności Michał pielęgnuje tęsknotę do czasów beztroski. To jest jedyna forma buntu, na jaki go stać. Objuczony niczym wielbłąd idzie wolno, ale systematycznie przez kolejne etapy życia, dzielnie znosi trudy, strofowania, krytykę, poczucie porażki, która nakazuje mu udawanie zajętego, aby nie wejść w relacje z bliskimi, bo to zawsze kończy się pouczaniem. Poddaje się temu, co narzuca mu otoczenie. Dziennikarz i ojciec dwójki dzieci wyzbywający się wolności i samodzielności - a co za tym idzie – odpowiedzialności za świat prostych nakazów „zrób”, „zanieś”, „zarób”, „kup”. Jego życie ogranicza się do bezwolnej rutyny, w której od czasu do czasu powraca pytanie: „Czy wolność oznacza równość, czy prawo do nierówności?”, co po raz kolejny pachnie filozofią Nietzeschego. Szczytem jego wolności jest męska wyprawa za miasto, gdzie w chaszczach może rozbić namiot, upić się, dewastować otoczenie, zgubić przyjaciela i bawić się w dwuznaczności bez społecznego karcącego spojrzenia i zastanawiania się „czy tak wypada”.
Druga opowieść zabiera nas do życia zgubionego w czasie męskiej wyprawy Tomasza będącego uosobieniem kolejnego poziomu duchowości: lwa wolnego od powinności. Wyzwolony ze związanych z posiadaniem rodziny, stałej pracy i miejsca zamieszkania obowiązków bohater może czuć się wyzwolony. Jednak społeczeństwo nie pozwoli mu na to. Bycie panem własnego losu wiąże się z izolacją z powodu biedy, poczuciem niższości, braku bliskich, niezrozumieniem ze strony dziecka, pogardą ze strony matki. Jego potrzeba wolności sprawia, że skutecznie odcina pępowinę, a kiedy w związku zaczyna czuć się osaczony kończy się to rozwodem. Tomek – uosobienie wolności – nie jest zdolny do skończenia jakichkolwiek studiów, ponieważ poddawanie się woli innych uważa za uciążliwe, a każdy ciężar przecież musi zrzucać ze swoich pleców. Jako dzikie zwierzę nie zdążył w czasie krótkiego ojcostwa nawiązać relacji z synem, a po rozwodzie jest to już nierealne, bo każde spotkanie z synem to jak zderzenie z innym światem, takim, w którym ważne są sentymenty, wspomnienia. Społeczną odpowiedzią na jego niedostosowanie się, brak chęci brania ciężaru na własne plecy jest izolacja i bezrobocie.
W trzeciej opowieści zawartej w „Święcie odległości” Jerzy Franczak zabiera nas do świata Pawła – poważanego wykładowcy, który właśnie uzyskał kolejny stopień awansu. Wolny duch żywiący się tym, co go bawi, interesuje, daje satysfakcję i unikający przyziemnych zmartwień to uosobienie dziecka niepotrafiącego odciąć pępowiny. „Niewinnością jest dziecię i zapomnieniem, jest nowopoczęciem, jest grą, jest toczącym się pierścieniem, pierwszym ruchem, świętego „tak“ mówieniem” ” (Przedmowa Zaratustry. O nadczłowieku i ostatnim człowieku). Samotne życie z matką staje się jego codziennością, z której pragnie się wyrwać. Duchowość dziecka będąca uosobieniem wolności i niewinności obciążona jest potrzebą tworzenia świata własnych wartości. To kończy się fantazjowaniem, uciekaniem w świat swoich pragnień przesłaniających mu jego prawdziwe życie. Bardzo dobrze oddaje to tekst, w którym czytelnik nieco się gubi, bo to, co dzieje się wokół Pawła to jakiś dziwny świat, a wszystko zaczyna się od świętowania obrony habilitacji. Wyprawa do klubu Mefisto, rozmowa z tajemniczą Ildiko, pogoń za swoimi ideami, prowadzonymi w głowie rozmowami, rozmyślaniami sprawiają, że razem z bohaterem przeskakujemy z tematu na temat bez poczucia związku między wcześniejszą i następną myślą.
„Nazwałem wam trzy przemiany ducha: jako duch wielbłądem się staje, wielbłąd lwem, wreszcie lew dziecięciem” (Przedmowa Zaratustry. O nadczłowieku i ostatnim człowieku). W książce Jerzego Franczaka owe przejścia wydają się nie istnieć. A jednak pojawiają się w czasach dzieciństwa, obowiązkowej nauki, zwiększania ilości obowiązków przez rodziców i otoczenie. Osobowość wielbłąda biernie poddaje się i bierze na siebie kolejne ciężary, a lew zrzuca je, przez co zyskuje odrzucenie. Osobowość lwa to bohater, który po skończonych studiach odrzuca drogę obowiązków, a swoją pasję zmienia w zabawę dającą wymierne korzyści.
„Święto odległości” Jerzego Franczaka to opowieść o społecznych i mentalnych odległościach między poszczególnymi duchowościami, osobowościami, grupami społecznymi. Pisarz każe nam się przyjrzeć jaki tworzymy naród, temu, w jaki sposób funkcjonujemy społecznie, jakie uprzedzenie towarzyszą naszemu życiu, w jaki sposób poddajemy się społecznym powinnością, jakie są granice naszej wolności, przeszłości, teraźniejszości, przyszłości. Tytułowa odległość jest tu bardzo szeroko rozumiana i daje bardzo szerokie pole do interpretacji. Ze względu na tercjalny podział tekstu, zawarte w poszczególnych częściach osobowości pozwalają na sięganie do dzieł innych filozofów. Także tych starożytnych i przymierzanie, do których typów osobowości pasuje ów opis. Można pobawić się tu w interpretację na podstawie Platońskiego „Państwa” z idealistycznym podziałem społeczeństwa na rzemieślników, wojowników i mędrców, którzy po przyjrzeniu im się z bliska sprawiają, że ów ideał upada i pozostaje poczucie społecznej klęski, utraty wiary w to, że ludzie mogą stworzyć dobry wzorzec dobrego społeczeństwa.