Etykiety

poniedziałek, 6 grudnia 2021

Święty Mikołaj


Wszyscy w świętego Mikołaja wierzą. I dobrze, bo w postacie, których nie było wierzy się najłatwiej.
  Według średniowiecznych przekazów święty Mikołaj żył na przełomie III i IV wieku. Był biskupem Miry w Licji i uczestniczył w soborze nicejskim z 325 roku. I wszystko byłoby pięknie, gdyby nie to, że historycy nie odnaleźli żadnego zapisu potwierdzającego istnienie takiej postaci. Nawet wśród uczestników soboru jego imię nie widnieje. Nie wspomina o nim też Atanazy z Aleksandrii, który upamiętnił sobór w swoich wspomnieniach. Wzmianki o świętym Mikołaju pojawiają się dopiero VI wieku, czyli ponad 200 lat po jego domniemanym istnieniu. Była to opowieść o Mikołaju ratującym życie sześciu żołnierzom cesarza Konstantyna (wiadomo, że wymienianie nazwisk prawdziwych władców sprawia, że mamy poczucie autentyczności postaci). W VII wieku opowieść stała się bardzo popularna. Lud lubił ją sobie opowiadać i pewnie przyczynili się do tego duchowni. Inna opowieść to historia o wędrownym mnichu wędrowcy, który zginął męczeńską śmiercią.
Paradoksalnie święty Mikołaj wyłonił się z niebytu w czasie kolejnego soboru nicejskiego (zwanego drugim, w 787 roku), kiedy to odnotowano, że jednemu z archidiakonów śnił się święty Mikołaj (skąd on to wiedział, że to akurat Mikołaj?).
W IX wieku święty Mikołaj był już postacią popularną i czczoną, a przez to coraz chętniej utrwalaną przez artystów na obrazach i w opowieściach, które obrastały w nowe epizody i przygody. Jak widzicie tworzenie opowieści przez fanów postaci to nie jest współczesny wynalazek. I zdecydowanie też nie chrześcijański, bo dodawanie przygód bohaterom istnieje od początków kultury przekazywania opowieści.
Jak na średniowieczną postać przystało był świętym w duchu Akwinaty, czyli wyzbył się kobiet, rozrywek, polityki i bogactw, a poświęcił pobożności. Po śmierci rodziców rozdał cały odziedziczony majątek. Jak większość świętych stawał w obronie pokrzywdzonych, wspomagał biednych. Zabawne, że w tym samym czasie chłop był własnością pana. A jakim sposobem stał się biskupem, którego istnienia nie odnotowano? Zdano się na los Boga: ustalono, że urząd obejmie ten, kto pierwszy wejdzie do kościoła, aby się pomodlić. Dzięki interwencji Boga był to Mikołaj. Jako biskup wspierał naukę o Trójcy Świętej i oczywiście zwalczał pogaństwo, bo wiadomo, że dobry chrześcijanin zwalcza wszystko, co niechrześcijańskie. Jemu ponoć zawdzięczamy zburzenie świątyni Artemidy w Mirze. Aby nikogo nie korciło szukanie śladów tej budowli na jej miejscu zbudowano kościół.
W IX wieku żywot urozmaicono opowieścią o uwięzieniu Mikołaja. Oczywiście w czasach cesarzy Diokleccjana i Maksymiana, którzy zwalczali sabotowanie tradycyjnego rzymskiego kultu. Agresorzy byli więzieni. Spokojni chrześcijanie uniknęli wówczas więzienia. Z tego okresu pochodzą opowieści o wielu męczennikach, którzy w opowieściach ginęli, a w rzeczywistości byli uwalniani przez Konstantyna Wielkiego. Nawet ci nieistniejący. I właśnie w ten sposób upiekło się też Mikołajowi prześladowanemu przez złych, pogańskich cesarzy. W IX wieku Mikołaj z wybawcy żołnierzy stał się też wybawcą niewiast bez posagów, które z powodu biedy ojciec chciał sprzedać do domu publicznego (wiadomo, że bez posagu kobiety brać się nie opłacało). Podrzucane trzem biednym siostrom pieniądze pozwoliły na wydanie ich za mąż.
Kolejny epizod, który przybył w IX wieku to opowieść o wyłowieniu przez Mikołaja tonącego statku oraz uciszenie burzy. Pojawił się nagle i zniknął nagle oraz nakazał żeglarzom milczenie o całych wydarzeniach, czyli jak na świętego przystało był skromny.
Jeszcze inna opowieść dotyczy czasów wielkiego głodu w Andriake. Śniący się kapitanowi statku Mikołaj nakazał wyładować zboże w porcie i uratować głodujących mieszkańców Miry. Kiedy statek wypłynął w morze okazało się, że mimo rozładowania korców niczego nie brakuje. Opowieść o tym ostatnim cudzie cieszy się największym powodzeniem i ma najwięcej wariantów w hagiografii.
Najstarszy o tym przekaz o święcie obchodzonym 6 grudnia pochodzi z akt synodów w Neapolu z lat 821 i 842, nasynodzie w Oksfordzie z 1222 roku nadano świętu najwyższą rangę, a w 1087 na pamiątkę przeniesienia „ciała” Mikołaja do Bari drugim świętem Mikołaja stał się 9 maja. W XVI wieku był tak popularny, że 6 grudnia w kalendarzu był „Dniem Mikołaja”.
Sobór watykański II zarządził rewizję kultu świętych w Kościele katolickim. Miano usunąć święta tych osób, których istnienia nie sposób udowodnić, bo nie ma żadnych źródeł. I tym sposobem święty Mikołaj miał zniknąć z kościelnego kalendarza, ale przyzwyczajenia wiernych były tak silne, że wybrano rozwiązanie kompromisowe i od 1969 roku jest to dzień wspomnienia dobrowolnego. Usunięto też średniowiecze opowieści jako niewiarygodne.
W ikonografii św. Mikołaj przedstawiany jest z brodą, w szatach biskupa kościoła łacińskiego lub greckiego (w czasach, kiedy ponoć żył Mikołaj nie istniał taki podział), z mitrą i pastorałem. Najczęściej w jednej ręce trzyma księgę a drugą wykonuje gest błogosławieństwa. Do jego atrybutów należą trzy złote kule, trzy jabłka, trzy sakiewki, troje dzieci lub młodzieńców w cebrzyku, kotwica czy okręt.
A teraz najlepsze: Mikołaj był (już nie jest) uważany za świętego, który udziela pomocy i był przywoływany w rytuałach egzorcystycznych. Tej nieistniejącej postaci poświęcono wiele kościołów, kaplic, ołtarzy, hospicjów. Od XII wieku w tym dniu wręczane są dzieciom podarki. W polskich źródłach ten zwyczaj udokumentowano w XV wieku.
Do popkultury trafił jako postać w czerwonym stroju mieszkająca z elfami i rozwożąca prezenty saniami ciągniętymi przez zaprzęg unoszących się reniferów. Wykreowany w 1930 roku wizerunek na potrzeby reklamy Coca Coli amerykański artysta, Fred Mizena. Od tamtej pory powstaje wiele alternatywnych opowieści o tej postaci. Łącznie ze znalezieniem żony, bo wiadomo, że całą wieczność nie można żyć samotnie. Nie można też mieszkać w jednym miejscu. Dawniej przypływał z prezentami z ciepłych krajów, a obecnie przybywa z zimnej północy. W końcu Mikołaj też ma prawo do przeprowadzek.


Joanna Wajs i Jolanta Richter-Magnuszewska "Dzicy przewodnicy. Zwierzęta w mitach, baśniach i legendach"


Człowiek stanowi nierozerwalną część przyrody z jej magicznymi właściwościami. Zwierzęta, rośliny, rzeki, jeziora, a nawet skały mogą podzielić się z ludźmi tymi mocami, ale też mogą się rozgniewać – takie podejście bliskie jest ludom pierwotnym, a nawet pierwszym rozwijającym się kulturom. Niewyjaśnione, silne i pełne tajemnic otoczenie, na które człowiek jeszcze nie patrzy okiem naukowca to zaczarowany świat. Zwierzęta były istotami posiadającymi tajemnice życia. Pewnego rodzaju łączność z przyrodą nakazywała ludziom oszczędność i szacunek wobec przyrody. Za zadawaną śmierć przepraszano, a wieczorami snuto opowieści o dokonaniach zwierząt, które traktowano jak przewodników, dzikich nauczycieli. Bogowie ukrywali zwierzęta, kiedy ludzie byli zbyt zachłanni i chcieli zbyt wiele z nich zabić.
Z czasem człowiek zaczął podporządkowywać przyrodę. Uczucie jedności zamieniło poczucie panowania nad naturą. Po wielu wiekach ludzka postawa zatacza krąg i wraca do tej pierwotnej: coraz więcej osób chce czuć jedność z naturą, chronić zwierzęta, nadawać im prawa, rozumieć.
Joanna Wajs i Jolanta Richter-Magnuszewska zabierają nas do świata dawnych wierzeń, magii, oswajania tego, co w naturze zyskało złą sławę, ale też adopcji ludzkich dzieci przez zwierzęta. Dzięki autorkom odkrywamy znaczenie symboli spotykanych w legendach. Ilość zwierząt jest tu bardzo graniczona, bo i publikacja nie jest gruba, ale myślę, że mamy wszystkie najważniejsze. Do tego młodych czytelników oczaruje szata graficzna.
A kogo tu spotkamy? Będzie znany i bliski nam jeleń, niedźwiedź, łabędź, pragęś, wilk, koń, zając, wąż, salamandra, żaba, jaszczurka, kret, mysz, jeż, nietoperz, kot, pszczoła, ćma, mrówki, skarabeusz, biedronka, gąsienica, gołąb, ślimak, pająk, krowa, kogut, jagnię, kłobuk (czarne kurczę), świnia, bocian, kukułka, sowa, strzyżyk, rudzik, jaskółka, żółw, delfin, rekin, wieloryb, krokodyl, foka, ośmiornica, słoń, małpa, lew, tygrys, jaguar, sroka, kruk, wrona. Pojawia się też szereg postaci będących na wpół ludźmi, na wpół zwierzętami. Mamy tu odwołania do mitologii, legend, baśni, a nawet nowszej literatury. Autorki przybliżają zwierzęce postacie z kultury słowiańskiej, egipskiej, greckiej, rzymskiej, nordyckiej, ale i do opowieści romskich, bułgarskich, rosyjskich, indyjskich, dalekowschodnich. Ciekawe jest zestawienie, pokazanie wspólnych cech w wielu społeczeństwach.
Najnowsza książka Joanny Wajs i Jolanty Richter-Magnuszewskiej podobnie jak ich "Dzika książka o dzikach" wbija w fotel i sprawia, że trudno oderwać się od lektury. Całe mnóstwo ciekawostek, wielość informacji z różnych kultur, pokazanie najbardziej znanych zwierząt, którym w zależności od pozycji przydzielono różne role, przypisano różne moce i funkcje.
Całość dopełnia naprawdę rewelacyjna oprawa graficzna dająca poczucie magii, wchodzenia w sferę tajemnicy, odkrywania tabu. Niedługie teksty będące zbiorem ciekawostek i faktów pełne są baśniowej aury. Dzięki tej książce czytelnik zdobywa sporą wiedzę o kulturach wielu narodów.
"Dzicy przewodnicy" to przepięknie wydana publikacja, po którą chętnie sięgną nie tylko najmłodsi. Myślę, że każdy z nas może śmiało wejść do tej lektury i ulec jej czarowi oraz przyswoić sobie sporą dawkę informacji, poszerzyć wiedzę o symbolach w literaturze i sztuce, a także otworzyć się na świat zwierząt, naturę, która może dać nam wiele od siebie.









niedziela, 5 grudnia 2021

Hubert Fryc "Sztuka noszenia masek"


„Myślałem o tym, że życia ludzkie bywają do siebie bardzo podobne i układają się w schematy, we wzory i szablony. Jakbyśmy wcale nie przeżywali indywidualnych, pojedynczych losów, ale trwali posortowani, połączeni niewidzialnymi nićmi, zaszufladkowani: grupa ludzi o życiu dobrym albo niedobrym, tragicznym, perfekcyjnym, popsutym, ojciec potwór, matka chora, babka chora, dziadek chory -albo na abarot, ojciec silny i sprawiedliwy, matka silna i ciepła, i babka dobra jak chleb, i dziadek normalny, zwyczajny, siwy i mądry, i poukładany, i służący radą”.
Człowiek to istota społeczna – od starożytności przekonują nas filozofowie. Współczesność przyniosła też spostrzeżenie, że ludzie grają w różne gry i noszą maski, odgrywają role w teatrze życia codziennego. Czy będąc częścią społeczeństwa i jej produktem można czuć się samotnym? Oczywiście. Inną kwestią jest poziom i długość trwania tej samotności, a raczej poczucia osamotnienia, bo pozornie możemy znajdować się wśród wielu ludzi. Mogą być wokół nas tłumy, a my i tak możemy czuć pustkę i bezgraniczne zimno, którego nikt nie będzie potrafił zrozumieć. Czy odgrywane role mogą unieszczęśliwiać? Czy można nosić inne maski, skryć siebie, swoje uczucia pod maską sukcesu i silnego człowieka? Czy małe, bezbronne dziecko może przeżyć metamorfozę i obrosnąć w pancerz nie do przebicia? Zdecydowanie tak. To udowadnia nam bohater książki Huberta Fryca „Sztuka noszenia masek”.
Maski w naszej kulturze to z jednej strony przedmiot pozwalający ukryć prawdziwą twarz, odgrywać rolę, poddawać otoczenie złudzeniom, ale z drugiej pozwalająca na wchodzenie w role społeczne, naturalne przyjmowanie ich, wyobrażenie o powinnościach. I właśnie o tych dwóch skrajnych pojęciach jest historia wykreowanej przez Huberta Fryca postaci, bohatera, który w pewien sposób jest bezimiennym Everymanem będącym DDA mówiącym o sobie: „byłem synem mężczyzny o szalonych oczach i słabej kobiety, i wnukiem zimnego skurwiela, i chorej babusi”. W chodzimy w świat alkoholizmu i jego skutków. W literaturze często widzimy zapijanie problemów, jako coś normalnego. Promowanie w ten sposób alkoholizmu, w kraju, w którym każdą okazję wykorzystuje się do napicia. A piją wszyscy i wszędzie: uczniowie, studenci, robotnicy, intelektualiści, emeryci. Pije się z radości, ze smutku, żeby oblać sukces lub niepowodzenie, narodziny, chrzciny, wesela, śmierć, przed wizytami w przybytkach kultu, po wizytach. Pije się dużo i często. I właśnie obraz takiego pijącego ojca wyłania się ze wspomnień bohatera. Alkohol wyzwala w nim demona pastwiącego się nad bliskimi, osobę, której nie można kochać tylko nienawidzić: „Niemiałem wątpliwości, że temu potworowi należy się śmierć. Ale czasami życie jest większą karą, straszniejszą, bo trwa w najgorsze, bo łaje i sprawia, że każdy dzień to biczowanie, niesienie krzyża”.
Widzimy przestraszone dziecko, znękaną i pobitą matkę, która ma tak niskie poczucie własnej wartości, że nie ma siły uciekać, a jednak w końcu odważa się. Zmiana miejsca zamieszkania nie przynosi wielkiego przewrotu. Zamieszkują u dziadków: alkoholika i „esbeka z powołania” oraz chorej na alzheimera babcię. Do tego zniszczona, wyssana matka z depresją, łkająca za drzwiami swojej sypialni:
„Ciekawe, myślałem, patrząc przez okno toczącego się pociągu, ilu jest na świecie ludzi takich jak mama. Przeżutych, wyżętych z życia. Niby zdrowych, bo serce sprawne i głowa sprawna, i całe ciało w dobrym stanie -ale przecież konwencjonalne badania, wykresy, wymazy, prześwietlenia i rezonanse tak mało mówią o człowieku, więcej zaciemniają. Gdzie indziej przebiega linia dzieląca zdrowego od niezdrowego, silnego od słabego. Można mieć nowotwór i być silnym, a można być okazem zdrowia i żyć jak cień człowieka. I to ojciec tak wyżął matkę, jak szmatę. Popsuł ją na całe życie, zwichrował, rozstroił”.
Znajdujący się w trójkącie zajętych sobą dorosłych bohater musi sobie radzić sam, aby po latach podzielić się z nami swoją historią. Pierwszy rozdział to poniekąd wyłaniające się z mroków wspomnień okoliczności związane z wyjazdem z domu. Pewne rzeczy zapamiętane lepiej, inne słabiej. Pamięć potrafi płatać figle. A później jest już lepiej. Bohater staje na delikatnych, chudych nóżkach i uczy się kroczyć w nowym świecie, odnaleźć w nowych warunkach. Wie, że pozycję buduje się odpowiednią postawą, zaskoczeniem, siłą. Co on – mały, chudy, zaniedbany – może zrobić? Stopniowo zmieniać się. Ale tak, aby inni nie dostrzegli jego rośnięcia w siłę, aby już więcej nie musiał się nikogo bać, bo „Strach jest najgorszym wrogiem człowieka, bo krępuje ruchy”.
Pierwszoosobowa relacja początkowo przywodzi na myśl bitwę słabego ptaka z drapieżnikiem. Widzimy obraz bezbronnego chłopaka próbującego odnaleźć się w brutalnym świecie. Nie jest to łatwe. Zwłaszcza, że jest niższy, chudszy, a do tego nosi kiepskie ubrania. Patrząc na niego można by powiedzieć, że jest typowym dzieckiem z patologicznej rodziny i nie ma, co wróżyć mu sukcesu. Zagubiony w świecie i wśród swoich myśli ma jednego przyjaciela, któremu może się zwierzyć: jest nim pies skutecznie zastępujący bliskość z krewnymi. Z tego mroku dzieciństwa, wyrasta coraz pewniejszy siebie młodzieniec, podstępny uczeń, który może nie jest gwiazdą sportu, ale za to potrafi dobrze kalkulować i negocjować oraz wykorzystywać posiadaną wiedzę. Zdobywa informacje, po których większość załamałaby się mówiąc „nawet mój przyjaciel mnie nie lubi”, a on wiedzę o jego słabościach wykorzystuje do zbudowania własnej pozycji, przywdziania maski przywódcy. Jednak to nie założenie jej jest ważne, ale umiejętność noszenia takiej maski.
Razem ze zmianą pozycji społecznej przychodzi inny tonu monologu. Z zahukanego dziecka narrator staje się moralizatorem pozującym na jednostkę silną i oceniającą ludzkie słabości. Mamy tu swoiste nawoływanie do zmiany życia, pokazanie, że można być silnym. Wystarczy tylko chcieć. A jeśli nie chce się podjąć trudu to jest się słabym, pełnym wad, bo tylko wyjątkowe jednostki są w stanie zapanować nad swoimi słabościami. Kojarzy Wam się to z czymś? I bardzo dobrze.
Opowieść Everymana DDA to pewnego rodzaju list-spowiedź osoby, która chce wyznać swoje winy, zrzucić ciężar błędów, podzielić się swoim sukcesem i upadkiem. Niektóre rzeczy ciągnące go w dół nie zależą od niego, są „kulami u nogi” stworzonymi przez otoczenie, danymi przez los, będącymi bagażem budującym osobowość. Nie może się ich pozbyć, bo to one sprawiły, że jest taki, jakim jest. W tym podejściu mamy dużą świadomość znaczenia każdego doświadczenia, istoty ciągłego trwania wszystkiego w ruchu. Jest w tym swoiste echo heraklitejskiego „panta rhei”: nie możemy dwa razy być tą samą osobą, nie możemy bez wcześniejszych wód być tą samą rzeką, bo osobowość to nie tylko to, co dane jest nam w teraźniejszości. Jest ona zakorzeniona w przeszłości, w relacjach i doświadczeniach z ojcem, matką, dziadkami, psem, rówieśnikami. Człowiek jest więźniem doświadczeń i skazany jest na oglądanie się w lustrze minionych rzeczy. Od niego tylko zależy czy będzie umiał też spojrzeć w przyszłość, bo nikt nie jest wolny od złych przeżyć,  „każdy nosi w sobie jakiś brak i jakąś pustkę”.
Niby wiemy, że relacje opowiedziane są z perspektywy osoby dorosłej, więc też nieco wykrzywionej przez czas, wypaczonej przez słowa bliskich, podkreślone przez niedomówienia, ale sprawiają wrażenie żywych, namacalnych, dających nam wrażenie obserwowania i współuczestniczenia w złych wydarzeniach, przemianach. Towarzyszymy przestraszonemu chłopcu siedzącemu z podkurczonymi nogami, zaciśniętymi powiekami, by stopniowo towarzyszyć młodzieńcowi potrafiącemu rozpychać się silnymi barami w życiu. Dawnym wspomnieniom towarzyszy bieda, bylejakość, rozklekotany stary duży fiat, dom śmierdzący ciałami starych ludzi, później wkradającej się technologii. Lata 90 XX to czas brutalny, w którym posiadanie określa bycie, ale też świat szans dla wykluczonych i przedsiębiorczych, upartych, pracowitych. I taki jest też bohater. Obserwujemy jego zmianę z chłopca w silnego mężczyznę borykającego się z przeszywającym chłodem, który jest tu przejawem braku relacji społecznych, więzi z bliskimi, na których mógłby polegać. Każdy jest tu zajęty sobą, swoimi emocjami, problemami. Wydawałoby się, że może uratować go miłość, ale czy w świecie, w którym każdy ma swoją „kulę u nogi” jest to możliwe? Czy w świecie traum miłość jest możliwa? Czy związki są sumą wypadkową rozbieżnych interesów i kompromisów? Czy jesteśmy skazani na popełnianie błędów rodziców? Czy w świecie, którym rządzi kultura zapicia możliwa jest wolność?
Opowieść Huberta Fryca pełna jest metafor, porównań, obrazów, które mają nam pomóc lepiej wczuć się w skórę bohatera. Monolog okraszony w sugestywne scenki z życia sprawia, że czujemy się uczestnikami wydarzeń, współprzeżywającymi, bo możemy w jego doświadczeniach znaleźć wiele własnych, przypomnieć sobie świat, który minął, a stanowi część naszych dziecięcych i młodzieńczych wspomnień.
„Sztuka noszenia masek” to z jednej strony powieść inicjacyjna o dorastaniu, kolejnych inicjacjach, przeobrażeniach bohatera i historia narastającej samotności objawiającej się marznięciem. Ci, którzy mają dobre relacje z innymi nie marzną. Chłód wewnętrzny przejawia się jako ten dotykający człowieka z zewnątrz, a każde zimno może nas zabić. Także to wewnętrzne. A może zwłaszcza ono, bo jest nieuchwytne, niedostrzegalne dla innych, zabijające ukradkowo tak jak alkohol, który rozbija rodziny, niszczy nie tylko ludzi pijących, ale związanych z alkoholikami. Hubert Fryc pokazuje nam problem rozbitych rodzin, w których maltretowane fizycznie, psychicznie i ekonomicznie kobiety nawet po ucieczce od tyrana są wydmuszkami niezdolnymi do życia, bo wszystko, co dobre zostało z nich wyssane, a im pozostają tylko łzy, pustka, ciężar i konieczność radzenia sobie z samotnym macierzyństwem. Porusza też problem szukania tożsamości, naśladowania osób, które nienawidzimy, bo jesteśmy skazani na płynięcie w kierunku, w którym oni nas popchnęli. Pojawia się powtarzające pytanie o to, czy możemy się od tego uwolnić: „czy w nurcie przeznaczenia można płynąć pod prąd?”. Zwłaszcza, że: „Świat nie może być zbiorem przypadków, bo wówczas byłby nie do zniesienia. Byłby chaosem, workiem pełnym kosmicznych śmieci, dziurą na odpadki, zużyte przedmioty, idee i ludzi; byłby piekłem”.

czwartek, 2 grudnia 2021

"Kosmos jest super! 101 faktów, o których trzeba wiedzieć"


Pewnie już zauważyliście, że książki pełne ciekawostek cieszą się w naszym domu dużym powodzeniem. Powód jest prosty: córka bardzo lubi dowiadywać się nowych rzeczy o świecie. Sama nie potrafi zadawać pytań, więc bazuje na tym, co podsuwają jej autorzy. A na tych zdecydowanie można polegać, bo każda książka popularnonaukowa to kolejne nowości, ale też utrwalanie zdobytej wiedzy tylko w innej formie, odmiennej odsłonie oraz możliwość przekonania, że to już się wie. Uwielbiam, kiedy w czasie lektury Ola kiwa głową i mówi „uhm” lub „tak” świadczące o tym, że pamięta takie informacje. W przypadku takich lektur zawsze zaskoczeniem jest dla mnie to jak wiele z czytania pozostaje w jej głowie. I właśnie z tego powodu sięgamy po kolejne i kolejne książki, bo właśnie w ten sposób mogę przybliżyć jej wiedzę, którą powinna posiadać. I tym sposobem naszą kolejną lekturą stała się książka „Kosmos jest super! 101 faktów, o których trzeba wiedzieć” wydanej przez Wydawnictwo Jedność.
Na początek poznajemy tu nasze najbliższe otoczenie, czy Układ Słoneczny, zobaczymy, w jaki sposób działa pole magnetyczne naszej gwiazdy, jak szybko poruszamy się w czasie ruchu obrotowego i kołowego Ziemi. Nie zabraknie porównania wielkości planet, poznanie ich temperatur, teorii na temat powstania Księżyca, informacji o planetoidach,  a także planecie chroniącej Ziemię przez niebezpiecznymi kometami. Pojawia się tez temat życia pozaziemskiego, funkcjonowania naszego ciała, zapachu Układu Słonecznego, mutacji DNA pod wpływem podróży w kosmos, wpływu przebywania na orbicie okołoziemskiej na czas, poziomu obecnej technologii. Przy okazji poznamy ważnych programistów, dzięki którym loty w kosmos były możliwe. Dowiemy się też o pomnikach pozostawionych w kosmosie, próbie nawiązania kontaktu z kosmitami, problemów wynikających z jedzeniem w kosmosie, strachu przed chorobami przywożonymi z takich dalekich podróży, sposobach oglądania początków powstawania Wszechświata. Pojawią się też zwierzęta wysyłane na misje, problem zdobywania informacji o teraźniejszym stanie kosmosu, sposoby narodzin gwiazd. Dużo informacji? A to nawet nie połowa!
Każdemu tematowi poświęcono dwie sąsiadujące strony, ale jeśli myślicie, że publikacja ma 202 strony to niestety nie, ponieważ niektóre cyfry pominięto z bardzo prostego powodu: na podwójnej stronie pod jednym hasłem kryły się dwa fakty, bo drugi wynikał z pierwszego. I w ten sposób niby zniknęło nam parę faktów, ale jednocześnie dobrze schowały się przy innych.
Plusem tej publikacji jest to, że nie trzeba czytać jej całej ani też w przewidzianej przez autorów i wydawcę kolejności. Można sięgać po nią na wyrywki, czytać tylko jeden dymek z informacją, ale zapewniam Was, że są one tak podane, że naprawdę trudno będzie się oderwać, bo tu nie ma nudnej nauki (zresztą nauka nie jest nudna) tylko naprawdę ciekawe informacje podane w przystępny i interesujący sposób. Do tego całość wzbogacona licznymi zdjęciami i rysunkami, które oddziałują na wyobraźnię czytelnika. Uważam, że to publikacja nie tylko dla dzieci i młodzieży, ale dla każdego, kto chce rozpocząć przygodę z Kosmosem i potrzebuje przypomnieć sobie całe mnóstwo podstawowych informacji ze szkoły bez sięgania po nudne podręczniki. Solidna oprawa, śliskie strony oraz dobrze zszyte kartki dopełniają całość i dzięki temu książka jest trwała i estetyczna. Zdecydowanie polecam.









środa, 1 grudnia 2021

Gabriella Mitrov "Konie. Mój pierwszy podręcznik"


Konie to majestatyczne zwierzęta, które od jakiegoś czasu towarzyszą naszemu życiu. A wszystko za sprawą hipoterapii. Razem z terapią przyszedł czas na szereg lektur wprowadzających nas w świat tych pomocników. Jedną z takich publikacji jest właśnie książka „Konie. Mój pierwszy podręcznik” autorstwa Gabielli Mitrov. Wydany przez Wydawnictwo Jedność poradnik to pewnego rodzaju kompromis między czytanką, a ćwiczeniami i pamiętnikiem oraz zbiorem podstawowych informacji o zwierzętach. Dzięki pustym miejscom nasze pociechy mogą utrwalać własne wspomnienia, ale nie tylko one mogą sięgnąć po tę książkę. Uważam, że jest to świetny wstęp dla każdego, kto właśnie zaczął swoją przygodę z jeździectwem. Tu znajdzie naprawdę cenne informacje pozwalające lepiej odnaleźć się w stajni.
Na początku poznamy budowę konia. Niby każdy wie jak on wygląda, ale czy potrafimy nazwać poszczególne części jego ciała? To już niekoniecznie. Z pomocą przyjdzie nam książka, w której mamy fachowe słownictwo. Dalej poznamy sprzęt dla konia i jeźdźca. Kiedy już zdobędziemy te podstawowe informacje poznamy role jakie pełnią te zwierzęta w ludzkim życiu, hierarchię obowiązującą w stadzie, typy koni, a także zasady bezpiecznego zachowania, umaszczenie, sposoby nawiązywania więzi. Znajdują się tu też informacje o zmysłach, na których polega koń, ulubionych pokarmach, diecie, smakołykach, którymi można nagradzać swojego zwierzaka oraz cenna wiedza na temat roślin przed którymi należy je chronić. Są tu też ciekawostki o zachowaniach, poruszaniu się, sposobach ochrony kopyt i stawów, pielęgnacji, osobowości oraz rolach, jakie pełnią w ludzkim świecie. Dowiadujemy się, że konie też miewają lepsze i gorsze dni, jednych lubią bardziej innych mnie. Miłośnicy dostaną wskazówki, w jakich popularnych filmach znajdą konie. Do tego są tu też dokładnie opisane ćwiczenia, czyli wszystko to, co robi się w czasie nauki jazdy konnej i hipoterapii. Autorka zachęca do pomagania w stajni. Pokazuje, że jeździectwo to nie tylko ujeżdżanie konia, ale też całokształt zabiegów, nawiązywanie relacji ze zwierzęciem, poszerzanie własnych umiejętności trzymania się w siodle, panowania nad koniem, aby w końcu móc wyruszyć z nim w teren, na zawody lub pokazy. Odkryjemy też, że istnieje coś takiego jak końska i jeździecka moda.
Śliskie strony pełne rysunków i zdjęć doskonale przyciągają dziecięcą uwagę. Do tego dobrze zszyte kartki oprawione w solidną, kartonową okładkę sprawiają, że publikacja jest estetyczna i trwała. Prosty, przystępny i jednocześnie fachowy język sprawi, że każdy czytelnik zdobędzie podstawową wiedzę zawiązaną z końmi. Będzie to też ciekawa zachęta do ćwiczeń. Zdecydowanie polecam.







Gigant Poleca: Tom CCXXXIII (233) "Polowanie na Mikiego"


Chyba nie ma osoby, która nie zna Myszki Miki, Kaczora Donalda i całej ekipy psotnych siostrzeńców, wujka Sknerusa, Diodaka i innych postaci zamieszkujących Kaczogród. Obserwując dzieci znajomych mogę pokusić się o uogólnienie, że każde w pewnym momencie przeżywa fazę fascynacji tymi postaciami. To zainteresowanie warto wykorzystać w zachęcaniu dziecka do czytania. Zwłaszcza, że bohaterów tych można spotkać w serii komiksów „Gigant poleca”, „Mamut” i „Megagiga”. Najnowszy numer pierwszego czasopisma zatytułowany „Polowanie na Mikiego” zabiera nas w świat fatalnych wydarzeń. Miki staje się ofiarą manipulacji przestępców pragnących zawładnąć światem, Kaczor Donald kreacji świata Dziobasa i wplątania go w rowerową wyprawę, Sknerus natomiast stanie się ofiarą własnych poszukiwań niezawodnej i stałej waluty, w której mógłby płacić bez śledzenia kursów. Diodak zostanie poddany nowym wyzwaniom, bo w jego wynalazkach będzie liczyła się nie tylko przydatność, ale i design, a z nim może być wiele problemu. Nie zabraknie tu też druida, który będzie nękał współczesnych. Dlaczego poszukiwanie dobrej piłki jest dla niego ważne musicie przekonać się sami.
Na ponad 200 stronach komiksowej przygody znajdziemy jedenaście historii, w których spotkamy wszystkich znanych bohaterów: Kaczora Donalda, jego Siostrzeńców, Myszkę Miki, Sknerusa, Diodaka, Daisy, Dziobasa i wielu innych, bez których w Kaczogrodzie byłoby nudno. Tom otwiera opisana na okładce przygoda Mikiego. Mysz ma dziwne sny i podejrzewa, że postać spotykana w nich ma duże znaczenie. Dzięki pomocy Siostrzeńców Kaczora Donalda, którzy jak na skautów przystało zawsze są pomocni będzie mógł odkryć prawdę i odnaleźć złoczyńcę. Co z tego wyniknie?
Szybko okaże, że nie tylko Miki poddawany jest próbom. Donald niestety został kurierem i jego życie z tego powodu stało się koszmarem, ale na własnej skórze przekona się, że są większe tragedie. Choćby taka jak wplątanie w niebezpieczne zadanie przez Sknerusa, który gotowy jest poświęcić wszystko dla zdobycia ważnego dla jego inwestycji kawałka ziemi. Zwłaszcza, że to nie on będzie musiał się trudzić. Jeśli Kaczor uważał, że praca kuriera jest trudna to na ekstremalnej rowerowej wyprawie szybko zmieni zdanie. Dziobas natomiast sprowadzi na niego wiele nieszczęść. Na końcu oczywiście przewidział nagrodę za trudy, ale nasz kaczy bohater to przecież pechowiec, więc sami domyślacie się, że przejdzie mu ona obok dzioba. Komu trafi się skarb?
Komiksowe opowieści to kilkustronowe przygody znanych bohaterów. Przygody bohaterów są bardzo różnorodne. Jedne poruszają tematy wpływu technologii, inne pokazują relacje między bohaterami, skupiają się na naszym nastawianiu do życia, nowych wyzwań, wadach i zaletach. Nie zabraknie też spojrzenia na to jak przedmioty kształtują nasze podejście do wielu spraw. Przerysowane sylwetki to doskonałe studium wyśmiewające ludzkie wady, a jednocześnie świetna zabawa dla wszystkich tych, którzy dadzą porwać się przygodom mieszkańców Kaczogrodu.
"Gigant Poleca" to jedno z tych serii komiksowych czasopism, które dostarczą dużą dawkę rozrywki za niewielką cenę.  Do tego ilość stron nie przerażą żadnego czytelnika. A wszystko dzięki temu, że kolejne przygody nie są długie i nie są powiązane w całość. Można czytać je wybiórczo. Znana kreska zdecydowanie skutecznie przyciąga uwagę młodych czytelników. Polecam.

#gigantpoleca #polowanienamikiego #egmontpolska #komiks #egmont #światkomiksu #dladzieci #dladorosłych #cosnapolce #bookstagram








Dominika Czerniak-Chojnacka "Orkiestra"


Nic tak skutecznie nie przyciąga dziecięcej uwagi jak instrumenty. Przedmioty wydające z siebie dźwięki mają w sobie coś z magii i to sprawia, że żaden maluch nie może przejść obok nich obojętnie. To można wykorzystać zarówno do poszerzenia osobistego słownika, czyli zasobu znanych dziecku słów oraz do ćwiczenia mowy. Onomatopeje wprowadzają maluchy w świat sylab, powtarzania, naśladowania. Tu z pomocą przyjdzie nam bardzo prosta, a zarazem w pewien sposób zaczarowująca i zdecydowanie zaskakująca dla maluchów publikacja wydana przez Wydawnictwo Albus. „Orkiestra” Dominiki Czerniak-Chojnackiej jest z grupy tych czytanek, których ilustracje nie giną po przewróceniu kolejnej strony, ponieważ tu mamy harmonijkę z kartonowych stron. Każda nowa karta to nowe postaci dołączające do znanych. Mały czytelnik widzi miasto, przez które maszeruje grupka ludzi z instrumentami.
Na początku (czyli na stronie tytułowej) znajdziemy dyrygentkę (tamburmajorkę). Za nią maszeruje mażoretka, później klarnecistka itd. Itd. Poza dźwiękami poznamy też odgłosy otoczenia. Samochody trąbią, fryzjer obcina włosy, samolot leci na niebie, fotograf uwiecznia scenę, gołębie gruchają, wróble ćwierkają. W mieście, przez które maszerują grający znajdziemy domy, fontannę, koty, psy, bociany, kominiarzy. W tle dzieje się wiele ciekawych rzeczy: dzieci jedzą lody, są smutne, kiedy coś im wypadnie, jeżdżą na rowerach, a nawet latają statki kosmiczne, bo troszkę fantazji przecież nie zaszkodzi. Do tego napotkani ludzie są bardzo różnorodni. Są młodzi i starzy, pełnosprawni i niepełnosprawni, a nawet superbohaterowie śmigający uratować świat. Wszystko, co napotykamy wydaje dźwięki i może być pretekstem do naśladowania, a tym samym do ćwiczenia umiejętności mówienia.
Ilustracje są bardzo proste i po pierwszym przejrzeniu skupiamy się głównie na głównym planie. Dopiero kolejne lektury uświadamiają nam wielki potencjał, pozwalają odkryć i zrozumieć otaczający nas świat. Dzieci poznają nazwy instrumentów, ale nie tylko, bo poza nimi na ilustracjach jest dużo innych przedmiotów. Dzięki formie leporello kształtujemy naukę łączenia wcześniejszych wydarzeń pokazanych w książce w całość. Śledzenie tego, co dzieje się w mieście pomoże rozwinąć koncentrację. Bliskie dziecku otoczenie będzie pretekstem do wyszukiwania przedmiotów, które same spotykają na spacerze, czyli ćwiczenia pamięci.
Do książki warto sobie wydrukować karty z instrumentami. Po rozłożeniu kart i stron można bawić się z dzieckiem w dopasowywanie instrumentów do ilustracji. To pomoże w ćwiczeniu dopasowywania, umiejętności globalnego myślenia oraz ćwiczeniu koncentracji. Takie ćwiczenie zaczynamy od dwóch stron: 2 instrumenty na stronach i 2 karty. Jeśli nasza pociecha radzi sobie z tym bez problemu dołączamy kolejne dwa instrumenty z sąsiadujących stron. Wystarczy tylko rozłożyć strony.
Warto też razem z publikacją rozejrzeć się, jakie dźwięki są w waszym otoczeniu, odtworzyć dźwięki instrumentów (Internet to błogosławieństwo i kopalnia pomocy). Zdecydowanie polecam.








wtorek, 30 listopada 2021

Erzsi Sándor "Cóż innego mogłabyś zrobić, Matko!"


Pisanie o niepełnosprawności, doświadczeniach rodzica niepełnosprawnego dziecka nie jest łatwe. Trzeba uchwycić obrazy, przypomnieć sobie bolesne chwile, czasami momenty zmagania się z własnymi słabościami, wątpliwościami, obnażyć swoje emocje, a do tego zrobić to w taki sposób, żeby nie było śmiesznie. Często na niepełnosprawność patrzymy jak na coś oczywistego, zastanego, wynik patologicznych związków. A co jeśli dwójka zdrowych, wykształconych rodziców ma takie dziecko? Wtedy na pewno z matką jest coś nie tak. Jak pokazać innym swoje zmagania? Nie jest to łatwe. Wielu autorów nie radzi sobie z tym tematem.
Narodziny planowanego i wyczekiwanego dziecka to czas oczekiwania i radości. Nikt nie przewiduje narodzin chorego potomstwa, a jednak niektórym trafia się taki los na życiowej loterii. Pierwsze dni to oswajanie się, obserwowanie noworodka. Nawet wtedy, kiedy jest okazem zdrowia pojawiają się wątpliwości, pytania. O takich doświadczeniach opowiada Erzsi Sandor w książce „Cóż innego mogłabyś zrobić, Matko!”. U niej jednak wątpliwości mają swoje podstawy. Dokładne obserwacje matki wychwytują coś dziwnego w synu: ma ciemne oczy. Tak ciemne, jakby nie miały tęczówki. Później okazuje się, że faktycznie tak jest. Diagnoza poważnej choroby zmienia życie całej rodziny. Zaczynają się liczne badania i poszukiwanie możliwości uzdrowienia dziecka. Szybko okazuje się, że mottem przewodnim stanie się „przede wszystkim nie szkodzić”, bo jakiekolwiek interwencje w postaci operacji mogą przynieść więcej szkody niż pożytku. Jedno jest pewne: bez specjalistów się nie obędzie. Ich życie zaczyna toczyć się wokół wizyt, badań, obserwacji, poszukiwań dobrych rozwiązań.
„Fachowa wiedza to potęga, nie zaszkodzi niekiedy uchylić przed nią czoła”.
Autorka opowiada o swoich osobistych doświadczeniach. Dzieli się z czytelnikami różnymi fazami żałoby po zdrowym dziecku, rozwijania akceptacji nowej sytuacji, nauki działania, ale też wprowadzania dziecka w świat. Dająca sporo swobody synowi będzie uchodziła za tą dziwną, a czasami wręcz wyrodną. Dziennikarka mówi w swojej publikacji o rzeczach, które w wychowaniu syna ją zaskakiwały.
„Nie możemy żyć jak w bańce tylko dlatego, aby ułatwić mu życie. Na dodatek jest to na dłuższą metę nie do wykonania”.
Mierzenie się ze światem, kiedy niewiele się widzi i z dnia na dzień wzrok jest coraz słabszy nie jest łatwe. Poza rodziną są grupy rówieśników i oceniających dorosłych: tych, którzy wiedzą lepiej i z tego powodu potrafią krzywdząco oceniać. Mamy tu świat radości, ale też niepewności, zmagania się z przeciwnościami losu. Zwyczajne choroby przez perspektywę niepełnosprawności to tylko takie tam małe niedogodności. Nawet w obliczu walki rodzina Sandor nie wyzbywa się optymizmu i humoru. I to właśnie czuć, kiedy czyta się jej wspomnienia.
„Nauczyliśmy się doceniać dni powszednie. Zwykłe tygodnie, miesiące, kiedy nic nadzwyczajnego się nie działo. Byliśmy wdzięczni, że nasze dziecko nie ma dolegliwości, że nic go nie boli”.
Autorka opisując codzienność często jest dosadna, ironiczna. Bywa też matką walczącą, drapieżną gotową stanąć w obronie własnej pociechy, ale też nie chroni syna przed świadomością swojej niepełnosprawności. Tomas posiada wiedzę o swoich brakach, uczy się o nich mówić prosto i otwarcie, bez nadmiaru emocji, a mimo tego traktowany jest przez rówieśników inaczej.
„To, że małe dzieci dobrze tolerują inność, gdy już się z nią oswoją, okazało się mitem. Tomi stał się obiektem licznych drwin i wcale nie ułatwiało sprawy to, że tak naprawdę mali chłopcy wręcz boją się pomyśleć o ślepocie. Za plecami przedszkolanek robili mu różne przykrości. Doskonale wiedzieli, że źle postępują, ale przyjemne poczucie przynależności do grupy brało górę”.
Świadomość granic swoich możliwości jest tu bardzo ważna. Zmusza do szukania innych dróg, dążenia do samodzielności.
„Uważałam, że upiększanie rzeczywistości i tuszowanie prawdy tylko pogłębi problem”.
Książka ta jest opowieścią o matce dopingującej, stojącej z boku i spoglądającej na syna z niepokojem. Wie jednak, że największym błędem jaki mogłaby popełnić byłoby skrycie syna pod bezpiecznym kloszem. Nie buduje wokół niego aury ochrony, wyręczania. Wręcz przeciwnie. Ma się uczyć kolejnych nowych rzeczy, aby kiedyś mógł stać się samodzielny.
„Nie wtrącałam się do wszystkiego, starałam się mu nie przeszkadzać. Gdyby ciągle słyszał, że musi na siebie uważać, i gdyby wszyscy obchodzili się z nim jak z jajkiem, to przywykłby do tego. Wręcz by tego oczekiwał. Nie chciałam podporządkowywać całego naszego życia wyłącznie jego potrzebom. Chciałam – to mało powiedziane – pragnęłam, aby odnalazł swoje miejsce w dobrze funkcjonującej rodzinie, która nie utrudnia mu życia. I której on również nie utrudnia życia, przynajmniej nie w takim stopniu, w jakim czynił to dotychczas. Nie chciałam się jeszcze bardziej poświęcać i nie mogłam tego wymagać od innych”.
„Cóż innego mogłabyś zrobić, Matko!” to opowieść o nie robieniu z siebie męczennicy, bohaterki, kobiety poświęcającej się dla niepełnosprawnego dziecka. Mamy tu piękną postawę braku zatracania się w opiece nad dzieckiem. Oczywiście jest miłość, czułość, bezpieczeństwo, zapewnianie wszystkiego, co potrzebne do bezpiecznego rozwoju, ale bez nadmiaru chuchania, ale za to z myśleniem o tym, aby był jak najbardziej samodzielny.
„Poświęcenie się dla kogoś jest wdzięczną rolą. Potrafi wypełnić każdy dzień życia, a nawet nadać mu sens. Wiedziałam, że jeśli moim jedynym celem stanie się opieka nad biednym, bezradnym, niewidomym dzieckiem, to z pewnością unieszczęśliwię dwie osoby. Siebie, bo zrezygnują ze swojego życia, i Tomiego, ponieważ nie pozwolę mu żyć jego życiem”.
Bycie rodzicem niepełnosprawnego dziecka to też możliwość dostrzeżenia większej ilości innych dzieci z diagnozami. Erzsi Sandor przybliża nam też inne niepełnosprawności, z którymi zetknęła się w różnorodnych placówkach. Widziane okiem matki ociemniałego syna mogą zaskakiwać czytelników, którzy mają zdrowe dzieci.




Franciszek Szczęsny "Zakazana miłość"


Do świata książki Franciszka Szczęsnego „Zakazana miłość” trafiłam przypadkowo. Chciałam sięgnąć po książkę kogoś, kogo jeszcze nie znam, nie mam wyrobionego zdania na temat jego dorobku i przez to nie mam żadnych uprzedzeń. Po przeczytaniu pierwszych stron zostałam porwana przez nurt historii, z którą mierzyli się bohaterzy. Po odłożeniu książki pozostał niedosyt. Niby wiem jak skończyły się losy bohaterów, ale chętnie czytałabym dalej. Do tego pozostał we mnie zachwyt nad otwartością pisarza, pokazaniem zawiłych kwestii społecznych, poruszeniem wielu tematów, które często traktowane są jako tabu, uzmysłowieniem, że wojny zaczynają się od słów wykluczenia, a później podsycane są stereotypami i zabobonami. Brak wiedzy to najczęstszy powód przemocy.
Poznajemy rodzinę Xaviera Kossa. Mieszkający w Berlinie Polacy przeprowadzają się do Wolnego Miasta Gdańsk, aby odmienić swój los. Zwłaszcza, że kryzys i inflacja każdemu dawała się we znaki. Nowe miasto to nowe możliwości, ale też i wyzwania. Rodzice Marty imają się różnych zajęć. Jednym z wielu jest przygrywanie przechodniom, osobom odwiedzającym kawiarnie czy na weselach. Marta korzysta z umiejętności nabytych w Berlinie i jest towarzyszką ojcowskich występów. Zdobywanie pieniędzy w ten sposób jednak nie jest łatwe, bo poza grą trzeba jeszcze umieć poprosić o pieniądze. Ten duet zdecydowanie tego nie potrafi. Na ich drodze pojawia się sympatyczny i przedsiębiorczy Maks. W trójkę łatwiej działać.
Codzienny kontakt, bliskość przeradzają się w miłość. Marta i Maks zakochują się. Początkowo ich uczucie jest nieśmiałe. Ukrywają się ze swoją miłością. Jednak przychodzi taki czas, że w końcu chcą założyć rodzinę. Okazuje się, że nie będzie to takie łatwe, bo mimo całej sympatii jaką jej ojciec żywi do jej ukochanego nie pozwoli na ślub z żydem. Także krewni Maksa nie skaczą z radości na wieść o zauroczeniu katoliczką. Zacznie sią nagonka na młodych z dwóch stron. Im bardziej zagorzali i religijni ludzie tym większe prześladowanie kochających się. Rosnące podziały społeczne, wzrastający antysemityzm nie pomoże młodym. Xavier Koss zabierze córkę z dala od miasta, aby wybiła sobie z głowy fatalne zauroczenie. Czas jednak pokaże, że prawdziwej miłości nic nie jest w stanie zniszczyć. Młodzi będą się szukać i próbować skontaktować ze sobą, a później wbrew otoczeniu wezmą ślub. I kiedy wydaje nam się, że już wszystko powinno być dobrze, bo ich wspólnemu życiu już nic nie stoi na przeszkodzie wybucha wojna, która ma pociągnąć za sobą miliony istnień i doprowadzić do eksterminacji żydów. Jak Marta z Maksem poradzą sobie z tym wyzwaniem musicie przekonać się sami. O całym rozstaniu można powiedzieć, że uratował on im życie, bo gdyby nie wyjazd na prowincję to nie mieliby nawet minimalnych szans przetrwania w czasie wojny. Jak wykorzystają ten dar od losu? Przekonajcie się sami sięgając po książkę.
„Zakazana miłość” to rewelacyjna powieść historyczna przybliżająca czytelnikowi realia życia osób żyjących wówczas na Pomorzu. Widzimy zmiany rządów, stajemy się świadkami propagandy, przemocy, uprzedzeń, powtarzanych zabobonów, ale też poznajemy życie flisaków, czyli zawodu, który dziś kojarzy się z bardzo odległymi czasami i przez to egzotycznemu. Franciszek Szczęsny bardzo umiejętnie porusza kwestie starć między grupami społecznymi, działania nacisku rodzin i społeczności. Do tego poruszono problem przemocy w rodzinie, alkoholizmu, emancypacji, walczenia ze stereotypami. Małe społeczności są tymi, które najbardziej kontrolują swoich członków. Tu nic nie może się ukryć. A jednak jak bardzo się chce to można wiele zataić.
„Zakazana miłość” to przede wszystkim przybliżenie historii naszego kraju w najbardziej gloryfikowanym czasie. Widzimy zmiany, jakie zachodzą po odzyskaniu przez Polskę niepodległości, obserwujemy stopniowe zatargi rosnące między Niemcami i Polakami oraz wykluczanie ze społeczności każdego, kto nie jest chrześcijaninem. Poza losami bohaterów mamy tu bardzo precyzyjnie nakreślone tło historyczne, odarcie wielu mitów z kłamstwa. Franciszek Szczęsny uzmysławia czytelnikom, że życie w powojennej Polsce (zarówno po wielkiej wojnie jak i II wojnie światowej) wcale nie było piękne, a ludzie nie mogli cieszyć się wolnością, bo na każdym kroku czyhała cenzura dosięgająca także naukowców. A teraz jeszcze najlepsza rzecz dla miłośników literatury faktu: książka powstała w oparciu o prawdziwą historię miłości. Marta mieszkająca w okolicach Kartuz mieszkała naprawdę. Był też Maks, ale tego autor nie zdążył poznać. Za to mógł wczuć się w jego skórę zgłębiając historię jego trudnego, ale jednocześnie szczęśliwego życia, bo nie ma większego szczęścia od miłości gotowej znieść każdą przeciwność losu. Jeśli czytaliście „Jaśminową sagę” Anny Sakowicz i lubicie taki klimat to i ta książka Wam się spodoba. Ja jestem zachwycona. Muszą przyznać, że wejście w świat utrwalony przez Franciszka Szczęsnego bardzo miło mnie zaskoczyło. Jego język jest precyzyjny, opisy trafne, spostrzeżenia celne. Wiele w tych obrazach możemy dostrzec rzeczy nam bliskich. Książka bardzo dobrze dopracowana. Czytelnik znajdzie liczne odesłania do źródeł, z których korzystał autor zabierający nas w świat mu bliski, czyli na Kaszuby.