poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Krzysztof Giedroyć "Przygody K"



http://www.wforma.eu/7,przygody-k.html
Krzysztof Giedroyć, Przygody K, Szczecin „Forma” 2007
K lubi obserwować, przeżywać, doznawać, przetrawiać, relacjonować, analizować i pisać. W tę postać może wcielić się każdy. Nie ma ona ram płci. Przez większość książki K to bohater bezpłciowy, twór dziwny, bo obserwujący z jednakową uwagą kobiety i mężczyzn. Można podejrzewać, że jest ono kobietą, ale czy na pewno? Związek z dziewczyną, przekonanie o heteroseksualności, wypowiedzi w formie męskiej pozwalają nam nadać płeć postaci, która zostaje jej pozbawiona przez narratora. To sprawia, że K może być szersze niż konkretny męski bohater. Może mieć podobne przemyślenia, spostrzeżenia i przeżycia jak kobieta i mężczyzna. Płeć wydaje się tu umowna na podstawie biologii i zachowań społecznych. Osoby nie wdrożone w te schematy mogą patrzeć na K przez pryzmat tego, co wspólne dla obu płci.
W „Przygodach K” znajdziemy zwykłą codzienność w mieście złączenia kultur, próby nawiązania jedności między nacjami i płciami. Autor pozwala nam uzmysłowić sobie, że każdy człowiek mówi innym językiem, a w imię dążenia do porozumienia zacieramy granice owych różnic, tak jak Ludwik Zamenhof próbował zatrzeć różnice między członkami małej społeczności. Prosty i jednolity język miał być lekarstwem na społeczne bolączki. Człowiek jednak nie jest istotą szczerą, co najlepiej pokazuje rozmowa K z archiwistą pamiętników: żaden nie chce się przyznać co tak naprawdę myśli. Szafowanie słowami, gry słowne pozwalają na zachowanie twarzy.
„Przygody K” pełne są bohaterów, ważnych przemian społecznych, zmian w życiu bohatera. Nie jesteśmy jednak poznać ich dokładnie. Narrator i bohater podsuwają nam świat okrojony, widziany w danym momencie i pękający jak bańka mydlana. Nawet opis domu nie może być idealny, bo zawsze coś się pominie.
”Architekt coś sobie z trudem przypomina: jeden mój stary profesor od przestrzeni nauczał, że pomiędzy rzeczami stoi przestrzeń, co brzmi banalnie w ustach architekta, ale jedni się wpatrują w rzeczy i nie widzą przestrzeni, jeszcze inni patrzą się i w rzeczy, i w przestrzeń, a jeszcze inni uważają, że najważniejsza jest przestrzeń właśnie, z niej przychodzimy, do niej wracamy. Dlatego przestrzeń tak cieszy, coś z niej dobrego wynika”.
W sztuce puste miejsca pozwalają ocenić wartość dzieła i poziom odbioru adresata. Umiejętny widz i czytelnik sam uzupełnia i buduje sobie fabułę. Tak jest i tu: narrator pozostawia bardzo duże pole do manewru czytelnikowi.
Książkę polecam miłośnikom tekstów wzorowanych na mowie swobodnie przeskakującej z tematu na temat. Interesujące spojrzenie na świat pozwala na autorefleksję.

Ałbena Grabowska: Między urokiem bułgarskiej przyrody, a obozem sportowym



Odkąd siebie pamiętam, każdego lata jeździłam do Bułgarii. Babcia przyjeżdżała po mnie w maju, zabierała do siebie, a potem „oddawała” we wrześniu, albo nawet w październiku. Z czasem, kiedy zaczęłam chodzić do szkoły, czas pobytu u babci skrócił się do dwóch miesięcy. W Bułgarii było cudownie. Kupowano mi książki, pewne pozycje, jak np. „Chatę wuja Toma” czy „Braci Lwie Serce” czytałam tylko po bułgarsku. Poza tym miałam koleżanki, z którymi bawiłam się całymi dniami na powietrzu. Babcia dbała, żebym zmieniała klimat. Jeździłyśmy nad morze, do rodziny przyszywanego dziadka, gdzie także miałam swoje „towarzystwo” czekające na mnie każdego roku. Najważniejszy był jednak pobyt w Czepelare, miejscowości z której wywodziła się babcia. To tam w otoczeniu gór słuchałam opowieści babci, jej koleżanek, legendy o Orfeuszu, która stała się kanwą mojej debiutanckiej książki „Tam, gdzie urodził się Orfeusz”.
W szóstej klasie zaczęłam się buntować. Byłam w klasie sportowej, trenowałam koszykówkę i chciałam pojechać na obóz sportowy z dziewczynami z drużyny. Rodzice byli zdumieni. Jak to można chcieć jechać do jakiejś mieściny, gdzie miesza się po pięć osób w pokoju, jest brudno, jedzenie kiepskie i całymi dniami biega się za piłką. Właśnie… Dla mnie to było marzenie, żeby spędzić choć część lata ze swoimi rówieśnikami. Ale nie, znów pojechałam do Bułgarii. W ósmej klasie postawiłam warunek. Nie pojadę nawet na jeden dzień do Bułgarii, jeśli nie będę mogła spędzić chociaż 2 tygodni z rówieśnikami. Dostałam się do dobrego liceum, miałam świetne świadectwo, argumentowałam. Słowem – należało mi się. Pojechałam na obóz wędrowny eksplorując nieznane mi tereny emocjonalne w postaci wakacji w ruchu, z plecakiem na ramionach, spaniem w schroniskach i myciem się w łyżce wody. Jaka ja byłam szczęśliwa… Szliśmy w trybie: jeden dzień ze schroniska do schroniska, kolejnego dnia była wycieczka :miejscowa”. Wolałam ten drugi dzień, bo szliśmy bez plecaków i można było delektować się widokami i towarzystwem bez ciężaru na plecach. To były cudowne dwa tygodnie spędzone w Beskidzie Śląskim i Żywieckim. Z dziewczynami które tam poznałam spotkałam się jeszcze raz podczas kolejnych wakacji. Tym razem nie w górach, ale na obozie konnym. Potem dość długo korespondowałyśmy ze sobą, ale z czasem znajomość rozluźniła się. Czasem myślę, co u nich słychać, czy ułożyły sobie życie, czy są szczęśliwe.
Do Bułgarii również pojechałam, bo pewnie i jak bym nie wytrzymała, i babci byłoby przykro. Swoje dzieci posyłam na kolonie i obozy odkąd skończyły sześć lat. Chcę, żeby spędzały czas z rówieśnikami, aktywnie na powietrzu. Ciekawe jak po latach odpowiedzą na pytanie o swoje ulubione wakacje… Czy będzie to obóz żeglarski, językowy, narty, góry, Chorwacja? A może wakacje z rodzicami w Bułgarii? Czas pokaże.


Agnieszka Masłowiecka "Pyszne ciało"

http://www.wforma.eu/191,pyszne-cialo.html
Agnieszka Masłowiecka, Pyszne ciało, Szczecin, Bezrzecze „Forma” 2011
Kurzyna, wieprzowina, wołowina, ryba – nazwy, które towarzyszą nam na co dzień. Każdego dnia (jeśli jesteśmy wszystkożerni) zjadamy kawałek mięsa, kawałek czyjejś matki, ojca, brata, siostry, córki, syna, a wszystko przez to, że na te produkty nie patrzymy jak na ciała, ale potrawę. Co jeśli znajdzie się osoba, która w podobny sposób spojrzy na człowieka, która jest gotowa zrealizować swoje marzenia o potrawie z człowieczyny? W historii ludzkości było wiele takich historii. Jedzenie ciał pokonanych miało podkreślić posiadaną siłę lub dostarczyć mocy, którymi obrażone były ofiary.
W zbiorze opowiadań „Pyszne ciało” znajdziemy historie pisarzy, którzy nieświadomie zmieniają bieg historii w odległym kraju, przygody ludzi uciekających przed życiem, chorobą, śmiercią, sobą. Ciała ich i wszystkich otaczających istot odgrywają w całości bardzo ważną funkcję: sprawiają, że przestajemy być tworem cielesno-duchowym. Stajemy się materią, która albo zostanie zjedzona przez mniejsze albo przez większe istoty. W przyrodzie przecież się nic nie marnuje, więc i nasza materialna cząstka musi być wykorzystana. Kto skosztuje naszego pysznego ciała zależy od naszych codziennych decyzji.
Zbiór opowiadań polecam miłośnikom opowiadań oraz literatury niejednoznacznej, wymagającej skupienia, analizy, odkrywania ukrytych sensów.

sobota, 29 sierpnia 2015

Jacek Ostrowski: Początek szkoły, szczęście czy przekleństwo?



Zbliża się początek roku szkolnego. Nie wiem, jak on obecnie wygląda, ale w czasach PRL-u, w latach mojego dzieciństwa to było wielkie wydarzenie. Właściwie wszystko zaczynało się nakręcać pod koniec poprzedniego roku szkolnego. Od ocen na świadectwie zależało, czy jestem godzien mieć nowe podręczniki, czy jestem głąb i wystarczą mi stare po kimś. Szkoła rozdzielała talony na zakup książek, a ci co mieli same piątki zgarniali pełną pulę. Ja wciąż miałem problem z nowymi podręcznikami do nauki języka polskiego. Moją nauczycielką (prześladowcą) była pani Łepkowska ciocia znanej scenarzystki Ilony Łepkowskiej. Uczyła mnie cztery lata i do końca nie potrafiła zrozumieć bardzo prostej rzeczy, że mańkuta nie nauczy kaligrafii. Do dziś pamiętam jej twarz nachyloną nad moją głową i wykrzywioną w grymasie złości. Nikomu nie życzę takiego belfra, bo taki nauczyciel może brutalnie zniszczyć w człowieku zapał do nauki.
Pod koniec sierpnia zaczynał się szał zakupów. Najpierw z talonami w zębach stawało się w kolejkach po podręczniki, później po zeszyty, kredki, pióra, atrament i bloki rysunkowe. To była prawdziwa walka. Nowy tornister co kilka lat, piórnik, worek na kapcie i koniecznie strój do zajęć z wychowania fizycznego i tenisówki. Następnie była wizyta u fryzjera, bo długie włosy były prawnie zabronione( dopiero w 1972 roku złagodzono to przepis).
Teraz było już wszystko. Zostało odliczanie dni do końca wakacji. Nie powiem, że czekałem z utęsknieniem na szkołę, bo bym skłamał. Mało kto ją lubił, bo jak tu darzyć sympatią coś, co nas dręczy przez siedem dni w tygodniu? Tak to wtenczas wyglądało. Do szkoły chodziliśmy sześć dni, a ponieważ niedziela była wolna to nauczyciele (czytaj sadyści) obarczali nas mnóstwem zadań do odrobienia w domu. Teraz z perspektywy lat powiem, że to było naprawdę podłe.
W końcu ten pierwszy dzień nadchodził. Najpierw odbywało się uroczyste rozpoczęcie. Wnoszono sztandar, a później były bardzo długie mowy, apele i itd. (głównie o władzy ludowej, ZSRR i towarzyszu Gomułce, później o Gierku i oczywiście o przewodniej roli PZPR i komunizmie.) Na koniec sztandar wynoszono, wszystko to przy śpiewie chóru chłopców o jeszcze nieukształtowanej   barwie głosów. To zapamiętałem do dziś, bo reszta była zupełnie niewarta utrwalenia w pamięci.
Następnie rozchodziliśmy się do klas i poznawaliśmy spady, czyli nowe koleżanki i kolegów, którzy zaspali w poprzednim roku. Wśród nich zdarzali się i tacy co przespali pięć lat, niezłe śpiochy.
Później od wychowawcy otrzymywaliśmy tymczasowy plan lekcji, kilka dodatkowych ostrzeżeń  i wreszcie szliśmy do domu.
To pamiętam z podstawówki, bo w liceum do tego wszystkiego nie przywiązywaliśmy żadnej wagi. Szkoła była uznana, jako zło konieczne i basta, a rozpoczęcie roku szkolnego było tylko niemiłym epizodem. Nikt nie myślał o podręcznikach i zeszytach, nie liczyło się, czy są nowe, czy używane. Powiem więcej , te używane nieraz były bardziej wartościowe, bo często zawierały notatki, rozwiązania zadań i inne bardzo przydatne informacje. Przez te wszystkie lata nauczyciele postarali się nas skutecznie wyleczyć z przestrzegania wartościowych zasad, a wręcz zmusili nas do krętactwa i kombinowania. No cóż, byliśmy pojętnymi uczniami.
Czy tak jest teraz? Wydaje mi się, że tak. Teraz moje pokolenie uczy, a mieliśmy dobrych nauczycieli.

Książki
Transplantacja
Szlaki życia
Paradoks
Polskie pieskie życie

IPN Wywiady z autorem:  
o Wielkanocy 
tematy społeczne o historii
o życiu i pisaniu 
wakacyjna podróż

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Michał Bondyra, Paweł Przewoźny "Czasem trupy zmartwychwstają"




Michał Bondyra, Paweł Przewoźny, Czasem trupy zmartwychwstają, (książka + płyta DVD z filmem), liczba stron: 36, cena: 23,00 zł, ISBN 978-83-7516-867-9
Jak rozmawiać z młodzieżą o uzależnieniach?
Narkotyki, dopalacze, alkohol – te używki w ostatnim czasie zbierają śmiertelne żniwo. Jak rozmawiać i uchronić młodych ludzi przed uzależnieniem? Nieodzowną pomocą może stać się nowy film Wydawnictwa Świętego Wojciecha – Czasem trupy zmartwychwstają, ukazujący trudną drogę wychodzenia z nałogu, jaką odbyli dwaj młodzi hiphopowcy.
Arkadiusza „Arkadio” Zboźnia oraz Dobromira „Maka” Makowskiego łączy nie tylko hip-hop, który z pasją tworzą. Łączy ich doświadczenie uzależnienia od narkotyków i alkoholu. Film pokazuje, jak łatwo wpaść w nałóg, ale także możliwości wyrwania się z niego. Walka, którą podjęli bohaterowie filmu, nie byłaby możliwa bez powrotu do fundamentów wiary. „Arkadio” i „Mak” są przekonującymi świadkami nie tylko nawrócenia, ale też uzdrowienia fizycznego i wewnętrznego.
Bohaterowie filmu w szczerej rozmowie opowiadają niemal z fotograficzną dokładnością krok po kroku jak wpadali w szpony nałogu. Pokazują, jak krótka jest droga od zwykłej, często niewinnej ciekawości do wielkiej tragedii, którym było totalne uzależnienie wypełniające całe ich życie.
Film w sposób poglądowy ukazuje mechanizm uzależnień, od przyczyn sięgania po używki po konsekwencje będące skutkiem alkoholizmu czy narkomanii. To doskonała „terapia szokowa” dla każdego młodego człowieka, który zaczyna wkraczać w dorosły świat.
Płyta została uzupełniona krótkim, praktycznym przewodnikiem do prowadzenia dyskusji o uzależnieniach, inspirujące cytaty autorytetów, naukę Kościoła katolickiego, pytania do twórczej dyskusji – w przystępny sposób pomogą przekazać treści wychowawcze oraz statystyki ukazujące ogrom problemu.
Czasem trupy zmartwychwstają to poradnik oraz przewodnik w jednym dla rodziców, nauczycieli, terapeutów, duszpasterzy, który w nowatorski i skuteczny sposób wesprze ich w wychowawczej pracy.
Autorzy filmu:
Michał Bondyra (scenariusz i rozmowy): redaktor naczelny młodzieżowego pisma „KnC”, dziennikarz Przewodnika Katolickiego, współautor książki Dziesięć słów o miłości, autor szeregu reportaży o tematyce uzależnień, laureat Nagrody Wojewody Wielkopolskiego za tekst ekumeniczny Dzielnica czterech świątyń.
Paweł „Under” Przewoźny (reżyseria, montaż): raper, autor 4 albumów hip-hopowych, twórca filmowy, laureat wielu prestiżowych konkursów i festiwali filmowych, reżyser i szef ekipy filmowej White Studio, promotor życia bez nałogów, mówca motywacyjny.
Bohaterowie filmu:
Arkadiusz „Arkadio” Zbozień – raper, mówca motywacyjny z Nowego Sącza. Pomysłodawca ogólnopolskiej kampanii społecznej „Rób to co kochasz”. Autor czterech płyt
i książki Rób to co kochasz. Jak wejść na drogę życia z pasją”.
Dobromir „Mak”Makowski – pedagog ulicy, raper. Twórca projektu Rap Pedagogia, opartego na hip-hopie, elementach profilaktyki, inspirowanego jego przeszłym życiem. Założył fundację „Młodzi dla młodych” w Pabianicach.

"Antologia polskich opowiadań grozy. City 2"



http://www.wforma.eu/197,city-2-antologia-polskich-opowiadan-grozy.html
Antologia polskich opowiadań grozy. City 2, red. i posłowie Bartłomiej Paszylk, Szczecin, Bezrzecze „Forma” 2015
„Antologia polskich opowiadań grozy. City 2” to zbiór bardzo zróżnicowany. Jedne z fabuł są bardzo mocno osadzone w naszych realiach, inne odrywają nas od znanego nam świata, pozwalają wędrować w przeszłość i przyszłość, docierać do sfer nie odkrytych.
Idealnie wpisującym się w świat mediów, dążenia do sławy, nasiąkania światem gwiazd jest opowiadanie Roberta Ziembińskiego „Kuchnia z gwiazdami”, w której brutalny bohater jest przekonany o nabywaniu mocy zjadanych przez niego osób. Nie zabraknie tam znanych wszystkim gwiazd polskiej telewizji, dzięki czemu nieznany nikomu kanibal staje się sławny (nabywa moc).
Autorzy zabierają nas również w świat ludzkich uczuć. Nie zabraknie w nich miłości, nienawiści, radości, podziwy, smutku i wzgardy. Utworem łączącym wszystkie te elementy jest opowiadanie Pawła Deptucha „Założę się z tobą o dychę, tylko po to, aby było większe napięcie”. Kochająca i jednocześnie nienawidząca kobieta po raz pierwszy inicjuje zakład sprawdzający zainteresowanie ludzi cudzymi zdjęciami.
„City 2” z „City 1” łączy różnorodność i miejskość. Nawet na plażach ludzie gromadzą się jak mrówki, przepełniają otoczenie, w którym dewianci i zbrodniarze mają doskonałe schronienie i pole do manewru. Poza tym zbiory te są odmiennymi tworami zabierającymi czytelników w świat zbrodni, przemocy, zła, nie odkrytych sił.
Książkę polecam miłośnikom grozy i opowiadań. Bardzo dobrze sprawdzi się podczas podróży, kiedy nie możemy sobie pozwolić na dłuższe brnięcie w tekst tylko fabuła musi zamknąć się na kilku stronach.
Kup książkę



niedziela, 23 sierpnia 2015

Richard Branson "Biznes do góry nogami wywrócony"

Richard Branson, Biznes do góry nogami wywrócony, tł. Jerzy Cieśliński, Warszawa „Studio EMKA” 2015
„Biznes do góry nogami wywrócony” nie jest typowym poradnikiem i nawet nie wiem czy powinien uchodzić za poradnik. Nie znajdziemy w nim jasnych rad, prostych wskazówek, przepisów na biznes tylko kilka idei, wokół których autor snuje opowieści ze swego życia. Z jednej strony rady wydają się przez to bardziej czytelne, ale w rzeczywistości doskonale zacierają obraz. Kolejną sprawą jest wiele przykładów z Afryki, w której ludzie potrafią być bardzo przedsiębiorczy i zmieniać swoje otoczenie na lepsze. Autor zapomina dopisać, że tam malutkie zakłady nie mają obowiązku rejestracji… Człowiek może spontanicznie wpaść na pomysł, zrealizować go, a jak się nie uda to zmienić go na inny bez wielkiego opłacania ZUS-u, podatków itp. Idea piękna i nawet byłam nią zachwycona, bo przecież biurokracja zawsze niszczyła przedsiębiorczość. Pozostają wtedy pytania: a skąd pieniądze na przykład na drogi? Jakie drogi? Przecież w Afryce prawie ich nie ma. U nas są i przez to takie łatwe wchodzenie w biznes nie jest łatwe.
Na szczęście nie zabraknie przykładów z Wielkiej Brytanii, opowieści o rodzinnych biznesach, dbaniu o interesy wszystkich pracowników (zakład zarabia to i pracownicy, dostawcy, sprzedawcy zarabiają). Rozmowa, analiza małych problemów jest tu podstawą do rozwiązywania wszelkich trudności.
Książka Richarda Bransona jak dla mnie jest troszeczkę przegadana. Wszystkie rady i spostrzeżenia mogły być na mniejszej ilości stron, ale to tendencja wszelkich poradników, po które mogą sięgać również ludzie niewykształceni, ale mający wiele interesujących pomysłów na zmianę otoczenia. Dla nich ta lektura może być inspiracją.


sobota, 22 sierpnia 2015

Jarosław Błahy "Literatura jako lustro. O projekcji i odbiciach fizjologicznych w twórczości Leo Lipskiego"



http://www.wforma.eu/34,literatura-jako-lustro-o-projekcji-i-odbiciach-fizjologicznych-w-tworczosci-leo-lipskiego.html
Jarosław Błahy, Literatura jako lustro. O projekcji i odbiciach fizjologicznych w twórczości Leo Lipskiego, Szczecin, Bezrzecze „Forma” 2009
Cielesność często determinuje nasze działanie, nastawienie do świata, postrzeganie otoczenia. Dopiero w obliczu poważnej choroby zdajemy sobie sprawę jak bardzo jesteśmy zależny od swej przemijalnej cząstki. Jarosław Błahy prowadzi nas krok po kroku po twórczości i życiu Leo Lipskiego, pisarza o zawiłych losach, które prowadzą do wyobcowania fizycznego i duchowego z otoczenia. Cielesna i psychiczna samotność przekładają się na stworzenie literatury nasiąkniętej erotyzmem oraz ocierającej się o turpizm.
W książce znajdziemy interesującą analizę „Piotrusia”. Jarosław Błahy poddając twórczość Leo Lipskiego hermeneutycznemu oglądowi sięga po dzieła z różnych dziedzin. Nie zabraknie tu odwołań do wiary, religii, psychoanalizy, literatury, antropologii, filozofii, którymi posługuje się swobodnie. W analizie tej znajdziemy interesujące spojrzenie na miejsce kobiet i mężczyzn w społeczeństwie nakreślonym piórem Lipskiego, w którego twórczości brzydota i rozkład są bliskie narodzinom i wzrostowi:
„Ciekawe i bujne rzeczy rosną tylko na gównie, na nawozie. Zapach łajna jest zapachem życia. (…) Tylko lekko nadgniłe osobowości są zdolne produkować sztukę” (za Lipskim).
To, co w życiu społecznym jest poniżane tu zostaje wyniesione na poziom wyższy:
„W społeczeństwach i kulturach pierwotnych z kobietą utożsamiane są narodziny umysłu, imaginacji, oniryzmu, bogów, profetyzmu, egzaltacji i jasnowidzenia poprzez miłość, podczas gdy mężczyzna tylko poluje i walczy. Mężczyzna to twór upośledzony dzięki aktywności, kobieta zaś jest uosobieniem bierności, refleksji, pożądania i marzenia, jest personifikacją magii”.
Jarosław Błahy wprowadza nas w świat literatury Lipskiego przez nakreślenie obrazu jego życia, zależności literatury od losów autorów (nie zabraknie tu wielu znanych nazwisk), następnie przechodzi do spojrzenia na erotykę, na którą spojrzenie konturuje do końca, gdzie twórczość polskiego pisarza żydowskiego pochodzenia poddaje psychoanalizie.
Książkę polecam zainteresowanym dobrą literaturą, miłośnikom twórczości Leo Lipskiego, osobom szukającym dróg w analizie twórczości przez pryzmat cielesności i pokazania roli kobiet.

Iwona Banach i szkolna wyprawka



Nigdy nie lubiłam specjalnie szkoły, więc przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego nie były dla mnie specjalnie przyjemne. Miałam jednak mimo wszystko  dobry powód, żeby się cieszyć. Książki.
Były to lata 60 - 70, o książki było trudno, podręczniki dostawało się „spod lady”, ale ja miałam wszystko w pierwszej kolejności bo mama pracowała w księgarni. Z podręcznikami nie było więc problemu. I innymi książkami też zresztą nie, a ja książki po prostu kochałam. Co roku obiecywałam sobie, że moje podręczniki,  takie piękne, nowe, „nietknięte” dotrwają do zakończenia roku szkolnego. Nigdy się to nie udawało.
Co było wspaniałe, to to, że podręczniki były ilustrowane, co bardzo mnie wówczas kusiło i zachwycało. Potrafiłam godzinami oglądać podręczniki go chemii, fizyki i geografii...
Niestety, tylko oglądać, nie były to nigdy moje ulubione przedmioty, ze względu na dużą na nie „odporność”
Cudowne było też kupowanie zeszytów i wszelkich „przyborów szkolnych”. Nowe kredki, piórniki, wszystkie te kolorowe ekierki, to było coś, co dostawało się raz w roku i to nie ze względu na ceny, ale na możliwość ich zdobycia.
Kiedy ktoś na geometrię zapomniał linijki, mówił, że zgubił, a w „papierniczym” nie było, na ogół wszyscy w to wierzyli, choć czasem ( bardzo rzadko) było to kłamstwo.
Spośród wszystkich innych uczniów miałam ten przywilej, że miałam wszelkie atlasy geograficzne i historyczne, „małą” i „wielką” encyklopedię,  słowniki, nawet te trudne do zdobycia.
Trzeba pamiętać, że o internecie nikt nie słyszał, a o istnieniu czegoś takiego jak kalkulator usłyszałam dopiero zdając maturę z matematyki i NIE UWIERZYŁAM, że coś tak genialnego mogłoby istnieć – genialnego dla mnie, bo z matematyki zawsze byłam słabiutka.
Jako uczennica w szkole  nie czułam się dobrze, a mimo to, ironia losu sprawiła, że zostałam nauczycielką.
Wtedy już zupełnie inaczej przygotowywałam się do roku szkolnego. Starałam się zrobić wszystko, żeby moje lekcje były interesujące, ale nie zawsze się to udawało, bo jako nauczycielka języka musiałam także uczyć gramatyki, a mało kto ją rozumie, a cóż dopiero lubi.
Przez wakacje zbierałam więc francuskie czasopisma, adresy szkół, obcojęzyczne książki, foldery, reklamy, teksty piosenek, (tak, to jeszcze było przed erą „wszechwiedzącego” internetu), po to żeby uczynić lekcje nieco ciekawszymi.
A kiedy zaczynał się rok szkolny życie i tak pisało swoje własne scenariusze.
książki autorki





 

piątek, 21 sierpnia 2015

Diana Kander "Start up. Postaw wszystko na jedną firmę"



http://www.studioemka.com.pl/index.php?page=p&id=559
Diana Kander, Start up. Postaw wszystko na jedną firmę, tł. Dorota Piotrowska, Warszawa „Studio EMKA” 2015
Większość ludzi uważa, że dobry pomysł na biznes to połowa sukcesu. Diana Kander w swoim nietypowym poradniku sprowadza nas na ziemię. Wiele zależy od tego, jakie problemy rozwiązuje nasz pomysł. Jeśli nie są one tak istotne to na pewno biznes będzie wielką klapą. Jak tego uniknąć? Co należy zrobić, aby zarabiać pieniądze, a nie ciągle inwestować? Jakie błędy popełniają przyszli przedsiębiorcy? Wszystkiego dowiecie się ze „Start up. Postaw wszystko na jedną firmę”.
Książka Diany Kander nie jest typowym poradnikiem biznesowym. To, co w wielu publikacjach przez specjalistyczny język zostaje zaciemnione tu pokazano jasno i prosto. Do tego całość urozmaicono wątkiem romansowym, kryzysem małżeńskim, hazardem. Wielka niewiadoma w pokerze jest również wielką niewiadomą w biznesie. Mistrzostwa Świata w Pokerze pozwalają Owenowi stopniowo dojrzewać do odkrywania wad pierwotnej wizji oraz przekształcenia pomysłu. Jak zamienić upadającą firmę w zarabiającą duże pieniądze bez inwestowania środków w zmiany? Tego wszystkiego dowiecie się z poradnika.
Polecam wszystkim myślącym o samodzielnym biznesie, pracującym w marketingu, prowadzącym blogi, strony i wszelką działalność społeczną oraz miłośnikom romansów. Każdy znajdzie tam coś ciekawego.

czwartek, 20 sierpnia 2015

Joanna Liszewska "Sznurkowe pojazdy"



http://www.taniaksiazka.pl/sznurkowe-pojazdy-p-422169.html
Joanna Liszewska, Sznurkowe pojazdy, Warszawa „Wilga” 2013
Dzięki „Dekorynce” bardzo pięknie opanowaliśmy trudną sztukę nawlekania koralików na żyłkę. Z dużymi koralami już przestaliśmy mieć problem. Przyszedł czas na kolejny etap kształtowania motoryki małej i koordynacji. W tym zadaniu bardzo pomaga nam książka, która przyciąga pięknymi ilustracjami, kolorowymi sznurówkami oraz otworkami, dzięki którym można tworzyć proste wzory. Na razie nasza zabawa ogranicza się do przeciągania całej sznurówki z jednej strony na drugą, moim pokazywaniu i wspólnym wyjmowaniu sznurówki.
Kartonowe śliskie strony zszyte spiralą ułatwiają pracę, a powierzchnia książki świetnie sprawdza się również do rysowania ścieralnymi pisakami (nie załączonymi, ale można wykorzystać te znajdujące się w innych książeczkach „Wilgi” lub nabyć w sklepie papierniczym).
Książkę polecam wszystkim przedszkolakom.




Brenda Apsley "Mały uczeń. 1-2-3"



https://www.inbook.pl/p/s/361942/ksiazki/opowiesci,-opowiadania/maly-uczen-1-2-3
Brenda Apsley, Mały uczeń. 1-2-3, tł. Urszula Kozłowska, il. Jeannette o’Toole,  Warszawa „Wilga” 2010
Liczyć umiemy, ale z liczbami jeszcze mamy malutki problem. Kolejną interesującą książką, która pozwala uporać się z światem cyfr jest „Mały uczeń. 1-2-3” zawierająca koło do kręcenia, wyciągane strony, okienka do których należy dopasować kartonowe obrazki.
Sztywne, śliskie (z wyjątkiem niewielkich elementów) strony są odporne na rysowanie ścieralnymi pisakami (nie dołączono do książki, ale można kupić w sklepach papierniczych lub wykorzystać dołączone do innych książeczek „wilgi”), co dodatkowo urozmaica naukę przez zabawę.
„Małego ucznia.1-2-3” polecam wszystkim przedszkolakom. Jest on świetnym sposobem na wspólną naukę. Instrukcje dotyczące zabawy znajdują się na tylnej okładce.



Brenda Apsley "Uczę się rysować zwierzęta"



http://bonito.pl/k-1535661-zwierzeta-ucze-sie-rysowac
Brenda Apsley, Uczę się rysować zwierzęta, tł. Grzegorz Olejniczak, il. Marie Allan, Warszawa „Wilga” 2013
Nauka rysowania połączona z zabawą, możliwością odwzorowania prostych ilustracji, nauka liczenia, pomysłowość. Spore obszary puste przeznaczone do rysowania świetnie nadają się również do pisania, nauki pierwszych liter. Do książki dołączono trzy ścieralne flamastry, które po wyczerpaniu można zastąpić takimi samymi (można kupić w sklepach papierniczych). Możliwość ścierania i rysowania od nowa zachęcają do kolejnych prób rysowania i pisania, a kartonowe śliskie strony doskonale sprawdzają się podczas podróży i spacerów.
Książkę polecam wszystkim przedszkolakom oraz uczniom pierwszych klas szkoły podstawowej.


Brenda Apsley "Strach Piotruś poznaje liczby"



https://sklep.wilga.com.pl/strach-piotrus-poznaje-liczby.html
Brenda Apsley, Strach Piotruś poznaje liczby, tł. Urszula Kozłowska, il. Craig Cameron, Warszawa „Wilga” 2009
Od książeczek edukacyjnych wymagamy by przyciągały, a jak inaczej skupić dziecięcą uwagę jeśli nie przez przekształcenie nauki w zabawę. „Strach Piotruś poznaje liczby to książeczka z dołączonymi kartonowymi liczbami i zwierzętami, które należy umieścić we właściwym miejscu. Do tego na ostatniej stronie znajdziemy stracha z kołem do obracania, dzięki któremu możemy liczyć różne przedmioty znajdujące się na ilustracjach.
Wielkim plusem książki są sztywne strony, interesujące ilustracje oraz możliwość rysowania specjalnymi ścieralnymi pisakami (nie dołączono do książki). Książka świetnie zastąpi puzzle.
„Stracha Piotrusia” polecam wszystkim przedszkolakom.




wtorek, 18 sierpnia 2015

Edward de Bono "Myślenie lateralne"



http://www.studioemka.com.pl/index.php?page=p&id=560
Edward de Bono, Myślenie lateralne. Czym jest i jak wiele znaczy, tł. Lilianna Grzegrzółka, Warszawa „Studio Emka” 2015
„Czy ty potrafisz logicznie myśleć?” – odbiorcami takich pytań są ludzie, którzy łamią wszelkie kanony, burzą dawne porządki, próbują wypracować nowe metody patrzenia na problem. Logiczne myślenie jest synonimem sukcesu, ale czy ten sukces gwarantuje? Na pewno zapewnia powiększanie wiedzy, ale czasami posiadana wiedza może być błędnym kołem. Dowodem na to może być spojrzenie na miejsce Ziemi we wszechświecie: planeta w centrum kosmosu sprawiała naukowcom wiele problemu w prowadzeniu obliczeń, wytyczaniu dróg gwiazd i planet, które nie miały prostych tras. Wiły się i plątały po dziwnych szlakach wokół malutkiej planety zamieszkałej przez istoty myślące. Nie bez przyczyny o odkryciu Kopernika mówi się „rewolucja”. Owo podejście do zagadnienia wymagało odmiennego spojrzenia, szukania nowych dróg, zmiany perspektywy patrzenia, porzucenia znanych teorii i poszukanie swojej własnej. To wymagało myślenia lateralnego.
Otwarcie się na odmienne rozwiązania, szukanie możliwości odmiennego spojrzenia na świat, dziecięce zdziwienie, próba odkrywania otoczenia i ciągłe podważanie odkryć autorytetów, elastyczność, pomysłowość prowadzą do tworzenia nowych sposobów patrzenia na otoczenie, możliwość rozwiązywania problemów. Takie twórcze, odmienne myślenie niezbędne jest na rynku pracy. Najbardziej wynagradzani są ci, którzy potrafią przekonać do swoich innowacji, które w każdej dziedzinie są poszukiwane, a często niestety ograniczają się do lekkiego poszerzania starych koncepcji.
Edward de Bono zauważa, że nowe pomysły w wielu przypadkach przepadają, ponieważ ludzie boją się inwestować się w nie pieniądze. Sporo pomysłów musiało czekać wiele lat, by móc odnieść sukces, a jeszcze więcej po prostu przepadło. Mimo tego warto rozwijać u siebie twórcze myślenie.
Książkę polecam wszystkim, którzy pragną rozwinąć u siebie wrażliwość na różnorodne sposoby rozwiązywania problemów, szukania nowych dróg pozwalających zaoszczędzić czas i pieniądze. Wykorzystywanie nietypowych narzędzi szczególnie przydatne jest w marketingu.