środa, 5 sierpnia 2015

Zenon Rogala i wakacyjna zagadka



Pstrąg
Szliśmy na basen. Po niedzielnym rosole, wychodziliśmy z domu przeważnie na mecze naszej wspaniałej drużyny piłkarskiej Włókniarz. I choć do rozpoczęcia meczu zawsze było dużo czasu, to dreszczyk emocji towarzyszył nam już w drodze na stadion, kiedy szliśmy skrótem przez Oleśkową łąkę. Ale zdarzało się, że nasza wspaniała drużyna piłkarska Włókniarz, miała mecz wyjazdowy, więc wtedy chodziliśmy na basen. Tu można było spotkać wszystkich zagorzałych kibiców piłkarskich osieroconych przez naszych idoli. Tu rozstrzygała się strategia na wygraną z odległym przeciwnikiem, szacowanie szansy na wygraną i wyrozumiałość w przypadku niestety niespodziewanej przegranej. Nawet Sagan zwykle bardzo wymagający od naszych piłkarzy, w tej wyjątkowej sytuacji w czasie wakacji wykazywał zrozumienie i był gotów darować naszym pupilom nawet wysokie przegrane.
Dzisiaj szliśmy na basen. Nie towarzyszył nam tym razem zwykły w drodze na mecz dreszczyk emocji. Basen to było mierne zastępstwo meczu. Nie szliśmy popływać, bo ja na przykład nie umiałem pływać nigdy, więc żeby wytłumaczyć dlaczego się nie kąpię zawsze mówiłem, że zapomniałem wziąć kąpielówek na zmianę, co było wystarczającym usprawiedliwieniem.
Droga na basen to właściwie boczna ścieżka wiodła między żołnierskimi koszarami, a stromą skarpą, z której można było patrzeć na poniżej położone baraki, plac apelowy i wieżyczki strażnicze na narożnikach zadrutowanego terenu. Jeszcze nie tak dawno lokatorzy tych baraków nie mieli wielkich perspektyw na doczekanie końca wojny. Bowiem w tych zabudowaniach mieściła się filia niemieckiego obozu koncentracyjnego. Odzyskana niepodległość wymieniła tylko lokatorów baraków i w obecnie odzyskanych i przemianowanych na koszary budynkach, przebywali rekruci Ludowego Wojska Polskiego.
W drodze na basen w czasie wakacyjnej laby, przycupnięci na skarpie, wiele niedzielnych popołudniowych godzin, ciekawi żołnierskiego życia, obserwowaliśmy jak rekruci spędzają wolny niedzielny czas. W nielicznych grupach siedzieli na ławkach obok baraków, niektórzy grali w siatkówkę, a najliczniejsza muzykalna gromada grała i śpiewała jakieś tęskne miłosne ballady, albo marszowe wojenne pieśni. Grali na harmonii, trąbce i jakichś nieznanych nam instrumentach, a niektórzy właściwy rytm wybijali odpowiednio ułożonymi w dłoniach łyżkami. Śpiew na głosy, brzęczenie tych instrumentów perkusyjnych było dla nas czymś całkowicie nowym. Nie znaliśmy treści śpiewanych pieśni i nie mogliśmy rozstrzygnąć nierozwiązanej do tej pory zagadki.
Sagan twierdził, że w tych koszarach mieszkają żołnierze rosyjscy, bo oni teraz będą nas bronić przed Amerykanami. Natomiast Kaziu Lasota, mój najlepszy kolega z klasy, wiedział od swego ojca, który jeszcze niedawno był wojskowym, o czym świadczyła lornetka i czapka rogatywka, że wojsko w koszarach jest polskie tylko dowódcy to są Rosjanie, bo oni lepiej niż my potrafią walczyć, przecież wygrali wojnę i pogonili szwabów aż do Berlina. Mnie nie wolno było nic mówić, bo miałem w domu nakazane żeby nie mieszać się do polityki, ponieważ mogą być z tego poważne kłopoty. Tak czy siak wybraliśmy się z moim młodszym bratem Romkiem na niedzielne wakacyjne spotkanie kibiców piłkarskich na basen.
Przed wejściem na strome zbocze należało przejść przez wąską prowizoryczną kładkę ułożoną nad wartkim strumieniem. Na środku kładki wpatrujący się w wartki nurt wody stał żołnierz. Nie było odwrotu. Po odświętnym mundurze i okrągłej czapce czułem, że to wysokiej rangi oficer. Mundur był polski, więc upadła koncepcja, że w koszarach dowódcami są Rosjanie. Widać było, że stoi tam już od dawna, bo na nasz widok żołnierz wykonał gest zachęcający do wejścia na kładkę, ale jednocześnie przyłożył palec do ust w geście nakazującym zachowanie ciszy. Ja stałem przy poręczy po prawej stronie oficera. Kiedy pokazywał w nurt rzeczki spod bluzy wystawała mu odsłonięta kabura pistoletu. Podniecony żołnierz pokazywał na dno strumienia i widoczne zwinne pływające ryby. Nie były zbyt duże, ale wyraźnie stanowiły zachętę dla nietypowego łowcy. Nagle niespodziewanie wyszarpał z kabury pistolet i niewiele myśląc zaczął strzelać do strumienia. Na dnie pojawiły się obłoczki wznieconego mułu i spływały pod nasze stopy, porywane nurtem potoku. Strzelał kilka razy, aż pojawiły się płynące ogłuszone ryby. Byliśmy przerażeni. Pierwszy raz widziałem z bliska jak strzela się z pistoletu.
- Riba, farel… dawaj ribu. Malcziki priniesite na biereg ribu…farel.
Szok był wielki, ale i tak rozumieliśmy o co chodzi temu myśliwemu.
- Ja nie umiem pływać, zresztą nie mam na zmianę zapasowych kąpielówek – powiedziałem przerażony. Oficer wymachiwał pistoletem i patrzył jak ogłuszony farel przepływa pod kładką i znika w nurcie strumienia. Nareszcie rozwiązana została zagadka koszar. Wojsko było polskie, tylko oficerowie w polskich mundurach mówili po rosyjsku. A farel to po rosyjsku pstrąg.

3 komentarze:

  1. Jak zwykle krótkie, treściwe i z niespodziewanym zakończeniem. To lubię :-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ale fajnie się czytało...

    OdpowiedzUsuń