sobota, 22 sierpnia 2015

Iwona Banach i szkolna wyprawka



Nigdy nie lubiłam specjalnie szkoły, więc przygotowania do rozpoczęcia roku szkolnego nie były dla mnie specjalnie przyjemne. Miałam jednak mimo wszystko  dobry powód, żeby się cieszyć. Książki.
Były to lata 60 - 70, o książki było trudno, podręczniki dostawało się „spod lady”, ale ja miałam wszystko w pierwszej kolejności bo mama pracowała w księgarni. Z podręcznikami nie było więc problemu. I innymi książkami też zresztą nie, a ja książki po prostu kochałam. Co roku obiecywałam sobie, że moje podręczniki,  takie piękne, nowe, „nietknięte” dotrwają do zakończenia roku szkolnego. Nigdy się to nie udawało.
Co było wspaniałe, to to, że podręczniki były ilustrowane, co bardzo mnie wówczas kusiło i zachwycało. Potrafiłam godzinami oglądać podręczniki go chemii, fizyki i geografii...
Niestety, tylko oglądać, nie były to nigdy moje ulubione przedmioty, ze względu na dużą na nie „odporność”
Cudowne było też kupowanie zeszytów i wszelkich „przyborów szkolnych”. Nowe kredki, piórniki, wszystkie te kolorowe ekierki, to było coś, co dostawało się raz w roku i to nie ze względu na ceny, ale na możliwość ich zdobycia.
Kiedy ktoś na geometrię zapomniał linijki, mówił, że zgubił, a w „papierniczym” nie było, na ogół wszyscy w to wierzyli, choć czasem ( bardzo rzadko) było to kłamstwo.
Spośród wszystkich innych uczniów miałam ten przywilej, że miałam wszelkie atlasy geograficzne i historyczne, „małą” i „wielką” encyklopedię,  słowniki, nawet te trudne do zdobycia.
Trzeba pamiętać, że o internecie nikt nie słyszał, a o istnieniu czegoś takiego jak kalkulator usłyszałam dopiero zdając maturę z matematyki i NIE UWIERZYŁAM, że coś tak genialnego mogłoby istnieć – genialnego dla mnie, bo z matematyki zawsze byłam słabiutka.
Jako uczennica w szkole  nie czułam się dobrze, a mimo to, ironia losu sprawiła, że zostałam nauczycielką.
Wtedy już zupełnie inaczej przygotowywałam się do roku szkolnego. Starałam się zrobić wszystko, żeby moje lekcje były interesujące, ale nie zawsze się to udawało, bo jako nauczycielka języka musiałam także uczyć gramatyki, a mało kto ją rozumie, a cóż dopiero lubi.
Przez wakacje zbierałam więc francuskie czasopisma, adresy szkół, obcojęzyczne książki, foldery, reklamy, teksty piosenek, (tak, to jeszcze było przed erą „wszechwiedzącego” internetu), po to żeby uczynić lekcje nieco ciekawszymi.
A kiedy zaczynał się rok szkolny życie i tak pisało swoje własne scenariusze.
książki autorki





 

2 komentarze:

  1. Pamiętam, jak stało się w kolejce, by kupić chiński piórnik i pachnącą gumkę. :) :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Ja zdałam sobie sprawę z upływającego czasu w momencie gdy pewnego dnia zorientowałam się, że niektóre dzieci nie wiedzą jak wygląda telefon stacjonarny, ani co to właściwie jest ;) wszystko się zmienia bardzo szybko, albo to nam czas za szybko leci..

    OdpowiedzUsuń