piątek, 3 kwietnia 2015

Jacek Ostrowski: Czar Wielkiej Nocy sprzed lat.

Jest południe, Wielka Środa, za oknem wichura i deszcz ze śniegiem, wydaje się, że zbliżają się zupełnie inne święta, niż te wynikające z kartek kalendarza.  Siedzę przed ekranem mojego wysłużonego laptopa popękanego wzdłuż i w szerz, pamiętającego część moich powieści, chyba czas go zezłomować i myślami wracam do czasów dzieciństwa. Cholera, to już minął spory szmat czasu.  Moje skojarzenia  z Wielkanocą? Niby pytanie banalnie proste, ale odpowiedź już nie.  Rzucę kilka słów, tych najważniejszych, a później ubiorę to w zdarzenia – pisanka, szyby, papierosy, baranek z cukru, śmingus dyngus, palemka, biesiadowanie, zajączek.
Szyby - zacznę od nich, co może wydawać się dziwnym skojarzeniem,  a jednak one były nierozerwanie związane z tymi świętami. Wiosenne mycie  okien było pierwszą i raczej ponurą zapowiedzią  Wielkiej Nocy, no bo kto je lubi pucować. W domu rodzinnym było ich bez liku, bo w tamtych czasach były okna  podwójne, a i mieszkanie mieliśmy  duże. Ten wstrętny obowiązek niestety za często spadał na moje  jeszcze bardzo  młode barki.
Palemka - kiedy jako tako uporałem się z szybami nadchodziła niedziela palmowa i czy chciałem, czy też nie, musiałem dreptać do pobliskiego kościoła dzierżąc w dłoni następną palmę. Dlaczego następną? Tych palm w naszym domu było bez liku i mole jak i inne wstrętne robactwo w nich się od lat gnieździło. To przecież grzech wyrzucić poświęconą palmę, a że moi rodzice nie chcieli iść do piekła, więc je ku radości robali magazynowali.
Pisanka - to było coś naprawdę świątecznego. Jaja najpierw topiono w łupinach po cebuli, a później żyletkami , nożykami skrobaliśmy na nich najprzeróżniejsze wzory, to była dla mnie małego „kajtka” wielka atrakcja, mimo że krew z pokaleczonych dłoni lała się przy tym obficie.  Tak udekorowane jaja kończyły swój krótki żywot podczas wielkanocnego śniadania, a jedno z nich dzień wcześniej dostępowało zaszczytu uczestnictwa w święceniu koszyczka. Tak czy owak los czekał je marny, tak jak i inne potrawy.
Papierosy - nauczyłem się je palić w Święta Wielkanocy. Kiedy cała rodzina podczas świątecznego nabożeństwa leżała w kościele krzyżem ja wraz z kolegą ( tu nie podam imienia, bo może do dziś nie przyznał się do tego niecnego, haniebnego uczynku) szliśmy na pobliskie płockie Tumy i w ustronnym miejscu staraliśmy się na szybko wydorośleć.  Do dziś pamiętam markę papierosów, to były Winstony bez filtra, mocne jak diabli, krztusiliśmy się , dym drażnił nam oczy, ale to dla takich twardzieli nie była żadna przeszkoda.
Zajączek -  tu będzie krótko. Nie było zajączka i kropka.
Baranek - w tamtych czasach były dwa rodzaje baranków, jedne z cukru, a inne z gipsu. Te z cukru dla mnie wielkiego łakomczucha były wielką pokusą. Z utęsknieniem czekałam końca świąt, żeby się móc do nich bezkarnie dobrać.  Były twarde i niejeden mleczak poleciał na ich słodkim ciele, ale ten smak był wart tej wysokiej ceny.
Śmingus dyngus - to był dzień prawdziwych szaleństw. Najbiedniejsze  były dziewczyny , bo my chłopcy tego dnia w specyficzny sposób okazywaliśmy im swoje zainteresowanie. Im bliższa naszemu sercu tym bardziej zlana wodą.  Ta reguła była tego dnia wiodąca. Dziś z perspektywy lat muszę stwierdzić, że biblijny  potop był przy tym mizerną kałużą.
Wielkanocne biesiady - to była prawdziwa droga krzyżowa. Trzeba było godzinami siedzieć przy stole i  z uśmiechem na twarzy konsumować  potrawy autorstwa mojej mamy, która notabene była okropną kucharką. Jedyną atrakcją były mazurki, ale droga do ich konsumpcji była długa i ciernista, wszak były ostatnim świątecznym daniem.
Żadne wspomnienia religijne z tego okresu nie przetrwały w mojej pamięci. Przypuszczalnie dlatego, że konkurencja ze strony tych przyziemnych była za silna. Te duchowe  gdzieś bezpowrotnie uleciały, a może w ogóle ich nie było?
Wesołych Świąt !

Jacek Ostrowski

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz