piątek, 3 kwietnia 2015

Małgorzata Warda: Wielkanoc - przechytrzyć czas

Jako mała dziewczynka nie mogłam doczekać się świąt, ale czas wtedy biegł o wiele wolniejszym rytmem niż obecnie. Dzisiaj miesiące mijają jak tygodnie a tygodnie jak godziny, w tamtym jednak czasie każdy dzień miał swoją właściwą długość.
- Czy już spotkaliście Zajączka? - pytałam poważnie rodziców, im bliżej było do świąt.
- Tak, jak będziesz grzeczna coś ci przyniesie - odpowiadali rodzice.
Święta odmieniały mój dom, znikała zwyczajna nuda, w domu pachniało pieczonym ciastem, babcia i mama do późna stały w kuchni, rozmawiając ściszonymi głosami i dekorując mazurki. Wreszcie przychodziła wiosna i wisiałyśmy z siostrą jak nietoperze na podwórkowym trzepaku, oglądając świat do góry nogami. Miałam wrażenie, że znikała szarość lat osiemdziesiątych, a w jej miejsce wkraczały kolorowe pisanki, jaskrawożółte kurczaki i bazie.
- Nie dodałyśmy mleka!- histeryzowała babcia w kuchni, machając książką kucharską. - Tu jest napisane: jedna szklanka mleka!
- Ale od kiedy do tego ciasta daje się mleko? - zdumiała się mama.
- Widocznie trzeba dodać! - Babcia podsunęła mamie książkę kucharską pod oczy i palcem uderzyła w tekst. M L E K O - przeliterowałam. Stało napisane jak byk. Sama widziałam. Mama wlała, więc szklankę mleka do ciasta i zamieszała. Kiedy potem wyjęła babkę z piecyka, ciasto przypominało zagnieciony pieróg.
- To przez mleko! - Załamała się. - Daj mi ten przepis! Gdzie napisali o mleku?
Babcia drżącymi rękami przekartkowała książkę kucharską. Jej palec już z mniejszą pewnością pobiegł po rzędach liter. Jak Kubuś Puchatek, który im bardziej pochylał się na beczułką, tym bardziej miodu w niej nie widzi, tak babcia, im bardziej szukała mleka w przepisie, tym jaśniejsze się stawało, że nie ma go, nie było i nie będzie.
- Nic już nie rozumiem - stwierdziła, łącząc dłonie jak do modlitwy.
Pamiętam jej ręce: miały tak cienką skórę, że widać było pod nią siateczkę niebieskich żyłek. Pamiętam babci ulubioną spódnicę w zielono-żółtą kratkę. Pamiętam jej bluzkę: różową, z cienkiej włóczki - mam ją w szafie do dzisiaj i pewnie nigdy nie wyrzucę. Ją pamiętam: z wiekiem jej oczy stawały się coraz bardziej wodniste, pamiętam jej uśmiech, włosy, które farbowała na czarno aż do śmierci. Pamiętam ją i tamto wszystko tak, jakby wydarzyło się niedawno. A przecież to już prawie dwadzieścia lat, od kiedy babcia umarła.
Czas biegnie za szybko, przyspieszył, kiedy skończyłam trzydziesty rok życia i od tamtej pory gna, jak szalony. A ja chciałabym znowu, jak dziecko czuć, że doba trwa dwadzieścia cztery godziny, każda godzina to aż sześćdziesiąt minut a na święta trzeba długo czekać.

- Opowiedz mi o swoich świętach - prosi córka, więc muszę przerwać pisanie, opowiedzieć jej o przepisie, w którym mleko pojawiło się i zniknęło, o trzepaku i o mojej babci. Jeśli opowiem córce to wszystko, wytniemy czasowi żart - może sobie gnać za złamanie karku, może pędzić jak szalony, a my, we dwie i tak go przechytrzymy.

1 komentarz:

  1. Pieknie, aż łezka pojawiła się w oku:)

    OdpowiedzUsuń