sobota, 4 kwietnia 2015

Natasza Socha: Moja Wielkanoc

„Wszędzie pachniało bukszpanem, kicającymi zajączkami i kotkami wierzbowymi, które miauczały w rytmie Alleluja. Dzień zapowiadał się niezwykle pięknie. Słońce turlało się po niebie niczym dziecko w dmuchanej zorbie, wiatr całował się z liśćmi kasztanowca, a nowonarodzone ptaszki czuły, że w tym roku przeżyją. W miejscowej piekarni rosły baby jak na drożdżach, a zapach świeżego ciasta pieścił kubki smakowe przechodzącyh obok mieszkańców. Uliczką zaś przechadzał się przejezdny góral, który przebrany za kraszankę-zdrapywankę, wył na całe miasto melodię ludową:
Pisanych jojecek, wirzbowych bazicek,
kiełbasy święconej, dużo krzanu do niej,
baby polukrzonej, kukielki pieconej,
zmartwychwstanio w dusy
 i wiesny... po usy!
Dolina Kogla Mogla kochała Wielkanoc....
To napisałam jakieś osiem lat temu w mojej książce „Zbuki” i do dzisiaj lubię ten fragment, tak jak lubię Wielkanoc. Co prawda w Wielką Sobotę zazwyczaj padam na pysk i budzi mnie dopiero święcona woda, którą ksiądz obficie kropi koszyczki-święconki. Zawsze też obiecuję sobie, że następnym razem zrobię wszystkiego dużo mniej i że zapędzę dzieci do przeogromnej pomocy, a i tak kończy się to jednoosobowym zespołem w kuchni. Dzisiaj na przykład Olga pokroiła jednego ziemniaka do żurku, a Filip pomieszał rozpuszczoną w kąpieli wodnej białą czekoladę. Trwało to jakieś siedem sekund. Następnie oboje spytali: „mama, ale pomogliśmy dużo, nie?”. Dobrze, że chociaż z zapałem wymalowali dwadzieścia cztery pisanki. Na szczęście ja oprócz pisania lubię gotować, zwłaszcza na specjalne okazje.W tym roku mam karmelowo-porzeczkowe oraz jeżynowo-migdałowe mazurki. Z polewą z białej czekolady. Potworna ilość kalorii, którą jednak zamierzam zignorować. Mam domowy żurek z kiełkami i pasztet z ciecierzycy ze skórką pomarańczową i figami. A wszystko to zjemy w przyczepie kempingowej, bo tegoroczną Wielkanoc spędzamy wyjątkowo nie w Polsce, a w Holandii. Nie będzie zatem święconki, będzie piknik na plaży. Ale z polskim żurkiem. I z poszukiwaniami zębów prehistorycznych rekinów, które co jakiś czas wypluwa z siebie Morze Północne. To znaczy zęby wypluwa, ostre i czarne, a wszyscy chodzą i szukają, zupełnie jak u nas bursztynów.
Morze wydaje mi się bezpieczne, bo kiedyś wielkanocnie wybrałam kierunek góry. Taki zestaw: Wielkanoc, Alpy, narty.  I to był duży błąd. Pojechaliśmy we dwie rodziny – ja i moja kuzynka. Pierwszego dnia po przyjeździe mąż kuzynki został oddelegowany do szpitala, bowiem niespodziewanie zachorował, zanim w ogóle zdążył założyć narty. Gorączka, dreszcze, nawet lekkie bredzenie. Kuzynka została sama z dwójką dzieci. Trzy dni później wypatrzyłam na niebie śliczny żółty helikopter, który planował wylądować na jednym ze stoków. Jak się szybko okazało przyfrunął on po mojego męża, który klasycznym lotem Batmana wyleciał z trasy narciarskiej i poszybował dwadzieścia metrów w dół, rozbijając się po drodze o drzewa, dość grube i iglaste (sosny) i zabijając dwie wiewiórki. Z góry dobiegło mnie przeraźliwe wycie oraz kilka przekleństw w ojczystym języku. Z helikoptera zsunęło się na linach dwóch lekarzy w czerwonych kombinezonach i wielkie nosze. Austriackie Mision Impossible. Na noszach wzniesiono w niebo mojego męża z przetrąconym kolanem, połamanymi kijkami, goglami zwisającymi z ucha i w podartych spodniach. I poszybowano do miejscowego szpitala, w którym już leżał mąż kuzynki. W ten sposób ja również zostałam sama z dwójką dzieci. Taki wielkanocny żart naszych mężów.
A po Świętach ruszam z nową książką. Projekt w głowie jest, bohaterowie powoli nabierają kształtów, a ja codziennie zapisuję gdzie popadnie nowe wątki. Na razie jednak cieszę się Świętami, bo po nich już na pewno przyjdzie wiosna, ciepła, słoneczna i zielona. Mam tylko nadzieję, że mojego męża nie dorwie prehistoryczny rekin, który jakimś cudem przeżył...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz