sobota, 4 kwietnia 2015

Renata Kosin: Wielkanoc na Podlasiu

Moje dzieciństwo i wszelkie wspomnienia z nim związane ściśle łączą się z regionem, z którego pochodzę. Jednak choć na Podlasiu zwyczaje wielkanocne są podobne do tych w pozostałych częściach Polski, to myślę, że z jakiegoś niewytłumaczalnego powodu jest odrobinę inaczej. A przynajmniej było wtedy, gdy jako kilkuletnia dziewczynka z dumą niosłam do kościoła świąteczny koszyczek - udekorowany gałązkami borówek, kokardkami, cukrowymi barankami. Pod szydełkową serwetką prócz tradycyjnych pokarmów do poświęcenia były też oczywiście pisanki – jajka gotowane w cebulowych łupinach, z własnoręcznie wyskrobanymi wzorkami. Wszystkie najładniejsze i wszystkie koniecznie do pokazania koleżankom, dlatego czasem niektóre po drodze wypadały z przeładowanego nimi koszyczka.
Pierwszy dzień świąt był zawsze w moim domu przeznaczony wyłącznie dla rodziny. Świąteczne śniadanie, potem spotkania, rozmowy dorosłych, podczas których dzieci niestety czasem się nudziły. Za to drugi dzień, czyli lany poniedziałek należał już niemal w całości do nich. Radosne święto zaczynało się wcześnie rano i całkiem nieoczekiwanie, dlatego warto było wstać z łóżka zanim zostało się polanym wodą przez kogoś, kto obudził się wcześniej. Dyngusowe szaleństwo trwało zwykle do wieczora, już nie w domu, a w licznym towarzystwie rówieśników na podwórku. Często wracało się do domu przemoczonym od stóp do głów, jednak nikt się z tego powodu nie obrażał ani nie gniewał. Było raczej na odwrót – przykro było raczej tym pominiętym w polewaniu.
Tegoroczne święta też zamierzam spędzić na Podlasiu. Na pewno będą jak zwykle magiczne, choć raczej już nie takie same jak te widziane oczami dziecka.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz