sobota, 4 kwietnia 2015

Małgorzata Grzywa: skromna i radosna Wielkanoc

Odkąd pamiętam, Święta Wielkanocne cała rodzina spędzała u mojej babci, mieszkającej samotnie, bo mój dziadek zginął na wojnie. Kiedy wspominam Święta Wielkanocne z mojego dzieciństwa, to okazuje się, że tak naprawdę, to niewiele pamiętam. Może dlatego że radosne wydarzenia poprzedzał surowy Wielki Post. No i Wielki Tydzień. Jako małe dziecko niewiele z tego rozumiałam. Myślę, że wtedy byłam bardzo podatna na emocje. Babcia opowiadała mi o ukrzyżowaniu Jezusa, a mnie było go żal, bo przecież był niewinny, a ci źli ludzie robili mu takie złe rzeczy.
Babcia zakazywała mi oglądania telewizji, bo według niej w Święta, telewizor w ogóle nie powinien być włączany. Rodzice już nie byli tacy zasadniczy, bo sami chętnie oglądali telewizję, i ja czasami też mogłam z nimi coś obejrzeć. Niestety, rodzice nie oglądali bajek, które uwielbiałam. Programów w telewizji było wtedy mało. Tylko dwa.
Teraz, mimo podeszłego wieku, babcia zmieniła swoje zasady. W Wielki Piątek ogląda transmisję Drogi Krzyżowej z Koloseum.
Tuż przed świętami w babcinej kuchni wszyscy bardzo się spieszyli z przygotowaniami, bo mimo, że Wielkanoc  nigdy nie należała do świąt wymagających pod względem kulinarnym, to jednak oprócz żurku i święconki, obowiązkowa była dobra sałatka, do której warzywa kroili wszyscy, i domowe ciasta. Drożdżowe baby, makowce, serniki, mazurki, szarlotki. Dla mnie mama piekła bezy. Bardzo je lubiłam.
Nie pamiętam, żeby babcia przejmowała się malowaniem jajek. Uczyły mnie tego jej sąsiadki. Razem gotowałyśmy jajka w łupinach z cebuli. Potem ja wyskrobywałam na nich wzorki. Byłam dumna ze swoich jajek. Potem zanosiłam je do domu i wszyscy je podziwiali.Babcia kupowała gotowe pisanki, najchętniej drewniane. Zawsze powtarzała, że jestem dzieckiem i te swoje jajka pewnie potłukę. Ja oczywiście starałam się ich nie stłuc.
Co roku kupowane były cukrowe baranki i zajączki, małe żółte kurczaczki, koguciki. Baranki i zajączki zwykle "dożywały" do świąt, a potem je po prostu zjadałam. Były również baranki gipsowe, ale one mi się nie podobały. Dla mnie były sztuczne.
Do wielkanocnego koszyka babcia wkładała jajka, te moje również, kawałek kiełbasy, sól, pieprz, chrzan, małą babkę drożdżową, chleb, no i te baranki. Koszyczek zawsze przystrojony był czymś zielonym. Potem wszyscy szli do Kościoła.
Zawartość koszyka znikała podczas wielkanocnego śniadania, co nie było trudne, bo do stołu zasiadało kilkanaście osób. Ciocie, wujkowie, moi rodzice, babcia i ja. Jako dziecko mogłam być tylko obserwatorem. Dorośli biesiadowali, rozmawiali, a ja patrzyłam i słuchałam.
Jak byłam mała, miałam mniej więcej 9 - 10 lat, uwielbiałam drugi dzień Świąt - Lany Poniedziałek. Ponieważ zawsze lubiłam długo spać, to ja byłam oblewana wodą przez rodziców. Babcia oblewała mnie perfumami. Potem z pełną wody butelką siedziałam w oknie i wypatrywałam kolegów i koleżanek. Jak tylko kogoś zobaczyłam, wychodziłam przed dom. Byłam szczęśliwa. Niestety, kiedy pojawili się chłopcy, moja butelka była już prawie pusta, bo wodę wylałam po drodze na dziewczyny, które też chciały mnie oblać. Chłopcy mieli radochę, bo my, dziewczyny, z tymi pustymi butelkami mogłyśmy tylko uciekać. Do domu wracałam cała mokra.
Z biegiem lat lanie wodą już w ogóle nie sprawia mi frajdy. Ostatnio w ten dzień nawet z psem nie wychodzę na dłuższy spacer, bo nie chcę być oblana. Tradycja polewania wodą powoli zanika.
Czy warto wspominać dawne świąteczne obchody? Według mnie, tak. Teraz niestety zwykle świętujemy w gronach kameralnych. Tradycja zanika. Nie decydują o tym względy finansowe ani ciasnota w naszych mieszkaniach. Przed laty wcale nie było lepiej. Bywało nawet gorzej. Teraz wszystko kupujemy w sklepach. Prawie nikt już nie trze chrzanu. Sałatki też można kupić gotowe. Większość uważa, że jest mniej pracy przy przygotowaniu Świąt. Już chyba tylko na wsiach i w małych miasteczkach Święta są tak celebrowane. A szkoda.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz