sobota, 4 kwietnia 2015

Renata Klamerus: Wielkanoce mego dzieciństwa

Święta powoli zlewają się w jedną całość. Próbuję wyłuszczyć, co było najważniejsze, co utkwiło w pamięci, co dominuje w moich wspomnieniach. Dom, mama, bardzo młoda strażniczka domowego ogniska. Skąd w tak młodej osobie tyle wewnętrznego zorganizowania? Dzisiaj wiem, wówczas nie zastanawiałam się nad tym. Przyspieszony kurs dojrzewania, powojenna bieda i dwoje małych dzieci, mąż akowiec, który się nie ujawnił, ale całe życie się bał. Nie było lekko. Wychowałam się na unrowskiej Ovomaltinie. Do dzisiaj pamiętam jej smak. Moja młodsza siostra tego okresu nie pamięta, ja mam wspomnienia już z wieku 2,5 lat. Dziwne, ale prawdziwe.
Życie podobno było skromne, ale ja tego tak nie odbierałam.
Co dziecko wie o dobrobycie? O ewentualnym niedostatku wie wówczas, kiedy poczuje długotrwały głód. Nigdy tego nie poczułam, ale wiedziałam, że kiedy nadejdą święta coś się zmieni, na stole zjawią się potrawy niecodzienne. Ale nie o te potrawy tak naprawdę chodziło, liczyła się atmosfera, jaka panowała w domu. Mama była piękną czarodziejką. Dosłownie piękną, i dosłownie czarodziejką.
Urodziłam się w Bydgoszczy, a tam panował zwyczaj wystawiania koszyczka na oknie za firanką. Rano w koszyczku, do którego sianko robiło się własnoręcznie z bibułki, znajdowałyśmy, obie z siostrą prezenty. Co nie zmieściło się w koszyczku leżało obok. Ale zanim nastała ta wyczekiwana Wielka Noc były w kościele msze, na których z zapałem śpiewałyśmy pieśni wielkopostne. W Niedzielę Palmową szłyśmy z palmami, a w Wielką Sobotę z koszyczkiem.
W pierwsze święto, czyli w Niedzielę Wielkanocną upierałyśmy się, by założyć kolanówki, bo jak wiosna i święta to oczywiście kolanówki. Ale Mama nie ustępowała, jeżeli było zimno o kolanówkach nie było mowy. W czasie śniadania stukaliśmy się jajkami. Tatuś zawsze wiedział jak chwycić jajko, żeby nie pękło.
I przeważnie zwyciężał. Dziwne, ale pamiętam zapach cukrowego baranka, oprócz tego, co już nie jest dziwne zapach cytryn i czekolady. Jest jeszcze coś. Przed świętami, zarówno wielkanocnymi jak i bożonarodzeniowymi mama szykowała paczkę z mąką, cukrem, masłem, rodzynkami itp. Tę paczkę późnym wieczorem zanosiłyśmy po cichutku pod drzwi jednej pani z naszej kamienicy. Nie miała męża, a miała trójkę dzieci. To było dla nas takie oczywiste, że gdy zbliżały się święta same przypominałyśmy mamie o paczce. Produkty były właściwie podstawowe, ale Mama wiedziała, że i tego tam brakowało. W Poniedziałek Wielkanocny Tatuś
z kubeczkiem wody budził nas rano wołając śmigus, dyngus.
Jakie potrawy z tamtych dni zapamiętałam? Otóż, pachnącą czosnkiem kulkę baranią. Zapewne, dlatego że nie często witała na naszym stole. Na stole świątecznym zawsze były kwiaty. Oto dbała nasza piękna czarodziejka- Mama. Jak Ona to robiła, że nie czułyśmy komunistycznej szarości, bo przecież się nie przelewało. Tatuś nie należał do PZPR-u, a więc zarabiał jak szary obywatel bez przywilejów.
Dzisiaj szynki goszczą na naszych stołach niemal każdego dnia, sklepy pełne są wszelkiego mięsiwa i innych wspaniałych produktów. Na co dzień są pomarańcze, ciasta, batoniki. W niejednym domu stół świąteczny mało się różni od codziennego.  Jedno się jednak nie zmieniło. Co roku Chrystus z martwych wstaje w naszych sercach by nas umocnić i pomóc zwalczyć zło na świecie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz