niedziela, 5 kwietnia 2015

Aneta Rzepka: Wielkanoc pełna atrakcji

Bardzo trudno jest mi spisać świąteczne wspomnienia, bo nie układają się one w ciąg zdarzeń tworzących zamkniętą historię. Są obrazami, pochodzącymi z różnych okresów dzieciństwa. Spróbuję więc opowiedzieć o tym, co było dla mnie, jako dziecka, ważne.
Do Wielkanocy podchodziłam inaczej niż do Bożego Narodzenia. Mniej emocjonalnie. Traktowałam ją jak święta radośniejsze, może mniej rodzinne, ale na pewno atrakcyjniejsze. I to pod wieloma względami. Przede wszystkim inne potrawy królowały na stole. Te wigilijne nie zawsze mi smakowały. A podczas Wielkanocy mogłam jeść w nieskończoność jajka, na które ponoć byłam uczulona. Nikt mi ich wtedy nie wyliczał. Nie wiem, na czym polegał fenomen, ale wysypki po takim szaleństwie nigdy nie miałam.
Przygotowania do Wielkanocy też odbierałam, jako atrakcyjne, radosne. Przede wszystkim robiłam z rodzicami pisanki z wydmuszek, a wydmuchiwanie zawartości skorupki było nie małą sztuką. Zawsze w Wielką Sobotę chodziliśmy do lasu i spod zeschniętych gałęzi i liści wyjmowaliśmy pachnące, zielone pędy borówek, żeby ozdobić koszyczek. Miało to w sobie coś magicznego. Las jeszcze nie odrodził się po zimie, ale wiosna już dawała zielone gałązki. Koszyczek też miałam swój, biały, plastikowy, a w nim własnoręcznie zrobione pisanki, słodycze, cukrowego baranka, jajka czekoladowe i takie kurze barwione liśćmi cebuli, na których czasem coś wydrapywałam szpilką. To była moja święconka.
Kolejnym bardzo ważnym elementem Wielkanocy były rezurekcyjne dzwony. Pamiętam, jak pierwszy raz sypałam kwiatki podczas procesji. Czułam się wtedy tak, jakbym miała do spełnienia wielką misję, bo po płatkach, które ja miałam w rączce, stąpał zmartwychwstały Jezus. Jego obecność była wtedy moim mistycznym spotkaniem z istotą Wielkiej Nocy.
Wspólne świętowanie też nie wiązało się z koniecznością siedzenia przy stole. Babcia uczyła nas wycinania ozdobnych serwetek z papieru. Przeważnie miały one właśnie kształt jajek albo świąteczne wzory. Dziadek zaś chował prezenty od zajączka. Szukaliśmy ich później w domu, co często zamieniało się w zabawę w chowanego. Pamiętam, że kiedyś, jak byliśmy już z kuzynami trochę więksi, dziadek zorganizował dla nas prawdziwe podchody. Pogoda była śliczna, więc zabawa mogła się odbyć na dworze. Dostaliśmy mapę, musieliśmy wykonywać zadania, rozwiązywać zagadki. I w końcu odnaleźliśmy skarb, czyli cztery pluszowe owieczki. To była najwspanialsza świąteczna zabawa, w jakiej brałam udział.
A ze Śmigusem-Dyngusem znowu wiąże się kilka obrazków. Babcia pryskała tylko perfumami, my, dzieci, preferowaliśmy wodę. Na szczęście tego jednego dnia mogliśmy polewać nią wszystkich bezkarnie. Poza kotem, który fukał ze złością. Ale nam też robiono psikusy. Pamiętam, że kiedyś chciałam wstać pierwsza, żeby wszystkich pierwsza polać. Nastawiłam sobie nawet budzik. I wstałam… Wprost do miski z wodą.

Wielkanoc od zawsze kojarzyła mi się z radością, beztroską, tryumfem ciepła i piękna. Taką atmosferę staram się też wprowadzać w swoim domu. Bo przecież nic się nie stanie, jak w małym kątku pod szafą będzie trochę kurzu. Najważniejszy jest uśmiech oraz świadomość, że nadchodzący czas jest czasem radości, a nie wizytacją groźnego mentora, który na pewno zobaczy wszystkie zaniedbania. Na pewno zauważy smutek, niezadowolenie i zmęczenie, więc staram się je eliminować. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz