czwartek, 2 kwietnia 2015

Magdalena Zimny-Louis: Wielkanoc od ascetyzmu do rodzinnego ciepła

Wielkanoc mojego dzieciństwa to przede wszystkim rozmodlone tygodnie przed. Moja babcia, rocznik 1910, osoba niezwykle religijna, pilnowała, aby moje przygotowanie duchowe do Świąt Wielkanocnych było solidne; w piątki Droga krzyżowa, w niedziele Gorzkie żale, w Wielkim Tygodniu Rekolekcje przyjezdnego księdza, który zazwyczaj był złotoustym gawędziarzem i spowiedź. Nie było możliwości opuszczenia choć jednej wizyty w kościele, bardzo bałam się, że pójdę do piekła jeśli urwę się wcześniej lub nie pójdę wcale. W starym kościele Saletynów w Rzeszowie można było obejrzeć film o męce pańskiej i wraz z Oazą pośpiewać pieśni typu Mój Mistrzu... to śpiewanie kończyło się często moimi szczerymi łzami skruchy. W Wielką Sobotę szłyśmy do grobu i przed wrzuceniem pieniążka do koszyka trzeba było pocałować figurkę Jezusa w stopę lub rękę. Pamiętam, że przeważnie udawałam, że całuję, panicznie bałam się zarazków śliny innych osób. Najbardziej uroczystym momentem było niedzielne śniadanie, jakie jedliśmy wspólnie z rodzicami i moimi dwiema siostrami oraz babcią, wzorową kucharką przygotowującą najlepsze na świecie ciasta i jajka z chrzanem i ćwikłą. Nie wiem dlaczego, ale wydaje mi się, że po obiedzie przeważnie oglądałam z tatą Western, tato był miłośnikiem tego gatunku, a i ja bez odrazy oglądałam przygody z Dzikiego Zachodu. Lany poniedziałek kojarzy mi się z wyjazdem na wieś w odwiedziny do wuja, a tam lało się wiadrami, oczywiście po wyjściu z kościoła. Dziś Święta Wielkanocne obchodzę w łagodniejszym stylu, bardzo lubię jeździć do rodziny mojego partnera do Wielkopolski, ponieważ tam świętuje się znacznie weselej niż na Podkarpaciu. Mój własny dom pachnie w tym okresie hiacyntami a Wielkanoc zapowiada nadejście ciepła, a za ciepłem człowiek tęskni najbardziej...

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz