Etykiety

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Książki. Pokaż wszystkie posty

piątek, 17 lipca 2026

Rosalie Ham "Projektantka (reż. Jocelyn Moorhouse)


Od czasu do czasu wraca temat hejtu wśród młodzieży i pojawia się wzdychanie, że kiedyś tego nie było. A ja pamiętam świat, w którym ta przemoc była i z którą musiałam sobie radzić na swój sposób. Uciekałam w książki, bo tam mogłam zobaczyć świat bohaterów, którzy mimo przeszkód poradzili sobie w życiu, osiągnęli wiele.
„Projektantka” Rosalie Ham należy do jednych z tych historii. Mamy tam australijską prowincję bardzo podobną do tej, w której mieszkałam w czasie pierwszej lektury w 2000 roku. Miasteczko Dungatar naznaczone wieloletnimi konfliktami, plotkami i tajemnicami czeka wielka rewolucja, kiedy po latach wraca do niego Tilly Dunnage, utalentowana krawcowa i projektantka z doświadczeniem zdobytym w świecie wielkiej mody. Jej pojawienie mąci prowincjonalny spokój opierający się na odwracaniu wzroku od przemocy.
Rosalie Ham przenosi nas do świata mrocznego i jednocześnie groteskowego. Postaci są przerysowane, przygnębiające i z całą masą swoich dziwactw, a mimo tego tworzących spójną masę, z której nie warto się wyróżniać, bo każde odchylenie od normy jest surowo karane. Traumy pozostają na lata i przekazywane są kolejnym pokoleniom. Tilly chce przerwać to domino pokoleniowego ciężaru i jednocześnie zrozumieć, dlaczego w dzieciństwie została nazwana morderczynią i ukarana izolacją od matki.
Mamy tu fascynujące obrazy ludzi pokaleczonych i raniących, zamkniętych w przeświadczeniu swojej lepszości wynikającej z bycia przeciętnym. Osoby wyróżniające się atakowane są słownie i fizycznie oraz izolowane społecznie.

W 2015 roku Jocelyn Moorhouse, austarlijska reżyserka (znana z Skrawki życia, Druhny na medal, Bezpaństwowcy) przeniosła tę historię na ekrany. W dorosłą Tinny wcieliła się Kate Winslet. Pierwsze kadry filmu niezapomniane, bo są niczym przesuwająca się na ekranie tkanina pełna wzorów, które okazują się australijskim pejzażem. Samo miasteczko bardziej przypomina jedną wielką ruderę, w której czasami nadgorliwi obkładają dywany gazetami, aby się nie niszczyły od butów.
Polecam Wam zarówno książkę i film.

A Wy jakie książki i ekranizacje mi polecacie?

niedziela, 17 sierpnia 2025

George Orwell "1984"


Wojna domowa w Hiszpanii by
ła wydarzeniem dużo bardziej skomplikowanym niż uczy się w szkołach. Wojna o ideologie (stalinizmu, republikanizmu i faszyzmu) stała się bolesną lekcją, której wielu nie przeżyło. George Orwell, czyli Eric Arthur Blair wyszedł z niej cało i wzbogacony o spojrzenie hiszpańskich republikanów. To zainspirowało go, do napisania ważnych antyutopijnych powieści bogatych w dowcip i oraz cechujące się wrażliwością na nierówności społeczne. Był jednym z krytyków totalitaryzmu. To co Hannah Arend zawarła w swoich rozprawach, które były punktem wyjścia do powstania "Korzeni totalitaryzmu" (1950) on ubierał we wciągające historie obrazując problemy, z jakimi mierzą się społeczności pod totalitarnymi rządami. Zwłaszcza, że widział to na własne oczy. Na początku do czytelników trafił "Folwark zwierzęcy" (1945) ostrzegający przed stalinizmem. Później bardziej wymowna powieść, czyli "1984" (1949). Ze względu na wydźwięk dopiero pod koniec PRL trafiła do polskich czytelników.
Orwell to wizjoner. Świetnie wypunktował bolączki wszelkich totalitaryzmów, opisał ich podobieństwa, manipulacje, stosowane narzędzia. To jedna z tych książek, po które każdy powinien sięgnąć, aby analizować polityczną propagandę od prawa do lewa. Pisarz wskazuje jak niesamowicie ważna jest czujność. Zwłaszcza w czasach, kiedy rządzący na nowo spisują historię, przekłamują wydarzenia.
Sama akcja jest dość prosta. Toczy się wokół rozczarowanego swoim życiem Winstona mieszkającego w Londynie w Oceanii w niedalekiej przyszłości (z perspektywy ludzi czytających pierwsze wydanie). Razem ze znudzonym bohaterem przemierzamy przez klasy społeczne, poznajemy sposoby tworzenia propagandy, poprawiania informacji, wyzysku klas niższych i zachowania grup uprzywilejowanych. Obserwujemy szkolenie nowych pokoleń angsocu (angielskiego socjalizmu), ciągłe życie w niepewności, podejrzliwość wobec innych, rozerwanie więzi międzyludzkich i masowość, czyli dumę z ignorancji.
Po latach sięgnęłam po nią ze względu na córkę. Czytamy ważne dla mnie książki i muszę szczerze przyznać, że nawet czytając na głos świetnie płynie się przez tekst. Orwell jest mistrzem słowa i obrazu. Zdecydowanie polecam.
Zapraszam na stronę wydawcy

niedziela, 10 sierpnia 2025

Adrian Bednarek "Pamiętnik diabła"

„Przestrzegałem praw ograniczających mnie i moje potrzeby. Aż pewnego dnia, kilka lat temu, ktoś uświadomił mnie i moje potrzeby. Aż pewnego dnia, kilka lat temu, ktoś uświadomił mnie, że popełniam błąd. Kosztowało to życie bardzo bliskiej mi osoby, parę zakrwawionych, nadających się do wyrzucenia sprzętów gospodarstwa domowego i załamanie nerwowe bliskich. Dodatkowo kilkadziesiąt godzin spędzonych u psychologów wszelkiej maści, którzy teoretycznie mieli mi pomóc dojść do siebie, a w praktyce nie zauważali, że wszystko ze mną dobrze. Pewnie fakt, że za każdą wizytę kasowali moich rodziców na prawie pięćset złotych, nie miał nic do rzeczy. Oni ciągle uważali, że potrzebuję pomocy. Oczywiście nie mieli pojęcia, jakie demony się we mnie rodzą. Dla nich byłem jedynie nieszczęśliwą ofiarą. Ofiarą, dzięki której mogli spłacać kredyt na budowę domu lub kupować biżuterię dla młodocianych kochanek. Żaden nie należał do ludzi trudnych do rozszyfrowania. Naturalnie po czasie musieli stwierdzić, że jestem całkowicie zdrowy. To było dawno. Teraz jestem jednym z niewielu”.
Cień przeszłości ciągnie się od czasu zniszczenia moralności i obudzenia demona. Klara staje się widmem, które prześladuje Kubę, będącego studentem prawa. To właśnie ów demon przeszłości zmusza go do rzeczy, które mieszczą się poza normami postępowania. Jego życie jest pełne pozorów i gry. Akcja toczy się w krakowskim światku studenckim poddanym amerykanizacji. Tak wydaje się na pierwszy rzut oka: imprezy, wydawanie pieniędzy, zasobni rodzice lub dobrze kombinujący studenci, którzy na sprzedaży narkotyków zarabiają więcej niż ich rodzice pracujący po godzinach. Kuba (Jakub) należy do szczęśliwych dzieciaków, których rodzice ot tak sobie kupują drogi apartament synowi, by pozbyć się go z domu, dają sporo pieniędzy, przez co nie liczy się z nimi, więc jest w stanie kupować wszystko, co zechce. Jedynego, czego nie może kupić to spokój. Jego umysł nie daje mu wytchnienia i zmusza do kolejnych zbrodni idealnych, których nie pozostawia śladów. Próba zapomnienia wiąże się ze znalezieniem dziewczyny, która jest całkowitym przeciwieństwem tych, na które „poluje”: „Bycie duchem jest dla przeciętnego człowieka niemal nieosiągalne. Dla mnie jedynie niezwykle trudne. Potrafię stać się duchem, w różnych tego słowa znaczeniach. Gdy śledzę swoją przyszłą ofiarę, jestem niewidzialny. Wtapiam się w tłum, przechodzę blisko niej, ale ona nie potrafi mnie dostrzec. Zmieniam wygląd, uczesanie, czasami sposób poruszania się”.
Wydaje mu się, że przy równie bogatej i pięknej Julii odzyska spokój. Chwilowa ulga zmienia się w maraton z trupami, a wszystko zaczyna się od nowej sąsiadki. Pewnego dnia w windzie odkrywa jak bardzo się mylił oceniając swoje demoniczne potrzeby. Nowa sąsiadka przykuwa jego emocje i sprawia, że przed jego oczami staje potencjalna scena morderstwa w windzie. Równocześnie poznaje podobną studentkę ekskluzywnych studiów. Jak szybko ulegnie swoim pragnieniom? Czy jest coś, co go powstrzyma? Kto będzie kolejną ofiarą? Czy uda mu się wyzwolić?
Nie zabraknie tu różnorodnych używek i tragicznych zakończeń, które mogą z jednej strony zachęcić, ale i przestrzec przed wchodzeniem, w coś, nad czym nie jesteśmy w stanie panować. „Większość przyjemności jest trująca, a jednak nie potrafimy im się oprzeć, bo życie jest strasznie ulotne”.
Zaspokajanie swojej potrzeby zemsty na widmie wiąże się ze samotnością. O upodobaniach mogą mówić tylko ofiary. Nie wszyscy przestępcy zostawiają je żywe, nie wszystkie ofiary są w stanie mówić o swoim upokorzeniu. Pozostaną tylko zapisane kartki powstających demonów.
„Samotność. Uczucie lub stan fizyczny znany chyba każdemu człowiekowi. W mniejszym lub większym stopniu. Czasami pojawia się nawet, gdy otaczają go ludzie. Tacy obojętni lub tacy, którym na nim zależy. Czasami samotność to zwykła pustka. Brak kogokolwiek. Brak możliwości przebywania z drugim człowiekiem. Najgorsza jest inna jej odmiana. Ta, w której dźwiga się brzemię i nie można się nim z nikim podzielić. Trzeba wciąż trzymać je głęboko schowane i choć czasem pragnienie opowiedzenia swojej historii jest olbrzymie, to wewnętrzna siła zmusza do milczenia, a jedyna rozmowa może być przeprowadzona z samym sobą. Taka samotność ciąży niczym bagaż dźwigany podczas zbyt długiej podróży. Boli, a lekarstwa można szukać latami, często bez gwarancji powodzenia”.
Od pewnego czasu poruszanie zależności pedofilii i zbrodni jest bardzo popularne. Badania wykazują, że te związki są ścisłe. Na ile? Tego do końca nie wiemy, bo nie wszystkie ofiary mówią, nie wszyscy zbrodniarze dają się złapać. Książka troszkę kontrowersyjna przez opisywanie wynaturzonych pragnień Kuby. Dopiero w połowie książki możemy zrozumieć motywy jego postępowania.
Książka na początku wydaje się być typowo amerykańskim czytadłem, którego akcja dzieje się w studenckim, zaćpanym krakowskim światku snobów. Brakuje tu życiowej walki o środki. Rozpieszczone do granic możliwości dzieciaki (bo jak nazwać dorosłych, którzy ani utrzymać się nie potrafią, ani prowadzić normalnego trybu życia). Zbrodnie idealne bohatera skojarzyły mi się z serialowym Dexterem, który nie zostawia śladów i poluje na ofiarę. Poza tym wszystko tych bohaterów różni. Na ile są podobni a na ile różni przekonajcie się sami.
Książka naprawdę wciąga, dlatego polecam wszystkim, którzy lubią książki sensacyjne. Ja na pewno sięgnę po kolejne książki autora, jeśli takie się pojawią.

Agnieszka Janiszewska "W mroku"


Nasze relacje determinuje przypadek oraz umiejętność rozmowy. Nieporozumienia potrafią kłaść cień na kolejne pokolenia i prowadzić do tragedii. O tym przypomina w swojej książce "W mroku" Agnieszka Janiszewska podsuwająca losy dwóch rodzin podzielonych niedomówieniami. Akcję otwierają przygotowania do wyjazdu do Polski. To tam przed laty nastąpił kładący się cieniem na życie bohaterów rozłam. Powrót Katarzyny Janiszewskiej z córką do ojczyzny wiąże się z formalnościami. Kobieta zamierza sprzedać rodzinny dom w podwarszawskim Pomiechowie. Szybko okazuje się, że nie tylko z tym będzie musiała się zmierzyć. Zaplanowany lekki pobyt krążący wokół sentymentalnej wędrówki po dawno niewidzianych miejscach przeradza się w konfrontację z bolesną przeszłością, która doprowadziła do wyjazdu z kraju. Ucieczka miała być lekarstwem na wszystko. Informacja o jej przyjeździe dawnej przyjaciółki Magdy do Polski wywołuje w siostrach konsternację i powracające poczucie winy.
Agnieszka Janiszewska serwuje czytelnikom wzruszającą i jednocześnie pouczającą opowieść o konieczności uporania się z przeszłością, uwolnienia od jej ciężaru. Popełnione błędy, niewyjaśnione sprawy i poczucie winy potrafią niszczyć kolejne relacje. Bohaterki na własnej skórze przekonuje się, że warto stawiać czoło konsekwencjom podjętych decyzji.
"Każdy powinien ponosić konsekwencje swoich czynów i decyzji".
"W mroku" to przede wszystkim historia Renaty, która nie potrafi odciąć się od przeszłości, kiedy to straciła syna. Mimo upływu czasu mierzy się z żalem i poczuciem winy, analizuje, w jaki sposób zawiniła, co złego zrobili bliscy. "Są takie winy, których się nie wybacza, nawet jeśli miałoby to jej ulżyć w cierpieniu". To wydarzenia sprzed lat determinują obecne relacje oraz obrane drogi.
Przez całą powieść pisarka świetnie podsyca ciekawość dotyczącą doświadczeń bohaterów. Wiemy jedynie, że wiążą się one ze śmiercią syna Renaty. Stopniowe wędrówki do minionych czasów pozwalają lepiej zrozumieć, co doprowadziło do śmierci Grzegorza.
Pełna emocji opowieść snuta jest spokojnym językiem, a mimo tego czytelnik odczuwa napięcie, jakie istnieje między bohaterkami. Pamiętnik córki Karoliny pozwala na szersze spojrzenie na wydarzenia sprzed lat. Razem z bohaterami wędrujemy do przeszłości bliższej i dalszej. Pojawia się klimat lat 80, ale też początek epoki stalinizmu. A to wszystko obok czasów nam współczesnych.


piątek, 8 sierpnia 2025

Katarzyna Kuśmierczyk "Echo szeptów"


Często nie uświadamiamy sobie jak wielką rolę w naszym życiu odgrywają przodkowie. Więzy krwi to nie tylko to, co kryją w sobie geny, ale też rodzinne doświadczenia, przekazywane z pokolenia na pokolenia opowieści często traktowane jedynie jako ciekawostki. Zdarza się też, że ze względu na relacje rodzinne o wielu osobach nic nie wiemy. Taką historię podsuwa nam Katarzyna Kuśmierczyk słynąca z kreowania uniwersum słowiańskiego realizmu magicznego. "Echa szeptów" to opowieść wprowadzająca nas do świata pradawnych wierzeń i mocy oraz współczesnych problemów.
Do świata Miłki (Miłosławny Kostrzewskiej) wchodzimy, kiedy jej życie ulega radykalnej zmianie. Po śmierci męża powinna przeżywać żałobę. Zamiast tego doznaje uczucia ulgi i pragnie wyjazdu do niewidzianej od dzieciństwa babki, z którą matka z niewiadomych powodów zerwała kontakt. Wyprawa na suwalską prowincję w środku zimy, a do tego do chatki na skraju puszczy wydaje się szaleństwem i budzi niepokój. Tajemnicza, mroczna aura przywodzi na myśl horrory. Jednak Miłkę ciągnie tam tajemnicza siła, która przeobrażała ją ze słabej, niepewnej i posłusznej córki i żony w kobietę stanowczą i gotową stawić czoła złu.
„Teraz patrząc, jak znika świat, który znienawidziła, czuła jedynie ulgę. Żadnego żalu, wahania czy niepewności. Otaczał ją spokój i wiara, że w końcu robi coś, na co sama ma ochotę.
Miała dwadzieścia osiem lat, zasobne konto w banku, dwie walizki, a do piersi przyciskała stary album wypełniony zdjęciami z czasów dzieciństwa, kiedy jeszcze była naprawdę bezwarunkowo szczęśliwa. Jedyną rzecz, jaką zabrała ze starego życia.
Na początek musiało wystarczyć”.
Protagonistka to postać ulegająca przemianie. Od słabej, stłamszonej po silną. Stojąca pośród pokrytych białym puchem drzew chatka, w której przychodzi jej zamieszkać okazuje się miejscem pełnym niespodzianek, ale też zagadek, za którymi będzie musiała podążać. Na miejscu odkrywa, że jej babka Konstancja nie żyje i pozostawiła jej dom. Jest tylko jeden warunek: musi w nim zamieszkać na minimum czterdzieści dni. Każda doba to stopniowe odkrywanie tajemnic z przeszłości, wchodzenie do świata przodków i odkrywania własnej mocy. Należąca do rodu szeptuch kobieta musi zmierzyć się też z czyhającym na nią i bardzo dobrze ukrywające się zło.
"Echa szeptów" przywodzą na myśl dawne historie o magii, niezwykłych mocach. Przyroda, magiczne artefakty - wszystko tu współgra. Umiejętność korzystania z darów natury staje się cenna i pozwala na ratowanie ludzkiego zdrowia i życia. Dowiemy się też jak niesamowicie ważna jest intencja. Pragnienie chronienia świętych miejsc, dającej siłę Doli czyni z kobiet z rodu Miłki strażniczkami, których korzenie sięgają średniowiecza.
Katarzyna Kuśmierczyk w swojej prowadzonej trójtorowo opowieści podsuwa ważne tematy społeczne, wśród których ważnym i powracającym jest uleganie propagandzie. Zło kryje się w każdych czasach i to często tam, gdzie moglibyśmy liczyć na dobro i wsparcie. Pozorna pomoc i życzliwość przynosi wiele szkód i szybko zostaje zdemaskowana. Od wieków strażniczki chronią ludzi. Często same muszą dokonywać radykalnych decyzji w imię większego dobra. Miła też stanie przed wieloma trudnymi wyborami i przyjdzie jej odkryć jak bardzo pozory mogą mylić.
W tej historii nie zabraknie też pikanterii. Pojawia się wątek damsko-męski z widokiem na romans. Do tego pisarka podsuwa troszkę historii, obrazy z dworu Romanowów, a także słowińskiej puszczy przemierzanej przez misjonarzy.  Wykreowani przez Katarzynę Kuśmierczyk bohaterzy są bardzo zróżnicowani. Każdy ma tu własną historię, doświadczenia, przekonania, wartości, którymi się kieruje. Zobaczymy też jak osoby z odmiennym podejściem do zjawisk paranormalnych mogą świetnie się dogadywać i uzupełniać w dążeniu do wyjaśnienia zagadkowej śmierci.
Autorka bardzo dobrze buduje tu klimat grozy. Potęguje ją opisami nocnych wypraw, zjawiskami atmosferycznymi oraz zmianami w przyrodzie i a także wplecionymi wątkami naukowymi i legendami. Bohaterzy doświadczają wielu wydarzeń przywodzących na myśl działanie magii.
Zapraszam na stronę wydawcy

wtorek, 5 sierpnia 2025

Jolanta Kosowska "Szalone Porto"

 


"Człowiek bez innych ludzi jest słaby, czuje się nikomu niepotrzebny. Nic go nie łączy i nic go nie trzyma. Niby jest wolny, ale tak naprawdę czuje się bardzo samotny. Jest jak dmuchawiec na wietrze, unosi się wolny w powietrzu, ale to bzdura. Musisz zbudować sobie tutaj społeczne, socjalne zaplecze".
Człowiek to zwierzę społeczne - taką tezę wysunął Platon. Od tamtych czasów nic się nie zmieniło w spojrzeniu na ludzi, ale pogłębiano badania nad tym, w jaki sposób społeczeństwo buduje jednostkę, jakie aspekty życia są naturalne, a jakie kulturowe, jakie znaczenie ma zaufanie i osadzenie w określonym miejscu, jak mocno losy jednostek zależą od innych. Jolanta Kosowska w książce "Szalone Porto" podsuwa nam tematykę budowania więzi, tworzenia zależności, odpowiedzialności za siebie i innych, otwartości oraz konieczności otaczania się ludźmi. Nie brakuje też tematu wpływu otoczenia na życie poszczególnych jednostek.
"Dom w życiu jest najważniejszy. Daje poczucie przynależności. Nagle nie jest się znikąd. Nagle jest się na przykład z Porto".
Historię Martyny otwiera lekcja języka portugalskiego. Młoda kobieta marząca o zamieszkaniu w kraju odkrywców geograficznych chociaż częściowo pragnęła zrealizować ten plan w czasie podróży poślubnej. Zdrada narzeczonego sprawia, że wali jej się cały świat i przestaje widzieć sensu w samotnym wyjeździe. Jednak za namową nauczycielki udaje się do Porto, miasta pełnego kontrastów, kolorów i zapachów. Jolanta Kosowska kreśli obrazy, opisuje wrażenia bohaterki, podsuwa jej przemyślenia. To jej oczami możemy spojrzeć na portugalskie miasto szokujące ilością bezdomnych i ruder w sąsiedztwie pełnych przepychu zabytków. Martyna przygląda się też ludziom. Jej wrażliwość i otwartość sprawiają, że nie ocenia nikogo tylko zaczyna rozwijać sieć znajomości, poznawać lokalne zależności, ale też dostrzega brutalne słowa mających wysokie mniemanie o sobie i czujących się bezkarnie turystów.
"Czują się bezkarni. Pozwalają sobie na słowa, których w innej sytuacji nigdy by nie powiedzieli".
Wrogie nastawienie prędzej czy później zmienia się w wykluczanie, a to przeobraża się w przemoc i chęć eksterminacji. Tak jest i tutaj. Próba zabójstwa, a później pierwsza ofiara sprawiają, że Martyna zaczyna prowadzić własne śledztwo, aby wyjaśnić, kto stoi za prześladowaniami bezdomnych. Seryjny morderca na konkretny cel: oczyścić miasto z bezdomnych. A tych na ulicach Porto jest bardzo wielu.
Poszukiwanie rozwiązania zagadki to pretekst do lepszego poznania mieszkańców miasta. Każdy z nich może zaoferować jej innego rodzaju więź, z każdym łączy ją inna historia, od każdego dostaje inną pomoc i może też dać coś od siebie. Na pierwszy plan wysuwa się relacja z tajemniczym Gasparem, który niczym kameleon wtapia się w tło. Jakie tajemnice kryje miasto? Co mogą zaoferować młodej Polce mieszkańcy? Kto stoi za morderstwami?
"Żeby naprawdę zrozumieć innego człowieka, trzeba przeżyć, chociaż jeden dzień w jego butach, chociaż jeden dzień uczestniczyć w jego życiu lub przeżyć dokładnie to samo".
Uwielbiam książki Jolanty Kosowskiej, ponieważ dużo w nich ciepła, otwartości i pokazywania, że ocenianie innych jest krzywdzące. Łatwiej żyje się bez uprzedzeń. To ułatwia budowanie wartościowych relacji oraz ułatwia wchodzenie w nowe społeczeństwo. Do tego pisarka przekonuje czytelników, że po złych doświadczeniach są też i dobre. Życie nigdy nie jest jednowymiarowe i nigdy nie składa się wyłącznie z dobrych doświadczeń. Te są ulotne tak jak bogactwa. Wykreowani bohaterzy to osoby doświadczone i świadome popełnionych błędów. Wiedzą jednak, że nie da się cofnąć czasu. Trzeba cieszyć się chwilami, które są im dane, na nowo budować swoje życie i tworzyć relacje z innymi ludźmi. Historie bohaterów są pełne zwrotów: jedni ludzie odchodzą, inni przychodzą, jedne bogactwa przemijają, inne trzeba wypracować. Jesteśmy warci tyle, ile umiejętności nosimy w sobie i na ile osób możemy liczyć, ilu ludziom możemy pomóc. Pozornie mamy tu świat bezinteresownych bohaterów. Jednak doświadczenia każdego kryją i złe charaktery, przeszłość bogata jest w zawistnych, pazernych, krzywdzących. Jednak dalsze szczęśliwe życie wymaga zdystansowania od tych doświadczeń. Autorka daje nam cenne przesłanie: na przeszłość nie mamy wpływu, ale na przyszłość już tak i nie warto wałkować tego, co nas spotkało tylko raźno ruszyć przed siebie.
"Szalone Porto" to opowieść o ludziach, którzy są niewidoczni dla społeczeństwa, wykluczani i piętnowani za swój sposób życia, oceniani za brak umiejętności radzenia sobie z życiem, chociaż nie wiemy, co kryje się za ich bezdomnością. Pisarka przypomina, że te osoby nie zawsze były bezdomne. I nawet jeśli nie maja własnego domu starają się stworzyć jego namiastkę, choćby miał być to pokoik w ruinach.


wtorek, 24 czerwca 2025

Piotr Michałowski w "Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta"


Przechodzenie ziem z rąk do rąk wprowadza wiele zamętu wynikającego z zacierania się lokalnej świadomości. Jaką więź z regionem mogą mieć znajdujący się w ciągłej drodze przybysze, którzy w pierwszym pokoleniu nie zamierzają pozostać w nowym miejscu na długo, planujący wrócić do kraju przodków? W jaki sposób w takich warunkach może wytworzyć się tożsamość regionalna? Szczególnie, kiedy o poprzednikach nikt nie chce słyszeć? Duże miasta mają swoich kronikarzy, obszerne archiwa bogate w zapiski o początkach, a do tego te opowieści znane są nie tylko mieszkańcom metropolii. Pamięć o początkach małych miejscowości ginie z wysiedleniem tubylców. Po kilku pokoleniach zaczyna się pisanie historii na nowo, poszukiwanie założycieli, grzebanie w aktach, zlecanie badań nad początkami zgodnie z przekonaniem, że patriotyzm lokalny musi sięgać w przeszłość i opierać się na opowieściach o bohaterskich czynach. Włodarze miejscowości grzebiąc w historii próbują odciągnąć uwagę od bezradności i bezczynności w obliczu aktualnych wyzwań, braku środków, wszędobylskiej samoczynnie napędzającej się biedy. Ucieczka w przeszłość daje poczucie bezpieczeństwa oraz wrażenie ważności. A co jeśli takiego wentylu bezpieczeństwa nie ma? Nad tym problemem pochyla się Piotr Michałowski w "Urbs ex nihilo. Raport z porzuconego miasta".
Miasto z znikąd, miasto z próżni. Podtytuł zawierający słowa "porzucone miasto" zawiera w sobie echa dwóch wydarzeń: porzucenia miasta przez twórcę oraz przez pierwszoosobowego narratora, który po latach szczęśliwie wydostał się z tego miejsca. Historia zaczyna się od nakreślenia aktualnej sytuacji kronikarza, który jako ojciec musi sprostać wymaganiom swojego dziecka łaknącego ciągle nowych historii. Po zapoznaniu się z bajkami, baśniami przychodzi mu snuć prequele, sequele, wprowadzać dodatkowych bohaterów, łączyć wątki. Rozbudzone gawędziarstwo skłania go do spisania opowieści o swojej przygodzie w Niemieścinie, prowincjonalnym miasteczku z wszelkimi bolączkami typowymi do takich miejsc: szarzyzna, nuda, odcięcie od świata. Pierwsza praca na stanowisku archiwisty ma być tylko czymś w rodzaju bezpiecznego startu w dorosłość. Jednak już od pierwszych chwil wszystko jest nie tak jak powinno. Służbowa kawalerka skutecznie przestrasza wieloletnią partnerkę, która przeczuwając stagnację i zamknięcie dróg do kariery ewakuuje się do wielkiego miasta. Młody archiwista pracuje w niewielkim gronie. Do tego jego życie staje się monotonne i tylko przygarnianie kolejnych psów wprowadza w nie jakiekolwiek urozmaicenie. Konieczność wychodzenia na spacery to też pretekst do odkrywania okolicy. Jednak nawet i ta z czasem ma już wszystkie bliższe i dalsze ścieżki wydeptane. Ta stagnacja mogłaby trwać kolejne długie i nudne lata z dniami podobnymi do siebie, gdyby nie przełomowe odkrycie na placu budowy. Powstające luksusowe apartamentowce dla wędkarzy (w mieście bez jakiegokolwiek cieku czy akwenu) i osób spragnionych widoków puszczy (co z tego, że z widokiem na wyciętą część) przyczynia się do odkopania ceglanej konstrukcji. Kolejne prace toczą się w coraz większej tajemnicy, ogrodzenie dookoła placu budowy powiększa się, jest lepiej strzeżone. To wzbudza zainteresowanie wędrującego po obrzeżach Niemieścina pierwszoosobowego narratora, który czuje zew krwi odkrywcy i pragnie rozwikłać skrywaną za budowlanym płotem tajemnicę. W tym czasie, razem ze współpracownikami archiwum, natrafia na zapiski osoby projektującej miasto idealne, miasto wyłaniające się znikąd, chociaż szybko okazuje się, że problematycznie wpisane w cudze grunty. Opowieść stylizowana na Reja podsuwa obraz oderwanego od życia idealisty, który w imię spełniania marzeń gotów jest na utratę majątku. Odkrycie ruin oraz pamiętnika rozbudza wyobraźnię mieszkańców, podsyca dążenia włodarza do stworzenia wspaniałej opowieści o cudownej przeszłości. W końcu początki mogą być osadzone w konkretnych czasach, a miejscowość zyskać swojego założyciela, herb i prawa miejskie. XIX wieczne korzenie to zawsze lepsze niż żadne. Snucie opowieści o początkach ma nadać prestiż miejscu kojarzącym się z "dziurą" pojawiającą się tylko na bardzo szczegółowych mapach.
Historia o odkryciu uświadamia nam ulotność pamięci ludzkiej. Niby mamy tu niedaleką przeszłość, bo zaledwie półtora wieku, więc mieszkańcy powinni pamiętać nietypową budowlę, a jednak ginie ona w pamięci, zaorana zostaje ziemią uprawną jakby skrywała niechlubną przeszłość, z której wyłania się szaleniec-idealista kreujący miasto niczym demiurg, czyli z niczego, gdzieś pośród pustkowia, na które długo wędrował. Wyłaniające się z próżni czasu i przestrzeni osadzone jednak jest w konkretnych realiach i miejscu. Do tego nie takie odległe, bo pełne ludzi pragnących pokrzyżować plany niechęciom odstąpienia gruntów ornych. Im bardziej zatarte w masowej pamięci zdarzenia tym atrakcyjniejsze dla współczesnych, dające większe możliwości na opowiedzenie historii na nowo. Sama budowla daje spore pole do popisu i interpretacji. Budynek może być pozostałością po klasztorze czy zamku. Teorii, domysłów jest wiele. Jednak połączenie ich z zapiskami odnalezionymi rozwiewa wątpliwości. Tylko jak to się stało, że tak duży obiekt popadł w zapomnienie? Może to wina pamięci ludzkiej? Jej wybiórczości, niechęci do pamiętania  i wyciągania wniosków? Ile takich historii kryją w sobie małe miejscowości?
Jestem mieszkanką prowincji z krótkotrwałą pamięcią. I w moim mieście w czasie remontu rynku odkryto tajemnicze podziemia. Domysłów i ekscytacji oraz planów wykorzystania było wiele. Fora huczały, ludzie chodzili, zerkali, próbowali dojrzeć więcej, wypatrzeć skrywane skarby. Do czasu. Kiedy okazało się, że to ruiny kościoła ewangelickiego, którego cegły po wojnie wykorzystano do budowy pobliskich budynków temat zamknięto, wejście do podziemi zamaskowano, podziemia przestały być atrakcyjne, a nawet stały się niewygodnym świadectwem działalności, bo to jednak nie katolicka świątynia, więc nie można wkomponować w narrację burzenia kościołów, nieważny obiekt, czyli tylko pozostałość po wysiedleńcach. Ile takich atrakcji w swoich podziemiach kryją miasta? Ile celowo pozostaje zapomnianych, a później pobudzających wyobraźnię, pomagających chwilowo dowartościować się prowincji, że i u nich jest coś ważnego.
I tak właśnie jest w książce. Odkrycie dziwnej budowli w czasie przygotowywania terenu pod budowę osiedla przyczynia się do ożywienia się ludzi. Każdy na swój sposób, w ramach własnych umiejętności i możliwości prowadzi śledztwo. Pracownicy archiwum są w tej uprzywilejowanej sytuacji, że znajdują ciekawe dokumenty w stosach niesklasyfikowanych akt. Wczytywanie się w diariusz budowy to wchodzenie w kolejny poziom akcji mającej budowę szkatułkową, z której Piotr Michałowski słynie. Pisarz z wprawą buduje światy w światach, a w nich kolejne. Tradycyjnie pojawia się też motyw snucia opowieści przez pisarza-narratora, który doświadczył. Takie opowiedzenie historii ma w sobie coś z ludowego gawędziarstwa pozwalającego mieszkańcom prowincji stać się bohaterami kolejnej niezwykłej historii, uczynić kimś ważnym w oczach słuchacza czy czytelnika sięgającego po ukradkiem spisaną opowieść, której uczestnicy czują się niczym tropiący tajemnice bohaterzy "Kodu Leonadra da Vinci". Problem pojawia się, kiedy lokalny geniusz to prowincjonalny, niepraktyczny idealista.
Piotr Michałowski kreśli barwne portrety na tle bylejakości ubranej w ładne nazwy (zamiast pejoratywnego "zadupia" mamy miękko, lekko i niemal pieszczotliwie "Niemieścin") dające pozytywne skojarzenia. Odcięcie od świata w pewien sposób pomaga do stworzenia poczucia życia blisko natury. Niewielkie służbowe lokum zmusza do minimalizmu. Życie wydaje się tu toczyć wokół prostych spraw. Nie ma tu wielkomiejskiego konsumpcjonizmu i pędu. Za to mamy życie zastygłe niczym lawa: mieszkańcy oczekują, że jednak zdarzy się coś ciekawego. Odkrycie "ruin" daje cień nadziei, sprawia, że codzienność przyspiesza, intelekt buzuje, aby wykorzystać tę niespotykaną szansę. Tylko czy ona tkwi w pozostałościach po poprzednich pokoleniach czy może bardziej w naszej aktualnej aktywności? Na to musimy odpowiedzieć sobie sami.


sobota, 21 czerwca 2025

Gustaw Rajmus ">>Dwie historie<< i inne historie"


Można stwierdzić, że każdy z nas ma utarte spojrzenie na świat. Rozmowy oraz sięganie po twórczość innych ludzi otwieramy się na odmienne światy. Odkrywamy wówczas jak bardzo wielowymiarowe potrafią być, jak wiele tajemnic mogą w sobie kryć, sposobów spojrzenia na te same tematy czy podobne kwestie. Zbiory opowiadań to właśnie takie wchodzenie do mnogości uniwersów spotykających się w jednym miejscu: między dwoma okładkami. ">>Dwie historie<< i inne historie" Gustawa Rajmusa to spotkanie różnych spojrzeń oraz doświadczeń zamkniętych we współczesności. Uniwersalni bohaterzy to millenialsi, którzy wpadli w  pułapki współczesności: z jednej strony zbyt wrażliwi, a z drugiej zbyt egoistyczni. Pierwsze sprawia, że dogadują się nawet ze sprzętami domowymi, traktują je jak członków rodziny. Drugie powoduje, że są głusi na potrzeby innych ludzi przy jednoczesnej potrzebie utrwalania każdej chwili spędzanej w towarzystwie innych, łaknienia ich uwagi. Paradoks ten przysparza im wiele problemów, wśród których najpoważniejszym jest brak czasu na trwałe relacje i możliwość dawania siebie bliskim. Znajomości są tu jak kolekcje zdjęć, do których nie ma się czasu wracać i znikają w czeluściach dysków.
Tom otwiera opowiadanie zatytułowane "AI" przywodzący na myśl twórczość Gefena, Kereta, Lamberta czy nawet ocierający się o Lema. Narrator wybiega w niedaleką przyszłość, w której domy są inteligentne i zamieszkałe przez młode małżeństwa, które szybciej rozpadają się niż toster się psuje. Urządzenia nabierają tu osobowości. Na początku dają cenne rady (czyli coś, co jest w zakresie obecnej technologii), aby z czasem wyrobić sobie poglądy (może nastąpić) determinujące życie mieszkańca tego ożywionego budynku: „Z czasem doszło do tego, że piekarnik nabrał tożsamości katolika i w piątki chciał przygotowywać tylko rybę, zaś radio obchodziło szabas, wyłączając się na weekend; zmywarka ze względu na prawa kobiet przestała współpracować z konserwatywnym kranem. Moja kabina natryskowa za każdym razem podkreślała współczesne niuanse gospodarki ekologicznej dotyczącej zużycia wody, a system monitoringowy prosił mnie, abym brał udział w jego artystycznych, filmowych przedsięwzięciach. Dom nabrał życia”.
Mogłoby się wydawać, że Gustaw Rajmus podąży ścieżką humoru i science fiction. Kolejne jego teksty jednak wskazują udowadniają, że kładzie nacisk na realizm i problemy społeczne, bolączki, paradoksy wpływające na podejmowane przez ludzi decyzje. Oczywiście nie zabraknie tu satyry, przerysowania, pokazania w krzywym zwierciadle ludzkich wad. Mamy tu całą gamę osobowości: samotnych i zmęczonych nadmiarem towarzystwa, w którym pozostaje się osamotnionym, szczęśliwych i zrozpaczonych, mających idealne dzieciństwo i takich, którym jeden epizod z wczesnych lat złamał całe życie. Ludzie niczym chomiki kręcą się na swoich kołowrotkach osobistych i rodzinnych schematów, błędów i traum, z których można się wyzwolić dopiero po pogodzeniu się z nimi, odejścia od nich. Nie ma tu bohaterów stałych. Każdy na różnym etapie życia doświadcza przeobrażeń. Losy wykreowanych postaci są usłane różami, ale niekoniecznie płatkami tych kwiatów. Pokaleczeni kaleczą innych, liżą rany, pomagają innym wyjść z trudnych sytuacji tylko wtedy, kiedy czują w tym interes. Częściej jednak zostawiają bliskim bagaż traum, niedomówień, mrocznych zagadek. Nie brakuje tu tajemnicy, klimatu realizmu magicznego, a nawet grozy i surrealizmu.
Szczególnie urzekło mnie opowiadanie "Bogowie", w którym pobrzmiewa nutka nostalgii za sielskim, ale jednocześnie groźnym dzieciństwem z jego wierzeniami, przekonaniami. Spod dziecięcych rąk sklejających śnieg wyłaniają się czarnoocy bogowie strzegący podwórzy i pokrytych białym puchem trawników. Namacalność, bliskość i jednocześnie tajemnica zawarta w formie bałwanów przeciwstawiona zostaje wierze katolickiej zakazującej czczenia "bałwanów". W opowiadaniach pobrzmiewa zarówno echo przeszłości: tej niedalekiej, mi bliskiej, z budkami telefonicznymi, zimami pełnymi śniegu i zabaw na nim, marzeniami o lalkach Barbie, wzdychaniem do kolorowego i przez to atrakcyjnego Zachodu, ze szkołami, które kojarzyły się z ponurością i srogością, obezwładniającą biedą prowincji, podwórkową przemocą rządzącą się prawem dżungli. Są nieudolni rodzice, którzy ciężar swoich marzeń przerzucają na własne dzieci. Jest też i teraźniejszość z inteligentnymi domami, Netfliksem, portalami społecznościowymi, problemami związanymi z ograniczeniami z powodu pandemii, szukaniem rozwiązań problemów w psychoterapii.
Gustaw Rajmus podsuwa nam bohaterów osamotnionych, niezrozumiałych i nierozumiejących. Każdy skupiony jest tu na sobie. Jednostka stanowi uniwersum, w którym inni są dopełnieniem stwarzającym problemy, namnażającym sprawy i problemy do rozwiązania, absorbującym i odciągającym od skupiania się na sobie oraz tworzonych przez siebie relacjach z przedmiotami oraz wyobrażeniami o świecie. Ludzie odczuwają tu potrzebą zaistnienia w oczach innych. Chcą być doceniani przez bliskich, a jedyne, na co mogą liczyć to ranienie się. Pozostaje im ucieczka we własne światy, w których nie brakuje też nałogów. Tom zamyka wymowne opowiadanie, którego tematem jest samotna śmierć w towarzystwie innych ludzi tak skupionych na sobie i swoich potrzebach, że nie są w stanie dostrzec umierania.
Teksty łączy pokazanie jak niesamowicie zmienne jest życie każdego człowieka. Metamorfozy dochodzą tu z dnia na dzień i są radykalne. Takie przerysowanie pozwala na podkreślenie jak bardzo ludzkie życie jest ulotne i pełne irracjonalizmu. A mimo tego nie ma tu dydaktyzmu, pouczania, w jaki sposób powinno się postępować, pokazywania wzorców, dawania gotowych rozwiązań. 







czwartek, 12 czerwca 2025

Wojciech Wójcik "Szanta"

 


Prowincja kojarzy nam się z sielanką. Zwłaszcza taka, w której mieszka niewiele ludzi w sąsiedztwie malowniczej natury przyciągającej turystów pragnących odpocząć od miejskiego zgiełku. Cisza, spokój, połyskująca woda jezior. Jednak, kiedy w grę wchodzą emocje oraz interesy zawsze pojawia się zło, które prędzej czy później przyczyni się do pojawienia się w okolicy morderstwa. Na obrazie idylli pojawi się szybko pogłębiająca się rysa przekształcająca się w pęknięcie, które zawsze ma przyczynę w bliższej lub dalszej lubiącej się powtarzać historii. Korzenie mogą sięgać do dalekiej przeszłości, w której błędy ludzi zdeterminowały współczesność i przyczyniły się do wielu tragedii. I tak jest właśnie książce Wojciecha Wójcika "Szanta".
Akcja toczy się wokół tworzonego na Mazurach muzeum żeglarstwa. Cztery kustoszki pracujące w budynku nad jeziorem Bełdany starają się jak najlepiej uporządkować spuściznę po profesorze Sylwestrze Preussie, który zginął w dziwnych okolicznościach. Powieszony w piwnicy w ostatnich chwilach swojego życia wpatrywał się w jedną ze swoich prac. W okolicy szybko pojawiają się kolejne morderstwa i kilka osób podążających ich śladami. Samobójstwo fundatora muzeum zaczyna być podejrzane i przez to rozpatrywane w kategoriach morderstwa. Tajemnice prowadzą samozwańczych detektywów do lat siedemdziesiątych XX wieku, kiedy na jednej z żaglówek dochodzi do wybuchu gazu. W tle mamy tajemniczego Króla Mazur przemierzającego leśną gęstwinę, opowieści o szaleńcu biegającym po lesie z siekierą, szaleńca odcinającego ofiarom włosy, kolejne ciała oraz znikające osoby, a także eksponaty. Tragedia goni tu tragedię. Ich wyjaśnienie wymaga wejścia w lokalne układy, powiązania oraz historie sprzed lat, ale też uważnego obserwowania współczesnych. A wszystko na tle malowniczego otoczenia, pięknej i spokojnej przyrody nad brzegiem jeziora.
Historię poznajemy z dwóch perspektyw. Były policjant, Hubert Lange, po załamaniu nerwowym zamieszkuje z żoną w leśniczówce. Dnie spędza na przemierzaniu lasu, dzięki czemu bardzo dobrze zna mazurską gęstwinę. Znaleziony w lesie warkocz oraz śmierć dyrektorki muzeum sprawiają, że budzi się w nim instynkt śledczego. Kobiecy punkt widzenia prezentuje Jagoda Matusiak, była pracownica Luwru, która na polskiej prowincji chce odnaleźć spokój i zapomnieć o tragedii, jaka ją spotkała. Poszukiwanie wytchnienia w otoczeniu, w którym pojawia się szereg zagadek, dużo niedomówień oraz poważne zagrożenia nie jest łatwe. Bohaterzy mierzą się ze swoimi lękami, a jednocześnie prowadzą swoje śledztwa. Każda osoba prezentuje tu inne emocje nawet, kiedy w grę wchodzą te same sytuacje. W tle pojawi się stołeczna dochodzeniówka. Atmosfera z każdą stroną gęstnieje. Akcja tocząca się wokół legend może przywodzić na myśl grozę. Sprawca jednak jak najbardziej jest prawdziwy.
Dużą rolę odgrywa tu budowany klimat. Spora część akcji dzieje się wiosennymi nocami, kiedy już zaczyna być ciepło. Z mroków wyłania się zakapturzona postać, błądzący po lesie mężczyzna z siekierą. Nie brakuje też kłusowników, niedomówień i znaków świadczących o śmierci kolejnych osób. Niepewność podsyca to, że każdy z bohaterów ma coś do ukrycia i sporą ilość przewinień lub traum. Postacie wprowadzające czytelnika do tego świata są empatyczne oraz spostrzegawcze i uparcie dążą do wyjaśnienia zagadki, pomimo świadomości, z czym wiąże się odkrycie prawdy. Równolegle śledzimy przygotowania muzeum do otwarcia i wychodzących na jaw tajemnicach ofiar.
"Szanta" to świetnie napisana historia z całym mnóstwem problemów społecznych, bolączek prowincji, w których układy wygrywają. Wojciech Wójcik zaskakująco dobrze oddaje kobiecy punkt widzenia, a także potrafi wyjaśnić motywacje działań wykreowanych postaci. Do tego po raz kolejny przy okazji szukania prawdy o wydarzeniach sprzed lat opowiada o klimacie PRL-u. Zakończenie jest zaskakujące, ale bardzo prawdopodobne. Akcja tocząca się na prowincji sprawia, że liczba bohaterów jest ograniczona. Każdy jest tu wyrazisty, ważny dla wydarzeń oraz w jakiś sposób wplątany w tragiczne wydarzenia i skrywa wiele tajemnic. Autor umiejętnie tka intrygę podsuwają różne rozwiązania, innych podejrzanych. 


wtorek, 10 czerwca 2025

T. M Piro "Kyle"

 


"Odpowiedzialność to nieuchylanie się od wyników własnych zachowań, decyzji i zaniechań, prawdomówności i czynienie dobra..."
W świecie pełnym przemocy i rywalizacji nie ma miejsca na lepszą zmianę. Postęp wymaga współpracy i dyskursu, wspólnego poszukiwania pozytywnych rozwiązań. Bez tego nowy lepszy świat nie może powstać. Mimo tego ludzkość ciągle się łudzi, że porzucenie ziemskich bolączek, skolonizowanie Marsa zapobiegnie katastrofom i pozwoli na zbudowanie dobrego społeczeństwa. T. M. Piro w "Kyle" podsuwa nam obraz niedalekiej przyszłości, w której zdesperowani ludzie ruszą eksplorować kosmos, aby tam uwolnić się od ziemskich bolączek.
Historię otwiera opowieść o niezwykłym lekarzu. Przybył do wioski odciętej od dostępu do pomocy medycznej. Jedyną osobą leczącą jest tu pielęgniarka wykorzystująca moc ziół. Jej możliwości jednak są ograniczone, bo nie jest w stanie wyleczyć poważnych chorób czy uwolnić od efektów starzenia się. W takim otoczeniu przybywający do osady lekarz jest niczym cudotwórca: potrafi wyleczyć każdą chorobę za pomocą posiadanych tabletek. Osoby umierające na śmiertelne choroby, niedołężne z dnia an dzień odzyskują sprawność. Lekarstwo na wszystko pozwala na ratowanie bez żadnych ograniczeń życia i zdrowia mieszkańców. Po jakimś czasie ludzie przestają tu umierać. Do tego zyskują silę i zdrowie, dzięki czemu mogą żyć pełnią życia. Ta sielanka jednak kiedyś musi się skończyć. W gabinecie pojawia się mały pacjent, który staje się początkiem problemów lekarza niemającego dyplomu ukończenia studiów. Kim jest Kyle? Jaką tajemnicę skrywa uczony dzielący się z mieszkańcami prowincji teoriami o równoległych światach i dzielący się z nimi cudownym lekiem?
Bliższe poznanie bohatera pozwala odkryć w nim naukowca pracoholika. W czasie przymusowego urlopu zaskakuje go burza piaskowa, po której budzi się w dziwnym miejscu. Zdezorientowany, ale rozumiejący, że jest obiektem eksperymentu stara się ukryć, aby ocalić swoje życie. Od tego momentu życie Kyle'a to szereg ucieczek, w których pomagają mu buntownicy marzący o wolności oraz chcący uchronić mężczyznę przed takim losem, jaki spotkał ich, czyli całkowitego wyczyszczenia pamięci. Bardzo szybko odkrywamy, że akcja przeniosła się na kolonizowanego Marsa, gdzie ludzie borykają się z wieloma problemami: od braku odpowiedniej atmosfery, przez niedostatki wody po dające się we znaki promieniowanie słoneczna. W tym nieco dziwnym świecie Kyle czuje się niczym ścigana zwierzyna: ranny, poszukiwany, chroniący się w zakamarkach. Napotykani ludzie stopniowo podsuwają mu wiedzę o świecie, w którym się znalazł.
Tomasz Piro wykreował wielowymiarowe uniwersum, w którym znajdziemy elementy z wielu opowieści science fiction. Poszukiwanie tropów, wchodzenie w labirynty podsuwanych filozofii, staje się ciekawą przygodą, dla której pretekstem jest śledzenie losów głównego bohatera. Pojawia się tu teoria wielu światów oraz bohater z niezwykłymi mocami jak serialu "Flash", cudowne leki jak w "Intruzie" Stephenie Mayer, motyw śnienia świata jak w filmie "Otwórz oczy" reż. Alejandra Amenábara. Nie brakuje też nawiązań do klasyki, czyli pojawiają się nawiązania do "Matrixa", Gwiezdnych wojen", "Strażników labiryntów", "Więzienia labiryntów". Autor sięga też po łacinę zamiast język angielski. Do tego w wątki sensacyjne wpleciono pytania filozoficzne o wolność, odpowiedzialność, tożsamość, wybory, możliwości ludzkiego umysłu.
Bohater jest tu postacią niezwykłą. Genialny naukowiec z niezwykłymi umiejętnościami ukształtowanymi dzięki swojej ciężkiej pracy z mózgiem. Całkowita umiejętność wykorzystania możliwości mózgu sprawia, że staje się pierwszym ogniwem ewolucyjnym, pozwalającym ludzkości na rozwój rasy potrafiącej porozumiewającej się telepatią. Uniwersum "Kyle'a" bogaty jest w wynalazki, wśród których duże znaczenie odgrywają chipy pomagające w kontrolowaniu ludzi. I tu coś zaskakującego: bohater go nie ma. Dlaczego? Kim jest, że nie zaczipowano go? Jakie ma znaczenie dla marsjańskiej cywilizacji? Dlaczego mieszkańcy podzielili się na dwa obozy?
W opowieści nie brakuje motywu ingerowania w kod genetyczny, wytwarzania rasy silniejszych ludzi: mają być zdrowsi, długowieczni (czy wręcz nieśmiertelni). To ma rozwiązać problemy związane z zaludnianiem planety o niesprzyjających warunkach.
"Kyle" to wciągająca opowieść o człowieku, który zostaje wrzucony w pełen zagrożeń świat bez znajomości własnej przeszłości.


czwartek, 5 czerwca 2025

Roman Ciepliński "Nogami do góry"

 

Walka o wpływy zawsze jest brutalna. Przybiera ona różnorodne formy, ale zawsze przyczynia się do rozsadzania ustalonych reguł. Tworzenie pozorów, wykorzystywanie słabości innych i wcielanie się w drapieżnika gotowego zagarnąć wszystko pozwala na stopniowe przejmowanie władzy. Życie społeczne pełne jest niejasności, masek, podwójnych ról, zakrytych kart, które nie pozwalają nam na jasną ocenę sytuacji. Bez pełnej wiedzy jesteśmy jak ślepcy błądzący w ciemnościach, ulegamy złudzeniom podsuwanym przez znajomych i sami tworzymy fałszywe tropy. Na tym właśnie polega odwieczna rola świata jako teatru. Ludzie tu wchodzą, wychodzą. Aktorzy się zmieniają, grają różne role, zakładają inne maski, wychodzą naprzeciw wymaganiom sceny, są elastyczni jak chińscy akrobaci i od tego się nie uwolnimy, bo życie to teatr, któremu trzeba stawić czoło. Jednak w tym graniu jest pewna granica: nie wolno krzywdzić innych. I właśnie tym różni się wolne społeczeństwo od zniewolonego: odgrywanie ról nie jest podszyte systemowo zaplanowaną krzywdą. Totalitaryzm niesie nasilenie gry społecznej, dbanie o pozory zachowań. Gra o władzę nigdy nie może być jawna. Musi być podszyta niepewnością, strachem i sposobem na realizowanie własnych celów, których – być może – bez wsparcia kogoś silniejszego, kto widzi interes w całkowitej kontroli przedsiębiorstwa przez osobę zależną.
Roman Ciepliński to pisarz podsuwający w swoich powieściach temat totalitaryzmu oraz bolączek współczesnej Polski. Każda jego książka to kolejne spojrzenie na znany nam świat. Wprowadza nas do środowiska polityków, artystów, dziennikarzy. Wszystkie książki łączy miejsce, czyli znajdujące się na ziemiach odzyskanych miasto S., w którym poniemieckość odbija się echem niesionym przez komunistyczne życiorysy bohaterów i kapitalistyczne zagrywki. Świat, w którym żyją bohaterzy jest zmieniany przez ciągłą grę tych, którym zależy na władzy. Dla niej gotowi są przywdziać różnorodne maski oraz przeobrazić miejsce, w którym pracują.
"Nogami do góry" to opowieść o środowisku dziennikarzy. Najlepsza regionalna gazeta mierzy się z wyzwaniami, jakie niesie cyfryzacja. Papierowe magazyny powoli tracą zainteresowanie czytelników. Łatwo dostępne i lekkie treści portali handlowych wygrywają z solidnie przygotowanymi informacjami. Konsumpcjonizm wypiera wiedzę. Walka o czytelników toczy się równolegle z tą o władzę. C. będący pierwszoosobowym narratorem oraz dziennikarzem, prezesem dziennikarzem gazety codziennej w S. dzieli się obserwacjami z perspektywy człowieka, który już wie jak wszystko się skończy, ale analizuje konkretne poczynania N. (jednego z dziennikarzy) dążącego do wykupienia udziałów wydawnictwa i przejęcia nad nim kontroli, poszczególne wydarzenia oraz swoją rolę w całej rozgrywce. Śledztwo toczy się wokół próby zrozumienia motywów postępowania kolegi z pracy: czy w grę wchodzi zysk czy zdrada? Powolne zgłębianie tematu staje się pretekstem do wędrówki po wspomnieniach. Podobnie jak w poprzednich powieściach autora podążamy za bohaterem i razem z nim wchodzimy w coraz dziwniejszy labirynt zależności. Typowe dla Cieplińskiego są tu też nawiązania do literatury, filozofii, malarstwa oraz religii. Wszystko po to, aby lepiej przyjrzeć się przemianom w małym światku najlepszej regionalnej gazety, która może być tu alegorią kraju. Motyw totalitaryzmu, wykluczania, zawłaszczania władzy i jednocześnie walka o nią, sprzedawanie udziałów, układy - wokół tego krążą rozmyślania zagubionego i zdezorientowanego C., który nie jest w stanie zrozumieć przyczyn łatwego poddawania się współudziałowców spółki.
Po raz kolejny spotykamy się z typowym chwytem stosowanym przez Romana Cieplińskiego: imiona lub nazwiska bohaterów zastępują litery, bo same dane osobowe nie są tu ważne tylko doświadczenia stojące za ludźmi. Każda z postaci ma swoją historię, która przepleciona z losami innych sprawia wrażenie poszatkowanej. Czasami te same zdarzenia widzimy z różnych perspektyw, nakładają się na siebie i uświadamiają jak bardzo subiektywne doświadczenia wpływają na ocenę sytuacji. Do tego są czymś w rodzaju odnóg lub ślepych uliczek prowadzących od głównego wątku. Bohaterowie są pretekstem do opowiedzenia o postawach, a nie ludziach, tendencjach bez wskazywania winnych. Trzeźwy osąd każdego aspektu życia tworzy smutny obraz, w którym społeczeństwo jest masą dającą się łatwo manipulować, polaryzującą się, zwalczającą w imię obrony interesów wykreowanych na ich własne. Opisany tu schyłek ery papieru to czas brutalny, ponieważ zanikają autorytety, rzetelność, a w cenie jest bylejakość, uleganie modom, bezmyślny konsumpcjonizm.
Wędrujący od problemu do problemu bohater jest erudytą krytycznie przyglądającym się otoczeniu. Wiedza o świecie przygnębia go, zmusza do wizyt u psychiatry, aby z bagażem znajomości realiów przetrwać kolejny dzień. Nie zabraknie tu też ironii, sporej dawki humoru, sarkazmu pozwalających przetrwać w czasie zagrożenia.
Powieści Cieplińskiego są swoistymi rozrachunkami z otoczeniem, w którym ciągle wiele spraw nie wyjaśniono, nie można poznać prawdy o współpracownikach, dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Wchodzimy w świat zła rozmyślnego, czynionego w dbaniu o interes własny pod przykrywką dbania o „dobro ludu”. Napotykamy ludzi, którzy w swojej przebiegłości płyną z nurtem wydarzeń dostosowując do nich swoją rolę i zmieniając maski. Wchodzimy do świata dobrze zbudowanego, a jednocześnie będącego w dziwnym rozkładzie.
Kolejna powieść Cieplińskiego to rozrachunek z otoczeniem, w którym historia oraz brak chęci analizowania faktów sprawiają, że ludzie żyją złudzeniami. Wchodzimy w świat zła rozmyślnego, czynionego w dbaniu o interes własny pod przykrywką dbania o „dobro ogółu”. Napotykamy ludzi, którzy w swojej przebiegłości płyną z nurtem wydarzeń dostosowując do nich swoją rolę i zmieniając maski. Z tej perspektywy zmiany społeczne okazują się tylko pozorem. Odkrywamy jak bardzo rozbudowane struktury kształtują świat bohaterów, napędzają stosowaną przez ludzi wobec siebie przemoc. "Nogami do góry" to kolejna opowieść o ludzkiej naturze, dążeniu jednostek do realizowania własnych celów. Roman Ciepliński obnaża tu człowieka i poddaje wiwisekcji. Patrzymy na funkcjonowanie jednostek w kontekście różnych wyzwań. Dostrzegamy, że poczynania innych determinują nasze życie.









poniedziałek, 2 czerwca 2025

Marek Warchoł "Bezdzień"


Powtarzalność i wędrówka po zakamarkach miejskiego labiryntu to motywy znane zarówno z klasyki literatury jak i filmu. Zapętlenie czasu i przestrzeni oraz ludzkich problemów. Na myśl przychodzą mi takie pozycje jak "Dzień świstaka" obok "Ulissesa" Joyce'a, "Twierdzy" Exupery'ego, "Obcego" Camusa, "Sklepów cynamonowych" Schulza, "Procesu" Kafki i wielu innych dzieł, w których bohater zanurza się w labirynty przestrzeni wędrując po znanym sobie świecie i uwięziony w pętli absurdów codzienności na nowo go odkrywa. I tak jest też w książce Marka Warchoła "Bezdzień". Opowieść otwiera poranny pośpiech, spóźnienie z powodu codziennych rytuałów, tkwienie w korku i potrzeba fizjologiczna wybijająca z tkwienia w samochodzie. Wypita przed wyjściem do pracy szklanka ciepłej wody z miodem przyczynia się do narastającego ciśnienia w pęcherzu. Potrzeba opróżnienia go wiąże się z poszukiwaniem drzewa w okolicy. I oto okazuje się, że ono tam jest. Mające dziewięćset lat drzewo uniknęło wycinki nawet w czasie przebudowy dróg, która powaliła poniemieckie zabytki. Niezwykła trwałość ma w sobie coś z mityczności i piękna, które każdego dnia ludzie mijający je w samochodach ignorują.
"Piękno nie potrzebuje ludzkiego oka ani ludzkiego zachwytu, jest samowystarczalne. Obawiam się nawet, że pełne podziwu spojrzenie nierzadko odziera piękno z czegoś najcenniejszego, lub też co najmniej naznacza je jakąś skazą".
Majestatyczna roślina staje się bramą do innego świata: wyzwolenie z tkwienia w korku, miejscem spotkania, schadzki, bo właśnie tam spotyka dziewczynę będącą kimś na wzór przewodniczki czy towarzyszki wędrówki po mieście, patrzenia na niego nieco innym wzrokiem i z innej perspektywy. Uwolniony z samochodu i tkwienia w korku przemierza ulicami i zakamarkami, w których to nie architektura jest ważna tylko napotkani ludzie wkomponowani w nią. Otoczenie jest tłem spotkania. Z miejskiej przestrzeni ludzie wyłaniają się jak duchy, snują jak zjawy, przepadają w swoich czynnościach nie dostrzegając innych.
"Cała ziemia to jeden nieoznakowany grób. Chodzimy pośród grobów, śpimy na nich, kochamy, nienawidzimy na grobach. Miasta wznieśliśmy na trupach, drzewa rosną na trupach, i nie ma w tym żadnej ckliwości. Chodzi mi o ten moment graniczny, kiedy grób przestaje być potrzebny żyjącym. Kiedy człowiek umiera naprawdę i jest już tylko ściółką, niczym więcej. Jak rodzice Karlheiza i sam Karlheiz, bo nikt się nad nim nie roztkliwia. Chyba wtedy, gdy po raz ostatni ktoś przychodzi, roni ostatnia łzę, poświęca ostatnia myśl. To jest granica. Dzieci dorastają i wyjeżdżają, wnuki zapominają, a prawnuki nawet nie wiedzą, że w ogóle istniałeś. Abonament się kończy i nie ma komu go przedłużyć, przychodzi cmentarny służbista, ściera twoje nazwisko z kamienia i lądujesz pod płotem, na wysypisku".
Pierwszoosobowy bohater to pracujący na kierowniczym stanowisku na budowie mężczyzna w średnim wieku. To jego okiem widzimy miasto i dzięki temu mamy tu sporo opisów pozwalających na lepsze poznanie architektury otoczenia. Pojawiają się różnorodne konstrukcje, detale, przejścia, zaułki z poetycką i obrazową opowieścią o materiałach i sposobie ich wykonania. Szczecin jawi się tu jako jeden wielki labirynt, w którym z jednego kręgu przechodzi się do kolejnego, złożony z nakładających się na siebie brył. Zróżnicowane światy są tuż obok. Dwójka bohaterów ma okazję przyjrzeć się różnorodnym aspektom minionego i współczesnego życia ludzi opisanego z jednej strony dosadnie, a z drugiej alegorycznie. W wykreowanym świecie czas jest pojęciem względnym i ulega zakrzywieniu. To pozwala przedwojennemu pisarzowi ukrywać się na barce, gdzie za uratowanie życia musi zapłacić wysoką cenę: tkwi tam samotny ze swoimi myślami, a przecież ludzie potrzebują innych nadających sens ich istnieniu. Pojawię się przerażeni wizją wojny dawni mieszkańcy tych ziem i problem propagandy politycznej, kreowania historii, tworzenia autorytetów. Spotyka też osoby pochłaniane przez lekturę, konsumpcjonizm, wiarę. Wszystko, co robi człowiek zbyt mocno angażujący się w określoną powtarzalną czynność jest niebezpieczne.
"Po raz pierwszy tego dnia w moim mózgu zakwitła myśl z gatunku opresyjnych, tych szczególnie znienawidzonych, pojawiających się zawsze w sytuacjach zawieszenia i bezczynności, których mój umysł panicznie się boi. Są to myśli-polecenia, myśli-rozkazy nakazujące podjęcie działania. Bywa, że niektóre dni w całości wypełnione są takimi myślami. Nie dzielą się na godziny, minuty i sekundy, ale na zadania do wykonania. Jest to ogromnie frustrujące i męczące zarówno dla ciała, jak i dla psychiki, ponieważ zadania nigdy się nie kończą. Gdy mozolę się z jednym, moje myśli już fruną do następnych. Ten ciąg można przerwać, jedynie padając bez czucia na łóżko i ucinając tym samym rozwijającą się w nieskończoność spirale myśli".
"Bezdzień" to książka, w której forma uzupełnia treść i sprawia, że płynie z nich ważne przesłanie, w którym ważne jest wychodzenie poza swoją codzienną rutynę, przyzwyczajenia, poglądy. Akcja jest prosta: bohater ze spotkaną pod drzewem dziewczyną wędruje odwiedzając ważne miejsca. Pojawia się znany niemiecki pisarz, świątynia, targowisko, galeria, zaułek z czytelnikami, ludzie oddani różnorodnym zajęciom, podążanie za kapryśnym kotem, ale wcześniej jest znaczący opis miejskiego korka i osób tkwiących w pojazdach jak drób w klatkach. Codzienność staje się pretekstem do refleksji nad tendencjami, zachowaniami, inżynierami społecznymi.








czwartek, 29 maja 2025

Henryk Bereza "Epistoły 2"


Listy bardzo dużo mówią o autorze i jego stosunku z ludźmi i do nich. Pozwalają nam też wejrzeć w sprawy, którymi autor żył. Z tego powodu chętnie sięgam po publikacje pozwalające na taki wgląd w stosunki oraz osobowość piszących. Henryk Bereza należy do bardzo ważnych twórców i krytyków literackich XX wieku. Konsekwentny w działaniu i systematyczny w prasie literackiej zadebiutował z pomocą takich znanych badaczek jak Maria Janion i Maria Żmigrodzka, aby od 1951 roku zostać redaktorem "Twórczości", w której przechodził przez dział krytyki, prozy, aby ostatecznie zostać zastępcą redaktora naczelnego. Od 1977 do 2005 prowadził w czasopiśmie tym autorską rubrykę "Czytane w maszynopisie". Od początku swojej działalności Henryk Bereza stawiał na precyzję języka, bogactwo treści oraz dyskurs polegający na wyrażaniu się artystów. Ze sceptycyzmem przyglądał się tendencjom oraz złudzeniom, którym ulegało społeczeństwo. Widać w jego pismach ślad wpływów badaczek, które odegrały duże znaczenie. Zamiłowanie do dekonstrukcjonizmu i odchodzenia od martyrologii oraz wychowywania odbiorcy. Wśród publikowanych przez lata tekstów pojawiły się również wiersze, w których powracają tematy z esejów. Szczególne miejsce podgrywa tu wartościowanie świata, problem bohaterstwa, przemijania, zderzenia przeciwnych spojrzeń oraz różne konteksty kulturowe. Z tego powodu byłam ciekawa korespondencji Henryka Berezy. A tej pojawiło się sporo. Mamy tom "Korespondencja" (z Krystyną Sakowicz), "Epistoły" i "Epistoły 2". Do świata obserwacji, spostrzeżeń, komentarzy na tematy bieżące wprowadzają "Wypiski" oraz "Wypiski ostatnie" będące zapiskami z aktualnych wydarzeń. Łączy je autor i "Twórczość". Mamy tu wybory tekstów ukazujących się czasopiśmie. Cechuje je niedługa forma i różnorodność. Bereza pochyla się w nich nad różnymi aspektami kultury z naciskiem na literaturę, wokół której toczy się jego życie. Z tekstów wyłania nam się czytelnik krytyczny, refleksyjny i zachłanny słów. Sam zresztą nazywa się "słowożercą" powracających do ulubionych autorów. Zdaje sobie sprawę jak czas i osobiste doświadczenia wpływają na odbiór tekstów, jak czytanie przyczynia się do kształtowania kompetencji językowych. Do tego pojawia się problem krytyki, miejsca autora w środowisku. Taka jest też i korespondencja Berezy, ale wzbogaca ją relacja i otwieranie się na drugiego człowieka determinującego formę pisemnego dialogu. Mamy tu poufność, dzielenie się refleksjami, własną pracą, zdaniem o niej.
Szczególne miejsce w tego typu publikacjach odgrywa tom "Korespondencja" Henryka Berezy i Krystyny Sakowicz pozwalający na śledzenie rozwijania się relacji dwojga ludzi. Tom otwierają grzecznościowe kartki. Z listów wyłania się obraz zacieśniania więzi, coraz intensywniejszego wymieniania się spostrzeżeniami na temat emocji związanych z obcowaniem ze sztuką, własnej pracy, wrażeń z lektur, wskazówek. Trwająca kilkanaście lat "rozmowa" to też dla czytelnika przypomnienie przemian zachodzących w naszym otoczeniu. "Epistoły" i "Epistoły 2" mówią nam zdecydowanie mniej o odbiorcach. Nadal jednak zerkamy na Henryka Berezę, jego zaangażowanie, gotowość do czytania kolejnych tekstów, dzielenia się spostrzeżeniami. W korespondencji znajdziemy sporo ważnych dla piszących odwołań do ważnych wydarzeń ze świata literatury. Z tekstów tych wyłania się typowy dla Berezy sposób pisania: duża precyzja, patrzenie na dzieła z różnych perspektyw, docenianie cudzego wkładu. "Epistoły 2" zawierają listy do Bogusława Kierca, Halszki Olsińskiej, Pawła Przywary, Magdaleny Rabizo-Birek, Grzegorza Strumyka, Andrzeja Turczyńskiego oraz posłowie Andrzeja Śnioszka pochylającego się nad epistołami, podobieństwami między warszawskim krytykiem, a Giedroyciem redagującym paryską "Kulturę". Duży nacisk kładzie tu na znaczenie otwartości na różnorodne dzieła jako wyrazu artysty, poszukiwanie dzieł wartościowych, nietypowych i trafiających do serc wrażliwych czytelników. Listy zawierają sporo komentarzy krytycznych, czyli autor dzieli się w nich wrażeniami z lektur odbiorców. Z recenzji wyłania się obraz bliskiej relacji, dbania o twórców odkrytych. Ciekawym dodatkiem są tu zdjęcia (czy raczej skany) korespondencji, pozwalające na zobaczenie jak fizycznie się ona prezentowała. Uważam, że dla miłośników Henryka Berezy są to publikacje, po które muszą sięgnąć.