piątek, 29 listopada 2013

"Szesnastoletnia mama" reż. Peter Werner

Kiedy dwoje ludzi spotyka się, zakochuje się i cały świat wydaje im się kolorowy i stworzony do wspólnego istnienie oraz bliskości. Jest to dla nich niezwykłe przeżycie. Poznają się. Zapewniają o swych uczuciach i ciągle chcą być bliżej i bliżej. Jest tak cudownie, że decydują się na zbliżenie cielesne. Jest to najwspanialszy moment pełen nowego, niezwykłego podniecenia i niezapomnianych przeżyć.

Co jeśli na owo współżycie decydują się jeszcze dzieci? Dzieci rodzące dzieci w naszej kulturze są postrzegane, jako porażki wychowawcze rodziców i jako patologia.
Dziennikarze, socjolodzy, pedagodzy i wielu innych szalenie mądrych i uczonych ludzi w Stanach bije na alarm z powodu wzrastającej liczby ciąż u nieletnich. Nastolatki w ciąży są dla nich zjawiskiem niezwykłym. Może, dlatego że sami starali się o potomstwo dopiero po studiach? Albo też wywodzą się z klas, w których kobiety rodziły dzieci mając „grubo po dwudziestce”. Ja sama zresztą do nich się zaliczam. Kiedy byłam w ciąży stan ten przerażał mnie, mimo że wolnym krokiem zbliżałam się do trzech dziesiątek. Później – kiedy uświadamiałam sobie, że dziewczyny naście lat młodsze mają dzieci – wyciszałam się i godziłam się z „naturą”.
Moje rówieśniczki z podstawówki miały już wówczas potomstwo, które albo chodziło do przedszkola albo do szkoły. W ich oczach byłam już stara. Ich matki rodziły jeszcze wcześniej. Ciąże u młodych kobiet nigdy nie były niczym niezwykłym. Przywykliśmy patrzeć na świat ze swojego punktu widzenia. Dla mnie osobiście urodzenie dziecka przed skończeniem studiów nie byłoby sprawą łatwą. Dla innych jest to naturalne, ponieważ w ich kręgach w tym wieku się rodzi.
Do dziś pamiętam dzień, kiedy byłam w pierwszej klasie liceum (15 lat) i przyszła do mojej mamy bardzo ucieszona koleżanka, która chwaliła się, że jej siostry córka (wówczas trzynastoletnia dziewczynka!) będzie miała dzidziusia. Dla rodziny tego dziecka, które spodziewało się dziecka nie było to niczym niezwykłym. Dla mnie to był szok! Być może, dlatego że kobiety z mojej rodziny rodziły dzieci powyżej dwudziestego drugiego roku życia, kiedy miały już skończoną edukację i jakąś tam pracę.
"Szesnastoletnia mama" jest filmem poruszającym tę bardzo ważną sprawę, z której powinni zdawać sobie rodzice nastolatków i same nastolatki. Seks jest super, ale niesie za sobą bardzo poważne konsekwencje.
Jesteśmy dorośli i wiemy, że wszystkie zabezpieczenia mogą zawieść. Liczymy jednak, że i nam się uda. Jak na ową sprawę patrzą uczniowie gimnazjum czy szkół średnich? „Na pewno się uda”.
Moim zdaniem podejmując decyzję o współżyciu, podejmujemy decyzję o spłodzeniu dziecka. Nie oszukujmy się tu "niechcianymi" czy "nieplanowanymi" ciążami, ponieważ każdy z nas posiada inteligencję, każdy z nas powinien potrafić panować nad popędami i każdy katolik powinien czekać z tym do ślubu.
Często w przypadku takiej „nieplanowanej ciąży" przed ślubem ludzie mówią: „To jej wina. Wszystko przez to, że mu dała". Czyżby w ten sposób uważali, że mężczyzna jest jak zwierzę? Mniej inteligentni? To skąd mają tyle przywilejów i uważają się za mądrzejszych, silniejszych i posiadających wiele wyimaginowanych zalet?
Daleka jestem od zrzucania odpowiedzialności tylko na kobietę. Oboje dorosłych ludzi chodziło do szkoły i wiedzą, w jaki sposób dochodzi do zapłodnienia. W XVII wieku chłopi mogli nie wiedzieć... Młodzi ludzie mogli wtedy jedynie kierować się swoimi potrzebami. Teraz jesteśmy świadomi tego, że jak współżyjemy to zawsze musimy liczyć się z możliwością pojawienia się dziecka... Aby ono mogło być potrzebna jest zarówno kobieta, jak i mężczyzna.
Ponieważ uważam, że i mężczyzna posiada rozum, więc zakładam, że decydując się na współżycie jest gotowy  ponieść odpowiedzialność, jaka wiąże się z pojawieniem nowego życia.
Dla mnie infantylne jest tłumaczenie: „Zabezpieczaliśmy się, ale tak się trafiło, więc jest nieplanowana". Nieplanowana to dla mnie coś w rodzaju gwałtu, albo kiedy bez stosunku dziecko pojawia się nagle (co jest niemożliwe i każdy dorosły to wie, więc nie oszukujmy się „bocianami" i „kapustami").
Jedynym wyjątkiem, kiedy ciąża jest nieplanowana jest gwałt.
Innym wypadkiem jest ten z filmu: za mało rozmów z rodzicami, którzy mają własny świat, własne problemy (rozwód), pracę i wiele potrzeb, a nie koniecznie szczere rozmowy z dzieckiem, które przecież kłopotliwym nie jest, bo uczy się znakomicie. Film „Szesnastoletnia mama” pokazuje nam przez jak wiele trudów musi przejść taka młoda osoba, że nie jest to wyjątek w całym idealnym społeczeństwie i że wszystkie dziewczyny z problem ciąży zostały ostatecznie same. Chłopcy-ojcowie w najlepszym wypadku wysilili się do jednorazowych odwiedzin, propozycji zrobienia testów na ojcostwo, a w przypadku odmowy - zakończenia tematu posiadania potomstwa.
Historia jest niezwykle prosta, ale pokazująca wiele prawdy. Film ten powinien być „lekturą” obowiązkową w pierwszych klasach gimnazjum i szkół pogimnazjalnych.

czwartek, 28 listopada 2013

humanitaryzm i zwierzęta

Wegetarianie są jak zaraza: po kontakcie z nimi ma się ochotę zabić gołymi rękami zwierzę (ewentualnie z użyciem noża), wypatroszyć, poczuć zapach krwi zwierzęcej i - po natarciu czosnkiem oraz przyprawami  -usmażyć. Ostatnio coś dużo wegetarianów mnie zaczepie  próbuje na siłę nakłonić do zmiany nawyków żywieniowych (upodobań kulinarnych). Do przekonującej korespondencji dołączają żenujące zdjęcia, na których zwierzęta niby są męczone (normalna hodowla, czasami bardziej męczą zwierzęta ich miłośnicy) i traktowane „niehumanitarnie” (jak można mówić o humanitarności w kontekście zwierząt tego pojąć nie mogę). Takie osoby uważają zwykle, że Polskie prawo musi być zmienione, że zwierzęta muszą być ujęte w konstytucji! Muszą mieć swoje prawa!
Wracając do humanitarności to ludzie w naszym kraju nie są tak traktowani i w wielu przypadkach nie mają żadnych praw, więc nie należy być idiotą i domagać się praw dla zwierząt, kiedy wielu ludzi ich nie ma. Wśród zwierząt panuje instynkt przetrwanie i on każe im nie krzywdzić osobników swego gatunku, a tu ludzie mają głęboko ludzi i walczą o zwierzęta. Brawo!
Moja kochana znajoma wegetarianka, ma znajomego wegetarianina, który ma znajomych wegetarianów oni są wzorami dla społeczeństwa. Każdy z nich broni zwierząt i nie je mięsa oraz namawia znajomych wszystkożerców do tego samego. Każdy z nich –jako miłośnik innych gatunków niż człowiek- ma co najmniej po kilka zwierząt. Zachwyciłam się tą szlachetnością i zrobiłam wywiad, bo myślałam (och ma głupia naiwność), że dokarmiają gołębie, kury (chociaż i one potrafią zjeść mysz czy małego kotka), sikorki (jedzą owady), wróble, czyli zwierzątka, które są bezbronne. Myliłam się. Oni szczycą się trzymaniem w domu kotów i z duma opowiadają, że nie wypuszczają kotów z domu bez smyczy, bo jest to zwierzę niebezpieczne. Zgodziłam się. Kot to najgorszy drapieżnik, bo polujący dla przyjemności znęcania się nad ofiarą.
Troszkę jednak przejęłam się tymi kotami, bo mojej teściowej biega, gdzie mu się podoba (chadza własnymi ścieżkami i podobno przez to przyczyniamy się do zabijania zwierząt). Biedne kociaczki zamknięte w ciasnych mieszkaniach, wyprowadzane na smyczy, karmione trawą, sałatą, pyrami. Żal mi się zrobiło tych zwierząt. Są drapieżnikami i co one za to mogą. Kochają mięso tak jak i ja. Ja nie przeżyłabym bez mięsa paru dni, więc zaczęłam się z nimi utożsamiać i im bardzo współczuć, aż do magicznego dnia oświecenia.
Podczas spaceru wstąpiłam do mięsnego, a tam kto? O, znajoma wegetarianka! Nie była po to by ludzi nawracać. Była kupić mięso! Ona nie zabije biednego zwierzęcia, ona zapłaci innym, by zrobili to za nią i jeszcze powie, że ci zabijający są źli.
-A mięsko dla kogo?- spytałam.
-Dla kotków
-No co ty? Przecież w ten sposób przyczyniasz się do zwiększenia popytu, a przez to większego znęcania się nad zwierzętami. A może trzymasz te koty (koło jedenastu), ponieważ masz ukryty instynkt zabijania i w ten sposób go usprawiedliwiasz?
Przed chwilą od każdego ze znajomych wegetarianów dostałam kolejną porcję masakrycznej korespondencji, na którą odpowiedziałam: „Wiecie, że Jadzia była w mięsnym?”. Zero odzewu.
Mam nadzieję, że skończą tę swoją głupią kampanię w stosunku do mnie. Ja jestem mięsożerna i nie chcę tego zmieniać. Kocham mięso i nie ruszają mnie zdjęcia kurczaków z poucinanymi głowami, nie rusza mnie bryzgająca krew z szyi wszelkich zwierząt. Rusza mnie jak kot przynosi ofiarę i pastwi się nad nią ponad dwie godziny.

środa, 27 listopada 2013

Wojciech Cejrowski "WC Podróżnik"

Wojciech Cejrowski, WC Podróżnik, Tom I, Kociewie 1997

Książka napisana niezwykle prostym, a zarazem opisowym językiem  pełnym poczucia humoru, dystansu do siebie i świata. Autor ujawnia nam najbardziej zaskakujące wydarzenia ze swoich podróży. Nie próbuje się tu kreować na super bohatera z filmów akcji. Raczej widzimy nieporadnego szczupłego niebieskookiego blondyna, który zawędrował daleko i bardzo szybo chłonie kulturę, do której trafił. On nie naprawia świata, nie walczy z tubylcami. Chce stać się jednym z nich. Może wygląd troszkę mu w tym przeszkadza, ale zdolności językowe pozwalają mu nadrobić braki natury.
Czasami możemy spotkać się u niego z niezwykle ostrymi poglądami na temat religii, innych wyznań niż katolicyzm, ale trzeba to potraktować z przymrużeniem oka.
Książka należy do tych, które czyta się z zapartym tchem. Jest niezwykle dobrym lekarstwem na wszelkie ponuractwo, przygnębienie.
Ponieważ mam sentyment do dzieciństwa, poniżej zamieszczam dedykację z książki:
Babci Władysławie*
*Dzięki niej jako sześcioletni dzieciak wyjechałem na moje pierwsze safari.
Polowaliśmy wtedy na tygrysy. Siedziałem ukryty pod wiklinowym stołem w kuchni. Z blatu zwisał prawie do samej podłogi ceratowy obrus w kwiatki. Pod pachą ściskałem kurczowo kij od szczotki ryżowej, którą Babcia wcześniej wyszorowała gumoleum - to był mój sztucer. (Strzelba najnowszej generacji, oczywiście produkcji Winchestera. Prawdziwe cacko. Apogeum sztuki rusznikarskiej robione na zamówienie.)
Kiedy tylko Babcia - tygrys zbliżała się do stołu, by kontynuować produkcję klusek do pomidorówki, dźgałem ją w udo za pomocą „sztucera". Krzyczała wtedy zupełnie szczerze ałaaa, a ja puchłem z dumy jako świetny myśliwy. Upolowałem w ten sposób całe stado tygrysów bengalskich. (Ile dokładnie sztuk położyłem, wie Babcia - ona puchła od celnych trafień „sztucera", które dawało się policzyć jeszcze przez kilka następnych dni, ponieważ pozostawały na udach w formie okrągłych siniaków. Było ich oczywiście tyle, ile tygrysich trupów. Babcia miała je na pewno policzone, bo co jakiś czas nacierała każdy z osobna maścią przeciwbólową.) Moje pierwsze safari skończyło się dosyć nieprzyjemnie, kiedy Dziadek wyraził negatywną opinię na temat wyglądu babcinych ud, a na dodatek stwierdził, że wyprasza sobie takie zabawy, bo to jego uda. Wtedy nie potrafiłem zrozumieć jak to możliwe. Jego uda??? Mimo to byłem pokorny, bo Dziadek pokazał mi swój pasek do ostrzenia brzytwy. Zadał też pytanie, które, w przeciwieństwie do prawa własności babcinych ud, było dla mnie bardzo klarowne. Pytanie brzmiało: - Chcesz, żebym ci z tyłka zrobił kajzerkę?! Nie chciałem. Dlatego następnego dnia siedząc w mojej kryjówce pod stołem z wikliny czekałem na Babcię już nie jako myśliwy, ale jako Tygrys Bengalski. Kiedy tylko Babcia zbliżała się do stolika, by kontynuować produkcję klusek, wyskakiwałem na nią z rykiem. Babcia odskakiwała przerażona wrzeszcząc wniebogłosy ratuunkuuu tygryyys!!! Potem była zazwyczaj pożerana. (Ile dokładnie Babć pożarłem nie wie nawet Babcia. Myślę, że kilka mendli albo nawet całą kopę.) Dziadek był tego dnia nie w sosie, miał dokuczliwą podagrę, muchy w nosie albo grał ze światem zewnętrznym w „Pana Wtrącalskiego", więc zepsuł nam także i tę zabawę - powiedział, że w takich warunkach nie może czytać gazety. - Najpierw się czają jak myszy pod miotłą, a potem nagle oboje wrzeszczą jak koty obdzierane ze skóry!!! Skaranie boskie!!! Zawału można dostać!!! Zagrajta se we warcaby, a nie w te wasze safary!!! - wrzeszczał znacznie głośniej od nas. Nie wytknąłem mu tego, bo ponownie padła propozycja zamiany mojego tyłka w kajzerkę za pomocą wojskowego pasa do ostrzenia brzytwy. Wtedy Babcia powiedziała do Dziadka: - Franuś, daj spokój. I Franuś dał spokój. Tak nagle jak biblijna nawałnica. Przedtem jeszcze tylko trzasnął drzwiami mówiąc, że idzie do warstatu ostrzyć noże, a może nawet wyklepać kosę.
Dziadkowi zawdzięczam choleryczny charakter, poczucie humoru, zmysł praktyczny,
zamiłowanie do drewna i całą masę innych rzeczy ze sfery fizycznej, namacalnej, mierzalnej. Babci zawdzięczam niepowstrzymany rozwój fantazji i marzeń. To ona podlewała pnącza mojej dziecięcej wyobraźni. Pilnowała, by do bujnie i dziko zmierzwionego gąszczu pomysłów nie wkradł się ogrodnik z sekatorem przyziemnego realizmu i nie zaczął porządkować - by nie poprzycinał moich nierealnych wizji w równiutkie i symetryczne żywopłoty. Dzięki Babci mam w głowie nieokiełznaną, pełną życia puszczę, a nie nudny park w stylu angielskim. Człowiek cywilizuje i trzebi dzikość na całej naszej planecie oraz we własnym wnętrzu. Jednocześnie ten sam człowiek czyni rozpaczliwe wysiłki, by ocalić enklawy naturalnej przyrody tam, gdzie jeszcze są - np. Zielone Płuca Ziemi. Mojej Babci udało się ocalić Zielone Płuca Mojej Wyobraźni. Dlatego mogłem zostać podróżnikiem i dlatego „Podróżnika WC" dedykuję:
Babci Władysławie
podpisano: WC z jednym płucem

sernik ptasie mleczko (na zimno)

Należę do osób, które nie cierpią przebywać w kuchni, ale kiedy trzeba doskonale się w niej odnajdują. Nigdy nie posiadałam czegoś takiego, jak książka kucharska, ponieważ od najmłodszych lat uczono mnie w domu gotowania i pieczenia. Przez lata nabrałam pewnych nawyków kulinarnych, a później tylko je modyfikowałam i zapisywałam w pamięci swoje przepisy. Czasami jednak znajomi czy krewni proszą o przepis na jakąś potrawę czy deser. Wówczas bezradnie rozkładam rączki, ponieważ wszystko robię „na oko”. Ostatnio jednak doszłam do wniosku, że będę się dzieliła z moimi czytelnikami przepisami, które znam od mamy (moja mama również eksperymentuje w kuchni)lub sama wymyśliłam.

Składniki:
-400 lub 500 g serka homogenizowanego waniliowego lub naturalnego
-400 ml mleka
-2 łyżki żelatyny
-cukier
-paczka cukru waniliowego
-2-3 śnieżki (im więcej sera i mleka tym więcej śnieżek, aby było pulchne)
-2 czerwone galaretki
-mogą być jeszcze owoce z puszki (brzoskwinie, ananasy) lub sezonowe zaparzone, aby galaretka się stężała
-biszkopt (innym razem podam mój przepis na biszkopt)
Wykonanie:
Na początku przygotowuję galaretki, aby miały czas wystygnąć. Następnie piekę biszkopt. W tym czasie galaretka postawiona w chłodnym miejscu może nabierać powoli odpowiedniej (gęstej) konsystencji.
Następnie 100 ml mleka rozmaczam żelatynę. Po 20 minutach podgrzewam ją, aby rozpuścić. Kiedy ma jednolita konsystencję dodaję kolejne 100 ml mleka, aby wychłodzić (dzięki temu nie muszę czekać, aż przestygnie).
200 ml mleka ubijam ze „śnieżkami”. Do tego dodaję serek homogenizowany (można kupić w 400-500 g opakowaniach lub wiadereczkach, o pojemności jednego kilograma). Najbardziej lubię ten waniliowy, ponieważ nie musze wtedy dawać tak dużo cukru waniliowego i zwykłego. Całość po ubiciu jest puszysta i o zdecydowanie większej objętości. Do tego dodaję żelatynę i ubijam. Puszysty ser mogę wyłożyć na biszkopt na blasze. Na kilkanaście minut wkładam go do lodówki, aby stężał.
Na ser czasami układam owoce i później całość zalewam galaretką. Trzeba pamiętać, aby nie wlewać galaretki za wcześnie, ponieważ może przesiąknąć do biszkoptu. Jeśli jednak tak się zdarzy bez problemu można wyjąć biszkopt z serem z blachy i galaretkę odlać. Całość wstawiam na parę godzin do lodówki.
Można pobawić się w przystrajanie kawałków serniczka bitą śmietaną, ale ja tego zwykle nie robię, ponieważ za szybko znika z blachy bym zdążyła pobawić się dodatkowe ozdabianie.

biszkopt

składniki:
5 jaj
5 łyżek mąki
5 łyżek cukru
duża szczypta proszku do pieczenia
łyżeczka octu
wykonanie:
Oddzielam białka od żółtek. Białka ubijam na sztywno z cukrem. Kiedy biała masa jest twarda (nie wypada z naczynia) dodaję żółtka, a po ubiciu razem mękę i proszek do pieczenia. Na końcu daję ocet, który sprawia, że biszkopt dłużej trzyma wilgoć. Ciasto wykładam na blachę wyścieloną papierem śniadaniowym i piekę 20 minut.
Jeśli nie mam ochoty robić kremów to przed pieczeniem do wyłożonego na blasze ciasta dodaję owoce (wiśnie, truskawki, jabłka). W przypadku kwaśnych owoców trzeba dać troszkę więcej cukru (w zależności od upodobań smakowych). Po upieczeniu takie ciasto posypuję cukrem pudrem lub ozdabiam rozpuszczoną czekoladą.

Smalec z ziołami

Smalec jest typowo wiejskim rarytasem, a wszystko przez to, że panował tam zwyczaj samodzielnego pozyskiwania mięsa (hodowania świń, rozmnażania ich, zabijania). Jak wiadomo, zwierzę nie składa się jedynie z tego lepszego, chudego mięsa, ale również dysponuje tłuszczem, który szkoda było marnować. Ja właśnie z takiej wiejskiej rodziny pochodzę, w której dziadek i moi rodzice chodzili do pracy, a babcia zajmowała się rolnictwem (oczywiście wszyscy jej pomagali). U mnie w rodzinie smalec był ulubionym produktem do smarowania kanapek przez mężczyzn, ale nie od razu osiągnięto ten idealny smak i zapach. Jak wiadomo, smalec z przetopionej słoniny nie jest najsmaczniejszy, ale odpowiednio doprawiony potrafi być smaczniejszy od wielu wędlin.
Aby przygotować taki pyszny smalec potrzebujemy:
-słoninę
-poszatkowana cebula
-suszoną, mieloną paprykę (ostrą lub słodką w zależności od gustów);
-posiekany lubczyk (może być suszony)
-majeranek
-posiekaną natkę pietruszki (może być suszona)
-jarzynkę (wegetę lub coś podobnego)
Wykonanie:
Słoninę kroimy w jak najdrobniejszą kosteczkę (dobrze, gdy mamy urządzenie, które zrobi to za nas), a następnie przetapiamy w garnku (dobrze mieć taki, do którego nic nie przywiera). Kiedy kawałki słoniny robią się kremowe dodajemy cebulkę i chwilę prużymy (nie za długo, aby później cebulka się nie spaliła). Kiedy zestawiamy garnek z ognia dodajemy resztę przypraw i mieszamy. Taki przetopiony tłuszcz z przyprawami jest bardzo dobry do pieczonych ziemniaków. Ja lubię tak na świeżo zjadać go z bułką maczając w nim pieczywo (odkładam sobie do miseczki odpowiednia porcję do zjedzenia). Resztę należy odstawić w chłodnym miejscu i nie ruszać aż do momentu całkowitego stężenia (inaczej zrobi nam się niezbyt dobry tłuszcz z drobinkami).
Do kanapek ze smalcem można podawać pomidory, kiszone ogórki a do picia idealne piwo.
Musicie pamiętać, że zbyt częste jedzenie takich smakołyków kończy się problemem z cukrem i cholesterolem w późniejszych latach („na starość”).

Gofry

składniki (na 1 porcję):
0,5 l mleka
0,5 kg mąki
2 jaja
łyżka tłuszczu (najlepiej margarynę)
łyżeczka proszku do pieczenia
szczypta soli
15 dag cukru
wykonanie:
Mikserem utrzeć jaja z cukrem. Do tego dodawać kolejne składniki i miksować. Ciasto musi mieć konsystencję gęstej śmietany. Aby ciasto nie przywierało go gofrownicy można posmarować ją olejem. Piec do zarumienienia się ciasta.
Gofry można jeść „na sucho” (bez dodatków), ale też z owocami, bitą śmietaną, dżemami, kremami itp. Wszystko w zależności od upodobań. Ja całe dzieciństwo zajadałam się takimi na sucho (nie są za słodkie, a mogą zastąpić naleśniki).
Ciasto można przechowywać w lodówce koło 48 h i w przypadku gęstnienia dolać troszkę mleka.
 
Przepis od koleżanki:
* 2 szklanki mąki
* 2 szklanki mleka
* 1 łyżeczka proszku do pieczenia
* szczypta soli - do piany
* 1/3 szklanki oleju
* 2 jajka, żółtka oddzielone od białek
cukier puder z 2 łyżeczki małe
Rozgrzać gofrownicę. Wszystkie składniki oprócz białek ubić mikserem na gładką masę. Białka ubić na sztywną pianę i delikatnie wymieszać z ciastem.
Piec w gofrownicy na rumiano - około 2-3 minut, podawać z bitą śmietaną lub ulubionymi dodatkami.
Gofrownica powinna mieć dużą moc. 


Jeśli planujecie zakup gofrownicy to najlepiej taką bez funkcji automatycznego włączania-wyłączania; jeśli jednak innej nie ma to do ciasta trzeba dodać więcej proszku do pieczenia. Moja mama na szczęście ma starą- komunistyczną ze stałą (wysoką) temperaturą pieczenia, ale robiłam u koleżanki gofry na takiej nowej... i niestety trzeba było przepis ulepszać
Smacznego

wtorek, 26 listopada 2013

Harlan Coben "Tylko jedno spojrzenie"

Harlan Coben, Tylko jedno spojrzenie, tł. Zbigniew Królicki, Szczecin 2007.

Kolejna lekka, intrygująca i pełna zagadek książka Cobena, której akcja toczy sią w Stanach Zjednoczonych, lecz wspomnienia bohaterów sięgają również i inne, zaskakujące miejsca, do których zawędrowali po „wypadku". Książkę Cobena rozpoczyna tajemniczy prezent, jakim jest zdjęcie, które bohaterka pokazuje mężowi.
 Grece Lawson, żona Jacka, zgłasza jego zaginięcie miejscowej policji. Jej mąż, zniknął niedługo po tym, jak pokazała mu stare zdjęcie, które znalazło się przypadkiem wśród świeżo odebranych odbitek. Na fotografii Jack stoi w towarzystwie trójki przyjaciół. Dziwne jednak wydaje się to, że jedna z kobiet na zdjęciu ma twarz przekreśloną czerwonym iksem. Policja nie znajduje żadnych dowodów, ale Grece jest pewna, że Jack został porwany. Wkrótce, ktoś grozi jej dzieciom... Coś wspólnego z tym wszystkim ma siostra Jacka, z którą już dawno się nie kontaktował, a także szef mafii - którego syn zginął 15 lat wcześniej, podczas paniki na koncercie grupy rockowej. Koncercie - na którym Grece została ciężko ranna i ledwie udało się jej przeżyć... Jest jeszcze agent FBI, który stara się dociec dlaczego jego siostra została zamordowana, a także postawny azjata Eric Wu- mistrz zabijania gołymi rękami- którego miłośnicy Cobena mieli okazję poznać we wcześniejszych jego książkach. Wszystko więc wydaje się jasne... Eric Wu porwał Jacka Lawson'a, na zlecenie gangstera, który udaje przyjaciela Grece. Do spółki z nim trzyma były agent FBI , a siostra Jacka ma własne sprawy i jest tu tylko tłem wydarzeń... I oto nagle- z rzeczywistości tak jasnej i prostej, z fabuły tak przewidywalnej jak rodzinna kolacja wyłania się nieoczekiwanie zupełnie inny obraz. Obraz, którego nie sposób przewidzieć i który w całej pełni widoczny jest dopiero po zamknięciu książki.