Etykiety

środa, 3 czerwca 2020

Elżbieta Sidorowicz "Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności"


Czy można dorosnąć w ciągu jednego dnia? Na pewno nie. Dorastanie wymaga miłości, pewności siebie, pozytywnych wzorców, kochającej rodziny. Takie podstawy dają solidne fundamenty pod wszystko, czym może zaskoczyć nas życie. A ono potrafi naprawdę dać w kość, mocno poturbować albo pokuć. I właśnie z tego powodu trzeba przygotować swoje dzieci na różne scenariusze, wykształcić w nich cechy, dzięki którym będą mogły stawić czoła przeciwnością losu, a jednocześnie stworzyć wiele sytuacji, dzięki którym będą myślały o swoim życiu jako ciągu szczęśliwych doświadczeń. Jak trudne to zadanie wie o tym każdy rodzic.


O takim wychowaniu jest właśnie powieść Elżbiety Sidorowicz „Okruchy gorzkiej czekolady”. W pierwszym tomie nie znajdziemy instrukcji, nie będzie to opowieść o wprowadzaniu dziecka w świat, ale znajdziemy w nim historię poturbowanej przez los nastoletniej Ani. Jeden poślizg na drodze sprawił, że straciła rodziców. „Morze ciemności” to historia żałoby, która staje się pretekstem do tego, abyśmy dowiedzieli się, w jaki sposób wychować silne dziecko i że niektóre ciosy mogą powalić nawet najsilniejszego człowieka.



Powieść zaczyna się dość sielankowo: Ania i jej tata są zafascynowani starym dworkiem na obrzeżach Warszawy. Mama jest dość sceptyczna i do odległości, jaka będzie dzieliła ich od pracy, szkoły i z powodu warunków, jakie panują w budynku. Poza brudem i stanem „do remontu” nie ma tu też wody i gazu i wcale tak szybko nie będzie. Ojciec i córka są zafascynowani miejscem. Za domem jest sad jabłkowy, dalej las. Ma też spory podjazd. Okolica cicha i spokojna. Idealna do pracy dla artystycznych dusz. Po prostu marzenie. Dom jak z bajki. Oczywiście pod warunkiem, że zostanie solidnie wyremontowany. Kielanowiczowie jednak żadne pracy się nie boją. Remont może być ciekawym wyzwaniem. Do tego za niewielką cenę zyskają piękną przestrzeń, która przyda się przy dorastającej córce. Wszystkie niedogodności nie są problemem dla Andrzeja. Chce stworzyć piękne miejsce dla swojej jedynaczki i żony. Projektuje nowoczesne wnętrza, przebudowuje środek. Dom zaczyna wyglądać inaczej. Jest cudny. Jest jak dom z marzeń. Wszystko idzie ku lepszemu. Nawet meble po dziadkach czują się tu lepiej niż w mieszkaniu w bloku. Teraz tylko mieszkać tu, przetrwać ciężki rok bez mediów, a później już będzie dobrze i wygodnie, a do tego blisko natury. Wymarzony rodzinny dom z kochającymi się ludźmi.



Kiedy wszystko pięknie się układa życie lubi spłatać figla, a czasami porządnie dokopać. I tak właśnie dzieje się, kiedy zaczyna się rok szkolny. Do szkoły przychodzi policja. Uczniowie myślą, że będą sprawdzani, czy nie mają narkotyków, że będą mieli pogadankę. Nic z tych rzeczy jednak się nie dzieje. Do gabinetu dyrektora zostaje poproszona Ania. Tam dowiaduje się, że jej rodziców zabiła ciężarówka, która wpadła w poślizg. Siedemnastolatka zostaje sama, bez jakiejkolwiek bliskiej rodziny. Do tego z zagrożeniem, że trafi do pogotowia opiekuńczego, a później do domu dziecka, ponieważ jeszcze jest nieletnia. Przeżywanie żałoby w takich warunkach nie jest łatwe. Branie życia za bary tym bardziej. Ania się rozsypuje. Jej uporządkowane, bezpieczne życie wywróciło się do góry nogami i rozpadło. Ma tylko swój dom w jabłkowym sadzie i zagrożenie, że będzie musiała go sprzedać. Dziewczyna przechodzi z rąk do rąk. Czuje się jak niepotrzebny przedmiot przestawiany z miejsca w miejsce, jak śmierdzące jajko, którego jakoś trzeba się pozbyć, ale też nie pozwolić jej na trafienie do domu dziecka.


„Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności” to opowieść o przeżywaniu żałoby, mierzeniu się z ludźmi i życiem, uczeniu się na błędach, poszukiwaniu swoich dróg, odnajdywaniu przyjaźni i oparcia, zawodach. Życie bohaterki nie jest łatwe. Śmierć wydaje się odkrywać prawdziwe intencje otoczenia. W obliczu własnej tragedii może dowiedzieć się, kto jest jej życzliwy, a kto nie. Ale dlaczego musi zapłacić taką cenę, aby zdemaskować ludzi?

Główna bohaterka to jednocześnie pierwszoosobowy narrator, który nie wszystko musi wiedzieć, nie wszystkiego być świadomy. Dzięki takiemu zabiegowi poznajemy przeżycia nastolatki, widzimy jej zmagania z kolejnymi wyzwaniami, obserwujemy szamotaninę i dążenie do samodzielności, ale też stajemy się świadkami jej zachwytów nad otoczeniem, przyrodą, przemyśleń. Mamy tu bardzo dojrzałą nastolatkę, która po poważnym upadku próbuje się podnieść i dalej kroczyć przez życie. Widzimy osoby, które pomagają jej w przetrwaniu najtrudniejszych chwil, stajemy się świadkami tego, że na życiowej drodze stają dobrzy i źli, bezinteresowni i widzący w całym zdarzeniu możliwość zrobienia dobrego interesu.

Rok z życia nastolatki przeżywającej radość z kupna domu, wepchniętej w rozpacz p o stracie rodziców, zmagającej się ze wszystkimi niedogodnościami, jakie niesie posiadanie starego domu, przeżywanie świąt i codzienności stają się pretekstami do opowiedzenia także o przeszłości nastolatki, wchodzenia w jej piękną przeszłość. Widzimy wielki wpływ bliskich na jej cechy, obserwujemy budowanie jej osobowości, stajemy się świadkami dawania jej dużej dawki miłości, wiedzy i umiejętności oraz umiejętności cieszenia się z życia. Bliscy dbali o jej wszechstronny rozwój, pielęgnowali artystyczną, bardzo wrażliwą duszę, dzięki temu nastolatka - mimo tego, że życie ją przerasta, a śmierć rodziców przygniata – potrafi doceniać uroki życia. Z czasem robi to coraz umiejętniej. Im dalej od śmierci tym mniej rozpaczy, a więcej radości. Ból i pustka oczywiście pozostaną, bo to zbyt mało czasu, aby się od nich uwolnić. Jedno jest pewne: bez pomocy życzliwych ludzi nie udałoby jej się tego osiągnąć. Bycie pod opieką którejkolwiek z dalszych ciotek skończyłoby się dla niej źle: ciotka Jagoda nie poświęciłaby jej czasu, a ciotka Iwona najchętniej położyła by swoje zachłanne łapska na majątku nastolatki. Na szczęście w porę wkracza polonistka z liceum plastycznego. I to właśnie dzięki starszej już nauczycielce. Ania będzie mogła próbować zmierzyć się z życiem. Oczywiście wejście do rodziny nauczycielki przysporzy też wielu problemów. Nie wszyscy Barscy czekają na dziewczynę z otwartymi ramionami.

„Okruchy gorzkiej czekolady. Morze ciemności” to powieść uniwersalna, czyli taka, która świetnie sprawdzi się zarówno w przypadku nastolatków borykających się z trudami życia, przeżywających żałobę, bunty, szukających swoich dróg, czujących, że świat jest niesprawiedliwy, złych na to, że muszą utrzymywać z kimś kontakty, bo „przecież tak wypada” oraz dla dorosłych czytelników mających dzieci w różnym wieku. Każdy znajdzie w tej książce coś dla siebie. Młodzi czytelnicy odkryją jak ważne jest tworzenie i podtrzymywanie relacji z bliskimi, poznawanie znajomych rodziców (chociaż to passe), zdobywanie każdej wiedzy, bo nigdy nie wiadomo, kiedy ona się nam przyda, a starsi dostrzegą jak niesamowite ważne jest poświęcanie dużej ilości czasu dzieciom, zachęcanie bliskich do rozwijania kontaktów z dziećmi, zabezpieczenia finansowe, tworzenie takich powiązań, które pozwolą uchronić pociechy przed pobytem w domu dziecka.

Powieść Elżbiety Sidorowicz to bardzo mocna literatura. Książka o bardzo trudnych sprawach, ale jednocześnie napisana w taki sposób, że obok rozpaczy, żalu, żałoby jest też miejsce na przypominanie sobie jak ważna jest radość z małych rzeczy, dostrzeganie piękna otoczenia, podnoszenie się po upadkach, pozwolenie innym na pomoc i wspominanie pięknych chwil. Wyciszenie wynikające z poczucia bezpieczeństwa ciągle przeplatają targające Anią emocje i przemyślenia. Jesień i zima nie ułatwiają jej życia w domu bez udogodnień. Do tego stopniowo dowiaduje się też o tragicznych losach poprzednich właścicieli. Czyżby dom był przeklęty? Czy nad nią też wisi klątwa? A może to zwykły zbieg okoliczności. Może w tym domu da się żyć tylko trzeba stworzyć pozytywne relacje z sąsiadami.

Jesień i zima potęgują tu poczucie żałoby i bezsensu. Mija troszkę czasu i trzeba pędzić na grób rodziców. I to nie dlatego, że tak wypada tylko, dlatego że ma się taką potrzebę. Czy ktoś z rówieśników ją zrozumie? A Boże Narodzenie? Jak przetrwać ten czas bez bliskich i przygotowywanej przez nich Wigilii? Jak przejść przez Dzień Matki i wiele ważnych chwil w roku? To ważne pytania, zwłaszcza w pierwszym roku żałoby.

„Grzęznę w tych śmierciach, atakują mnie ze wszystkich stron. Henrietta, Stefania, Miller, moi rodzice, tańcząca Małgosia, ksiądz Antoni, za dużo, za dużo już tego" – wyznaje Ania, która od pani Barskiej trzyma cenną wskazówkę: „Buduj wokół siebie sieć z ludzi. Nigdy nie wiadomo, w którym momencie ci się to przyda, jako kontakt, jako wsparcie, wspomożenie pamięci". To właśnie nauczycielka przeprowadza dziewczynę przez najtrudniejszy dla niej okres, w którym brak życzliwości ludzi ściera się z bezinteresownością. Ania musi podjąć dojrzałe decyzje i docenić tych, którzy ją otaczają i pomagają, musi uwolnić się od myślenia przez pryzmat zależności rodzinnych, bo rodzina to nie zawsze te osoby, na które możemy liczyć. Częściej pomagają nam dobrzy znajomi. Anię otaczają życzliwi sąsiedzi - Joasia, Kuba i ich córeczka Ola oraz babcia Klementyna. Do jej życia wchodzą Sebastian i Janek Barscy, na horyzoncie pojawia się nowa przyjaciółka Poleczka, zakochany bez wzajemności Michał oraz jego siostra Bemolka. Jest też pan Wojtek Jasiński – oddany przyjaciel taty, a gdzieś tam w oddali panie Krysia i Natalia – bratnie dusze mamy. Ciepło daje jej też przygarnięta kotka Zadyma dająca nastolatce poczucie ciepła, bliskości, tego, że małe gesty mogą zmienić świat. Życzliwość sprawia, że nastolatka może powoli wchodzić w dorosłe życie. Będzie to jednak wchodzenie dużo szybsze niż w przypadku rówieśników, przejście obarczone poczuciem odpowiedzialności za własne czyny.

W książce Elżbiety Sidorowicz jest coś takiego, że ma się wrażenie, że ona powieść namalowała. Dużo tu opisów, barw, emocji mających konkretne kształty, a nawet nasycone określonymi dawkami światła: „…dom, jasny dom… jasny dom w jabłkowym sadzie, u wrót lasu…”. Czasami tak skąpe narysowanie całości sprawia, że my mimo wszystko wyobrażamy sobie to miejsce. Widzimy je też w jesiennych szarugach, zimowych pluchach, błocku prześladujących mieszkańców mających domy na obrzeżach Warszawy, gdzieś na skraju Lasu Kabackiego. Pięknie, malowniczo, ale też surowo, ciemno, nieprzyjaźnie. Kiedy autorka poucza Anię słowami jej babci, że ważne są miejsca między nutami to wiemy jak ważne w tej powieści są te miejsca nieopisane, te niedopełnienia, prześwity, niedopowiedzenia. Niby mamy tu opisy wszystkiego, ale są to szkice pozwalające czytelnikowi na umeblowanie miejsc, wyobrażenie sobie emocji związanych z określoną ilością światła czy surowiec, z którym ma kontakt Ania. Chwile wytchnienia to te, kiedy mości się wygodnie w fotelu, patrzy na buzujący w kominku ogień, a rozpacz wiąże się z kamieniem i czernią, pluchą, burością, twardością. Swoją żałobę bohaterka zagłusza walcząc ze stertą węgla, przeżywa płacząc na kamiennej posadzce, pokonując błotnistą trasę na przystanek. W czerni giną też ważne rzeczy: wizytówka, poczucie, że ma się kogoś bliskiego. Światło wyłania tu wszystko to, co dobre.

Elżbieta Sidorowicz stworzyła bardzo mądrą powieść dla nastolatków. Pisarka traktuje tę grupę odbiorców i bohaterów swojej książki z powagą i szacunkiem. Do tego wie, w jaki sposób budować napięcie, podgrzewać atmosferę, pisać o rzeczach ważnych dla licealistów i bardzo subtelnie przekazuje ogrom wiedzy o życiu i świecie. Pokazuje jak ważne jest tworzenie relacji społecznych oraz systematyczna praca nad sobą, swoimi umiejętnościami, a także rozwijanie nowych. W jej spojrzeniu jest przekonanie, że nie ma takich rzeczy, których nie jesteśmy w stanie się nauczyć. Po prostu czasami mamy zły czas na tę naukę, złych nauczycieli, za trudne do udźwignięcia emocje. Sposób, w jaki pisarka wprowadza czytelników w wykreowany przez siebie świat obezwładnia i porywa jak rwący strumień. Świetna książka zarówno dla młodzieży, jak i dorosłych czytelników lubiących powieści obyczajowe. Już niedługo ukaże się tom drugi, w którym bohaterzy zmierzą się z nowymi wyzwaniami, doświadczeniami, uczuciami oraz z maturą. Zdecydowanie polecam.

„Owszem, życie jest trudne, ale wspaniałe”.

„Wszystko musi mieć swój czas. Gdy spełni się czas, cierpienie zniknie. Albo nie będzie już tak bolało. Nie można sztucznie tego czasu przyspieszyć. Trzeba przejść po kolei przez każdy etap, a nie próbować przechodzić na skróty. Bo to nic nie da”.

„Najlepszą gwarancją przetrwania jest umiar. Widocznie wszystko trzeba przeżyć na własnej skórze, żeby cokolwiek zrozumieć”.

„(…) wszyscy wierzą. Nawet jeśli nie wierzą w Boga to wierzą w coś innego. Człowiek jest stworzony do wiary, choć czasem cholernie nie chce się do tego przyznać".

„Jak to jest, że niektórzy ludzie wyzyskują w nas dobro, a inni wyłącznie złe cechy?”.

„Ignorancja to nie jest żadna wymówka. Jeśli chcę być dorosła, muszę się znać. Na czym się da. Otwierać się na wiedzę. Nie ma wiedzy męskiej i żeńskiej. Jest wiedza”.

„Straszne są takie chwile, gdy raptem opada ze mnie cały entuzjazm, cała wrażliwość i ciekawość świata, a zostaje tylko to, co najgłębiej – cierpienie. Po co mi na dobrą sprawę kontakty z tą rodziną, zachwyty, sklepy, porozumienia? Niczego to w moim życiu nie zmieni. Niczego”

Zapraszam na stronę wydawcy

niedziela, 31 maja 2020

Kiedy świeci słońce, kiedy pada deszcz, kiedy wiatr zacina w oczy i gdy wieje w plecy...

"Ola ma autyzm, bo za dużo klei" - napisała mi zupełnie obca osoba z drugiego końca Polski, która o autyzmie wie tyle, ile gdzieś tam w tv zobaczy, bo z rozmowy z nią dowiedziałam się, że nikt w jej otoczeniu nie ma takiego problemu, bo nikt nie każe dziecku tyle kleić. Pewien pan uświadamiał mnie, ze to od spacerów po lesie. Inny pan pouczał mnie, że to od czytania. Każdy ma swoją teorię. A ja mam praktykę. Mam codzienne doświadczanie, codzienne poszukiwanie, codzienne rozmowy ze specjalistami. Jest tego tak dużo, że czasami już nie mam sił. A później patrzę na spokojną Olę tworzącą sobie, pięknie skupiającą się w czasie czytania, wracająca do świata w czasie spacerów, wyciszającą się i nabierającą pozytywnego spojrzenia. Widzę jej uśmiech, radość z małych rzeczy. Ola jest dzieckiem, dla którego zabawka za złotówkę (z lupmeksu) będzie tak samo ważna jak ta za dwieście złotych, bo będzie to zwierzaczek przez nią wybrany, zaopiekowany. Ostatnio z wielkim rozczuleniem obserwuję tę jej opiekę: robienie bułeczek i rogalików z ciastoliny dla całego zwierzyńca, a na spacerze uczenie maskotek, aby aportowały, szły równo z nogą i nie obwąchiwały przechodniów. Zwierzaczki potrafią wytarzać się w skoszonej trawie, kałużach, błotku, a później po powrocie są dokładnie myte (a wręcz wygniatane, żeby wypłukać błotko). Ola wchodzi pięknie w fazę naśladowania nas. I to jest piękne.
Siedzę sobie, piję kawę, patrzę z rozczuleniem jak Ola w skupieniu klei, koloruje, karmi zwierzaki. Za nami już dwa momenty odpływania, łapania jej uwagi, wyciszania i dotleniania. Dwa spokojne spacery z tatą, psem i kotem, który chodzi kryjąc się po krzakach, ale towarzyszy. Za nami karmienie naszych domowych czworonogów, tulenie, wyczesywanie. Siedzę i patrzę z rozczuleniem, ile Ola daje im serca i uwagi. Przypominam sobie te wszystkie chwile, kiedy było bardzo trudno. Tak trudno, że nawet pies nie dawał rady tylko znikał w kąciku do odpoczywania. Kot wiele zmienił w naszym życiu. Lekarstwa też. Pies lgnie do Olki. Pilnuje, aby ją usypiać. Rok temu widziałam po nim, że ma czas przepracowania. Normalnie psy do terapii dzieci z autyzmem pracują 4 h dziennie i po każdych 30 minutach pracy powinny mieć 30 minut spaceru. A on miał Olką ciągle. Ja też. Kotek stał się dla niego odskocznią, odciążeniem, jakimś takim czynnikiem, w którym jest nas więcej do pomagania Oli, aby wychodziła naprzeciw światu.

piątek, 29 maja 2020

Roman Ciepliński "Ukryte myśli"



Życie społeczne pełne jest niejasności, masek, podwójnych ról, zakrytych kart, które nie pozwalają nam na jasną ocenę sytuacji. Bez pełnej wiedzy jesteśmy jak ślepcy błądzący w ciemnościach, ulegamy złudzeniom podsuwanym przez znajomych i sami tworzymy fałszywe tropy. Na tym właśnie polega odwieczna rola świata jako teatru. Ludzie tu wchodzą, wychodzą. Aktorzy się zmieniają, grają różne role, zakładają inne maski, wychodzą naprzeciw wymaganiom sceny, są elastyczni jak chińscy akrobaci i od tego się nie uwolnimy, bo życie to teatr, któremu trzeba stawić czoło. Jednak w tym graniu jest pewna granica: nie wolno krzywdzić innych. I właśnie tym różni się wolne społeczeństwo od zniewolonego: odgrywanie ról nie jest podszyte systemowo zaplanowaną krzywdą. Totalitaryzm niesie nasilenie gry społecznej, dbanie o pozory zachowań. Gra w układzie politycznym nigdy nie może być jawna. Musi być podszyta niepewnością, strachem i sposobem na realizowanie własnych celów, których – być może – bez wsparcia władzy, której pomagamy nie bylibyśmy w stanie osiągnąć. Wpadamy jednak w pułapkę, w której jesteśmy nie tylko śledzącym drapieżnikiem, ale i ofiarą śledzenia. Nitki powiązań pięknie wyłaniają się w IPN-ie, w czasie studiowania teczek towarzyszy.
„Ukryte myśli” Romana Cieplińskiego to powieść zabierająca nas do współczesnej Polski, w której w różnych układach nadal działają dawni działacze komunistyczni. Tym razem jednak w maskach zagorzałych opozycjonistów, obrońców demokracji, ofiar pokrzywdzonych przez wcześniejszy system. Niejawność dała im możliwość płynnego przeniesienia swoich wpływów do nowego ustroju. Dawne znajomości znają, powiązania rozwijają się, a każdy z towarzyszy gra zgorszenie, że ktoś z ich środowisku mógł donosić. Patriotyzm przelewa się. Staje się poczuciem obowiązku na pokaz, aby odpędzić od siebie podejrzenie o kolaboracje z komunistami. Lustracja sprawia, że coraz więcej materiałów staje się jawnych, coraz łatwiej można dotrzeć do wiedzy. I z tego korzysta pierwszoosobowy narrator rozliczający się ze swojej przyjaźni z Albertem Cyremkiem. Powolne studiowanie akt jest tu niczym proustowska magdalenka prowadząca od wspomnienia do wspomnienia. Podążamy za bohaterem i razem z nim wchodzimy w coraz dziwniejszy labirynt zależności. Każde wspomnienie przybliża pierwszoosobowego narratora do przerażających odkryć, które uwypuklić mają powracające w tle dwa znaczące obrazy: „Pokusy świętego Antoniego” Salvadora Dalego i „Ogród rozkoszy ziemskich” Hieronima Boscha. Obie prace łączy surrealistyczne zobrazowanie ludzkich słabości, tego, co motywuje ludzi do czynienia występków. Dziwne i zademonstrowane postacie na reprodukcjach zdobią ściany TW „Emanuela”. To od nich wychodzi nasz bohater, który próbuje się odnaleźć w świecie, w którym każdy w jakimś stopniu powiązany jest z dawnym ustrojem. Zagubiony, zdezorientowany, bo nieznający wcześniejszych zależności, wolny od wpływów minionej władzy w obliczu nici powiązań coraz lepiej rozumie bierność swoich znajomych ze studiów, a później pracy. Kolejne sprawy przynoszą rozjaśnienie, ale czy mogą dać zrozumienie?
Powieść Cieplińskiego to rozrachunek z otoczeniem, w którym ciągle wiele spraw nie wyjaśniono, nie można poznać prawdy o współpracownikach, dlatego żyjemy w świecie złudzeń. Wchodzimy w świat zła rozmyślnego, czynionego w dbaniu o interes własny pod przykrywką dbania o „dobro ludu”. Napotykamy ludzi, którzy w swojej przebiegłości płyną z nurtem wydarzeń dostosowując do nich swoją rolę i zmieniając maski. Z tej perspektywy transformacja traci na znaczeniu. Odkrywamy jak bardzo rozbudowane były struktury, jak sprytnie działali agenci, w jaki sposób dobierano osoby mające tworzyć raporty. Wchodzimy do świata dobrze zbudowanego, a jednocześnie będącego w dziwnym rozkładzie. Kontrastuje z tym doświadczenie Zachodu, w którym wykluczenie społeczne ma zupełnie inny wymiar: jest w nim pewnego rodzaju poczucie wolności, przekonanie o braku zobowiązań, ale jednocześnie ludzie nadal stosują wobec siebie przemoc. Zderzenie tych dwóch światów sprawia, że „Ukryte myśli” jest nie tylko historią o zależnościach w społeczeństwie komunistycznym, ale i o ludzkiej naturze, dążeniu jednostek do realizowania własnych celów. Roman Ciepliński obnaża tu człowieka i poddaje wiwisekcji. Patrzymy na funkcjonowanie jednostek w totalitaryzmie i w wolnym kraju. Dostrzegamy, że brak rozliczeń nie przynosi żadnych zmian. Nadal mamy tych samych aktorów, ale w innych maskach i odmiennych rolach.

„Odkryłem przerażającą rzecz, być może dotyczącą wszelkiej władzy, a zwłaszcza totalitaryzmu: władza mogła dowolną bzdurę uznać za dogmat, świętość i prawdę objawioną, a nawet oficjalną doktrynę państwa i karać tych, którzy tę jawną niedorzeczność próbowaliby podważyć. Jeśli władza zadeklaruje, że białe jest czarne, biada temu, kto spróbuje zaprzeczyć”.

„Kiedy normą staje się geniusz, geniusz traci na wartości, jak zaatakowana przez spekulantów waluta”.

„W Polsce za komuny zawsze wszystko się psuło. To był kraj popsutych rzeczy. Wszystko się rozpadało, nawet nowe przedmioty miały w sobie zalążek rozpadu”.

„Jeżeli ktoś zaczyna się zmieniać, a to z powodu choroby, upływającego czasu, nałogów czy też z powodu zgryzoty lub – co rzadziej – szczęścia, to zazwyczaj dzieje się to stopniowo: powoli chodnie, starzeje się, tyje, szarzeje lub przeciwnie: nabiera kolorów, pięknieje, a niekiedy – jak się złudnie zdaje obserwatorom – młodnieje. Zdarza się oczywiście, że, kiedy człowieka atakuje śmiertelna choroba, zmiany następują błyskawicznie, czasem i w ciągu zaledwie tygodni, a śmierć pojawia się tak szybko, że ludzie nawet nie zdążą tej przemiany zarejestrować, przez co później wydaje im się, że ‘wyglądał dobrze, nie chorował i nagle umarł’”.

„W świecie zwierząt, roślin i minerałów apokalipsa trwa nieustannie. Wszystko ulega przemianie. Katastrofa wpisana jest w każdy byt. (…) Tę katastrofę człowiek przerabia na swoja modłę, czyni z niej wartość, nazywając ją rozwojem. Katastrofa wpisana w byt jest czynnikiem rozwoju. Bez apokalipsy kolejnych pokoleń nie byłoby tego, co nazywamy – nowoczesnością. A życie i dzieje narodów i społeczeństw nie miałyby sensu. Widmo rozkładu, czyli ruchu wstecz, powoduje pragnienie wzbudzenia ruchu w stronę przeciwną”.

„Polityka podobnie jak kłamstwo zawsze wyprzedza świadomość tak zwanych normalnych ludzi. Zawsze jest krok dalej. Dopóki nie zostanie obnażona. Dopóki król jest ubrany… iluzja działa. Gdy szaty opadną, widzimy wówczas całą prawdę, ale bywa, że jest już za późno. Jeszcze długo po rewolucji, która rewolucją nie była (ale to dotarło do pewnej części społeczeństwa dopiero później), nazwanej dla zmydlenia oczu transformacją, rządzili ci sami ludzie, co przed ‘wielkimi zmianami’. Polityka zawsze jest o krok dalej, dopiero później, zazwyczaj od historyków, dowiadujemy się ‘jak było naprawdę’ i dostrzegamy też przedziwną bierność ludzi. Ale czy pasywność ta jest naprawdę ‘prawdziwa’? Nie, to tylko efekt ‘bycia krok w tyle’, braku wiedzy. Podobnie jest zresztą z każdą historią: dopóki się ona dzieje na naszych oczach, wydaje się taka, a nie inna. Kiedy jednak mija parę lat, widzimy ją -w kontekście późniejszych i wcześniejszych zdarzeń – niekiedy zupełnie inaczej niż w z tamtej ‘żabiej perspektywy’”.

„Kiedy zdałem sobie sprawę, że będę dla historyka jak okaz jakiegoś dziejowego insekta, zacząłem myśleć nad zmianą perspektywy. Świadomość, że to co robię, traci wartość chwilę po skonsumowaniu przez czytelnika jest frustrująca. Zacząłem więc pisać – wzorem klasyków – dziennik. Ku przerażeniu historyków zdecydowałem się więc pisać – historię świata i okolic z perspektywy konkretnego człowieka, o imieniu, nazwisku, dacie urodzenia z konkretnym adresem”.

„Kto by pomyślał, że to Platon, idealista, stworzył model państwa totalitarnego, niemal wzór państwa sowieckiego, w którym nie było miejsca dla poetów. Paradoks jednak polega na tym, z czego bolszewicy sprawy sobie nie zdawali, że miejsce poety jest właśnie tam, gdzie go nie chcą. Prawdziwa poezja rzadko rodzi się tam, gdzie poetów zapraszają, rozpieszczają i słono wynagradzają. Tłuste koty nie piszą wierszy”.

„Cierpieć z własnego wyboru to szczęście, zwłaszcza dla masochisty, ale cierpieć wbrew własnej woli to dopiero źródło prawdziwego bólu. Czy cierpi więc naprawdę ten, który wybiera cierpienie?”

„Wybujałe ambicje prawie zawsze są żałosne i chyba zawsze są owocem ‘choroby autoimmunologicznej wyobraźni’”.

„Człowiek, który chce tworzyć z pozycji kolan, może po prostu nie jest jeszcze artystą, a może i nie będzie nim nigdy”.

„Dopóki człowiek odróżnię dobro od zła i czyni to w sposób umiarkowany, jest zdrowy”.

„Cienka jest granica między tym, kto ma władzę a tym, kto jest tej władzy przedmiotem. Okazuje się bowiem, że role mogą się szybko odwrócić, a wtedy ofiary stają się wyjątkowo łatwo katami”.

„Zło czynione bez wiedzy, dla samego zła sensu nie ma. Wpisuje się ono tylko w naturalne procesy destrukcji, erozji, i utleniania materii, nie rodzi natomiast wielostopniowych konsekwencji w sferze ducha, nie działa jak zasada domina, lecz zdycha śmiercią naturalną, odchodzi do historii jako jednorazowy fenomen podobnie jak trzęsienie ziemi w Lizbonie czy tsunami na wyspie Puket”.

Zapraszam na stronę wydawcy




czwartek, 28 maja 2020

Odpowiedzialność społeczna

Niby na każdego z nas łożono jakieś tam środki na wychowanie i edukację i z tego powodu niby każdy powinien rozumieć zasady działania wspólnot, w których silniejsi mają większy wkład, a słabsi nie uchylają się przed jakimkolwiek wkładem. Niby wiemy, że są narzędzia zachęcania i przymuszania do pracy na rzecz społeczności i w domach jakoś to jesteśmy w stanie pojąć, ale kiedy zasady wspólnoty rozciągają się na społeczeństwo to nagle udajemy oburzonych tym, że jesteśmy wspólnotą i nagle nie podoba nam się to, że jedni mają większy wkład, a inni mniejszy.
Jest taki prostu sposób, aby nie wychować dziecko na egoistycznego prawicowca (uwaga: prawicowość nie ma nic wspólnego z religijnością tylko z podejściem do pieniędzy i rozwiązań społecznych):
1) Zagoń dziecko do obowiązków domowych (pranie, sprzątanie, zakupy).
2) Umów się, że za każdą pracę będziesz płacić, ale mało. Wytłumacz, że jest młody i na pewno nie ma dużych potrzeb, a budżet domowy potrzebuje jego wyrozumiałości.
3) Pobieraj opłaty za korzystanie z pokoju, kuchni, toalety (po prostu traktuj jak lokatora, bo przecież wspólnota nie istnieje i jest zła).
4) Przerzuć ne dziecko obowiązek kupowania sobie wszystkiego, co potrzebuje (ubrań, jedzenia, podręczników).
5) Jeśli uważa, że rodzic powinien go utrzymywać to objaśni mu, że to lewackie myślenie.
6) Jeśli dziecku brakuje pieniędzy na potrzebne rzeczy zaproponuj mu lichwiarski kredyt i wyjaśnij, że jak będzie więcej i ciężej pracował to uda mu się odnieść sukces.
7) Kiedy dziecko więcej pracuje po prostu obniż mu wypłatę objaśniając, że nie ma takiego zapotrzebowania na jego usługi, więc ceny spadają.
8) Powtarzaj te czynności, aż zrozumie dlaczego wspólnota jest ważna i trzeba uczestniczyć w kosztach tworzenia jej.