Etykiety

poniedziałek, 3 marca 2014

Jan Nowak-Jeziorański "Kurier z Warszawy"

Jan Nowak-Jeziorański, Kurier z Warszawy, Kraków „Znak” 2000.
Po pamiętniku poważnego człowieka spodziewałam się nadymania i idealizacji. Niczego takiego nie znalazłam. Wielcy ludzie mają to do siebie, że nie muszą wokół siebie tworzyć legendy geniuszu. Żyją skromnie i w kontekście różnorodnych opowieści wychodzą ich dokonania. Nie są to jednak historie dominujące. Na większości stronach jest człowiekiem przeciętnym, borykającym się z życiowymi trudnościami, a czasami wręcz ślamazarny, potrafiący przyznać się do swoich wad.
Książka pisana jest językiem prostym, opisowym i pełnym dystansu oraz humoru, a czasami refleksyjnym. Autor nie pomija przykrych i żenujących przygód ze swojego życia. Z rozbawieniem wspomina jak radził sobie podczas wojny wprawiając się w praktycznie w ekonomiczne tajniki nie przez chęć poznawania nauki (chociaż był studentem tego kierunku), ale z konieczności (przymus zdobycia pieniędzy).
Prawicowy działacz, tradycjonalista na pierwszy rzut oka może wydawać się poważnym i nudnym człowiekiem. Nic bardziej mylnego. Humor i miejscami cynizm tworzą wiarygodną sylwetkę kuriera, który nie użala się nad własnym losem, ale wykorzystuje sytuacje, jakie przytrafiają mu się.
Uważam, że powinna być to lektura w liceum obok wszystkich wojennych wspomnień. Pozwoliłaby uczniom lepiej wejść w codzienność naszych dziadków i pradziadków, lepiej poznać historię i tragizm naszego kraju oraz podziały. Zachęcam do przeczytania wszystkich, którzy lubią autobiografie pisane z humorem i powagą jednocześnie. Dzięki tej książce dowiemy się o tragizmie wschodniej części Polski, która długo nie potrafiła podnieść się gospodarczo po dziesiątkach lat pod zaborem rosyjskim.
Książka nie jest tylko pamiętnikiem i wspomnieniem z wojny, ale też bardzo dobrą literaturą pisaną poprawnym i żywym językiem polskim. Na pewno nie znajdziemy tam przynudzania czy niekończących się opisów znanych z wielu lektur szkolnych.

niedziela, 2 marca 2014

Joanna Chmielewska "Studnie przodków"

Joanna Chmielewska, Studnie przodków, Warszawa „Kobra Media” 2009.

Studnie, były bardzo ważnym obiektem na każdym podwórzu. Utrzymywanie ich, kopanie kolejnych, by zapewnić domostwu dostęp do wody było ważnym zadaniem. Nieczynne czy z wodą niezdatną do picia zakopywano. Sama jeszcze doskonale pamiętam jak dziadek kopał jedną studnię, kiedy źródło się wyczerpało, a drugą, kiedy w budynku gospodarczym w piwnicy gromadziła się woda przez źródło, które znajdowało się pod podłogą. Po jego wyczerpaniu i podłączeniu wody miejskiej zasypano dziurę. Przez całe moje życie przewinęły się cztery takie studnie. Jedna jest czynna do dziś. Ile studni może mieć rozbudowana rodzina z ciotkami, wujkami? Ile tajemnic mogą kryć owe studnie i ile trupów przyciągać? Czy rodzinny skarb mógł przetrwać dwie wojny? Tego dowiedzą się Polki mieszkające w Ameryce, ale przyjeżdżające do Polski Ludowej na wakacje, które niewiele będą miały wspólnego z odpoczynkiem. Głównym zajęciem bohaterek będzie poszukiwanie rodzinnego skarbu, kopanie dziur i dowiadywanie się o kolejnych trupach.
Kryminały Chmielewskiej mają to do siebie, że czyta się je jednym tchem, a do tego, co jakiś czas zamiast bać się człowiek wybucha śmiechem. Ta polska pisarka w swoich książkach przekazuje czytelnikowi dużo energii i humoru. Właśnie ów wielki uśmiech i dystans do życia sprawił, że zakochałam się w jej prostych, zabawnych historiach.
Książka „Studnie przodków” spodoba się każdemu, kto lubi skomplikowane rodzinne historie, ubrane w humor i zagadki. Żywy język i doskonałe pióro sprawiają, że czytelnik od pierwszych stron zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, od których nie może się oderwać nim skończy czytać opowieść do końca. Czasami Chmielewska porównywana jest z Agatą Christie. Ja uważam, że książki naszej pisarki są zdecydowanie lepsze przez nasycenie ich humorem. Mimo akcji w poprzedniej epoce lektura jej książek nie nudzi.
Lektura dobra na poprawę samopoczucia i niewymagający intelektualnego wysiłku relaks przy książce i dodatkach. Polecam ponurakom i wszystkim, którzy mają do czynienia na co dzień z pesymistami. Chmielewska nada codzienności nieco barw.

zmiana spojrzenia

Pierwszym krokiem do sukcesu jest świadomość. Bez odkrycia, że marudzeniem nic nie osiągniemy i że tylko wykorzystaniem naszych umiejętności możemy pomóc sobie i innym w polepszeniu warunków (psychicznych i fizycznych) życia. Nigdy nie zmienimy swojego życia zazdroszcząc i obgadując innych, nigdy nie uda nam się nawet poczuć szczęścia czy spokoju, jeśli będziemy użalać się nad sobą i patrzeć na pomysły innych przez pryzmat obgadywania czy zawiści. Czyli:
CZŁOWIEK ŚWIADOMY JEST GOTOWY DO DZIAŁAŃ WYKORZYSTUJĄCYCH POTENCJAŁ INNYCH.
Zmiana zawsze musi zaczynać się od zdobywania wiedzy. Siedząc godzinami na najpopularniejszych pudelkowo-onetowo-gazetowych portalach nie osiągniemy niczego, a zyskamy jedynie rozdrażnienie i frustrację. Podobnie będzie w przypadku oglądania masowych programów w telewizji, której zadaniem jest programowanie widzów. Człowiek sukcesu musi myśleć samodzielnie. Jedynym zaprogramowaniem musi być zadawanie pytań, szukanie innych rozwiązań.
W dążeniu do sukcesu musimy pokochać innych ludzi. W każdej czynności musimy kierować się ludzkimi pragnieniami (oczywiście w granicach naszej możliwości i intymności). Człowiek jest zwierzęciem społecznym i swoje osiągnięcia może dokonać tylko w granicach społeczeństwa i przy pracy nad polepszaniem bytu jej członków (o czym zapominają czasami politycy). Najważniejsze działania trzeba sprowadzić do zdania:
DAJ CZŁOWIEKOWI TO, CO CHCE LUB POMÓŻ MU TO ZDOBYĆ.
Większość ludzi jednak siedząc w swoich małych światkach pełnych intryg i złości na otoczenie nie wie, czego chce. Jednego dnia wydaje się im, że będzie dobrze jak będzie „to”, a innego jak „tamto”. Osiągnięcie tych celów unieszczęśliwia ich i prowadzi do marudzenia. Trzeba im uświadomić pragnienia oraz pomyśleć, czego mogą chcieć w przyszłości. Wszelkie poradniki przekonują, że ważna jest rozmowa o pragnieniach innych osób. W takiej rozmowie ważne jest, aby nie dać się ściągnąć na tereny marudzenia, ponieważ to odbierze Tobie energię, a innym pogorszy nastrój. Nigdy nie dawaj się wciągać w rozmowy nad tym jak bardzo źli są inni ludzie i unikaj osób, które nie potrafią niczego dobrego powiedzieć o bliskich. Taka osoba raczej nie będzie nigdy pomagała, a wszelkie próby pracy dla innych oceni, jako stratę czasu.

sobota, 1 marca 2014

Albert Camus "Dżuma"

Albert Camus, Dżuma, tł. Joanna Guze, Warszawa "PIW" 2010.
Przez dzieła Alberta Camusa się płynie. Myśliciel wciąga nas w swój budowany świat powolnym wprowadzaniem. Nawet w „Upadku” owo tworzenie akcji jest subtelne, a mimo tego pięknie odzwierciedla zachowania ludzi. We wszystkich jego dziełach można spotkać się z typowymi dla niego zwrotami językowymi. Dla wprawnego czytelnika wystarczy przeczytanie kilku zdań by rozpoznać autora dzieła.
„Dżuma” (1947) to jedna z wielu powieści/obrazów przedstawiających tragizm i bezsens ludzkiego życia, ale przy okazji przekonująca o tym, że nawet ona jest potrzebna. Ludzie w jego dziełach powinni być bardzo bliscy nam. Wszelkie komentarze dotyczące naszych rządzących na wszelkich szczeblach mogą doskonale odzwierciedlić zachowanie mieszkańców Oranu, którzy początkowo nie wierzą w tragedię, a później odreagowują ją oskarżając władze.
Bohaterowie Camusa to zwykli ludzie starający się przeżyć w trudnych czasach. Nawet bez parabolicznego odczytywania powieści jest to doskonałe dzieło o słabościach i sile każdego człowieka. Ciężka i regularna walka z jakimikolwiek przeciwnościami zawsze kończy się zwycięstwem. Narzekanie na los jest narzekaniem na siebie samego. Camus przekonuje nas, że człowiek bez miłości wariuje i nie potrafi szanować innych.Tragizm epidemii jest bólem świadomości swojej śmiertelności, o której na co dzień ludzie zapominają, przez co postępują tak, jakby mieli żyć wiecznie i w zdrowiu. Nagła choroba uświadamia mieszkańców Oranu, że są istotami słabymi, które potrzebują innych słabych istot, że nie wolno walczyć z ludźmi tylko z "wirusem".
„Dżuma” jest jedną z tych książek, z których się nie wyrasta i do których trzeba wracać, by nabrać dystansu do życia, powodzeń i porażek mu towarzyszących. Camus po raz kolejny przekonuje nas o ulotności życia ludzkiego i konieczności dbania o każdą chwilę oraz człowieka, który jest ważniejszy od posiadanych majątków, przedmiotów i zwierząt.

A. Scola i G. Reale "Dialog o wartości człowieka"

Angelo Scola, Giovanni Reale, Dialog o wartości człowieka, wstęp Armando Torno, tł. Edward Iwo Zieliński OFMConv, Warszawa 2009.

Dwóch wielkich myślicieli dyskutuje o miejscu współczesnego człowieka w świecie. Profesor Giovanni Reale, znany jako specjalista od filozofii starożytnej, był mistrzem eminencji Angela Scoli.
Zauważają oni, że panujący dookoła nihilizm uniemożliwia ludziom wydawanie jakichkolwiek wniosków. Młodzi zagubieni wśród wielu koncepcji, doktryn, totalnej wolności, braku granic i ciągłego komercyjnego pędu za szczęściem, gubią się w świecie.
Angelo Scola doskonale i obrazowo mówi o tendencji naszych czasów:
Wyciska się z chwili-jak z pomarańczy lub cytryny-wszystko, co chwila może dać, a potem wyrzuca się to, co zostaje.
Świat pędzący od uciechy ku uciesze jest płytki. Brak w nim miejsca na naukę:
Bez cierpienia bowiem niczego nie można się nauczyć.
W tym pędzie za przyjemnością nawet ciało ludzkie nic nie znaczy. Eksperymenty, recykling to coś normalnego.
Czy mają oni do końca rację w rysowaniu wizji naszego świata? Na pewno zabrakło tam dokładnego studium współczesności i za dużo naiwnie wygłaszanych katolickich przekonań, dlatego też w wielu przypadkach nie mogę zgodzić się z ich poglądami, niemniej jednak zachęcam do przeczytania i przemyślenia.
Nie jest to książka, z którą się zgadzam. Autorzy często za bardzo wszystko upraszczają. Życie dla nich nie ma odcieni szarości czy kolorów. Czyny i tendencje kulturowe współczesnych ludzi postrzegana są w kategoriach czarny albo biały, a podsumowanie przekonuje, że wszystko jest czarne. Nawet ratowanie życia ludzkiego jest tu porównane do recyklingu sprzecznego z wolą Boga. Warto przeczytać, aby dowiedzieć się, dlaczego wybór A. Scoli na papieża byłby tragedią dla wierzących.
 

Renata Diaków "Artysta zmartwychwstały"

Renata Diaków, Artysta zmartwychwstały. Żywot w piętnastu stacjach, Gdynia "novae res" 2014.
Współczesne książki – ze względu na duże eksperymenty poprzedników – nie mogą mieć w sobie nic nowatorskiego, ale to nie jest minus. Czasami przyjemność czytelnikowi przynosi odnajdywanie różnorodnych kontekstów czy sposobów pisania. „Artysta zmartwychwstały” w tym wypadku jest mieszanką bardzo piękną: „Upadek” Alberta Camusa, Marek Hłasko i Jerzy Pilch oraz Wacław Grabowski oraz tradycja chrześcijańska. Mieszanka piękna, jeśli zrobi się to z wyczuciem. U Renaty Diaków prostackie pijackie pisanie o życiu spotykane u Pilcha, zmieszane z depresyjnymi momentami powszechnymi u Hłaski zostały ubrane w kostium mówienia do rozmówcy niemal jak u Camusa. Całość zorganizowana w bardzo ważną strukturę „drogi krzyżowej”, która lada dzień dla kultury chrześcijańskiej będzie ważnym elementem życia duchowego. Wmieszano w to dość powszechne dążenie do opisania dzieciństwa. Nie jest to jednak książka, która (jak Grabowskiego) należy do nurtu idyllicznego. Dzieciństwo zostaje tu odarte z magii spokoju, nieróbstwa i pięknych dni, w których dziecko znajduje się między ziemią a niebem. Spokojne, sielskie dzieciństwo znane choćby z pierwszych polskich opisów, jakie spotykamy u Reja zastąpiono pijaństwem i agresją. W takim świecie trudno się odnaleźć duszy wrażliwej.
Całość napisana z wielkim humorem i umiejętnym wplataniem wszelkich kontekstów kultury: od ludowej po tę ze szczytów, na której spoczywają Muzy. Wszystko ubrana w piękny język, który na pewno nie będzie łatwy dla nieczytającego czytelnika, ale da bardzo wiele radości osobom zakochanym w pięknych i żywych słowach. Polski komunizm i lud zostały tu odmalowane bardzo barwnie i realistycznie. Całości towarzyszy folklorystyczne chrześcijańskie doświadczenia duchowe, które weszły głęboko w tradycję wielu rodzin, a które tłamszą duszę delikatną. Artysta to przede wszystkim pijak, który nie potrafi poradzić sobie ze światem. Praca jest dla niego bezsensowna, ponieważ projektowanie koców, pod którymi będą grzały swoje stare kości otyłe baby uwłacza ambicjom. Bohater stara się uciekać z tego szarego fabrycznego świata w świat przygody.
Polecam wszystkim wymagającym czytelnikom, dla których czytanie książek to coś więcej niż przeskakiwanie ze zdania do zdania.

Salon Profesora Dudka kontra film o Salonie reż. Łukasza Ciony

Salon prof. Dudka (obecnie Salon im. prof. Dudka) jest specyficznym „ruchem” ludzi wykształconych, prezentujących różnorodne poglądy i chęć ciągłego poznawania świata. Jest w nim wiele z dziecięcych instynktów odkrywczych, ale jednocześnie można zaobserwować „zastyganie” określonych nurtów myślowych, idei w poszczególnych „salonowiczach”. Wspólne spotkania, rozmowy, dyskusje na różnorodne tematy (od polityki przez kulturę, medycynę po nauki paranormalne, jaką np. jest astrologia) uczeni mają okazję podzielić się swoimi poglądami, zweryfikować je. Nie zamykają się w swoim własnym świadku wyobrażenia o odkrytej „prawdzie absolutnej”. Podczas piątkowych spotkań stwierdzają, że ich prawda jest zaledwie prawdą pragmatyczną, i że inne są równie prawomocne.
Salon z czasem obrósł lepszą lub gorszą legendą. Powstało wokół niego wiele mitów, które przyczyniły się do powstania wielu prac na temat jego funkcjonowania. Ponieważ żyjemy w świecie nowoczesnych mediów i one w znacznym stopniu decydują o tym co wiemy, a czego nie wiemy, również i one przyczyniają się do kształtowania wizerunku „Salonu”
Gościem specjalnym spotkania nr 477 w „Salnie im. prof. Dudka” był Łukasz Ciona (dziennikarzem, reporterem i prezenterem TVP Wrocław). Młody dziennikarz-dokumentalista przed zaprezentowaniem swojego dzieła został niezbyt skromnie (ja odniosłam wrażenie, że jest to młody narcystyczny jedynak wychowany w kulturze samouwielbienia) zapewniał uczestników, że film jest dokumentem o „Salonie prof. Dudka” ("Salon III Rzeczpospolitej? Fenomen wrocławskiego Salonu na tle życia salonowego we współczesnej Polsce"). Później, podczas początkowej ostrej krytyki filmu, bardzo szybko wycofał się z twierdzenia, że jest to film dokumentalny i poszedł w kierunku określenia gatunku, jako: „dokument z elementami fabuły”. Dla mnie film ten był bardziej fabularny z elementami dokumentu… Ustawieni aktorzy, czasami ludzie, których widziałam na „Salonie” dwa, trzy razy.
Z powodu braku profesjonalizmu reżysera zabrakło wypowiedzi prof. dr hab. Bożena Klimczak. Młody człowiek jeszcze miał czelność oskarżyć cenioną przeze mnie panią profesor o niewyrażenie zgody na współpracę przy filmie. Jak mogła zareagować kobieta szanująca swoją prywatność, kiedy podszedł do niej nieznany jej mężczyzna i spytał się, czy chciałaby się wypowiedzieć do kamery? Wszystko bez wyjaśnienia tematyki, przyczyny. Ja tez bym się nie zgodziłam i nigdy się nie zgadzałam. Kamer nie lubię.
Kolejnym minusem filmu jest jego przekombinowanie i pokazanie zupełnie absurdalnych elementów: jakieś postaci we mgle wymachujące rękoma (można się tylko domyślić, że podczas zadawania pytań, wygłaszania swoich poglądów), ciągłe pokazywanie miasta, jeżdżącego profesora (a zarazem promotora sławetnego reżysera), parę uwag krytycznych dotyczących funkcjonowania „Salonu” bez wyjaśnienia kontekstu i do tego sceny „żarcia” podczas przerwy, która miała niby służyć wymianie poglądów, co spowodowało, że „Salon” naukowy osoby z zewnątrz mogą spostrzegać, jako zwierzęce spotkanie dla nażarcia się (odpowiednim ujęciem kamery z najlepiej wychowanego człowieka można zrobić wieprza i reżyserowi doskonale się to udało).
Odniosłam wrażenie, że film ten nie był o „Salonie”, ale bardziej o jego twórcach, którzy znaleźli się w „Salonie” i ich promocja na tle tego słynnego na całą Polskę miejsca spotkań dla wybrańców.
Moim zdaniem można było zrobić bardziej realistyczny i bardziej dokumentalny film mniejszym kosztem. Być może to wiek i niedoświadczenie reżysera sprawiły, że jest on przekombinowany. Mam nadzieję, że nie popadnie on w jeszcze większy narcyzm po premierze filmu i będzie uczył się na błędach.
Jeśli jesteście zainteresowani filmem to już wkrótce będzie on emitowany w listopadzie we Wrocławskiej telewizji.
Ja chciałabym poświęcić troszkę miejsca pominiętej prof. Bożenie Klimczak (nie jestem z nią w jakikolwiek sposób związana zawodowo; nigdy nie studiowałam ekonomii), która zawodowo zajmuje się nauczaniem na Uniwersytecie Ekonomicznym we Wrocławiu. Ta starsza pani posiadająca niezwykłą klasę, wyczucie estetyczne (etyka też jest kwestią smaku) nie ogranicza się do swojej dziedziny (co jest cechą charakterystyczną „salonowiczów”). Zawsze, kiedy miałam okazję słyszeć jej wypowiedzi dotyczące kwestii filozoficznych, pedagogicznych, filologicznych byłam pod wielkim wrażeniem. Zawsze wypowiadała się rzeczowo, posiadała rozległą wiedzę, nabytą przez przeczytane książki, życie i własną refleksję. Te trzy aspekty połączone w spójną całość sprawiają, że jej wypowiedzi były bardzo życiowe oraz prezentowały dystans do swojej małości i podkreślały ciągłe poszukiwania (takiej skromności zabrakło na pewno młodemu reżyserowi, którego niezwykłym osiągnięciem było „wylecenie” z jednych studiów i skończenie drugich, co ze względu na ilość magistrów nie jest niesamowitym osiągnięciem).