wtorek, 4 lutego 2014

życie sztucznie podtrzymywane

Dawno, dawno temu, kiedy w Polsce panował jeszcze najidealniejszy system społeczny zepsuty przez ludzką głupotę (chodzi o komunizm) poznałam starszą panią, która zajmowała się swoim kilkudziesięcioletnim synem. Jej mąż chodził do pracy, aby utrzymać całą rodzinę: ją, syna i siebie. Mieli też inne dzieci, ale tamte były samodzielne. Po skończonych studiach państwo wysłało ich na posadki w konkretnych miejscach. Syn, którym z nimi pozostał był najmłodszym z dzieci i najmniej samodzielnym (mimo swego wieku).
Poznałam ją w hospicjum, do którego trafiła z dzieckiem ze szpitala. Jej syn miał wówczas koło trzydziestki. Leżał unieruchomiony na łóżku. Dla mnie było to nieco wstrząsające przeżycie, ponieważ pierwszy raz zetknęłam się z osobą ciężko chorą. Dla ułatwienia opowieści powiedzmy, że niepełnosprawny mężczyzna miał na imię Marek, a jego rodzice to Kasia i Tomek (tak nieco serialowo).
Zawsze byłam osobą nadmiernie aktywną i w dodatku lubiłam pomagać (taka wewnętrzna potrzeba poczucia, że jest się potrzebnym i dowartościowywania się). Hospicjum było doskonałym miejscem. Tam mogłam pomagać i byłam za to podziwiana. Pewnego dnia przyszłam do sali, w której wcześniej leżały dwie staruszki. Już ich nie było. Był za to Marek. W pierwszej chwili myślałam, że śpi. Aparatura, do której go podłączono, regularnie pikała. Kiedy wycofywałam się z sali Marek jęknął. Podeszłam, by zobaczyć, co się stało. Miał otwarte oczy i leżał nieruchomo. Jedyną oznaką życia było pojękiwanie.
Po paru minutach wróciła jego matka. Wyglądała na bardzo zmęczoną. Kasia trafiła z synem do hospicjum, ponieważ żaden szpital już nie chciał jej pomóc. Poprosiła mnie bym pomogła jej przy synu. Chciała opatrzyć odleżyny, zmienić mu piżamę i umyć. Po zdjęciu bandaży widok był straszny: ciało pełne ran. Marek krzyczał z bólu. Nie mówił, ponieważ jakieś lekarstwa sprawiły, że stracił kontrolę nad jedynym organem, nad którym panował – językiem.
Kiedy przyszłam następnym razem on rozmawiał z matką. Był na nią zły, że go męczy. Chciałby matka odłączyła go od „piekielnej aparatury”, która go męczy. Ona siedziała obok. Po jej policzkach płynęły łzy.
Po kilku tygodniach opowiedziała mi o dwójce zdrowych dzieci, o tym jaką byli szczęśliwą rodziną do czasu, kiedy zaszła w ciążę z trzecim dzieckiem. Specjalistyczne badania nie wykazały małe wady. Lekarz radził jej usunąć dziecko. Chodziła z tym problemem kilka dni. Już nawet podjęła decyzję. Zabrała pieniądze i wyszła do lekarza. Po drodze wstąpiła do kościoła, aby poprosić Boga o wybaczenie, że chce zabić własne dziecko. Przypadkowo zagadał ją ksiądz, któremu zwierzyła się ze swojego zamiaru. On ją nawrócił. Nie usunęła dziecka. Urodziła. Od tamtej pory całe jej życie zamieniło się w obserwowanie jego cierpienia. Każdy jego krzyk przeszywał ją. Z czasem uodparniała się na krzyki, ale powstały rany, podpięto go do aparatury i nie mogła nic zrobić tylko patrzeć jak syn cierpi. Tomek (jej mąż) pracował coraz ciężej, aby normalnym dzieciom zapewnić dom i utrzymanie.
-Gdybym miała jeszcze raz podjąć decyzję to jego, by nie było – mówiła ze łzami w oczach.
Po pół roku Marek zmarł. Wydawałoby się, że może zacząć życie od nowa, że może cieszyć się z wnuków i mieć dla nich czas. Tak się nie stało. Jej przepracowany mąż miał zawał. Później wylew. Znowu dom zmienił się w szpital. Po jakimś czasie Tomek zmarł.
Spracowana i zmęczona życiem Kasia jeszcze za życia męża dowiedziała się, że ma raka. Początkowo to do niej nie docierało. Później brała morfinę, by nie krzyczeć z bólu. Zmarła dwa lata po śmierci męża.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz