Etykiety

czwartek, 27 marca 2025

"Adolescence" scenariusz Jack Thorne i Stephen Graham, reż. Philip Barantini.

 


Przestępstwa młodocianych to wynik zaniedbań dorosłych.

Dzieci są jak czysta karta i z natury dobre było długo funkcjonującym mitem podrzuconym przez J. J. Rousseau. Później przyszło otrzeźwienie, przyglądania się dzieciom, zwierzętom, badania nad naczelnymi i okazało się, że rodzimy się źli, egocentryczni, skupieni na sobie i dopiero proces socjalizacji pozwala na wpojenie zachowań prospołecznych. Jeśli tego nie ma człowiek wyrasta na jednostkę egoistyczną i agresywną. I tak właśnie jest w serialu.
Kolejny problem: wielu dzieciaków nie ma kto zsocjalizować. Widzą ojca uciekającego do innej lub pracy (w serialu uciekał w pracę), odwracającego głowę od porażek dziecka zamiast powiedzieć: następnym razem dasz radę, bo razem poćwiczymy. Dziecko jest samo z całą masą oczekiwań rodziców, którzy z jednej strony są nadopiekuńczy, nadmiernie meblują dziecku życie, a z drugiej nie mają czasu na wychowanie, zainteresowanie się, co się z dzieckiem dzieje, jakie ma relacje z rówieśnikami. I to nie tylko problem rodziców głównego bohatera, ale też całej masy pokazanych tam nastolatków. To też problem wielu młodych ludzi, którzy mierzą się z przemocą rówieśników. Ta przemoc nie pojawiła się z technologią. Ona była zawsze. Zmieniły się tylko narzędzie, zasięg informacji, świadomość szkodliwości przemocy. Ta przemoc nie jest bardziej okrutna od tej, która była, kiedy ja chodziłam do szkoły. Jest tylko serwowana w innej formie. Jej temat wypływa dopiero, kiedy dochodzi do prawdziwej tragedii, której można było zapobiec.
Świetnie ukazano tu nieobecnego ojca, który poza oczekiwaniami i rozczarowaniem nie daje synowi nic. Pojawia się też temat samczyków-kogucików-ojców dziobiących słabszego pisklaka. Przemoc jest tu nie tylko problemem młodzieży. Życie całej społeczności toczy się wokół zadawania sobie razów wścibstwem, ocenianiem, komentowaniem, plotkami, złośliwościami, szturchańcami, krzykami. W takim otoczeniu osoby niepotrafiące zastosować się do agresywnych zasad gry są prześladowane. I tak jest też w naszym życiu. I to nie od dziś dzieciaki są pozostawiane same sobie. Kiedyś był to nawet problem większy, bo nadzór dorosłych był mniejszy. Ale czy większy nadzór przedkłada się na skuteczność?

poniedziałek, 24 marca 2025

Katarzyna Kozłowska "Feluś i Gucio odkrywają ciało człowieka" il. Marianna Schoett

 

Feluś i Gucio to duet, który na dobre zawitał w naszym domu. W serii książek o tych bohaterach znajdziemy opowieść oswajającą dzieci z koniecznością pójścia do przedszkola i emocjami pokazującą, w jaki sposób należy się zachowywać, wprowadzającą w świat zawodów, świąt, nudy, emocji. Nie brakuje tu też tematu cielesności. Mamy zarówno opowieść o narodzinach, jak i o ciele człowieka. Feluś i Gucio w grach zabierają też dzieci w świat sylab i liter, kolorów oraz opowieści, dzięki czemu można wprowadzać najmłodszych w świat czytania. Cała seria krąży wokół przedszkola, relacji z rówieśnikami, doświadczania różnorodnych rzeczy. Pomaga zrozumieć otaczający świat, swoje reakcje i przygotować się na edukację przedszkolną. Wielkim plusem jest tu zrobienie wszystkiego w formie zabawy, dzięki czemu nie jest dla dzieci nudne i pozwala zrozumieć znaczenie określonych elementów otoczenia. Z tej serii polecałam Wam wszystkie książki i gry, ponieważ świetnie sprawdzają się w pracy z dziećmi. "Ciało człowieka" to kolejny tom wychodzący naprzeciw potrzebom młodych czytelników.

Opowieść o ciele otwiera wprowadzenie, z którego dzieci dowiedzą się, że jesteśmy podobnie zbudowani, ale bardzo różnorodni. Feluś z Guciem i lupą przy oku na każdej rozkładówce przygląda się innej części ciała. W ten sposób w czasie lektury dziecko ma okazję nauczyć się nazywania części ciała. Zaczynamy od tych widocznych, które można wskazać palcem na własnym ciele, dotknąć. Lektura połączona z pokazywaniem stanie się świetną zabawą. Później przechodzimy do poznawania rzeczy mniej widocznych i rozumienia działania wzroku oraz słuchu i węchu, a także smaków. Młodzi czytelnicy przyjrzą się też układowi krwionośnemu, trawiennemu, kostnemu i nerwowemu. Pojawia się też temat mięśni i ich rozwijania, płciowości i narodzin. Wszystko w prostej formie, czyli dostosowanej do wieku odbiorców.

Dużym plusem lektur z serii "Feluś i Gucio" są kartonowe strony, proste treści i estetyczne ilustracje wprowadzające dzieci w różne obszary wiedzy. Wszystkie książki o Felusiu i Guciu to solidne lektury z wartościowymi treściami pozwalającymi dzieciom oswoić się z nową sytuacją, panujące w przedszkolu i poza nim zasady, co ułatwia uporanie się z wejściem w nowe miejsce, rozwijaniem samodzielności i stabilności oraz większej pogody wynikającej z pewności, że pozytywne uczucia są czymś, co możemy pielęgnować, a te negatywne czasami wynikają z konieczności stawania czoła nowym wyzwaniom.

Autorka w każdej publikacji zachęca do rozwijania zainteresowań, próbowania swoich sił w różnych aktywnościach, pokazuje jak ważny jest kontakt z innymi, zdobywanie wiedzy i dlaczego każde zajęcie może być świetnym pretekstem do tego. Całość bardzo estetyczna. Ilustracje Marianny Schoett przyciągają uwagę małego czytelnika i pomagają mu wejść w nieznany, przedszkolny świat oraz przyglądać się otoczeniu. Strona graficzna książki jest bardzo miła dla oka, postaci troszkę przerysowane (głowy większe), w ciepłych, pastelowych kolorach, i zabierają w świat, w którym coś się dzieje. Mamy tu podpowiedzi, w jaki sposób realizować określone zajęcia w domu, na placu zabaw lub w czasie wycieczek. Dzieci dowiadują się, że zabawa może wyglądać naprawdę bardzo różnorodnie: czasami będą potrzebne zabawki, a innym razem może być to pomoc w porządkowaniu domu czy przyglądanie się chmurom. Do tego każda aktywność jest tu pokazana w taki sposób, aby była dostosowana do wieku czytelników. Takie podejście pozwala pokazać dzieciom, że nie ma zajęć zbyt trudnych dla nich. Mamy tu przede wszystkim postawienie na wzmacnianie wiary we własne możliwości. Mali bohaterzy książki z uśmiechem na twarzy żegnają się z rodzicami i starszymi dziećmi, aby pójść do przedszkola, w którym czeka na nie klejenie, wycinanie, malowanie, rysowanie, ale też próbowanie nowych smaków, eksperymentowanie z kształtami oraz zdobywanie wiedzy, zabawy z muzyką, rzeźbiarstwem, malarstwem. W czasie remontu mają okazję na stworzenie niezwykłych dzieł na ścianie, a gotowanie i pieczenie pozwoli na eksperymenty w kuchni i cieszenie się smakami ulubionych potraw. Po każdym temacie oprowadza młodych czytelników Feluś ze swoim misiem. I tak jest też w książce "Feluś i Gucio odkrywają ciało człowieka". Zdobywanie wiedzy pokazane jest tu jako fascynująca przygoda pozwalająca na poszerzenie kolejnego obszaru wiedzy. Bardzo podoba mi się, że zagospodarowanie czasu, poszukiwanie zajęć jest tu pokazane w bardzo różnorodny sposób. Dziecko może zobaczyć, że bohater książki ma czas dla siebie i samodzielną zabawę, w czasie której może naśladować pracujących rodziców lub wykorzystać wyobraźnię, a także przyglądać się budowie ludzkiego ciała. Autorka w serii kładzie nacisk na naukę przez zabawę i tak jest właśnie w książce o ciele.

Uważam, że „Feluś i Gucio odkrywają ciało człowieka" to kolejna publikacja bardzo dobrze wprowadzająca dzieci w temat cielesności. Staje się on pretekstem do opowiedzenia o zdrowych nawykach oraz znaczeniu obserwacji swojego ciała, reakcji na różne bodźce. Wśród wielu tematów nie brakuje też pokazania, dlaczego badania są ważne. Młodzi bohaterzy mają miedzy innymi pobieraną krew, co pozwala oswoić dziecko z takimi badaniami. Dzięki stworzonej przez Katarzynę Kozłowską i Mariannę Schoett serii możemy pokazywać dziecku cóż niezwykłego będzie mogło robić w nowym miejscu z nowymi znajomymi, w jaki sposób będzie mogło doświadczać miłych rzeczy, uczyć się, z jakimi emocjami może mieć do czynienia, w co może się bawić, jakie święta obchodzić oraz w jaki sposób dbać o zdrowie. Takie wyjaśnianie zaowocuje szybszą adaptacją i mniejszymi problemami emocjonalnymi związanymi z rozstawaniem się na kilka godzin z rodziną, a także większym zainteresowaniem otoczeniem oraz przygotować na wizyty u lekarzy.








piątek, 21 marca 2025

Anna Sakowicz "Na dnie duszy"


 „… może nad grobem widać więcej…”

Śmierć nielubianej babci Rozalii Zdunek z domu Więcek będącej rodzinną dewotką wierzącą w zabobony i oddającą się różnym niezrozumiałym dla młodszych pokoleń guseł staje się początkiem gry starszej pani z jej dość specyficzną rodziną. Znaleziony na dnie szafy list jest niczym puszka Pandory uwalniająca najgorsze instynkty oraz pozwalająca poznać zawiłą i niezbyt piękną historię życia rodziny Więcków. W testamencie u notariusza Rozalia dzieli swój majątek między członków rodziny. Jak łatwo się domyślić nie każdego ów podział satysfakcjonuje. Do tego okazuje się, że Donata (główna spadkobierczyni i jedyna córka zmarłej) ma brata, który ma otrzymać tajemniczy kuferek. Inga otrzymuje pamiętniki babci, a Paweł staje się szczęśliwym posiadaczem drobiazgów, które na pewno nie starczą na spłatę kredytu we frankach. Atmosfera jest napięta. Oliwy do ognia dodaje apodyktyczna i nielubiąca nikogo Iwona (żona Pawła). Odczytanie testamentu staje się początkiem przygody związane z odkrywaniem tajemnic babci i innych członków rodziny. To czego nie dopowie starsza kobieta przekaże nam narrator.
„Na dnie duszy” Anny Sakowicz zaskoczy wszystkich czytelników pisarki. Po lekkich i zabawnych powieściach przyszedł czas na książkę poważną, poruszającą ważne problemy, zawierającą wiele wątków historycznych, przybliżającą młodemu pokoleniu realia sprzed ponad siedemdziesięciu lat, uzmysławiająca jak wielkie zmiany zaszły w życiu społecznym i jak jeszcze ciągle wiele jest do zrobienia, bo błędy minionych pokoleń ciągną się za nami niczym fatum sprawiające, że są nie takie, jakie chciałby by być, mają życie nie takie, o jakim marzyły. W tym obrazie Ewa (prawnuczka, licealistka, feministyczna idealistka) staje się nadzieją dla przyszłych pokoleń, w których kobieta nie będzie narzędziem w rękach ojców, braci i mężów.
Złośliwa seniorka rodu zmusza wszystkich członków rodziny do wielkiego wysiłku, dzięki czemu zapewnia sobie pamięć. Trudno przejść obojętnie obok tajemnic sprzed półwieku. Tym bardziej, że niektórym na horyzoncie majaczy wielki majątek, tajemnicze bogactwo ciułane przez starą, zrzędliwą i dokuczliwą kobietę. Wspomnienia z przeszłości pozwalają nam ją zrozumieć, a członkom rodziny nieco inaczej spojrzeć na własne relacje i priorytety.
Jedną z ważnych bohaterek tej powieści jest Donata – dziecko niechciane, spłodzone w wyniku gwałtu męża oszusta na młodziutkiej Rozalii zmuszonej do ślubu, odrzucane, doznające przemocy psychicznej i fizycznej. Pochodząca z wsi surowo oceniającej kobiety, przeciętnej rodziny, w której władzę nad wszystkimi członkami rodziny dzierżył ojciec seniorka mimo świadomości zła jakie niesie takie podejście, poczucia pokrzywdzenia wpaja te zasady kolejnym pokoleniom. Mimo złości na rodziców, którzy przyczynili się do jej tragicznego losu pragnie wierzyć, że to tylko w męskich rękach może spoczywać władza, która mimo postępowości kobiet ciągle trwa, co Inga uzmysławia sobie dzięki pamiętnikom zmarłej babci.
W rodzinną historię wpleciono wiele tragicznych wydarzeń. Znajdziemy wśród nich wojenne przeżycia, druzgoczące wyzwolenie przez Armię Czerwoną, aborcję traktowaną jako oczyszczenie, gwałty, morderstwa, obozy, wypędzenie żydów z kraju. Wojna odcisnęła na ludziach poważne piętno, co utrudniało powrót do lepszych wartości. Doznane zło odbiło się na dzieciach marzących o miłości i - tak jak Donata - szukający jej u sąsiadów.
Powieść Anny Sakowicz zmusza do refleksji, zatrzymania się i popatrzenia na siebie, swoich bliskich, otoczenie z nieco innej perspektywy. Pisarka zmusza też do zadania sobie bardzo ważnego pytania: ile równouprawnienia dajemy sobie my-kobiety? Czy chcemy tej wymarzonej równości odkładanej na półkę „tego nie dotykać, bo zaburzy w domu święty spokój”? Dużym plusem tej publikacji jest styl: po raz kolejny jest to historia, przez którą płyniemy, a Sakowicz umiejętnie buduje napięcie, tworzy kolejne kadry odsłaniające nam tajemnice i zmuszające do myślenia, analizowania kolejnych ważnych problemów. Myślę, że po tę książkę powinna sięgnąć każda kobieta.
Przedsprzedaż

Gareth Moore "Ściśle tajne łamigłówki szpiegowskie" il. Amerigo Pinelli

 

Wszelkiego rodzaju łamigłówki to świetny sposób na spędzanie wolnego czasu, wspólnej zabawy oraz rozwijania umiejętności analitycznego, logicznego myślenia. To pomaga w uczeniu się. Każdy pretekst do tego typu zabawy warto wykorzystać. "Ściśle tajne łamigłówki szpiegowskie" to publikacja, po którą warto sięgnąć. Znajdziemy w niej zbiór świetnie dobranych szpiegowskich zagadek, które zachęcą do zabawy intelektualnej oraz twórczej, bo pomysłowość okaże się tu ważna.

W książce znajdziemy zestaw kilkudziesięciu szpiegowskich zagadek podzielonych na poziomy trudności. Przygodę z łamigłówkami zaczynamy jako laicy wdrażający się w rolę detektywów. Każdy kolejny poziom pozwala na rozwijanie umiejętności i zapewnia zdobycie statusu dobrego szpiega radzącego sobie z każdą zagadką. A ta umiejętność w procesie edukacji jest bardzo cenna.
Dzięki podziałowi na trzy poziomy mamy okazję stopniowo zwiększać trudność wykonywanych zadań. Na końcu oczywiście znajdziemy rozwiązania, dzięki czemu możemy sprawdzić, czy zagadki rozwiązaliśmy prawidłowo. Nie są one jakoś specjalnie trudne dla dorosłych. Publikacja zdecydowanie skierowana jest do uczniów nauczania początkowego, ale można sięgnąć po nie też z przedszkolakami. Dużym plusem jest tu tworzenie opowieści wokół zagadek. Młody czytelnik musi mierzyć się z różnymi wyzwaniami, odwiedza wiele ciekawych miejsc, a rozwiązywanie zadań staje się wielką przygodą.
Przygoda z zagadkami zaczyna się od ciekawego wstępu. Czytelnik ma za zadanie wcielić się w rolę Agenta W., któremu przebyty kurs otwiera drzwi do rozwiązywania kolejnych zagadek i uczestniczenia w wielu misjach. Każda inna, a zadania coraz trudniejsze, aby dobrze rozwijać swoje umiejętności szpiegowskie. Gareth Moore podsuwa czytelnikom 62 misje o trzech stopniach trudności: początkujący, średnio zaawansowany oraz ekspert. Znajdujący się na końcu notes szpiegowski pomaga w rozwiązywaniu zagadek oraz weryfikowaniu własnych postępów.
Rozwiązywanie ich pozwala na rozwijanie koncentracji oraz umiejętności dedukcji. Całość dopełniają ilustracje autorstwa Ameriga Pinnelliego.




Polecam również:







Sherri Duskey Rinker "Koparka i cyfry. Snów kolorowych, placu budowy" il. Ethan Long


 Wydawało mi się, że maszyny, pojazdy i budowa to nie nasza bajka. I to nie z powodów genderowych, ale ze względu na zainteresowania córki: kocha zwierzaki. Bliżej jej do czytania książki o przygodach kolejnych zwierząt, opowieści o ich ratowaniu, wspaniałej zabawie z pupilami niż do poznawania pojazdów. Gdybym miała obstawać, o jakim zawodzie marzy to weterynarką byłaby na pierwszym miejscu. Doprecyzuję: weterynarka malująca i rzeźbiąca w wolnym czasie. Nie ma tu miejsca na place budowy, pojazdy wykorzystywane w czasie takich prac. A jednak seria placu budowy Sherri Duskey Rinker okazała się u nas hitem. Córka chętnie po nią sięga. Również jestem nią zachwycona. Znajdujemy w niej wszystko to, co dla nas ważne, czyli wspaniałe upersonifikowanie i niesamowita różnorodność oraz pokazanie jak bardzo ważna jest świadomość swoich talentów i ograniczeń.

Długo żyłam przekonaniem, że moje dziecko kocha tylko książki ze zwierzakami i po serię książek o placu budowy Sherri Duskey Rinker sięgnęłam ze sceptycyzmem. Wiedziałam, że będzie podobała się innym dzieciom, ale nie do końca byłam przekonana, że przypadnie mojej zafascynowanej przyrodą córce. To jednak nie jej klimaty. Jakie było moje zaskoczenie, kiedy ciekawy i ciepły tekst sprawił, że „Rety! Ktoś nowy na placu budowy!” stała się jedną z ulubionych książek. Kolejne spotkały się z podobną fascynacją i dziś mogę powiedzieć, że stały się one w naszym domu hitem pozwalającym pokazać wiele spraw. Seria książek o placu budowy to ciekawy materiał pozwalający poruszyć z dziećmi wiele ważnych tematów. Pojawia się tu problem zasypiania, tolerancji, wartości i znaczenia każdego członka społeczeństwa, a także konieczności pożegnania się z zepsutymi rzeczami, pracy nad różnymi projektami, współpracy, wyrozumiałości, umiejętności reagowania na sytuacje kryzysowe, porządkowania przestrzeni, wykonywania zadań wg ustalonych zasad. Do tego razem z pojazdami przygotowywałyśmy się do snu i świąt, a także do zmian, remontów. Każda z publikacji przemyca cenną naukę: jesteśmy różni, mamy odmienne talenty, inne marzenia i pragnienia, a to sprawia, że możemy wzajemnie się uzupełniać i pomagać sobie. Życie mieszkańców placu budowy toczy się wokół wypełniania swoich zadań, dążenia do wspólnego celu. To, że każdy ma inne zdolności pozwoli go łatwo zrealizować. Nie byłoby to możliwe, gdyby wszyscy byli tacy sami. Każdego dnia wszystkie maszyny budzą się, kiedy rozpoczyna się dzień, zapoznają się z planem, poznają swoje miejsce pracy i biorą się za realizację zadania. Nie są to czynności chaotyczne, bo każdy doskonale wie, w czym jest najlepszy i z kim pracuje najskuteczniej, w jakich zajęciach jest specjalistą i nie wtrąca się do obszaru, na którym się nie zna. Piękne nieprawdaż? Takie pokazanie, że wcale nie musimy być najlepsi we wszystkim pomaga przypomnieć sobie, że wcale nie musimy ze sobą rywalizować, bo więcej osiągniemy współpracą i wzajemnym wsparciem. Wystarczy, że będziemy dobrzy w jednej rzeczy i będziemy doskonalić nasz talent. Zawsze możemy prosić o pomoc tych, którzy mają predyspozycje czy umiejętności w określonym obszarze. Niepozorne książeczki będą nie tylko doskonałą czytanką dla małych miłośników maszyn i podglądania placów budowy, ale przede wszystkim opowieścią terapeutyczną dla dzieci, które nie wierzą we własne możliwości, uważają, że zadania je przerastają i nie potrafią nawiązywać współpracy, są przekonane, że koniecznie muszą być dobre we wszystkim i mają problem z pożegnaniem się z rzeczami, które już nie nadają się do wykorzystania. Obserwując bohaterów dowiadujemy się też, że ważny jest efekt, trzymanie się planu i podziału zadań, a nie pośpiech, bo to pozwala na dobrą pracę. Jest to też seria resocjalizacyjna dla dzieciaków wyśmiewających innych tylko dlatego, że są inne. Dzięki niej możemy pokazać jak niesamowicie potrzebna jest różnorodność. Poza tym mamy tu sporo nauki, podsuwania podstawowej wiedzy o otoczeniu.




Każda książka to inny ważny temat. „Rety! Ktoś nowy na placu budowy” pozwalała oswoić nam się z innością, zmianami, „Snów kolorowych, placu budowy” pokazywał jak, że noc to ważna pora, która pozwala nabrać sił na kolejny dzień. „Wieczór gwiazdkowy na placu budowy” pokazuje, że każdy ma inne potrzeby i marzenia. „Mistrz kieszonkowy z placu budowy” uświadamia, że każdy jest ważny i może odegrać kluczową rolę. „Dzień rozbiórkowy na placu budowy” to z kolei przygoda związana z burzeniem, segregacją materiałów, uświadamianiem, że nawet przedmioty, z których nie możemy już korzystać w pewnym stopniu się przydają. Widzimy maszyny uwijające się, zaangażowane w swoje zadania i świadome, że o każdy drobiazg trzeba zadbać, dokładnie posprzątać, bo to pomoże przygotować plac do dalszej pracy. Do tego ważne jest dbanie o inne gatunki. „Na placu budowy dzień robót drogowych” pozwala na opowieść o budowaniu nowej, większej i wygodniejszej drogi, uświadamia, że zmiany w otoczeniu są potrzebne. Widzimy maszyny uwijające się, zaangażowane w swoje zadania i świadome, że o każdy drobiazg trzeba zadbać, dokładnie posprzątać, bo to pomoże przygotować plac do dalszej pracy. Do tego ważne jest dbanie o inne gatunki. „Na placu budowy… pasą się krowy!” to opowieść o pracach w gospodarstwie. Zobaczymy, że znane nam z poprzednich tomów bohaterzy na wsi mogą wykonywać całkowicie inne, ale podobne zadania. Uświadamianie, że jeden talent może być wykorzystany w różny sposób. „To plac budowy… czy pas startowy?” to kolejna opowieść pokazująca jak niesamowicie ważna jest różnorodność i współpraca. Dzięki temu wszystko lepiej działa w otoczeniu, możemy reagować na kryzysy. Do tego poruszono tu problem zmian i wiążącego się z tym zamieszania. "Choinkowy plac budowy" pokazuje jak ważny jest podział obowiązków, wspólne spędzanie czasu i zgrane przygotowania. "Koparka i cyfry" wprowadza młodych czytelników do świata liczb, ale też przy okazji odpowiedzialności społecznej, wypełniania swoich obowiązków. Opowieść toczy się wokół budowania domu. Mamy kopanie fundamentów, wyrównywania terenu, kopania dołów pod rury, przemieszczania żwiru, usuwania kamieni, przygotowywania materiałów do pracy. Każdej czynności towarzyszy określona liczba. Przedmioty oczywiście zaprezentowano na klimatycznych ilustracjach, które zachęcą do ćwiczenia umiejętności liczenia. Podstawy matematyki są tu świetną zabawą. Już niedługo ukaże się opowieść o kolorach.

Każda opowieść posiada piękne, dwustronicowe ilustracje. W pierwszym są autorstwa Toma Lichtenhelda, a w kolejnych  A.G. Forda, Ethana Longa. Piękne kolory, prosta kreska i personifikacja bohaterów sprawia, że stają się oni bliżsi młodym czytelnikom. Na każdej stronie znajdziemy niewielką ilość tekstu bogatego w treści, dzięki czemu dzieci nie będą się nudziły. Joanna Wajs pięknie przenosi nasze pociechy w świat stworzony przez Sherri Duskey Rinker. Warto zamówić wszystkie części, bo każda wniesie cenne pouczenie i stanie się pretekstem do rozmów. Plusem najnowszej publikacji są jej kartonowe strony. Taką odsłonę, ale z okienkami znajdziecie też w "Choinkowym placu budowy", dzięki czemu po lektury mogą sięgnąć też młodsi czytelnicy. Opowieści o placu budowy to wierszyki, które z powodzeniem mogą rosnąć z dziećmi. Warto wykorzystać je do ćwiczenia pamięci, nauki czytania oraz rozmów o postawach społecznych i uczuciach. Polecam.














środa, 19 marca 2025

Írisz Agócs "Od plamy do obrazka. Nauka kreatywnego rysowania"

 

Jestem wielką fanką publikacji Írisz Agócs. Każdy jej książkowy kurs tworzenia to fantastyczna opowieść o bohaterach ilustracji. Poza pokazaniem metody pracy uświadamia czytelnikom jak ważne jest twórcze podejście, tworzenie opowieści na potrzeby ilustracji. I tak jest też w czasie zabierania nas do świata rozwijania umiejętności ilustratorskich, w których ważna jest praca wyobraźni i rąk. Obie te zdolności świetnie przygotowują do nauki pisania, wyobraźni i posługiwania się językiem. Írisz Agócs pokazuje, że tworzenie to spontaniczne przelewanie tego, co wymyślimy na papier. Jej bohaterzy nie są idealni. Perfekcja i bogactwo ilustracji tkwi w różnorodności i swobodzie. Rysunek musi mieć coś indywidualnego, niepowtarzalny styl rysującej osoby, bo przecież każdy z nas tworzy nieco inaczej. Nawet jeśli kierujemy się szablonami i instrukcjami. Írisz Agócs przekonuje, że rysunki każdego powinny być niepowtarzalne i za każdym razem dawać możliwość do eksperymentowania z kształtem oraz kolorem. Tylko w ten sposób możemy bardzo dobrze wypracować zarówno swój styl jak i biegłość posługiwania się narzędziami oraz pomysłowość, która może pomóc w wielu dziedzinach życia. To wymaga wielu godzin ćwiczeń, dlatego warto traktować je jak zabawę, eksperymentów, próbowania nowych rzeczy. To zdecydowanie znajdziemy w książkach węgierskiej rysowniczki. Polecałam Wam już „Nauka rysowania. Zacznij od ziemniaczka!”. Po wielkim powodzeniu pierwszego tomu nie mogłyśmy przejść obojętnie obok kolejnego. "Jeszcze więcej nauki rysowania. Zacznij od ziemniaczka!" stało się obowiązkowym wsparciem w zachęcaniu do korzystania z kredek. Kolejna publikacja Írisz Agócs to "Od plamy do obrazka". Tym razem zabawy z plamami i sporo opowieści o procesie tworzenia.

W każdej książce autorki ze wstępu dowiemy się, dlaczego rysunki Írisz Agócs wyglądają tak, a nie inaczej. Ilustratorka zachęca odbiorców do wyrabiania własnego stylu, dawania ilustracjom duszy oraz tworzenia z nich wciągającej opowieści. A będzie to możliwe dzięki wyobraźni i nauczeniu się kilku prostych chwytów. Dowiemy się też jakie narzędzia są nam potrzebne i dlaczego linie pomocnicze przydają się także w prostych rysunkach. Wszystkie te publikacje łączy też to, że pobudzają wyobraźnię, zabierają do świata opowieści. Zamiast prostej instrukcji mamy opowiedziane historie, bohaterzy rysunków ożywają w czasie przygody z rysowaniem czy paćkania, czyli robienia różnorodnych plam, w które wpisywani są różnorodni bohaterzy i fantastyczne opowieści. Dzięki temu, że nie są to zwyczajne książki pokazujące tylko i wyłącznie jak coś rysować, ale opowiadające o bohaterach rysunków. Ilustratorka wydaje się zapraszać kolejne postaci do swojej publikacji. Dzięki temu przygodę z każdą książką zaczęłyśmy od przeczytania jej, przyjrzenia się ilustracjom. W niewielkiej ilości tekstu kryje się wiele fantastycznych i pouczających prawd, które każdy młody czytelnik powinien sobie przyswoić. Najistotniejszą jest to, że wszyscy się różnimy i jest to piękne, cudowne, a nie złe, czyli poza nauką rysowania dostajemy wspaniałą lekcję akceptacji. Do tego Írisz Agócs jest doskonałą motywatorką pokazującą, że nie ma idealnego sposobu rysowania i malowania. Każdy może mieć swój i musi go odkryć eksperymentując. Najważniejsza rzecz to ćwiczyć, próbować, wyrabiać swój styl.

W pierwszym tomie, czyli "Nauce rysowania" z instrukcjami autorki przećwiczymy rysowanie niedźwiedzi, małp, żyraf, świnek morskich, chomików, psów, wiewiórek, leniwców, słoni, jeżów, szopów praczy, ślimaków, koni, krokodylów, nosorożców, ośmiornic, lwów, kotów, ludzi, owiec, zajęcy, koali, nietoperzy, lam, myszy, goryli, lisów, pingwinów, pand, świnek, kóz, mrówkojadów, zebr, wielorybów, żubrów, dziobaków, wombatów, delfinów, pelikanów, tapirów, żab, tukanów, wszelkiego rodzaju żuczków, wydr, hipopotamów, gepardów, niedźwiedzi polarnych, sów, żółwi, kretów, kameleonów. "Jeszcze więcej nauki rysowania" zabiera nas w baśniowo-świąteczne klimaty. Mamy tu mikołaje, elfy, renifery, bałwany, księżniczki, królów, smoków, żłobki, zwierzęta kojarzące się ze stajenką, postacie z baśni Grimmów. Jest tego sporo, co daje dużą możliwość na ćwiczenie oraz tworzenie własnych opowieści.
"Od plamy do obrazka" to publikacja zabierająca nas do różnych światów. Mamy tu tworzenie ptaków, dżungli, świata podwodnego, miejskich map i wielu, wielu innych. Każda ilustracja będąca punktem wyjścia do własnych ćwiczeń tętni życiem. Przykłady pobudzają wyobraźnię i pokazują, dlaczego warto puścić wodze fantazji.
Jak dla mnie publikacje Írisz Agócs to fantastyczna pomoc zachęcająca do tworzenia, rozwijania swoich artystycznych umiejętności. Córce bardzo podobała się opowieść o każdej rysowanej postaci. Zdecydowanie polecam.










Z jakimi wyzwaniami w szkole mierzy się osoba ze spektrum autyzmu

 Mam spektrum autyzmu, co sprawia, że komunikacja vis a vis jest dla mnie problematyczna. I to nie dlatego, że nie potrafię patrzeć w oczy. Bardziej ze względu na ilość bodźców. Ta ilość zapachów, dźwięków, wrażeń dotykowych i świetlnych jest czasami przytłaczająca. Kiedy ktoś się rusza, każdy pachnie inaczej, a budynek jest zbiorowiskiem osób i ma za sobą długa historię to mam gwarantowane problemy z przekazywaniem słownie tego, co mam do powiedzenia. Z tego powodu zawsze wolałam kartkówki od przepytywanek. Ogólnie nie cierpiałam sprawdzania jakiejkolwiek wiedzy, bo nie zawsze potrafiłam ubrać ją w słowa. Im większa szkoła tym większy problem, im nowsze zapachy tym większy problem, dlatego pójście do liceum było dla mnie wielkim wyzwaniem. Najpierw trzeba było dotrzeć tam autobusem pełnym ludzkich zapachów. Później przejść koło kilometra przez miasto z dużą ilością nowych bodźców i na koniec docierałam do szkoły, która była tak około 2x większa od podstawówki. Strasznie dużo ludzi, dużo zapachów, a ja umęczona samym dotarciem na miejsce. To sprawiło, że nauka już nie przychodziła mi tak łatwo jak w podstawówce. W obu szkołach jednak największym wyzwaniem były języki obce. Nie dość, że ta masa bodźców przytłaczała to jeszcze trzeba było przyswajać sobie słówka, a później wykorzystywać je w konwersacjach. Skutek: zawsze byłam kiepska z języków. No może nie do końca całkowicie, bo czytać potrafiłam i świetnie rozumiałam teksty, ale z mówieniem zawsze miałam problem. Zwłaszcza, kiedy w grupie było kilkanaście wiercących się osób. Egzaminy zdawałam dobrze i bardzo dobrze dzięki temu, że w sali były max 3 osoby, a nie 20-30. Po latach postanowiłam odświeżyć sobie umiejętność mówienia (bo czytam od zawsze). I co? Żałuję, że takiego sposobu nauczania języka obcego nie było w czasie mojej edukacji.
Jeśli macie ucznia, który duka w obcym języku, wydaje się, że on nie rozumie zadawanych mu pytań to możliwe, że problemem nie jest to, że on nie zna słówek, nie uczy się, ale może być stłamszony przez nadmiar bodźców.
Obecnie jestem na takim etapie, że nauczyłam się ze swoją "urodą" żyć, ale tylko dlatego, że nie jestem codziennie wystawiana na przymusowy kontakt z tłumem zgromadzonym w budynku, w którym uczyło się wiele pokoleń. Dzięki temu mogę spokojnie czytać w plenerze czy uczyć się nawet w szpitalu. I taki miałam ostatnio sprytny plan: nie spakuję miliona książek, bo ciężkie. Pouczę się. Nie przewidziałam jednej rzeczy: w szpitalu nie było zasięgu sieci. Drugie wyzwanie: szpitalna sieć wylogowywała mnie co kwadrans i nie chciała, aby telefon ją pamiętał. Ale i tak jestem zadowolona z wszystkiego, co udało się zrobić i załatwić oraz nowych ciekawych znajomości.

W jaki sposób pomagacie sobie w nauce języków obcych?

poniedziałek, 10 marca 2025

Jolanta Kosowska "Wyspa luzu"


"Każdy jest kowalem własnego losu" to jeden z bardziej kłamliwych sloganów używanych do zrzucenia winy na osoby, którym się nie powiodło lub miały trudniejszy start. Kładzie on nacisk na naszą odpowiedzialność za własny los i pomija wkład innych ludzi ich ingerencję w naszą codzienność. Wydawałoby się, że słusznie, ale czy na pewno? Jak wiele rzeczy w naszym życiu zależy od czynów i słów otoczenia? Jak bardzo sympatie i antypatie oraz osobiste plany bliskich mogą wpływać na naszą codzienność? Na co dzień nie zastanawiamy się nad tym. Te pytania pojawiły się u mnie w czasie lektury książki Jolanty Kosowskiej "Wyspa luzu", historii o wielkiej miłości, próbie, manipulacji i rozczarowaniu.
Do powieści wprowadza nas Natalia, która po zakończonym związku próbuje na nowo ułożyć sobie życie. Czuje, że gdziekolwiek w Polsce nie będzie to możliwe. Postanawia wprowadzić do swojego życia poważną rewolucję i zacząć wszystko od nowa w Grecji. Po rozstaniu z narzeczonym to drastyczny krok, ale czuje, że tylko w ten sposób będzie mogła stanąć twardo na nogach. Po latach Michał, niedoszły mąż Natalii, spotyka się ze znajomymi ze studiów. Jego najlepszy przyjaciel, Rafał, wraca do wydarzeń sprzed lat i przedstawia perspektywę Natalii. Dzięki temu Michał zaczyna nieco inaczej patrzeć na czas rozstania. Początkową złość zastępuje ciekawość i chęć spotkania z byłą narzeczoną. Poznanie wydarzeń sprzed lat z różnych perspektyw przekonuje go, że musi pojechać na Kos i tam liczyć na szczęśliwy przypadek, który skrzyżuje jego drogę ze ścieżkami Natalii.
Jolanta Kosowska podsuwa nam pouczającą opowieść o tym, że do miłości trzeba dorosnąć. Niezależność daje wolność pozwalającą na decydowanie o każdym aspekcie, pozwala na odpowiedzialność za wspólne życie. Brak tych elementów podcina skrzydła, sprawia, że codzienność może nas przerosnąć. Trudy bardzo szybko oddalają ludzi od siebie i sprawiają, że każdy pretekst staje się dobry do rozstania. I to wykorzystuje matka chłopaka doprowadzająca do rozstania syna z narzeczoną. Podjętych decyzji, rzuconych oskarżeń jednak nie tak łatwo cofnąć. Odgrywanie roli ofiary też nie ułatwia dialogu. Rozłam jest coraz większy i dotkliwszy.
Pisarka do świata Natalii i Michała zabiera nas podsuwając ich perspektywę. Dzięki takiemu zabiegowi poznajemy ich emocje, motywacje oraz możemy lepiej zrozumieć sytuację. Uzupełnienie historii przez wplecione w akcje rozmowy zawierające retrospekcje pomaga osadzić bohaterów w konkretnych czasach i otoczeniu. Ono jest tu bardzo ważne, ponieważ pisarka zabiera nas do miejsc istniejących. Razem z bohaterami udajemy się na spacer po Wrocławiu i po greckiej wyspie. Świetne opisy pozwalają nam na przeniesienie się do tych miejsc i poczucie ich klimatu. Jolanta Kosowska tradycyjnie podsuwa czytelnikom sporo ciekawostek i malownicze opisy odwiedzanych miejsc, co bardzo dobrze dopełnia akcję. A ta jest szybka, zaskakująca i bogata w rosnące między bohaterami napięcie. Akcja toczy się z jednej strony wokół codzienności, wakacyjnych doświadczeń, a z drugiej sporo tu zwyczajnej codzienności, pracy, oddawaniu się pasji, podążania w życiu zawodowym za głosem serca. Wykreowani przez Jolantę Kosowską bohaterzy są pasjonatami, którzy dbają o to, aby wykonane przez nich prace były jak najlepsze. Przy okazji zrozumiemy, że każde zajęcie tylko pozornie jest łatwe. Wielkie i piękne rzeczy wymagają trudów. Czasami taplania się w przysłowiowym lub realnym błocie, którego zapach i dotyk wydajemy się czuć tak jak bohater. "Wyspa luzu" to powieść obfitująca w opisy poruszające wyobraźnię, odwołujące się do zmysłów, przypominające, że odwiedzając różne miejsca powinniśmy chłonąć je wszystkimi zmysłami. Obok poważnej historii, dramatu rozstania, opowieści o budowaniu życia na nowo nie zabraknie też szczypty humoru i pokazania, że na niektóre rzeczy trzeba poczekać, a do innych dorosnąć, aby je docenić.
"Wyspa luzu" to kolejna lekka, wciągająca powieść Jolanty Kosowskiej z dużą dawką życiowych mądrości i inspiracji. Zdecydowanie polecam.



Marta Jednachowska "Toskański ślub"

 


Każdy z nas nosi maski. Są to role, w które się wpisujemy. Gramy dobrych lub złych ludzi, profesjonalnych lub niezaangażowanych, jesteśmy córkami, matkami, synami, ojcami, pracownikami, sąsiadami, krewnymi, przyjaciółmi. Z każda osoba w otoczeniu wyzwala z nas inne cechy, skłania do określonych zachowań oraz tworzenia specyficznych relacji. Czasami wpływ otoczenia jest większy, innym razem mniejszy. Ta determinacja wzajemnymi powiązaniami i odgrywanymi przed sobą rolami jest jak fala rozchodząca się na tafli spokojnego jeziora, w którym wylądował kamień. Od jego ciężkości, lotu oraz kąta padania zależy wygląd rozchodzących się kręgów, od częstotliwości rzucania zależy to, czy poszczególne kręgi będą się na siebie nakładać. I nie ma w tym nic złego i dziwnego dopóki nasza gra nie krzywdzi innych, kiedy pozory nie są wykorzystywane wyłącznie do osiągnięcia osobistych celów. Taki problem podsuwa w swojej książce "Toskański ślub" Marta Jednachowska zabierająca czytelników do malowniczej Toskanii z piękną okolicą Pizy.
Opowieść zaczyna się jeszcze w Polsce. Ewa przygotowuje się do wyjazdu na ślub przyjaciółki. Jest to nietypowe wydarzenie, ponieważ młodej parze w ceremonii towarzyszyć będą tylko cztery osoby. Do tego nie są one z młodymi spokrewnione, nie znają się wzajemnie. Poza tym ceremonia odbędzie się we Włoszech. Za wyjazd każdy płaci sam, czyli mamy coś w formie przymusowych wakacji bez najbliższych. I właśnie to wywołuje w Ewie i jej partnerze największy niepokój. Mimo tego Ewa stara cieszyć się z wyróżnienia, jakie ją spotkało ze strony dawno niewidzianej przyjaciółki. Przygotowania do ceremonii w jej oczekiwaniu mają kobiety na nowo zbliżyć, zacieśnić relacje z czasów studiów oraz wspólnie miło spędzić czas w ciekawym otoczeniu. Szybko się okazuje, że całe przedsięwzięcie jest kompletną klapą. Uczestnicy miewają swoje humory i humorki, izolują się, dystansują, a sama para młoda minimalizuje czas spędzony z gośćmi, nie potrzebuje pomocy w przygotowaniach. Goście mają zorganizować sobie czas sami, a ograniczeni są ilością wynajętych samochodów, więc samowolne podróże, samotne zwiedzanie nie wchodzi w grę. Albo wszyscy się ruszają albo nikt. Mało tego: po przysiędze małżonkowie mają przenieść się do luksusowego hotelu, a gości pozostawić w wynajętym mieszkaniu. Czwórka nieznających się osób ma pozostać sama ze sobą, co czyni wyjazd jeszcze bardziej mało atrakcyjnym. Wspólnie spędzanie czasu w atrakcyjnym miejscu zakładał też zwiedzanie malowniczej Toskanii, ale i tego może nie być, ponieważ niektórym uczestnikom nie chce się nic robić poza siedzeniem w pokoju.
Okładka z obrączkami, pięknym widokiem zapowiada romantyczną historię. Wydanie w lutym przywodzi na myśl Walentynki. Nic bardziej mylnego. Marta Jednachowska podsuwa nam powieść pełną zagadek, niedomówień, tajemnic. W tle pojawia się oszustwo, szantaż i tajemnice oraz złamane serce. Z romantycznej historii szybko przenosimy się do thrillera, w którym ciąg tajemniczych i dziwnych wydarzeń wydaje się otwierać oszustwo organizatora. Analizowanie poszczególnych zdarzeń, wchodzenie do przeszłości pozwala szerzej spojrzeć na wydarzenia i odkryć jak pozory mogą nas zwieźć.
Marta Jednachowska każdemu z bohaterów oddaje głos. Poznajemy historię z różnych perspektyw, dzięki czemu puzzle wydarzeń pięknie do siebie pasują i dopełniają. Mamy okazję poznać osobowość i myśli wykreowanych postaci, a także zrozumieć jak bardzo inne osoby mogą wpływać na zachowanie. Każde wydarzenie odciska na bohaterach piętno. Jedno jest pewne: ten spędzony wspólnie czas wywróci życie wszystkich uczestników. Jedni znajdą miłość, inni ją stracą, jedni będą musieli pogodzić się z tym, co przyniósł los, inni będą musieli udawać, aby chronić ukochaną osobę, a innym pozostanie bunt i próba zrozumienia wydarzeń. W akcję wpleciono też opowieści o zwiedzanych miejscach, ciekawostki historyczne. Piękne opisy pozwalają czytelnikom przenieść się do okolic Pizy, poznać interesujące postaci historyczne, zrozumieć ich fenomen.
"Toskańskie wesele" to historia mająca wiele przesłań oraz ważnych społecznie tematów. Na plan pierwszy wysuwa się przekonanie, że nie należy nikogo oceniać oraz warto wysłuchać tych, o których mamy złą opinię. Zobaczymy też jak odległość zmienia perspektywę, samotny wyjazd pozwala na wyzwolenie się z toksycznego związku. Czas dla siebie to też możliwość lepszego przyjrzenia się relacjom, pragnieniom, marzeniom i postawieniu sobie pytań o dalszą drogę. Książka Marty Jednachowskiej to opowieść pełna tajemnic. Każdy bohater ma tu swoje doświadczenia i skomplikowane relacje z rodziną oraz przyjaciółmi. Przychodzą z tym bagażem do miejsca, które pozornie ich nie łączy. Stopniowe przebywanie ze sobą, kolejne dni pozwalają na nawiązanie więzi i metamorfozy. Marta Jednachowska pokazuje nam jak pozory mogą mylić. Antypatyczne postacie z czasem stają się duszami towarzystwa, a miłe zmieniają się w... No właśnie, w kogo? Oszustów? Kochanków? Złodziei? Co kryje się za zachowaniami każdej osoby dowiecie się czytając całą powieść.
"Toskański ślub" to wciągająca i pouczająca lektura. Pojawia się w niej motyw zdrady, oszustwa, szantażu, a nawet zbrodni. Nie brakuje przemocy w związku, toksycznych relacji, manipulacji. Początkowo leniwa akcja przyspiesza, kiedy okazuje się, że romantycznego ślubu jednak nie będzie, a sielski nastrój zostaje zastąpiony tajemnicami, niedomówieniami i żalem. Oczywiście nie zabraknie tu też wesela i romantycznego zakończenia, ale to musicie poznać sami. Zdecydowanie polecam książkę.

czwartek, 27 lutego 2025

Magdalena Kułaga "Malarz światów"


Proste opowieści czasami kryją w sobie całe mnóstwo prawd społecznych, pozwalają obnażać bolączki i rozmawiać o wielu aktualnych wydarzeniach. Tak właśnie jest w przypadku powieści "Malarz światów" Magdaleny Kułagi. Na pierwszy rzut oka dostajemy świetną historię o niepełnosprawności, zagubieniu, miłości, otwartości, widzeniu czegoś więcej. Jeśli przyjrzymy się głębiej to okazuje się, że nie brakuje tu problemu manipulacji, zła, które może łatwo zakiełkować, jeśli zbyt łatwo będziemy ufać ludziom szukających w społeczności wrogów, którym mogą przypisać wszelkie nieszczęścia zamiast winy szukać w sobie. "Malarz światów" to też opowieść o wykluczeniu, lęku, zakłamywaniu historii, krzywdzeniu w imię zysku, ale jednocześnie o tym, że każde zło można zwalczyć, jeśli zrobimy to wystarczająco wcześnie i znajdziemy w sobie odwagę na przeciwstawienie się mu.

Do opowieści wprowadza nas scena tworzenia. Młody bohater z pasją oddaje się malowaniu. Obrazy tworzy nakładając farbę na płótno palcami, muskając. W tej scenie jest coś z magii. Bliskość twórcy i materiałów, doświadczenia w czasie procesu tworzenia pełne są emocji. Dowiadujemy się o jego niepełnosprawności, zagubieniu, poznajemy sposób funkcjonowania. Bastian jest młodym, inteligentnym i bardzo wrażliwym mężczyzną, który nauczył się czytać z ruchu warg. Z powodu swojej niepełnosprawności zaczął być postrzegany jako głupszy. Wykluczany przez ojca ucieka w sztukę i izoluje się od ludzi. Rozwijająca się choroba frustruje, wywołuje złość. Emocje potrzebują ujścia. Tę możliwość daje mu malowanie. Tworzone przez niego dzieła pełne są magii. Swoimi pracami odmienia los wielu osób. Mogą one dzięki nim spojrzeć w głąb siebie, zrozumieć prawdziwą naturę i pragnienia. Obrazy Bastiana skutecznie wpływają na postawy ludzi. Otwiera on każdego na dobro, które ma on w sobie. Osoby, które mogą uchodzić za miejscowych łobuzów ulegają cudownej metamorfozie. Bohatera wydobywającego z innych dobro prześladują brutalne sceny, których był świadkiem w pobliskich grotach. Tam na jawie czy też we śnie dostrzegł śmierć cudotwórcy z rąk osoby żądnej władzy. Prześladującą go scenę utrwala na obrazie. Niedługo po tym w miasteczku pojawia się tajemniczy mężczyzna, którego Bastian utrwalił w chwili dokonywania zbrodni. A wszystko po to, aby zdobyć magiczne rękawice, dzięki którym może czynić cuda przywracając ludziom zdrowie. Jego przybycie do Perły staje się początkiem wielu zmian. Początkowo nieśmiałe wchodzenie do społeczności szybko zastępuje coraz intensywniejsza manipulacja. Uzdrawiające rękawice pozwalają mu na pozyskanie zaufania i stopniowego wprowadzania dyktatury.
Zjawienie się obcego mającego złe intencje sprawia, że w małym spokojnym miasteczku pojawia się chaos. Ludzie dzielą się na zwolenników miejscowego dziwaka, jakim jest malarz oraz uzdrawiającego przybysza, który pod pozorem pomocy uzależnia od siebie kolejnych mieszkańców. Spore grono wrogów, jakich Bastian ze względu na niesioną ofiarom przemocy pomoc zyskuje, sprawia, że obcemu łatwiej jest manipulować i prześladować go.
"Malarz światów" to opowieść o walce dobra ze złem, ale też o odmienności, otwartości na nią. Pokazuje jak wiele zła mogą przynieść uprzedzenia i popieranie niewłaściwych osób. Uleganie osobom ze skłonnościami do przemocy prędzej czy później prowadzi do niewolnictwa. Magdalena Kułaga pokazuje, że totalitaryzm wymaga społecznego wsparcia. Bez tego nie ma szansy zaistnieć. Słabość i zło czyhające w społeczeństwach prowadzą do całkowitego przejęcia władzy i siania terroru. Władza kreuje wrogów społeczności, aby odciągnąć od siebie uwagę. Nagonka na osoby odmienne sprawia, że pojawia się mniej pytań o poczynania osoby, która stanęła na czele miasta. Mamy tu świetną historię pokazującą, w jaki sposób każda władza może nam zagrozić, uświadamiająca jak wielkim złem jest uleganie manipulacji, szukanie winnych dziejącego się w społeczeństwie zła zamiast poprawianiem siebie.
Powieść pełna jest zaskakujących zwrotów akcji. Nie brakuje w niej brutalności i uświadomienia, że osoby żądne władzy gotowe są na wszystko. Przeszłość -zarówno bliską jak i daleką- poznajemy dzięki retrospekcjom w postaci wspomnień lub opowieści. Życie bohatera obfituje w dylematy moralne. Nie brakuje tu też odkrywania zaskakującej przeszłości przodków i związanej z tym ciekawej historii wyspy. Magdalena Kułaga biegle włada językiem, podsuwa ciekawe, pobudzające wyobraźnię obrazy. Każda postać jest tu inna. Do tego nie brakuje postaci, które ulegają zmianie. Uświadamia czytelników, że nie ma ludzi z natury złych lub dobrych tylko są tacy, którzy podejmują czasami błędne, a czasami dobre decyzje. Zawsze jest to wynik kierowania się określonym interesem, czyli z naszego punktu widzenia dobra. Pisarka kładzie nacisk na to, abyśmy ciągle analizowali swoje czyny, bo perspektywa czasu i doświadczenia może pomóc spojrzeć na nie z innej perspektywy. Pokazuje, że na naprawę zła nigdy nie jest za późno.
"Malarz światów" to pouczająca i bardzo uniwersalna lektura. W każdych czasach istnieją osoby z różnych powodów wykluczane. Trzeba zachować czujność wobec tego, co wygłaszają osoby próbujące przejąć władzę lub próbujące manipulować opinią tłumu. Nie brakuje tu też tematu miłości, wybaczania, pokazywania, że każdy jest inny i przez to potrzebny, bo dzięki różnorodności możemy się uzupełniać. W lekturze nie zabraknie też wątku smoków. Magdalena Kułaga sięga tu po motyw magicznych gadów mających moc przemiany w ludzi. Uprzedzenia sprawiają, że w imię miłości niektórzy bohaterzy muszą wyzbyć się części swojej osobowości, odgrywać kogoś kim nie są.
Pisarka używa tu też motywy sztuki (malarstwa) jako elementy terapeutycznego. Artysta jest tu nie tylko rzemieślnikiem, ale kimś, kto widzi więcej i głębiej. Swoim spojrzeniem oraz wizją może zmieniać otoczenie, inspirować, nadawać bieg wydarzeniom. Bastian staje się tu kimś, poruszyć otoczenie, nakłonić do zmian na lepsze. Jako miłośniczce interseksualności ucieszyło mnie też nawiązanie do innych książek, przywoływanie z nich motywów. Takie mruganie do czytelnika pomaga rozbudować świat o kolejne wątki, poszerzyć stworzone przez pisarkę uniwersum.
Jeśli chodzi o głównego bohatera jest to postać, która może wywołać skrajne emocje. Z jednej strony utalentowany i inteligentny, a z drugiej pozwala innym na pomówienia i manipulację. Ale czy my tacy właśnie nie jesteśmy, czy czasami dla wygody nie poddajemy się wizjom innych uciekając w codzienne zajęcia i zainteresowania. Odcinanie się od ludzi prędzej czy później przynosi efekt, ułatwia manipulację osobom chcącym krzywdzić. I taki właśnie los spotyka Bastiana.
Powieść ta emocjonalnie jest dla mnie ważna, ponieważ Magdalena Kułaga sięgnęła po prace mojej córki (Aleksandry Anny Sikorskiej). Reprodukcje znajdziemy zarówno na fantastycznej okładce jak i w środku. Do tego Bastian sięga po tę samą technikę: przelewania farb, muskania palcami płótna, nakładania kolejnych warstw, z których obraz wydaje się wyłaniać niczym wydobywany ze świata magii. Różni ich tylko to, co tworzą: twórczość bohatera jest realistyczna i ma czasami duże rozmiary, a Aleksandra ogranicza się do niewielkich płócien i abstrakcji, w których każdy może zobaczyć coś innego. Być może tak jak w przypadku odbiorców literackiego twórcy pozwala ludziom na odkrywanie siebie. Zdecydowanie polecam.