Etykiety

wtorek, 26 października 2021

Przytłoczona zapachami

Jestem z tych dziwnych ludzi z nadwrażliwością zapachową. Wszystko i wszędzie mi mniej lub bardziej śmierdzi, więc dom dezynfekuję. Po dezynfekcji też śmierdzi, więc wietrzę. Na zewnątrz też śmierdzi, ale tak, że nawet mój mąż po covidzie (prawie już rok) czuje, więc naprawdę śmierdzi. No to zamykam drzwi i okna, żeby smrodków nie wpuszczać i znowu śmierdzi. Tym razem detergentem, zwierzakami i smażonym piętro wyżej jajkiem, bo Ola wprowadziła sobie w ciągu dwóch ostatnich dni dietę jajeczno-tortową: najpierw zjada sadzone jajko, popija barszczykiem, a później zjada kawałek tortu.
Niektóre rzeczy mi pachną: uwielbiam zapach żywicy, majowych świerków.
A Wy jakie zapachy lubicie, z jakimi macie problem, na punkcie jakich macie bzika?

Antoni Ferdynand Ossendowski "Słoń Birara"


W dawnych opowieściach dla dzieci jest sporo zła i przemocy, bo świat nie jest piękny, delikatny i dobry tylko brutalny, a życie trudne. Im niższa klasa społeczna tym bardziej ci najsłabsi i bezbronni doświadczają nierówności. Zwłaszcza, kiedy tracą kogoś bliskiego, kto troszczył się o cała rodzinę. I tak jest właśnie w przypadku rodziny Amry. Po śmierci dziadka tracą głównego żywiciela. Ojciec mający uszkodzone nogi w czasie wojny nie może stać się kornakiem ujeżdżającym słonia i pracującym w wyrębie dżungli. Jedyne zajęcie jakiemu może się oddać to rolnictwo, a to nie zapewni utrzymania wszystkich dzieci. Jedyna nadzieja w kilkuletnim Amrze, którego dziadek nauczył kierowania słoniem i oswoił zwierzaka z chłopcem. Bohater nie ma wątpliwości, że musi wziąć los we własne ręce, a tam gdzie nie da rady siłą musi kierować się sprytem. Początkowy sceptycyzm zleceniodawców zmienia się w uznanie dla przebiegłości chłopca. Amra jest w stanie zarobić na utrzymanie bliskich. W czasie wolnym od zrębu rusza na „polowanie”, aby złapać nowe słonie i pomóc w szkoleniu ich. Młodzieniec po raz kolejny zyskuje uznanie i dzięki temu może trafić na dwór króla, gdzie nawiązuje niezwykłą znajomość pozwalającą rodzinie wyjść z ubóstwa i zapewnić im byt, a jemu dać szanse na edukację.
„Słoń Birara” to opowieść o niezwykłej przyjaźni między kornakiem i jego słoniem oraz wielkim przywiązaniu zwierzęcia do swojego opiekuna. Amra robi wszystko, aby realizować własne marzenia i kiedy może rusza w świat. Przez część drogi Birara mu towarzyszy i razem cieszą się z polepszającego losu. Jednak po odejściu chłopca zwierzę zaślepione tęsknotą rusza na poszukiwania. Spotyka go wiele zła, boryka się z chorobami, odrzuceniem, trudnymi emocjami, bólem, ranami, myśliwymi, dzikimi zwierzętami. Wymęczony, utrudzony w końcu wraca do pałacu, gdzie oczekuje na powrót Amry i księcia. Jest on tak posłuszny i podległy swojemu ludzkiemu przyjacielowi, że na jedno ego słowo gotowy jest poświęcić własne życie. Jego poświęcenie i zaangażowanie zostaje docenione oraz nagrodzony jest też sam kornak.
Opowieść o słoniu jest pretekstem do pokazania jak zmienia się los otwartego i zaangażowanego w pracę chłopca. Jest to pewnego rodzaju pochwała przedsiębiorczości, pracowitości, szerszego patrzenia na świat, a nie tylko ograniczania się do tego, co można osiągnąć w ramach opieki rodziców. Jest w tej książce spora dawka energii i nadziei, że czasami nie trzeba wielkiej siły tylko pomysłowość oraz chęć ruszenia w świat. Bohater nie boi się przekraczania umownych granic społecznych, czym zyskuje sympatie królewskiego potomka. Dzięki dobrej pamięci i zamiłowaniu do nauki w przyszłości będzie miał szansę do pracy na dworze. Widzimy jak lojalność może otworzyć serca władców. Jest to taki troszkę wyidealizowany obrazek, ale właśnie ta idealizacja może pokazać moc wiedzy i pracowitości. Wielkim plusem jest pokazanie, że wcale nie trzeba stosować wobec zwierząt przemocy, aby one chętnie wykonywały polecenia. Wręcz przeciwnie: łagodność, wrażliwość i rozpieszczenie olbrzyma sprawia, że poza swoim opiekunem świata nie widzi, bo czuje, że jest on częścią jego stada.
Tocząca się na początku ubiegłego wieku akcja zabiera nas do innych realiów, ale sporo tematów jest aktualnych. Książka napisana z myślą o dzieciach. Ja jednak czytałam ją sama, ponieważ pamiętałam, że jest tam sporo cierpienia zwierzęcia, a moja córka jest bardzo wrażliwym dzieckiem i troszkę bałam się jej reakcji. Jedno jest pewne: ta lektura pokaże młodym czytelnikom, że wytężona praca oraz przyjazne nastawienie mogą pomóc w stworzeniu zaskakujących więzi.


Beata Zdziarska "Po drugiej stronie raju"



Pędząc za bogactwami i robiąc karierę często zapominamy jak niesamowicie ulotne jest życie. Chcemy więcej i intensywniejszych doznań, pragniemy zdobyć uznanie wśród przełożonych i bliskich. Często kosztem budowania relacji z najbliższymi. Ewa i Mateusz są małżeństwem młodych wilczków, którzy prą do przodu i konsekwentnie wspinają się po szczeblach kariery. Ich życie wydaje się usłane różami i bezproblemowe. Jedynym ich zmartwieniem jest uzgodnienie miejsca, w którym spędzą dawno wyczekiwany urlop. Zwłaszcza, że do tej pory pracowali kosztem dni wolnych i nie mieli okazji do odpoczynku. Można śmiało powiedzieć, że ich styl życia doskonale wpisuje się w „kulturę zapierdu” lub mógłby być reklamą takiego sposobu życia, bo dzięki zarobkom nie muszą się ograniczać. Duży apartament jest wygodny i nowoczesny. Spotykają się w nim tylko na kilka godzin na dobę, ale to ich wspólne miejsce. Kiedyś mają zwolnić, ale jeszcze nie teraz. Widzą siebie w kontraście z rodzinami mającymi dzieci. Zdecydowanie ocena wypada za brakiem takich zobowiązań i w pierwszej kolejności zapewnieniem sobie dobrej pozycji w pracy. Życie uprzykrzają im jedynie kłótnie o drobnostki. Im więcej pracują tym bardziej się siebie czepiają. Małżeństwo powoli zaczyna dogorywać. Wczasy mogą urozmaicić ich czas i pozwolić na zbliżenie się, zawaczenie o wsólne szczęście. Jednak jak o nie zadbać, kiedy każde ma inną wizję odpoczynku, bliskości i poczucia satysfakcji? Wspólnie spędzone wakacje okazują się katastrofą, ale to nie ona wywróci ich życie do góry nogami, bo los w zanadrzu trzyma poważną próbę, z którą będą musieli się zmierzyć i w której nie będzie wygranych tylko sami pokonani.
„Po drugiej stronie raju” to bardzo refleksyjna opowieść o ulotności życia, tego, że z dnia na dzień nasza codzienność może zostać wywrócona do góry nogami i nawet będąc niesamowicie pracowitymi oraz przedsiębiorczymi prędzej czy później możemy przegrać swój los, bo on nie ogranicza się do liczby zarobionych pieniędzy i uzyskanej pozycji. Potrzeba czegoś jeszcze. Autorka z wielką wprawą opisała kolejne stadia choroby, pokazała ważne dylematy, poruszyła problem funkcjonowania opiekunów osób niepełnosprawnych w społeczeństwie. Beata Zdziarska zabiera nas w niesamowicie pouczającą podróż, w której nie zabraknie radości i smutków, śledzenia losów bohaterów, przyglądaniu się ich przeszłości, zawierania znajomości, początków wspólnego życia, a później dylematów związanych z oddalaniem i odchodzeniem.
Często w kontekście osób uzależnionych mówi się o współuzależnieniu. Niestety mało miejsca poświęcono problemowi współuczestnictwa w chorobie, tego jak udział przekłada się na codzienność, z jakimi problemami i emocjami trzeba się zmierzyć, w jaki sposób sam chory musi wejść w rolę chorego, poddać się opiece bliskich oraz specjalistów . Beata Zdziarska kreśli bardzo realistyczne wydarzenia, w których bohaterzy posiadają gamę kontrastujących kolorów charakterów, a ich decyzje dalekie są od czarno-białych postaw. Można pokusić się o stwierdzenie, że każda decyzja jest zła. Pisarka prowokuje, pokazuje trudne sytuacje i wybory, każe swoim bohaterom błądzić, abyśmy zadali sobie pytanie, jak my odnaleźlibyśmy się w tej sytuacji lub popatrzyli na innych bardziej wrażliwym wzrokiem, w którym nie będzie oceniania tylko zrozumienie.
Cała historia zaczyna się od tajemniczego „spotkania” dwóch kobiet w szpitalu. Mamy wrażenie, ze zaraz dostaniemy ckliwy romans, w którym była żona i kochana będą walczyły o mężczyznę. Nic bardziej mylnego. Liścik starszej do młodszej sprawia, że każda z nich zaczyna przywoływać sobie przeszłość zapamiętaną z ich perspektywy. W to spojrzenie wpleciona jest codzienność mężczyzny, którego miłość je łączy: Mateusza, czyli syna i męża. Dzięki spojrzeniu Zofii poznajemy skrawki dzieciństwa, młodości, ich walkę o lepsze jutro, jego pracowitość, zaangażowanie, ale też pierwszą miłość, fascynację, dbanie o wspólne życie. Ewa pokazuje nam początki znajomości, pozwala wejść w świat rozwijających się uczuć, ale też pokazuje jak bardzo musiała się przeciwstawiać rodzicom, aby zrealizować własną wizję przyszłości.
„Po drugiej stronie raju” Beaty Zdziarskiej czyta się z zapartym tchem. Do tego w tekście znajdziemy sporo zdań oraz wydarzeń skłaniających do refleksji. Mimo trudnego tematu jest to opowieść niesamowicie optymistyczna, sprawiająca, że mamy poczucie sporej energii. Przez kolejne strony pędzi się niczym bohaterzy zatraceni w swojej pracy. A później przychodzi czas zatrzymania i refleksji, zastanowienia się nad własnym życiem, zadania sobie pytań, czy dokonujemy właściwych wyborów. Jest to piękna, poruszająca opowieść. Zdecydowanie polecam!
„Człowiek, który może liczyć wyłącznie na siebie, musi być nie tylko silny, ale też dobrze zorganizowany”.
„Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi przeobrazić nasze życie nie do poznania, poplątać nasze plany i marzenia. To, co znane, oswojone, przestaje istnieć. Wydeptana ścieżka ginie w mroku. Zaczynamy poruszać się po omacku i często trafiamy na drogę, która usuwa nam się spod nóg. Nie potrafimy przewidzieć, co się za chwilę stanie, niczego nie jesteśmy już pewni. Wtedy rodzi się lęk”.
„Jeśli chcesz odnieść sukces, musisz oddać się przyszłości, przeć do przodu jak opancerzony pojazd”.
„Tak dużo nas różni. Czasami odnoszę wrażenie, że z każdym wspólnie przeżytym rokiem tych różnic jest coraz więcej, chociaż powinno być dokładnie odwrotnie”.
„Na pozór idiotyczne drobnostki potrafią urosnąć do rangi ogromnego problemu i skutecznie zatruć codzienne życie dwojga ludzi”.
„Ludzie faktycznie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a szczególnie w momentach kryzysowych. Nie umieją odłożyć na bok urazy i porozumieć się w ważnych życiowych kwestiach. Zacietrzewiają się w swojej złości tak, że tracą zdolność logicznego myślenia. (…) A za cenę niewłaściwie pojmowanej ambicji są w stanie rozwalić wszystko, nawet zerwać rodzinne więzi”.
„Czasami trudne lekcje są nam potrzebne, żeby przemyśleć pewne sprawy na nowo i dojść do rozsądnych wniosków”.
„Humanista na dzisiejszym rynku pracy trochę przypomina człowieka zabłąkanego na pustyni. Wie, że musi dojść do celu, jednak nie ma pojęcia, w którą stronę ma się skierować”.
„Czasami myślę, że człowiek powinien mieć co najmniej dwa życia. To drugie po korekcie z naniesionymi poprawkami i wygumkowanymi błędami”.
„Zosiu, nie możemy porównywać się z innymi ludźmi. Jeśli chcemy zachować normalność i spokój umysłu, to musimy tego unikać. Zawsze będzie ktoś ładniejszy, mądrzejszy od nas. Ktoś, kto ma cudownego męża, utalentowane dzieci, lepszy samochód, dom zamiast mieszkania. Nikt z nas w momencie narodzin nie podpisał cyrografu z Panem Bogiem na szczęśliwe życie. Niestety, nie dostaliśmy od niego na to gwarancji, a wielka szkoda, bo nawet nie mamy prawa reklamować wadliwego produktu, który otrzymaliśmy bez możliwości odmowy”.
„Ci, co twierdzą, że cierpienie uszlachetnia, nie wiedzą, o czym mówią. Albo próbują zaklinać rzeczywistość. W cierpieniu nie ma szlachetności. Ono odziera człowieka z godności, zatruwa, wyniszcza, degraduje. Jest wstydliwe. (…) Najpierw trzeba je przeżyć samemu, dopiero potem się wymądrzać”.
„Brak czasu jest świetną i nośną wymówką. Na taki argument każdy przytaknie głową, bo przecież żyjemy w świecie, który cierpi na deficyt czasu. Brak czasu przykrywa wszystkie pozostałe braki: woli, motywacji, nastroju czy zwyczajnej ochoty”.
„Więc gdzieś tam, w bliżej nieokreślonej przestrzeni oraz niezdefiniowanym czasie, ma być lepiej. Idealnie. Wszystkie religie obiecują to samo. Tylko dlaczego ta sielska wizja nie może zaistnieć tu i teraz na ziemi, w miejscu, które tak doskonale znamy?”.
„Nie powinniśmy żałować przeszłości. Najwyżej przemyśleć błędy tak, żebyśmy unikali ich w przyszłości. Ja w ogóle uważam, że ludzie za dużo uwagi poświęcają przeszłości. Rozpamiętują, analizują, snują opowieści, ‘co by było gdyby’. Jak się człowiek nad tym zastanowi, to dojdzie do wniosku, że to tak naprawdę nie ma sensu. Czas nie ma przystanków, nie zwolni, nie zawróci, nie da nam drugiej szansy. Czy nie lepiej skupić się na tym, co jest, co będzie?”
„Jeśli człowiek się zastanowi, to dojdzie do wniosku, że całe jego życie jest wypełnione czekaniem. Wszystko przecież ma swój czas, którego nie da się przyspieszyć ani nagiąć do indywidualnych potrzeb”.
„Zmaganie się ze słabością własnego ciała stanowi większy heroizm niż bohaterstwo wojenne. O ile w tym drugim człowiek jest w stanie odnaleźć sens, może zyskać sławę, a przynajmniej szacunek w oczach społeczeństwa, o tyle choroba, która ogranicza wolę działania, skazuje na samotną anonimową walkę w świecie zredukowanym do minimum”.
„Cierpienie to najbardziej ironiczna forma bohaterstwa”.
„Zdrada bliskiej osoby szarpie, rozrywa wnętrzności niczym ostry chirurgiczny nóż”.
„Przeszukiwanie osobistych rzeczy zmarłej osoby przypomina grzebanie w zakamarkach czyjejś duszy. Miałam wrażenie, że jestem jak złodziej, który wdarł się do serca drugiego człowieka, aby okraść je z najbardziej intymnych tajemnic”.
„Uczucie żalu potrafi być straszne. Ciąży nad człowiekiem jak oddech bezsennej nocy, kiedy jałowo ciągnące się upiorne długie godziny wysysają z nas chęć do życia”.”.




poniedziałek, 25 października 2021

Bilans dziecka

Możecie mi wierzyć lub nie, ale rodzice dzieci niepełnosprawnych (z naciskiem na dzieci z autyzmem) są mistrzami przeprowadzania głupich rozmów ze specjalistami lub osobami kierującymi na coś, co ich zdaniem nie ma sensu, bo dziecko i tak pod opieką kilku specjalistów i jakieś tam zerkanie pielęgniarki czy lekarza rodzinnego uważają za bezsensowne. Ola skończyła 10 lat, więc trzeba zrobić bilans. Trzeba, nie trzeba. Obowiązku nie ma, namawiani jesteśmy, a ja tam w myślach próbuję wcisnąć taką wizytę u rodzinnej, pominąć w myślach to, że nie pójdziemy na relaksujący spacer tylko na stresującą dla Oli wizytę i wychodzi tak:
-Uważam, że to nie ma sensu. Ola jest pod opieką kilku specjalistów. Bilans jest raczej dla dzieci, które do lekarza nie chodzą.
-Wie pani, wtedy można wykryć różne nieprawidłowości - objaśnia mi rozmówczyni.
-Myślę, że Ola ma wystarczającą ilość nieprawidłowości wykrytych. Ma zdiagnozowany autyzm, padaczkę, wadę wzroku. Więcej rzeczy nie potrzebujemy wykrywać - żartuję.
-Wie pani, lekarz może na bilansie obejrzeć dziecko i może będzie coś jeszcze.
-O ile Ola da się zbadać - to po pierwsze. Po drugie na żadnym z bilansów lekarze nie stwierdzili żadnych nieprawidłowości. Autyzm, padaczkę i wadę wzroku wykryto dzięki naszej upierdliwości. Jeśli będzie mnie coś niepokoiło to zapewniam, że będę dążyła do zbadania.
-Ale dziecko może mieć krzywy kręgosłup.
-Może, ale nie ma.
-Skąd pani to wie?
-Bo sama ciągle ją obserwuję. Studiowałam fizjoterapię, więc jestem w stanie stwierdzić, czy dziecko ma krzywy kręgosłup. Wszystko inne ma przebadane przez specjalistów. Kolejne badanie 5 grudnia, więc średnio widzę sens.
Po rozłączeniu przypomniały mi się wszystkie te wizyty w regionalnej poradni, kiedy Ola pływała po podłodze, skakała z nudów po krzesłach, bo miała dość godzinnego czekania, a ja słuchałam od siedzących w poczekalni matron, że mam niegrzeczne dziecko i musiałam odpowiadać, że sama matrona jest niegrzeczna, bo dziecko ma autyzm i próbuje zapanować nad nadmiarem bodźców, a ona zwyczajnie po chamsku upierdliwa jest. Do tego unikamy wizyt u rodzinnej, bo pandemia. Od lekarstw i różnorodnych terapii mamy specjalistów.

Opowiem Wam bajkę o biedzie bogaczy

Zmiłuję się nad Wami- oczekującymi bajki o miłośniku PiS-u i w końcu będzie kolejny odcinek. Byłoby więcej, bo każdą sprawę na bieżąco o skomentować potrafi, na wszystkim się zna. Wiadomo: wszechstronni specjaliści to rzecz cenna, ale miałam wrażenie, że może za bardzo przesadzam z tym spisywaniem (utrwalaniem) dialogów, że może zachęcam kogoś do prześladowania jakiejś grupy, a nie taka moja intencja, bo może i partii nie lubię (nie lubię żadnej), ale daleka jestem od szydzenia z ludzi. Bardziej chciałam opowiadać o postawach, wiarach, zaciemnieniu umysłu przez propagandę telewizyjną, bo nawet najwszechstronniejsi "specjaliści" nie są na nią odporni. Baa, im wszechstronniejszy "specjalista" tym łatwiej poddaje się propagandzie.
-Pani, tyle narzekają na inflację, na to, że rząd drukuje pieniądze, a on przecież dobrze chce dla nas. Każdy chce 500+, a nie myśli skąd to ma się wziąć. No trzeba dodrukować. To jasne jest. - Tłumaczy mi miłośnik Pisu.
-Inflacja sprawi, że będziemy biedni.
-My, pani to już jesteśmy biedni. Dzięki PiS-owi troszkę mniej biedni. Za to te pazerne bogacze będą biedne i to jest piękne - uświadamia mnie rozmówca.
-Jak oni będą biedni to nas nie będzie na nic stać. Oni nie staną się biedni tylko po to, żebyśmy my byli bogatsi tylko pod warunkiem, że my będziemy lepszymi, bardziej posłusznymi niewolnikami. Ktoś tam mówił, że Polacy mają być w takiej sytuacji, żeby za miskę ryżu chętnie pracować.
-A widzi pani. W końcu do pani dotarło, że Tusk chce z nas niewolników niemieckich zrobić. - Wyjaśnia mi miłośnik Pisu.
Przez chwilę nie wiedziałam jak on tę pisowską miskę ryżu połączył z Tuskiem. Olśniła mnie znajoma, która uświadomiła mnie, w jakim kontekście TVPis pokazuje Tuska: Mówiącego coś, że coś ma być dla Niemiec...

Trzynaście rzeczy, które nas wzruszyło i dało kopa do działania

 Powoli, powolutku na subkonto w fundacji wpływa darowany przez Was 1% z podatku. Jesteśmy niesamowicie wzruszeni, że tak wiele osób o nas pamiętało w czasie rozliczeń, że wsparliście właśnie Olę. Dzięki Wam będziemy mogli swobodniej zaplanować terapię.

Druga dobra wiadomość: pojawiły się też darowizny na hipoterapię. Nic tylko jeździć. Oli buzia na myśl o konikach roześmiana. Bardzo lubi taką formę aktywności.
Trzecia dobra wiadomość: Ola wróciła na terapię do logopedy na NFZ. Teraz czekamy jeszcze na SI. Widzę, że potrzebuje takiego wsparcia i staram się jak mogę, ale potrzebuje też pracy z terapeutą.
Czwarta dobra wiadomość: po kryzysach z chodzeniem Ola daje się skuteczniej namawiać na maszerowanie na spacerach. To też ważne.
Piąta dobra wiadomość: w grupie stworzonej w celu zbierania pieniędzy na terapię jest już nas ponad 110 osób. Kilka już wystawiło różne rzeczy. Bardzo dziękujemy, że dołączacie do tej grupy, dodajecie swoich znajomych.
Szósta dobra wiadomość: naliczanych pieniędzy z 1% jest już 8 tys!!! Jesteśmy niesamowicie szczęśliwi. Już wysłaliśmy faktury za lekarstwa i teraz pozostanie czekać, aż te pieniądze trafią do nas, żeby mieć na kolejne lekarstwa, wizyty u specjalistów, kiedy terminy gonią, a na NFZ nie można się dostać.
Siódma dobra wiadomość: powoli, powolutku zbliżają się terminy spotkań związanych z wystawami Oli prac.
Ósma dobra wiadomość: do Oli przywędrowały kolejne nowości, więc będzie miała, co czytać. Ostatnio lubi nurkować w liściach i słuchać czytanych przez mnie książek.
Dziewiąta dobra wiadomość: dostajemy tak wiele wiadomości pełnych życzliwości, że czujemy się zaskoczeni. Niech moc będzie z Wami, bo nam ją pięknie przekazujecie.
Dziesiąta dobra wiadomość: Ola po długich eksperymentach i analizach znowu ma dobrze dobrane lekarstwa i dzięki temu lepiej funkcjonuje, ma mniej napadów padaczki. Do tego stała się bardziej komunikatywna, chętniej powtarza słowa, mówi i pokazuje, co chce jeść. Gdyby mi ktoś 3 lata temu powiedział, że będzie to możliwe to kazałabym mu postukać się w czoło. Serio.
Jedenasta dobra wiadomość: Ola w każdej części miasta ma zwierzęcych i ludzkich znajomych, którzy ją zaczepiają. Wczoraj szary kot nam nie przepuścił głaskania. Oczywiście Tutek musiał go powąchać i za molestowanie dostał po nosie.
Dwunasta dobra wiadomość: Ola ma 6 patronów, którzy mniej lub bardziej regularnie przekazuję pieniądze na subkonto w fundacji.
Trzynasta dobra wiadomość: Ola w tym roku dostała tyle kurtek, że nie muszę jej na zimę kupować. Za każdą rzecz jesteśmy bardzo wdzięczni, bo dzięki temu mamy na sprawy naprawdę ważniejsze (o ile w używanej kurtce może chodzić to bez lekarstw i terapii nie może się obyć).
Bardzo Wam dziękujemy za każdy gest. To dla nas niesamowicie ważne. Z Wami łatwiej nam działać!


piątek, 22 października 2021

Dobrze umalowana twarz alkoholizmu

Alkoholizm najczęściej kojarzy się z mężczyznami. Nic jednak bardziej mylnego. Kobiety skuteczniej się kamuflują. Taka tankująca od rana starsza „dama” potrafi nawet sobie oko zrobić, kieckę ładną kupić w lumpeksie. A mężczyzna? Ten nie ogoli się nawet, o pozory dbał nie będzie, bo nikt od mężczyzn w tym kraju nie wymaga pozorów. Mają być prawdziwi, a prawdziwy mężczyzna jest ciut ładniejszy od małpy (jak mawiała moja nauczycielka od biologii). Jedno te dwie grupy łączy: agresja. Nie ma spokojnego alkoholika. Czasami słyszę opowieści o tym, że ktoś się napije i spokojnie leży. Może i leży, kiedy sił nie ma, aby się ruszyć, ale kiedy napije się tyle, że jeszcze ma siły chodzić to niestety nie wygląda to tak różowo. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że alkoholizm jest chorobą i nie neguję tego. Uważam, że nie powinno się idealizować tej choroby i mówić, że ktoś jest dobrym alkoholikiem. W alkoholizmie nie ma nic dobrego.
Wracając do alkoholizmu płci pięknej i pozorów znam kilka pań, które trzymają się dobrze, umalowane są, a nawet nie czuć od nich woni przetrawionego alkoholu, bo o higienę dbają i znają dobre sposoby kamuflowania zapachu. W końcu mają w tym wieloletnią wprawę. Agresja jednak także dotyczy ich. Zwłaszcza, kiedy w grę wchodzą kolejki w sklepie, czyli konieczność czekania na napicie się, bo przecież nie łykną sobie publicznie, bo „co ludzie powiedzą”.
Razem z pandemią zdarzyło mi się kilka takich „pięknych” przygód. O ile alkoholicy bezczelnie wpychają się ze swoim tanim winkiem w kolejkę to alkoholiczki robią to dyskretniej: ustawiają przed kimś koszyczek i idą sięgnąć jeszcze jedną rzecz. I taka dobrze ubrana i umalowana pani wepchała mi się przed wózek i poszła „czegoś szukać”, żeby wrócić, gdy będzie jej kolej przy kasie. Wkurzyłam się, bo to nie pierwszy raz i odstawiłam koszyczek na bok, podjechałam z Olką pod taśmę, skasowałam i słyszę krzyk, że wepchałam się w kolejkę. Zignorowałam, poszłyśmy na spacer.
Idziemy sobie wolno, spokojnie, Ola po przejściu małego dystansu zażyczyła sobie usiąść w wózku. Posadziłam i pcham i kątem oka widzę, że pędzi na mnie alkoholiczka. Pominę epitety, którymi rzucała. Widać było, że nastawiona jest na staranowanie mnie, więc się odsunęłam w bok. „Dama” jak długa legła w błotnistej kałuży tuż przy markecie. Torby brzdęknęły o krawężnik. Wygraża mi i żąda zapłacenia za potłuczony towar. A co ja będę płaciła komuś za jego agresję. Ignoruję i idę wolnym krokiem. Wkurzona dzwoni na policję, żeby opowiedzieć o pobiciu jej przeze mnie. Wtedy pomyślałam, że na szczęście byłam w zasięgu kamer.
Alkoholizm nigdy nie ma łagodnej twarzy. Prędzej czy później wyjdzie z człowieka potwór, z którym trzeba walczyć, leczyć się, bo inaczej może nad nami zapanować i nawet najlepiej budowane pozory nie pomogą.


Katarzyna Jackowska-Enemuo "Tkaczka chmur" il. Marianna Sztyma


Choroba i przemijanie nie są tematami łatwymi. Uświadamianie dziecka o utracie zdrowia i śmierci jest ważne, aby nie powstało niedomówienie niepozwalające na przeżycie żałoby, pogodzenie się ze stratą bliskiej osoby, przeżywania smutku, rozpaczy, pustki. Nie ja jednak gotowego przepisu na to, w jaki sposób zrobić to tak, aby nie pozostawiło traumy do końca życia. Świadomość odchodzenie zawsze wywołuje negatywne emocje, które bez względu na wiek trzeba przepracować. Dzieci wcale nie są wolne od tych emocji. Ukrywanie choroby, robienie z umierania tajemnicy sprawia, że temat może urosnąć do gigantycznego problemu. Przeżywanie smutku, złości, bezsilności, potrzeby pewności, że będą przy nim inni i że sam da sobie radę jest niesamowicie ważne. Niestety mało jest lektur oswajających czytelników z tym tematem. Baśnie zwykle kończą się dobrze. Zdecydowanie za dobrze w porównaniu z prawdziwym życiem i jego wyzwaniami, bo w nim nikt nie żyje długo i szczęśliwie tylko każdego dnia musi zmierzyć się z nowymi wyzwaniami. Jak przygotować dziecko na to? Jak uświadomić, że utrata jest częściom naszego bycia i nie pozbawić dziecięcej radości? Tu z pomocą zdecydowanie przyjdzie świetna opowieść Katarzyny Jackowskiej-Enemuo „Tkaczka chmur”, która powstała po śmierci córki autorki.
Opowieść zaczyna się bardzo baśniowo: w czasie snu matki nad kołyską dziewczynki stanęły trzy zorze, które niczym wróżki obdarzyły ją talentem, zaczęły tkać jej los. Mała bohaterka uchwyciła nić i tworzyła z niej niezwykłe dzieła. Pech chciał, że zachorowała. Miała jednak braciszka uwielbiającego przygody, wyzwania, bardzo ciekawskiego. Kiedy dowiaduje się o złotym jabłku, które potrafi uleczyć nie wahał się ani chwili i udaje się w odległe krainy, aby zdobyć ten magiczny lek. Zadziwiająco szybko udaje mu się go zdobyć, ale szybko okazuje się, że powrót z jabłkiem ratującym życie będzie dużym wyzwaniem, bo na jego drodze stanie właściciel owocu. Na szali zostaje postawiona jego wieczność lub życie siostry chłopca. Czarnoksiężnik nie odpuści tak łatwo. Każdy krok dla młodego bohatera będzie dużym wyzwaniem.
Miłość między dziećmi była tak wielka, że potrafiły one dzielić się emocjami i myślami nawet na duże odległości. Chłopiec ruszył w świat, a jego siostra tkała kolejne sposoby na pokonanie przeszkód. Dzięki współpracy mogą zmierzyć się z czarnoksiężnikiem, trudami wyprawy, lękami i wątpliwościami. Chłopiec z każdym wyzwaniem zyskuje coraz większą pewność siebie. Jego trud jednak nie zostanie nagrodzony, bo siostrze skończy się nić życia: ta z której tkała cudne opowieści i pomagała bratu w opresji. Za to nabrała pewności, że bez jej czuwania nad nim zawsze da sobie radę.
„Tkaczka chmur” to piękna opowieść o pasjach, poświęceniu, miłości, współpracy, stawianiu sobie wyzwań, pokonywaniu przeszkód, marzeniach, ale też godzeniu się z odejściem bliskiej osoby. Choroba jest tu powolnym odchodzeniem, sprawia, że dziewczynka powoli żegna się z życiem, codziennością, oddaje się swojej pasji i marzy o tkaniu chmur.
Piękne klimatyczne ilustracje, dobrze zszyte strony i solidna oprawa dopełniają całość. Książkę wydano także w wersji audiobooka i musze przyznać, że od bardzo dawna moja córka nie chciała słuchać tego, co jej włączała. Wolała, kiedy ja jej czytałam. A tu miłe zaskoczenie. A wszystko przez to, że cała opowieść jest pięknie baśniowa i bardzo dobrze dobraną muzyką. Można zamknąć oczy i udać się na wielką przygodę z rodzeństwem, albo wziąć książkę do ręki i śledzić tekst ćwicząc umiejętność czytania. Melodie są proste, tekst rytmiczny i pięknie wpadający w ucho oraz świetnie zachęcający dzieci do powtarzania go, opowiadania. Z zachwytem obserwowałam jak córka próbuje wyprzedzić tekst i próbuje wymówić słowa, które powinny się pojawić. Jestem oczarowana i zdecydowanie polecam.









Morderstwo

Morderstwa nie biorą się z próżni. Zawsze jest jakiś powód. Zwłaszcza, kiedy ofiarą jest mężczyzna zabity nocą na ulicy. Coraz częściej zaczynam rozumieć to, że ktoś zabił.
Spać nie mogę, więc spaceruję, aby się zmęczyć. Oczywiście zawsze mam coś do obrony przed agresywnymi i niedopilnowanymi psami i myślę. Zdarzyło się, że to narzędzie przydało mi się do obrony przed namolnym upitym facetem. Taką uzbrojoną mija mnie mężczyzna, który rzuca tekst:
-Pani tak po nocach chodzi. Nie boi się pani, że ktoś panią zgwałci?
-Pan tak po nocach chodzi i straszy kobiety gwałtem. Nie boi się pan, że któraś ze strachu pana zabije?
Mina mężczyzny bezcenna.
Zaczęłam się zastanawiać, czy mężczyzn też się straszy gwałtem. Skoro chodzą nocą to się narażają.



Justyna Bednarek "Dusia i Psinek-Świnek. Wtorek ze słoniem" il. Marta Kurczewska


Kłamstwo ma krótkie nogi, a prawda jest jak oliwa: zawsze wypłynie na wierzch – to tematy przewodnie najnowszego tomu „Dusi i Psinka-Świnka” pt. „Wtorek ze słoniem”. Tym razem bohaterka odkryje, że każdy czasami kłamie. Nie mówienie prawdy jednak miewa swoje konsekwencje i tak jest w przypadku taty bohaterki.
Opowieść zaczyna się od symulowania choroby przez Dusię. Jednak informacja o smacznej owsiance stawia ją na nogi. Przy stole wszyscy domownicy zachwalają dzieło mamy, która od jakiegoś czasu eksperymentuje właśnie z tym typem potraw i stała się mistrzynią. Niestety nie wszyscy je lubią, ale nie chcą zrobić jej przykrości. Dusia może się nią zajadać codziennie, natomiast tata zdecydowanie wolałby inne śniadanie i dlatego chętnie odstąpi córce swoją porcję. Oczywiście żonie nie powie, że wolałby zjeść coś innego, żeby nie było jej smutno. W końcu wstała wcześniej i przygotowała jedzenie dla wszystkich. Dusię zaskakuje jego postawa i nie daje jej spokoju. To sprawia, że wychwytuje więcej kłamstw w otoczeniu i dostrzega, że bycie szczerym pomaga w uniknięciu jedzenia potraw, które nam nie smakują. Odkrywa też, że czasami niesamowite opowieści, które wydają nam się kłamstwem bywają prawdą. Przy okazji dzieci dowiedzą się troszkę o safari.
„Czasami nie mówimy prawdy, bo nie chcemy zrobić komuś przykrości. A czasem opowiadamy jakąś historię i tak mocno sobie coś wyobrazimy, że to już zaczyna być bajka – nie kłamstwo. A bajek wszyscy lubimy słuchać. Prawda?”.
W czasie przedszkolnej drzemki przeżyjemy niezwykłą czajnikową przygodę, w której kłamstwo sprawi, że słoń będzie malał i malał, aż stanie się miniaturowy. Aby odzyskać rozmiary będzie musiał mówić prawdę. Taka troszkę alegoria malejącego zaufania do nas.
W domu na Duśkę i tatę znowu czeka owsianka. A wszystko przez to, że oboje tak bardzo zachwalali potrawę. Co stanie się, kiedy odważy się powiedzieć żonie prawdę, że wolałby zjeść coś innego? Z tego tomu dzieci wyciągną cenną lekcję: warto mówić prawdę. Zwłaszcza jeśli konsekwencje kłamstwa możemy odczuć na własnych kubkach smakowych.
„Dusia i Psinek-Świnek” Justyny Bednarek to interesujące i pouczające książki dla przedszkolaków. Nie ma tu nadmiernego moralizatorstwa tylko pokazanie doświadczeń bohaterki, której nie wszystko się podoba, która czasami coś chce, a później się boi, która ulega złudzeniom, a później odkrywa, że pozory mogą mylić, że mówienie prawdy ratuje przed jedzeniem tego, czego się nie lubi. Przygody małej bohaterki, jej sen, przedszkolne realia bardzo dobrze pomagają wyjaśnić to, co czasami wywołuje sprzeczne emocje prowadzące do buntu naszych pociech.
Książkę wzbogacono prostymi, estetycznymi o pięknych kolorach ilustracjami Marty Kurczewskiej. Prosta kreska, uproszczone sylwetki dzieci stylizowanych na niemowlęta (głowa dużo większa niż normalnie, ciałka okrąglutkie) i zabawne ilustracje dorosłych. Wszystko to ubrane w barwy przyciągające dziecięcy wzrok, dzięki czemu młodzi czytelnicy chętnie sięgają po lekturę. Bardzo dobrze zszyte barwne strony oprawiono w solidną okładkę, dzięki czemu książka jest trwała.
Uważam, że cała seria to świetne lektury terapeutyczne pozwalające dzieciom oswoić się ze światem, poznać inne spojrzenie, rozwinąć umiejętności społeczne oraz budowanie codziennych nawyków. Zdecydowanie polecam.









czwartek, 21 października 2021

Beata Zdziarska "Po drugiej stronie raju"- cytaty


„Człowiek, który może liczyć wyłącznie na siebie, musi być nie tylko silny, ale też dobrze zorganizowany”.
„Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi przeobrazić nasze życie nie do poznania, poplątać nasze plany i marzenia. To, co znane, oswojone, przestaje istnieć. Wydeptana ścieżka ginie w mroku. Zaczynamy poruszać się po omacku i często trafiamy na drogę, która usuwa nam się spod nóg. Nie potrafimy przewidzieć, co się za chwilę stanie, niczego nie jesteśmy już pewni. Wtedy rodzi się lęk”.
„Jeśli chcesz odnieść sukces, musisz oddać się przyszłości, przeć do przodu jak opancerzony pojazd”.
„Tak dużo nas różni. Czasami odnoszę wrażenie, że z każdym wspólnie przeżytym rokiem tych różnic jest coraz więcej, chociaż powinno być dokładnie odwrotnie”.
„Na pozór idiotyczne drobnostki potrafią urosnąć do rangi ogromnego problemu i skutecznie zatruć codzienne życie dwojga ludzi”.
„Ludzie faktycznie nie potrafią ze sobą rozmawiać, a szczególnie w momentach kryzysowych. Nie umieją odłożyć na bok urazy i porozumieć się w ważnych życiowych kwestiach. Zacietrzewiają się w swojej złości tak, że tracą zdolność logicznego myślenia. (…) A za cenę niewłaściwie pojmowanej ambicji są w stanie rozwalić wszystko, nawet zerwać rodzinne więzi”.
„Czasami trudne lekcje są nam potrzebne, żeby przemyśleć pewne sprawy na nowo i dojść do rozsądnych wniosków”.
„Humanista na dzisiejszym rynku pracy trochę przypomina człowieka zabłąkanego na pustyni. Wie, że musi dojść do celu, jednak nie ma pojęcia, w którą stronę ma się skierować”.
„Czasami myślę, że człowiek powinien mieć co najmniej dwa życia. To drugie po korekcie z naniesionymi poprawkami i wygumkowanymi błędami”.
„Zosiu, nie możemy porównywać się z innymi ludźmi. Jeśli chcemy zachować normalność i spokój umysłu, to musimy tego unikać. Zawsze będzie ktoś ładniejszy, mądrzejszy od nas. Ktoś, kto ma cudownego męża, utalentowane dzieci, lepszy samochód, dom zamiast mieszkania. Nikt z nas w momencie narodzin nie podpisał cyrografu z Panem Bogiem na szczęśliwe życie. Niestety, nie dostaliśmy od niego na to gwarancji, a wielka szkoda, bo nawet nie mamy prawa reklamować wadliwego produktu, który otrzymaliśmy bez możliwości odmowy”.
„Ci, co twierdzą, że cierpienie uszlachetnia, nie wiedzą, o czym mówią. Albo próbują zaklinać rzeczywistość. W cierpieniu nie ma szlachetności. Ono odziera człowieka z godności, zatruwa, wyniszcza, degraduje. Jest wstydliwe. (…) Najpierw trzeba je przeżyć samemu, dopiero potem się wymądrzać”.
„Brak czasu jest świetną i nośną wymówką. Na taki argument każdy przytaknie głową, bo przecież żyjemy w świecie, który cierpi na deficyt czasu. Brak czasu przykrywa wszystkie pozostałe braki: woli, motywacji, nastroju czy zwyczajnej ochoty”.
„Więc gdzieś tam, w bliżej nieokreślonej przestrzeni oraz niezdefiniowanym czasie, ma być lepiej. Idealnie. Wszystkie religie obiecują to samo. Tylko dlaczego ta sielska wizja nie może zaistnieć tu i teraz na ziemi, w miejscu, które tak doskonale znamy?”.
„Nie powinniśmy żałować przeszłości. Najwyżej przemyśleć błędy tak, żebyśmy unikali ich w przyszłości. Ja w ogóle uważam, że ludzie za dużo uwagi poświęcają przeszłości. Rozpamiętują, analizują, snują opowieści, ‘co by było gdyby’. Jak się człowiek nad tym zastanowi, to dojdzie do wniosku, że to tak naprawdę nie ma sensu. Czas nie ma przystanków, nie zwolni, nie zawróci, nie da nam drugiej szansy. Czy nie lepiej skupić się na tym, co jest, co będzie?”
„Jeśli człowiek się zastanowi, to dojdzie do wniosku, że całe jego życie jest wypełnione czekaniem. Wszystko przecież ma swój czas, którego nie da się przyspieszyć ani nagiąć do indywidualnych potrzeb”.
„Zmaganie się ze słabością własnego ciała stanowi większy heroizm niż bohaterstwo wojenne. O ile w tym drugim człowiek jest w stanie odnaleźć sens, może zyskać sławę, a przynajmniej szacunek w oczach społeczeństwa, o tyle choroba, która ogranicza wolę działania, skazuje na samotną anonimową walkę w świecie zredukowanym do minimum”.
„Cierpienie to najbardziej ironiczna forma bohaterstwa”.
„Zdrada bliskiej osoby szarpie, rozrywa wnętrzności niczym ostry chirurgiczny nóż”.
„Przeszukiwanie osobistych rzeczy zmarłej osoby przypomina grzebanie w zakamarkach czyjejś duszy. Miałam wrażenie, że jestem jak złodziej, który wdarł się do serca drugiego człowieka, aby okraść je z najbardziej intymnych tajemnic”.
„Uczucie żalu potrafi być straszne. Ciąży nad człowiekiem jak oddech bezsennej nocy, kiedy jałowo ciągnące się upiorne długie godziny wysysają z nas chęć do życia”.


Anna Rybkowska "Ślady życia. Tom 4: Zapach jesieni"

 


Czwarty i ostatni tom serii Ślady życia. Jesień przyniesie wyjaśnienie nabokowskich tajemnic. Przynajmniej tych, które pozwolą się okiełznać. Wszak życie też nie odpowiada na wszystkie zadawane pytania…To pożegnanie z bohaterami i z miejscem, ale niekoniecznie rozstanie z ich żywiołami. Przecież każdy ma jakieś swoje Kilimandżaro, więc każdy może mieć i swój Naboków.



Beata Zdziarska "Po drugiej stronie raju"


Jedna decyzja, która w danym momencie wydaje się właściwa, potrafi zmienić nasze życie nie do poznania, poplątać plany i zniszczyć marzenia.

Ewa i Mateusz są małżeństwem, któremu nieźle się powodzi. Luksusowy apartament w centrum miasta, dwa samochody, dobra praca. Do szczęścia brakuje im właściwie tylko… szczęścia. Kiedy pewnego dnia postanawiają zawalczyć o nieco zetlałe uczucia między nimi, okazuje się, że los trzymał dla nich w zanadrzu coś, czego woleliby nigdy nie doświadczyć.

Beata Zdziarska prowokuje do zadawania sobie trudnych pytań dotyczących wyborów moralnych i definicji człowieczeństwa. Nasycając historię Ewy i Mateusza skrajnymi emocjami, uwrażliwia czytelnika i podejmuje tym samym polemikę z jego sumieniem. Chciałabym, aby wszystkie książki z nurtu powieści społeczno-obyczajowych były takim właśnie głosem – niebanalnym, obnażającym ludzkie słabości, ale i niosącym nadzieję. Nie będziecie mogli się oderwać od tej książki!

Wioleta Sadowska,
subiektywnieoksiazkach.pl

Zieleniną nie pogardzimy



Behawiorka to niby prosta sprawa. Prosta dla tych, którzy znają podstawy i wiedzą, że można wyćwiczyć odruchy zwierząt. W ten sposób np. socjalizuje się agresywne psy, aby kontakt z innymi zwierzętami i ludźmi. Są dwie szkoły: jedna nastawiona na karanie, a druga na nagradzanie. Jestem zwolenniczką nagradzania, ale zdaję sobie sprawę, że obcego atakującego psa nie jestem w stanie wychować dając mu nagrody i wtedy w grę wchodzi kara (gaz pieprzowy od 2 lat jest moim kompanem i skutecznie zniechęcił do wyrywania się w naszym kierunku). Pozytywna szkoła polega na tym, aby kontakt z innymi kojarzył im się z czymś łagodnym i przyjemnym oraz działa na zasadzie odciągania uwagi. Jeśli Wasz zwierzak ujada i próbuje atakować przechodniów (psy, koty, innych ludzi, ptaki) to można odwrócić uwagę podsuwając jego ulubiony przysmak. Oczywiście to wymaga wyjścia na spacer z głodnym psem, dla którego przysmak będzie podwójną nagrodę: pozwoli zapełnić brzuch i będzie smakowało.
Taką zasadę wychowania stosuję też u kotów, ale koty to zwierzęta przebiegłe i czujne na ludzkie przekręty. Przywoływanie ich do łazienki na czas naszych spacerów (co by kwiatów nie zżarły i krzywdy sobie nie zrobiły) pięknie działa i koty idą do łazienki. Miewają jednak dni uporu: wbiegają, sprawdzają, czy jest smakołyk i jak nie ma to wybiegają. Po dłuższym czasie dają się namówić, ale z wyprawianiem Oli na spacery nie ma czasu tylko trzeba już natychmiast, bo inaczej poobija się o ściany i meble, krzywdę sobie zrobi, więc daję przysmaki i zamykam drzwi, aby były bezpieczne i wszystko, co potrzebne miały pod łapkami (łącznie z przeszkodami do skakania).
Jakiś czas temu przywiozłam ze wsi pietruszkę i sałatę. Położyłam na blacie w kuchni. Z Olą trzeba iść na spacer, a kotów nie ma. Okazało się, że zbóje okupują zieleninę. Od jakiegoś czasu koty do łazienki wchodzą zwabione liściem sałaty… A jakiego bzika miały na punkcie fasolki, kiedy Olka im podsuwała po jednej dla każdego, kalafioru i marchewki ukradkowo podkradanej z talerza. A niby mięsożercy.
Czym Was zaskakuje Wasze pupile?

Arleta Remiszewska "O latarniczce, miłości i samotnym humbaku"


Wydawnictwo Skrzat przedstawia przypowieść o miłości, która nigdy nie powinna być tą złą, i marzeniach, o które warto zawalczyć…

Na wyspie Fjotle panują odwieczne zasady. To mężczyźni dokonują wielkich czynów, a kobiety zajmują się domem. To chłopcy mogą się wymądrzać, a dziewczynkom pozostaje skromnie słuchać.

By pasować do tego świata, Bryza przyjmuje przydomek Grzeczna. Skrycie jednak marzy, by przejąć po dziadku opiekę nad latarnią. Tylko jak przekonać tradycyjną społeczność, by otwarła się na coś nowego... Przecież jeszcze nikt nie słyszał o żadnej latarniczce!

Trudno być dziewczyną, która pragnie zostać latarniczką. Trudno być chłopakiem, który boi się spełnić własne marzenia. Dopóki nie zrozumieją, że szczęście jest całkowicie indywidualną sprawą, będą płynąć przez życie w samotności, jak tytułowy humbak, który zgubił się w wielkim morzu. Wsłuchajcie się w tę opowieść, bo warto!
Biserka Čejović, „Książki. Magazyn do czytania”

„O latarniczce, miłości i samotnym humbaku” jest jak morze: czasem wzburzone niesprawiedliwością otaczającego świata, a czasami spokojne i kojące – pełne zrozumienia i ciepła. Niezapomniane widoki zapewnią bezmierne niebo podczas świtów i zachodów słońca oraz piękne ilustracje Elżbiety Moyski.

Patronat nad książką objęli: Guliwer, Górowianka, Bookiecik.


Anna Potyra „Nadia – dziewczynka z Gracją”


Na skrzydłach Gracji, galopem po marzenia – premiera książki Wydawnictwa Skrzat

Czy można być dziewczynką z GRACJĄ mimo nóg do niczego? Można za sprawą natury łabędzia, radości skowronka oraz KLACZY o tym właśnie imieniu. Czy można czuć wolność i szczęście mimo naturalnych ograniczeń? Owszem. Ale jak do tego dojść i co to oznacza?

U Nadii wszystko zaczęło się od zmian. Chatka u stóp Połoniny Caryńskiej zamiast miejskiego zgiełku. Surowa ciocia-choreografka zamiast czułej mamy. Chłopak, który na szczęście nie jest miły, dlatego staje się przyjacielem dobrym jak pies Tajfun. Wreszcie doskonałość na czterech kopytkach, której warto oddać serce. Z nią można zdobywać szczyty!

Ta prosta, a zarazem niezwykła historia pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych. Dzięki wsparciu bliskich i odnalezieniu pasji życie może zmienić się na lepsze. Anna Potyra porusza także temat akceptacji i szacunku do innych, którzy choć różni, wcale nie są gorsi. Wzruszający tekst uzupełniają piękne ilustracje Elizabeth Clover, dzięki którym książka nabiera niepowtarzalnego klimatu.

Patronat nad tytułem objęli: TVP ABC, Bookiecik, Górowianka oraz Guliwer.


Jak Kubuś Puchatek z Prosiaczkiem

Plany planami, a życie życiem. Już nie raz Wam pisałam, że mi z planami nie po drodze. Zresztą nie mi jednej i jest to całkowicie zrozumiałe, bo nie jesteśmy monadami żyjącymi w oderwaniu od społeczeństwa tylko obijamy się od innych i ich planów. Czasami takie obijanie jest dobre, innym razem nie. U mnie wielkich rewolucji nagła zmiana planów nie wnosi, bo zwalniać się z pracy nie muszę. Po prostu pakuję córkę w wózek i pędzę lub siedzimy w domu i czekamy. I wczoraj czekałam i naszła mnie refleksja, że coraz częściej jestem jak ten Kubuś Puchatek: czeka i czeka, zajada słodkie conieco, które zdobył lub podsunął kochany przyjaciel Prosiaczek (Ola wczoraj pokwikiwała i pochrumkiwała, a do tego miała dziwne stany lękowe, więc pasuje jak ulał). Ironia losu polegała na tym, że czekałyśmy na Krzysia i stąd nam się nasunęła sugestia, że jesteśmy jak Kubuś Puchatek i Prosiaczek. Tak intensywnie czekałyśmy, że nie wyszłyśmy na spacer w dzień tylko Olka po wielu godzinach klejenia i zajadania się plackami ziemniaczanymi, aż w końcu zasnęłyśmy, by przebudzić się po 22:00. A wiadomo jak to jest z takimi pobudkami: imprezka do rana. O 2:00 się poddałam i zabrałam Olę na spacer w celu wybiegania się. I stała się magia: dziecko wybiegane nie ma stanów lękowych tylko stany radości. Taka magia. U Oli na stronie chwaliłam się, że udało nam się nakłonić ją do jedzenia w szkole popcornem. Może przez pierwsze dni był to strzał w dziesiątkę. Niestety tylko przez pierwsze dni. Okazało się, że ten sam ulubiony popcorn i samodzielnie pakowany do plecaka wywołuje autoagresję. I właśnie dlatego bardzo ważna jest komunikacja ze szkołą, dowiadywanie się na bieżąco jak dziecko reaguje, bo jednego dnia coś może sprawić radość i zachęcić do działania, a drugiego stanie się przyczyną do horroru.
Dzięki zarwanej nocce przeczytałyśmy dwie książki, bo Ola kiedy klei chce słuchać czytania na głos. Wybrała sobie jedną książkę dla dorosłych, a drugą dla dzieci. Tak dla równowagi, bo przecież jest na granicy między byciem nastolatką i dzieckiem.
Wszystkim, którzy o Oli urodzinach pamiętali i złożyli życzenia, podarowali prezenty lub w jakikolwiek sposób pamiętali o Oli bardzo dziękujemy. Dziękujemy też osobie, która pisząc „autyzm autyzmem, ale zęby młodej byś zrobiła” za troskę, ale w sprawach zdrowia i urody konsultujemy się ze specjalistami, a nie paniami dobrymi radami z internetu, bo jak napisała znajoma terapeutka „gdyby wiedziała czym jest autyzm to by takich głupot nie pisała”.
Zaczytanego dnia!



środa, 20 października 2021

I na co komu sprzątanie?

Najważniejsza sprawa organizacyjna: nie robić dziecku porządków na stoliku, przy którym pracuje, kiedy jest w szkole.
Ola wróciła i jeszcze obiadu nie zdążyła zjeść, a już chciała wycinać i kleić. A ja pochowałam wszystko, ładnie poukładałam w odpowiednich szufladkach. A wiecie jak to jest z układaniem? Później okazuje się, że schowaliście w pewne miejsce, żeby się nie zawieruszyło, a później zapominacie i trzeba szukać.
-Olu, weź tablet, a ja poszukam kleju.
-Ne, kej - Ola deklaruje, że tabletu nie chce, że potrzebny jej klej.
-Na dwie minuty - negocjuję przeglądając pojemniki.
-Ne, kej. Kej. Kej.
Daję kartki, nożyczki, listki.
-Kej.
Podsuwam plastelinę.
-Kej.
W końcu udało mi się ten nieszczęsny klej znaleźć. Przestrzeń na stole jak przed sprzątaniem. I na co ono mi było?

Agnieszka Tyszka "Mania z ulicy OKciej rusza na ratunek" il. Ewa Poklewska-Koziełło


„Zosia z ulicy Kociej” towarzyszy nam od kilku lat. Moja córka zaprzyjaźniła się z tą specyficzną rodziną, po której można spodziewać się najdziwniejszych rzeczy, czyli wychodzenia problemom naprzeciw i wprowadzaniu pomysłów w życie. Tak bardzo zaprzyjaźniłyśmy się z nimi, że nie mogłyśmy przejść obojętnie obok „Mani z ulicy OKciej”, czyli przygód Wierzbowskich i ich znajomych. Zosia wyrosła i nie ma czasu na wprowadzanie w codzienność bliskich, ale jej pałeczkę przejęła młodsza i bardzo pomysłowa siostra Mania słynąca ze swojego słowotwórstwa, więc świat z jej punktu widzenia pełen jest tych przekręconych kwiatków językowych. Za to już doroślejsza, samodzielniejsza chociaż nadal dziecinna i wpadająca na naprawdę zaskakujące pomysły.
Kiedy patrzymy na nasze dzieci zastanawiamy się, kiedy one nam tak szybko urosły. Podobnie bywa z książkowymi bohaterami, którzy rosną razem z młodymi czytelnikami. W naszym domu jedną z takich serii opowieści o bohaterkach, których losy towarzyszą nam od kilku lat jest „Zosia z ulicy Kociej”. Przeżyliśmy z nią pójście do szkoły, przerobiliśmy ospę w czasie wakacji, odkryliśmy uroki zimy i wiosny, pochłonęły nas pierwsze zauroczenia, wielkie remonty, udaliśmy się na majówkę, przerobiliśmy święta i narodziny dziecka. W rodzinie Wierzbowskich zawsze dzieje się dużo. Czasami nie jest to łatwe do zaakceptowania. Zwłaszcza, kiedy wchodzi się w tak zwany trudny wiek oraz martwi się o rozpoczęcie roku szkolnego, w którym będzie się w innej klasie. Zosia zawsze była dzieckiem bardzo mocno przeżywającym wszystko i to widać w całej serii. Manie jest jej przeciwieństwem: idzie na żywioł. Mało tego: innym też radzi takie podejście. Lubi wywoływać terapię szokową i czasami jest niezłą manipulatorką, a wszystko przez to, że nie chce martwić dorosłych i jednoczenie nie może powstrzymać swojej ciekawości.
„Mania z ulicy OKciej” to piękna kontynuacja tomów „Zosi z ulicy Kociej”. Mamy tu dalszy ciąg wydarzeń z „Na wygnaniu” i „Dolce vita” . Na Kociej trwa remont, więc po powrocie do szkoły dziewczynki mieszkają z babcią, a mama została na wsi z najmłodszą latoroślą. Można powiedzieć, że rodzinka w rozsypce. Oczywiście widują się w weekendy. Zwłaszcza, że nadal jest ciepło i można wręcz stwierdzić, że trwa piękne lato.
„Mania z ulicy OKciej rusza na ratunek” to opowieść o ratowaniu przyrody. Mała bohaterka jest zagorzałą obrończynią zwierząt. Zwłaszcza tych, z którymi w pewien sposób zaprzyjaźniła się na ogródkach działkowych, gdzie nie można trzymać zwierząt. Z tego powodu niektórzy mają kłopoty. Nim o nich się dowiemy Mania pozna nową sąsiadkę, która ma kota na punkcie kota. Jest tak skupiona na własnym zwierzaku, że wszystko jej przeszkadza i wszelkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że to od niej mogły zacząć się kłopoty działkowiczów. Mania musi wkroczyć do akcji i uratować kury pani Broni. Pomysłowa dziewczynka zabiera drób do mieszkania, w którym tuż za ścianą czuwa czujna sąsiadka gotowa wezwać straż miejską, czy inne siły wsparcia, aby zapewnić ukochanemu kotu spokój. W mieszkaniu babci Zelmer robi się ciekawie. Zwłaszcza, kiedy dołączą kolejne zwierzaki.
Od pierwszej części serii książek „Zosia z ulicy Kociej” w życiu bohaterów zaszło wiele zmian. Jedno, co się nie zmieniło to wielka dawka humoru, pozytywne spojrzenie na świat, ciągłe zdobywanie kolejnych doświadczeń i specyficzna rodzina, w której tata-psycholog uczy dzieci jak bezkonfliktowo rozwiązywać problemy, a mama bywa dziwna, zaskakująca, a czasami za bardzo przewrażliwiona, a później zmienia się nie do poznania, czym ciągle szokuje własne dzieci. Nawet babcie i dziadek na emeryturze doznają wielkiej przemiany. Mamy tu sporą dawkę rodzinnej miłości, akceptacji i zrozumienia. Najnowsza seria to świat z perspektywy Mani, którą znamy ze specyficznego podejścia do życia i słowotwórstwa, dlatego cała fabuła będzie tu bogata w kwiatki z nowych słów.
„Mania z ulicy OKciej” doskonale wpisuje się we wcześniejsze przygody rodziny, ale mamy tu mniej napięte akcji, troszeczkę bardziej dziecinne spojrzenie (zwłaszcza w zderzeniu z ostatnimi tomami Zosi). Książka napisana bardzo przystępnie. Spora dawka humoru (zwłaszcza takiego kontekstowego i językowego), dobrego nastawienia do życia, dziecięcego spojrzenia na świat, naiwnego relacjonowania wydarzeń sprawiają, że kolejne przygody mają też spory urok dla dorosłych i świetnie zastąpią lekka prozę dla dorosłych, a do tego pozwolą zmienić nastawienie do świata, rozbudzą empatię, poprawią nastrój.
W książce poznamy różne typy osobowości i nie tylko dorośli bywają tu specyficzni. Także dzieci mają swoje zainteresowania, sposób zdobywania i dzielenia się wiedzą, poczucie humoru oraz sympatie i antypatie. Obok rozrywkowych, nudzących się, poszukujących inspiracji, przekręcających wyrazy, łatwo poddających się manipulacjom dorosłych znajdą się i małe mole książkowe, które nie wyobrażają sobie wakacji bez zabrania na nie grubego tomu do czytania. Każdy tom przygód Zosi z ulicy Kociej niesie też subtelne przesłanie. W tomach o Mani jest to kontynuowane. Do tego lektura pozwala oswoić się dzieciom i młodzieży z zachodzącymi wokół nich i w nich zmianami.
Całość wzbogacona licznymi interesującymi i estetycznymi ilustracjami Agaty Raczyńskiej sprawia, że po lekturę mogą sięgną i młodsze dzieci z rodzicami. Możliwość skupienia wzroku na obrazku przypominającym szkic z zeszytu-pamiętnika sprawia, że zapiski stają się bardziej realne dla małych czytelników.
Seria „Mania z ulicy OKciej” to nie tylko świetna lektura na lato dla dziewczynek, ale dla każdego, kto potrzebuje poprawić sobie nastrój, radośniej spojrzeć na świat. Opisane sytuacje będą świetnym materiałem do dyskusji na lekcjach etyki lub w czasie rodzinnych dyskusji z pociechami. Wejdziemy tu w świat rodzinnych i młodzieżowych problemów, budowania relacji z innymi, stawiania sobie wyzwań. Zdecydowania polecam