Etykiety

poniedziałek, 25 stycznia 2021

Jared Diamond "Strzelby, zarazki i stal. Krótka historia ludzkości"


Jared M. Diamond to kultowy badacz. Amerykański biolog ewolucyjny, fizjolog i biogeograf znany jest z książek łączących antropologię, biologię i historię. Prawie trzydzieści lat temu zasłynął książką „Trzeci szympans” Później przyszedł czas na „Dlaczego lubimy seks”, a ćwierć wieku temu (czyli w krótkim czasie napisał dużo) „Strzelby, zarazki i maszyny”, która po rozszerzeniu i dopracowaniu (bo badacz to taka osoba, która ciągle weryfikuje czy to, co napisała jest prawdą) pod tytułem „Strzelby, zarazki i stal” i właśnie o tej najnowszej odsłonie, najnowszym (bo z 2020 roku) wydaniu dziś Wam opowiem. W porównaniu z wcześniejszą wersją ta rozrosła się do naprawdę solidnych rozmiarów, ponieważ jest dopracowana (zawiera odpowiedzi na krytykę, z jaką spotkała się pierwsza wersja). Do tego jest to jedna z obowiązkowych (zaraz obok „Trzeciego szympansa” i „Upadku) lektur na większości kierunków humanistycznych. Do tego w 1998 roku zdobyła Nagrodę Pulitzera oraz przyznawaną przez Royal Society Royal Society Prizes for Science Books. Ponad to National Geographic na podstawie tej książki nakręcił film dokumentalny pt. „Guns, Germs & Steel”.
Autor słynie przede wszystkim z analitycznego podejścia, otwartości, umiejętności łączenia faktów i dekonstrukcyjnego spojrzenia na wiele wydarzeń. Jared Diamond na świat patrzy jak na jeden organizm, w którym każde zdarzenie pozostawia ślad, ma długi łańcuch przyczynowo-skutkowy , a historia spisana przez zwycięzców nie jest jedyną właściwą opcją.
Wielkim plusem tej książki jest piękne połączenie poszczególnych wydarzeń na świecie, obserwowanie różnorodnych zjawisk, wpływu warunków klimatycznych i zastanej fauny i flory na rozwój społeczeństw, a co za tym idzie także kultury. Wchodzimy tu w świat determinacji biologicznej człowieka, przy czym nie jest to kształtowanie możliwości ludzi ze względu na ich genetykę i możliwości intelektualne, ale przez środowisko, w którym żyją, dostęp do roślin i zwierząt poddających się domestykacji oraz sprzyjające ku temu temperatury i szerokości geograficzne. W książce tej znajdziemy wyjaśnienie, dlaczego świat wygląda tak jak obecnie? Co sprawiło, że Euroazjaci mieli przewagę nad innymi ludami? Co wpłynęło na postęp Europy? Dlaczego udomowienie zwierząt pomogło Europejczykom w podbojach i kolonizacjach, a także jaki wpływ miało istnienie pisma na zapędy kolonialne. Do tego zrozumiemy jak wielkie znaczenie miała dla nas domestykacja w przyswojeniu sobie uodpornieniu się na wirusy odzwierzęce, które przywleczone z Europy spustoszyły Nowy Świat nim do indiańskich osad dotarli konkwistadorzy. Pojawią się też pytania o wpływ środowiska na poziom agresji w społeczności, pozytywnej roli dużej gęstości zaludnienia, rozbudowanej struktury społecznej, podatków.
Publikacja została podzielona na cztery części. W pierwszej poznajemy dzieje ludzkości do końca ostatniego zlodowacenia. Obserwujemy, w jaki sposób środowisko naturalne wpływa na bieg dziejów. Dowiadujemy się, dlaczego człowiek udomowił te, a nie inne rośliny i zwierzęta, w jaki sposób ludzie poszerzali swoją dietę, jak czerpali wiedzę od innych na temat roślin, w jaki sposób zapożyczali nowe produkty. Zrozumiemy też, że sama chęć udomowienia zwierzęcia to za mało, aby móc tego dokonać, ponieważ niektóre z nich mogą mieć za duży temperament, inne mogą nie móc rozmnażać się w niewoli. Podobnie jest też w przypadku roślin. Wejdziemy w obszar długiego procesu domestykacji poszczególnych roślin, szerzenia wiedzy, w jaki sposób wybierać nasiona do rozmnażania.
W drugiej części wchodzimy w świat początków i rozwoju produkcji żywości. Dowiadujemy się, w jaki sposób zmiana z koczowniczego trybu życia na osiadły przyczyniła się do wzrostu demograficznego, a później postępu technologicznego, możliwości wprowadzenia osiadłego tryby życia, rozwinięcia możliwości gromadzenia dóbr. Możemy zrozumieć, jaki miało to wpływ na przewagę nad innymi ludami, utworzenie silnych, nowoczesnych państw. Z nieco innej perspektywy pochylamy się nad ważnym zagadnieniem nierówności postępu.
W trzeciej części dowiemy się o ewolucji wirusów oraz znaczeniu uodpornienia się na nie, odkrycia szczepionek, postępu medycyny. Zrozumiemy, w jaki sposób zarazki walczyły o rozprzestrzenianie się, jak ludzie radzili sobie z epidemiami, jaki miały one wpływ na życie w miastach, wydarzenia polityczne. Do tego zrozumiemy jak bardzo ważnym wynalazkiem jest pismo, umiejętność przekazywania wiedzy.
W czwartej części przyjrzymy się poszczególnym kontynentom. Przyjrzymy się Nowej Gwinei, Chinom, zrozumiemy różnorodność Polinezji, wejdziemy do Afryki i poznamy jej różnorodność oraz wzajemne wypieranie się ludów, przyjrzymy się fenomenowi Japonii. Sporo tu ciekawostek o zmieniającym się ukształtowaniu terenu, zasięgu terenów wilgotnych, obecności poszczególnych roślin oraz ilości opadów.
Jared Diamond obrazowo i logicznie wyjaśnia przyczyni zróżnicowania postępu na poszczególnych kontynentach i w określonych regionach. Razem z nim możemy przyjrzeć się najnowszym badaniom (aktualizacja w najnowszej publikacji). Pokazanie wszystkich znaczących czynników, połączenie ich, podkreślenie wpływu środowiska na możliwości rozwoju społeczności, a przez to powstania społeczności zróżnicowanej, w której podział ról pozwala na specjalizację i rozwijanie poszczególnych gałęzi wiedzy pozwalają na podporządkowanie sobie innych kultur. Dzięki tej publikacji zrozumiemy, dlaczego 1492 Eurazja była niemal w całości zaludniona przez społeczeństwa mające rządy, pismo, żelazne narzędzia i wojsko, gdy inne kontynenty zamieszkiwały społeczności łowców-zbieraczy posługujący się technologiami epoki kamienia. Diamond kładzie nacisk na badanie czynników środowiskowych, ponieważ one pozwalają nam zrozumieć tę wielką rozbieżność różnych kultur. Ciągle podkreślany i ważny jest tu kontrast między zdobywcami i podbitymi. 
Sam tytuł książki wymienia trzy istotne rzeczy, które dały Europejczykom przewagę nad innymi. Do tego uświadomimy sobie, że przekonania religijne także mogą przyczynić się do zatrzymania postępu, a nawet do zatracenia nabytych umiejętności. Odkryjemy też jak brak zachowań agresywnych w społeczności, brak konieczności rywalizowania wpływa na tworzenie bezbronnej społeczności w obliczu najazdu. Uzmysłowimy sobie ogrom zniszczenia, jakie przyniosły podboje Europejczyków.
Publikacja wprowadza nas w teorie determinizmu geograficznego. W prosty sposób wyjaśnia jak dostęp do roślin, zwierząt oraz ukształtowanie terenu wpłynęły na rozwój poszczególnych kultur, jakie dały możliwości oraz jakie idee ukształtowały. Zauważa też, że zapatrzenie w siebie władców często prowadziło do zahamowania postępu, a co za tym idzie znalezienie się na dalszym planie w wyścigu o władzę nad światem.
„Strzelby, zarazki, stal. Krótka historia ludzkości” to dość ciekawa publikacja. Dostajemy tu literaturę naukową, popularnonaukową w zachodniej stylistyce, czyli w formie eseju, w którym najpierw poznajemy fakty, a dopiero później są one łączone razem, aby pokazać ich wzajemny wpływ i pokazać wnioski. To pozwala w łatwy sposób zrozumieć tok rozumowania i argumenty autora. Zdecydowanie polecam.







czwartek, 21 stycznia 2021

Aleksandra Sztorc "Bardziej kochać siebie"


„Jedyne, co może mi pomóc, to wzięcie odpowiedzialności za swoje życie, a więc i za to, co czuję. Bo tak naprawdę zostajemy skrzywdzeni na tyle, na ile dajemy innym przyzwolenie, by coś nas dotknęło, poraniło do żywego, przygniotło jak walący się most. Tylko gdy jesteśmy dziećmi, tak się nie dzieje. Bo kiedy jesteśmy malutcy, to dorośli nas tworzą. Potem, w całkowitej niewiedzy, wypuszczają nas w świat dorosłego, który najczęściej już na starcie jest popsuty. Mała istota, bez żadnych zwałów w głowie, przyjmuje wszystko od otoczenia, nasiąka jak ręcznik pozostawiony pod cieknącą pralką. Ale z reguły jest tak, że po jakimś czasie ręcznik zaczyna śmierdzieć. Poplamiony leży i cuchnie stęchlizną i trzeba coś z tym zrobić. I ten młody człowiek, nasiąknięty ludzką niedołężnością, syfem i nieświadomością, po latach musi się bardzo postarać, żeby sprać stare brudy. Jeśli mu się uda – o ile się uda – to w drodze poznania samego siebie i tego, co się w ogóle stało, zostanie ciężką pracą uświadomiony i osamotniony zarazem – wzięty przez innych za głupka, nikczemnika i egoistę. Bo taki właśnie mamy świat. Nie ma co próbować tego zrozumieć, chyba że chce się człowiek obudzić sam jak palec. Pokaleczony i obolały. Co prawda jest i nagroda, bardzo wysoka – zrozumienie i ocalenie, jeśli ma się w sobie potrzebę rozwoju.
Ale trzeba to zrobić samemu, bo nikt inny tego nie zrobi. Nigdy”.
„Bardziej kochać siebie” Aleksandry Sztorc to przede wszystkim opowieść o wyzwalaniu się z przeszłości, praniu tego „brudnego” i „zatęchłego” ręcznika. Trudne dzieciństwo to bagaż na całe życie. Warto jednak zrobić z nim porządek, przyjrzeć się sferom, które zaburzają nasze funkcjonowanie, tworzenie satysfakcjonujących związków, odnajdywanie siebie pośród ciągle na nowo powracającego smrodu z przeszłości. Z nim jednak trzeba się uporać, nabrać odwagi, zdystansować nad własnymi postawami, przepracować relacje, nauczyć przestać się wstydzić za to, czego się doświadczyło, co nie jest naszą winą. 
„Niektórzy zapytają, po co mówić obcemu o prywatnych sprawach, to moja sprawa. Takim osobom w żaden sposób nie uda się wytłumaczyć, po co ma to robić. Ktoś, kto podejmuje decyzję o podjęciu terapii, zazwyczaj ma już o niej jakieś pojęcie, wie, na czym mniej więcej to wszystko polega. Tylko wstyd nie pozwala mówić o prywatnych sprawach. Ale czasem przychodzi taka chwila, kiedy od wstydu ważniejsze jest własne dobro, ważniejsza staje się pomoc samemu sobie i w takich chwilach pada decyzja, żeby się ujawnić. A najlepszym miejscem na takie uzewnętrznianie się jest właśnie gabinet wykwalifikowanego psychoterapeuty. Nawet jeśli wstyd w tym przeszkadza. A o wstydzie wiem dużo. Przede wszystkim to, że gdy pewnych spraw człowiek się wstydzi, to gdy zostaną ujawnione, to się ten człowiek odwstydza”.
„Bardziej kochać siebie” Aleksandry Sztorc to książka o ciągłym zmaganiu się z przeszłością, o dążeniu do uporania się z bagażem doświadczeń, pogodzenia z tym, jakie miało się dzieciństwo, złem, które spotkało w dysfunkcyjnej (bo toczącej się wokół alkoholu) rodzinie. Mamy tu prawie trzydziestoletnią kobietę pokaleczoną przez złe relacje w dzieciństwie, bolesne doświadczenia z młodości, ale próbująca uporać się z własnymi demonami z przeszłości. To one determinują teraźniejszość, sprawiają, że nasza bohaterka jest osobą niesamowicie wrażliwą i uzależnioną od cudzej akceptacji. Każde odrzucenie przeżywa bardzo mocno. Rozstania urastają do rozmiarów światowej katastrofy, którą trzeba zagłuszyć okaleczeniem siebie lub zabiciem się. Obserwujemy różne etapy uczenia się siebie. A cel jest prosty: bardziej kochać siebie. Kochać po to, aby nie pozwalać na krzywdzenie siebie, pozwolić sobie na rozwój, wytchnienie, niestawianie za wysoko poprzeczek, a jednocześnie niepoddawanie się w trudnej drodze prowadzącej do umiejętności cieszenia się z chwili. Miłość do siebie jest tu wzięciem odpowiedzialności za własne życie, rezygnacją z uzależnienia patrzenia na siebie przez pryzmat tego jak inni nas postrzegają, umiejętnością życia ze sobą, kształtowaniem swoich potrzeb oraz relacji z innymi tak, aby nauczyć się dawać i brać. 
„Spotykam różnych ludzi na swojej drodze i każda z tych reakcji coś wnosi, czasem upokorzenie, czasem piasek w oczy, czasem masę dobrych słów, czasem chwile pełne uśmiechu, czasem pomocną dłoń, a czasem ogrom miłości. Nigdy nie wiadomo, co komu kto w życie wniesie. Dlatego trzeba być ostrożnym. Trzeba być uważnym, co się rozdaje”.
I tak właśnie stopniowo się staje. Dorosłe Dziecko Alkoholików, ofiara gwałtu, ofiara przemocy w związku, próbuje dryfować i uczy się płynąć przez życie nawiązując różnorodne relacje. W niektórych nie ważna jest różnica wieku i odległość. Liczy się to, co dzieje się między dwiema osobami. „Dla przyjaźni nie liczy się wiek”.
Nasza bohaterka to początkowo osoba bardzo zagubiona. Wali się jej wszystko. Każdy aspekt życia to tragedia. Terapia wygląda nie tak jakby chciała, trwa długo. O wiele za długo, a do tego emocjonalnie uzależnia się od terapeutki. Traci pracę, ma coraz gorsze relacje z dziewczyną, przypomina sobie jak wyglądał związek z chłopakiem, rodzina nie potrafi zaakceptować jej orientacji seksualnej, a do tego powracają brutalne obrazy z przeszłości pełnej upojonych rodziców, obojętnej matki, agresywnego ojca, sypiącego się życia, doświadczanych upokorzeń. Mogłaby zamknąć w świecie tych odczuć. I często to robi, przez co ląduje na dnie studni rozpaczy. Wydaje nam się, że już gorzej być nie może. A jeśli nie gorzej to znaczy, że będzie tylko lepiej. I tak właśnie jest. Ale nie dlatego, że czas leczy rany, że zawsze po deszczowym dniu musi wyjść słońce, ale dlatego, że podejmuje wyzwanie, bierze się ze swoimi emocjami za pas i próbuje zrozumieć, co w jej życiu nie działa i dlaczego. Ciągłe analizowanie, przepracowywanie emocjo pozwala jej odkryć, że mentalnie tkwi w rodzinnym domu, w którym nie zaznała miłości, że brak uczuć próbuje zastąpić uczuciami napotykanych osób, przez co wchodzi w raniące ją i innych relacje.
„Chyba w życiu każdego przychodzi taki moment, kiedy pojawia się myśl, że to czas, by wyfrunąć z gniazdka. Zabiera się człowiek za to latami albo nie odchodzi w ogóle”.
Odejście musi być wyzwoleniem, usamodzielnieniem, pokochaniem siebie, oderwaniem się od wymagania miłości od innych, dostrzeganiem, że życie to ciąg kompromisów, umiejętności negocjowania, stawiania granic.
„Wiesz, czemu ludzie się kłócą? Bo chcą mieć rację. Zawsze. Gdy są atakowani podkurwionym ‘nie’, oddają równie podkurwionym ‘nie’. Nikt nie lubi być pokonany. Nikt nie lubi, gdy mu się udowadnia, że się myli. No nikt”.
Akceptacja innego sposobu przeżywania, innego nastawienia, innych priorytetów i braku możliwości wpływania na innych to też pozwolenie sobie na to, że wcale nie musimy postępować tak jak inni nam każą. To pozwala na wyzwolenie się z ciągłego przeżuwania i analizowania przeszłości, ciągłego życia przyszłością i nastawienia się na przeżywanie chwili, która jest zbyt cenna i ulotna, aby marnotrawić ją na próbę zmienienia innych.
„Wiem, że nie ma co czekać na życie, które gdzieś tam jest w przyszłości. To złudzenie. Nie trzeba karmić się lękiem o to, co może się wydarzyć. Nie mogę też bez przerwy zatracać się w przeszłości, jakakolwiek by ona nie była. To wszystko to iluzja. Sen, z którego jedynie rzeczywistość może wybudzić. Muszę tylko na to pozwolić, dać się ponieść temu, co jest tutaj, teraz, gdy biorę oddech. Tylko to jest prawdziwe”.
„Bardziej kochać siebie” Aleksandry Sztorc to przede wszystkim pouczająca opowieść o przeżywaniu depresji, cierpieniu, jakie ona niesie. Pisarka bardzo dobrze oddaje ból towarzyszący chorym, traktuje swoją bohaterkę i jej emocje niesamowicie poważnie. Pokazuje nam najbardziej przykre. Stajemy się świadkami samookaleczenia, prób samobójczych, ale też widzimy jak leczenie z zaangażowaniem i świadomością pozwalają na wyjście z kokonu złych myśli. Stajemy się świadkami walki z depresją.
„Ludzie zdrowi akceptują tyko choroby widzialne, dające dowód w wynikach badań, muszą widzieć cieknące ciecze z nosa, wysokie temperatury na czole, wysypki na ciele. Ludzie zdrowi, niedotknięci chorobą naszego wieku, nie wierzą w depresję, a jeśli już dopuszczą do siebie myśl o istnieniu takiej jednostki chorobowej, złotą radą od nich jest: ‘Weź się ogarnij’”.
„Przez niewiedzę bagatelizowane się osoby w epizodzie depresji. Jak często słyszy się od znajomych: ‘Nic mi się nie chce, chyba mam depresję’, a czuć w wydechu sobotni przetrawiony alkohol. Albo: ‘Chujowo się czuję, to chyba depresja’, a wiadomo z relacji tej osoby, że zawaliła kolejną noc z serialami Netflixa, że pracuje piąty dzień z rzędu po kilkanaście godzin i żre kebaby z mięsem mieszanym. Przesadzam? Nie wiem. Wiem, że przez niewiedzę nadużywa się słowa ‘depresja’, poprzez samodiagnozowanie się po kłótni z chłopakiem, czy gdy jest się w trakcie trudnej sesji na wydziale prawa czy srawa. Nic dziwnego, że potem nikt poza psychiatrą ci nie wierzy i masz się po prostu ogarnąć”.
„Bardziej kochać siebie” to bardzo wartościowa i niesamowicie trudna lektura. Autorka zabiera nas w świat przemocy i emocji związanych z przeszłością. Z drugiej strony stopniowo przyglądamy się pracy bohaterki nad poszczególnymi tematami, relacjami i możemy sami przemyśleć wiele ważnych tematów, przyjrzeć się sobie z innej perspektywy, zastanowić, w jaki sposób my funkcjonujemy w społeczeństwie, jakie tworzymy relacje, jakie mamy oczekiwania wobec otoczenia i czy za bardzo nie polegamy na tym, że ktoś da nam ochłap bliskości zamiast nauczyć kochać się siebie i dopiero później szukać bliskości. Myślę, że każdy, kto zastanawia się, dlaczego zaprojektowane w jego umyśle relacje nie dzieją się, kto ma czarne wizje swojego życia powinien sięgnąć po tę lekturę, spokojnie, bez pośpiechu przeczytać ją, przeżyć, przeanalizować własne życie i tak jak bohaterka pozwolić sobie na miłość do siebie. Polecam!


środa, 20 stycznia 2021

Agata Suchocka "Daję ci wieczność. Akt trzeci: Pieśń słowika"


„Nigdy nie wierzył w piekło, a przynajmniej nie takie, jakim straszono go za młodu. Przez ostatnie dekady żył w piekle samotności i zwątpienia; po latach bezsensownej tułaczki każda wizja piekła zdawała mu się atrakcyjniejsza niż pusta wegetacja”.
Samotność to przytłaczające uczucie. Zwłaszcza, kiedy doświadczymy odrzucenia, stracimy bliską, kochaną przez nas osobę. Rozpacz jest tym większa im mamy większą świadomość bycia skazanym na samotność na dłuższy czas. I to właśnie spotyka Arapaggio, wampira i artystę, miłośnika sztuki. Porzucony przez ukochanego cierpi i każdego dnia zmaga się z utratą. Samotny drapieżnik decyduje się na zakończenie swojego trwania. Opuszczony przed kilkoma dekadami przez kochanka nie widzi sensu dalszego życia. Ból z powodu straty ukochanego jest wielką udręką, której nie łagodzą czasy, w których żyje, bo ludzie toczą kolejne bezsensowne walki, prowadzą wojny, giną w imię cudzych wizji o idealnym świecie. Obserwuje walki z perspektywy sceptyka, dla którego przemoc dla przemocy nie ma w sobie nic estetycznego i wartościowego.
Przetrwał jedną wojnę, a po krótkim czasie spokoju nastała kolejna, przez co jeszcze bardziej czuje się przybity, zagubiony i oderwany od wszystkiego, co znał, co było mu bliskie, bo nikt w czasie walk przecież nie myśli o sztuce, pięknie. Każdy chce tylko przetrwać. Obserwowanie bezsensownie ginących ludzi nawet dla wampira jest dziwnym doświadczeniem. Wojna to mroczny czas, w którym okrucieństwo nie ma żadnego sensownego celu, ludzie żyją w strachu, umierają z głodu, z powodu chorób, a do tego są zabijani przez wrogie wojska, osoby kierujące się ideologią jako pretekstem oczyszczania świata, robienia miejsca dla wybrańców. Nikt nie może być pewny swojej przyszłości. W takich czasach nawet jednostki odmienne, wieczne, pałające chęcią zabijania i upajania się krwią czują się zagubione, bo jest to krew przelana bezsensownie, bez konieczności zaspokojenia głodu. W takich realiach toczy się jedna z płaszczyzn akcji. Druga to czasy równie okrutne, ale nastawione na kształcenie jednosezonowych talentów zabawiających publikę i dających uciechę możnym, dobrze urodzonym. Rodzice sprzedają operom swoich utalentowanych synów za kilka monet. Poddani kastracji chłopcy wiodą trudny żywot, który ma nagrodzić sława i życie w luksusie. Ale tylko pod warunkiem, że uda im się porwać tłum. Wielu umiera w czasie zabiegu, sporo nie przeżywa pierwszych dni i bardzo dużo nie jest w stanie znieść reżimu panującego w placówce, bo dążenie do piękna i perfekcji wymaga niesamowitego poświęcenia. Gwiazdy nie wyłaniają się z próżni. To efekt długotrwałych ćwiczeń, fizycznych wyrzeczeń i ograniczeń. Kluczem do przetrwania w brutalnym świecie sztuki jest samodyscyplina i nastawienia na cel. To, że młody, delikatny i utalentowany Aleksander ciągle żyje jest cudem. Poznajemy go, kiedy po raz pierwszy może pokazać swój talent na scenie. Ubrany w damski strój wciela się w Julię. Wśród publiki dostrzega osobę niezwykłą, przyciągającą go tajemniczą siłą, niezwykłym kolorem oczu. Skrzyżowanie się wzroku z obserwującym jest dla niego jak strzał z łuku Amora: ulega uczuciu. Jest zaintrygowany tajemniczą postacią i jednocześnie przerażony tym, że mógłby być kochankiem starego biskupa, który lubi gościć w swoim łożu utalentowanych utrzymanków. Z każdą stroną stajemy się świadkami pięknego tańca „zalotów” kochanków. Wiemy jak potoczą się ich losy, a mimo tego czytamy z zapartym tchem śledząc kolejne etapy znajomości, oczekujemy kolejnych kroków.
Pokazując losy początków miłości Arapaggio i Aleksandra Agata Suchocka zabiera nas do czasów, kiedy mecenat był silną więzią między darczyńcą i artystą. Była to relacja oparta na tworzeniu, cieszeniu oka dziełem i ciałem wykonawcy oraz zapewnianiu uciech w łożu. Znana ze starożytności pederastia, wychwalana przez Platona opieka starszego mężczyzny nad młodszym, mimo innego systemu wartości i wykluczania takich postaw przez Kościół - mający na swoim koncie inkwizycję – nadal ma się dobrze. Starszy mężczyzna ma być tu opiekunem pozwalającym rozwinąć skrzydła, umiłowanym przewodnikiem. Pieniądze jednak wypaczają tę ideę i mecenatami zostają starzy, brzydcy przedstawiciele Kościoła. Wszystko dzieje się nieoficjalnie, a jednak nie zanika, bo człowiek to istota słaba. I tacy właśnie są tu możni kapłani, którzy dzięki koneksjom mogli zebrać pokaźny majątek i wykorzystać go do własnych celów. W relacji mecenasa z artystą ważniejsze są uciechy, jakie może dać młodzieniec majętnemu starcowi. Inaczej wygląda to w związku Apapaggia i Aleksandra: dojrzały, ale nie stary, majętny, ale jednocześnie dobrze wykształcony i wrażliwy na sztukę mecenas bierze pod swoje skrzydła utalentowanego i zdyscyplinowanego oraz miłującego go Aleksandra. Życie jednak potrafi nieźle zaskakiwać i losy naszych bohaterów będą pełne zwrotów akcji. One pozwolą nam lepiej wejść w artystyczny świat, poznać realia epoki.
Pisarka z niesamowitą wprawą zabiera nas do odmiennych czasów, kreśli ich specyfikę, oddaje realia i jednocześnie snuje przygody bohaterów, pokazuje ich dylematy, rozterki, zagrożenia, z którymi mają do czynienia.
„Pieśń słowika” to trzecia odsłona wampirycznego cyklu „Daję Ci wieczność”. Poprzez historie wampirów Agata Suchocka zabiera nas do świata dwóch idei, które pociągają nie tylko twórców dzieł sztuki, ale i każdego człowieka pragnącego widzieć sens w ulotności obecnego życia i ponoszonych w nim trudach: miłości i wieczności. A co by było, gdybyśmy mogli żyć i kochać wiecznie? Wiara w te dwie rzeczy, ich wielkie powodzenie leży u podstaw każdej religii, ponieważ każda oferuje jakąś ich odmianę. W skrajnym przypadku jest to dziwny, nirwanistyczny twór: wieczny niebyt w kochającym Wszechświecie. W takich bliskich ludzkim odczuciom wersjach znajdziemy starożytnych bogów uwikłanych w miłosne gierki, szukających kogoś, z kim mogliby spędzić wieczność, z kim mogliby „przeżyć” swoją nieśmiertelność, kogo mogliby zdradzać i do kogo wracać. W religii monoteistycznej miłość także jest obecna. Jest to relacja Boga z człowiekiem. Wyidealizowana, pozbawiona namiętności relacja doprowadziła do odarcia miłości z namiętności i pożądania, a została wzbogacona w motyw poświęcenia, cierpienia, ofiarę z krwi. Z połączeniem tych dwóch spojrzeń na wieczność i miłość mamy do czynienia w książce Agaty Suchockiej „Daję ci wieczność”, w której motywy religijne są bardzo wyraziste: począwszy od relacji człowiek – Bóg, platonicznej miłości, niemożności cielesnej realizacji pragnień, przez relację nadawania wiecznego życia przez pojenie własną krwią (bardzo przypominające ostatnią wieczerzę), związanego z tym cierpienia (ukrzyżowanie), przemianę (zmartwychwstanie) i wspólna wieczność (niebiańskie życie). Jednak raj w stworzonym przez Agatę Suchocką świecie daleki jest od ideału, a bliski naszemu ziemskiemu trudowi, a wszystko przez to, że akcja dzieje się wśród ludzi.
W pierwszym tomie zatytułowanym „Daję ci wieczność” Agata Suchocka zabiera nas do znanego nam z historii świata i wzbogaca go o nieco inne – wieczne – istoty wyparte przez monoteistyczną religię. Pozbawieni swojego miejsca w społeczeństwa bohaterowie muszą wtopić się w tłum i stworzyć sobie wygodne życie oraz unikać Inkwizycji. Początkowo mamy wrażenie, że nie jest to trudne, bo wszystko, do czego mają dostęp przychodzi im z łatwością. W miarę poznawania zawiłej historii odkrywamy, że pomnażanie dóbr, życie w luksusie, a nawet przetrwanie nie jest wcale takie łatwe i oczywiste dla istot obdarzonych wiecznością. Agata Suchocka z wprawą w fikcję literacką wplata prawdziwe wydarzenia nadając całej historii dużego prawdopodobieństwa, ustawiając ją w konkretnych realiach, czyli w nieco mrocznym XIX wieku obfitującym w gwałtowne zmiany, wojny, rewolucje, powstania determinujące los wielu ludzi, przewracające życie bogatych.
Główny bohater, Armagnac Jardineux, pochodzący z zamożnego domu amerykańskich plantatorów doświadczył na własnej skórze owych przemian. Z bogatego dziecka stał się biedną sierotą, która szczęśliwie trafiła do Londynu zamiast zginąć w bagiennej Luizjanie. Zapobiegliwość rodziców pragnących jak najlepiej przygotować syna do spełnienia przewidzianej dla niego roli skłoniła ich do wysłania chłopaka do dziadka do Europy na naukę, która pozwala uratować mu życie, ponieważ w czasie jego edukacji w Stanach Zjednoczonych rozpętała się wojna między Północą a Południem, będącą przyczyną utraty rodzinnego majątku. Próba ratowania posiadłości za oceanem pochłonęła również francuskie winnice dziadka, dlatego po jego śmierci młodzieniec zostaje biedakiem. Ratuje go posiadanie odległej, samotnej i bardzo starej ciotki, która – mniej lub bardziej świadomie - przyjęła go pod swój dach w Londynie. Do jedynych „dóbr” Armagnaca Jardineuxa należą jego zdolności: umiejętność władania czterema językami, gry na fortepianie oraz bogatej wiedzy ekonomicznej. Mogłoby się wydawać, że to wiele, ale nie w Londynie w XIX wieku, kiedy to liczył się przede wszystkim posiadany majątek. Skazany na niedostatki Armagnac Jardineux próbuje przetrwać zarabiając jako grajek w barze. Jego życie pewnie toczyłoby się od występu do występu, od szukania pracy do kolejnego szukania pracy, gdyby nie to, że pewnego dnia poznał intrygującego młodzieńca Lothara Mintze, przedstawiającego się, jako samotny skrzypek szukający kogoś, kto grałby z nim w duecie na salonach. "I oto perspektywa odbicia się od dna siedziała przede mną w osobie eterycznego, bezczelnego chłopaka o białych włosach i czarnych oczach. Oferował mi nowy początek - życie, które utraciłem, zanim zdążyło się na dobre zacząć". Szybko okazuje się, że owo poznanie nie było przypadkowe. Stoi za nimi tajemniczy mecenas młodych artystów lord Edgar Francis Huntington, otwierający przed młodymi, zdolnymi artystami drzwi do londyńskich salonów i nie tylko. "Musiałem tylko zacząć grać. Wszystko inne ułoży się samo". Szybko okazuje się, że nowy świat to nie tylko niezwykłe bogactwo oraz sława, ale też wielka moc nad ludźmi. Mecenas oferuje swoim podopiecznym "rząd dusz". Czyż to nie piękna metafora mówiąca o władzy, jaką posiadają nad ludźmi artyści? Jaka będzie tego cena musicie przekonać się sami.
„Twarzą w twarz” to drugi tom powieści „Daję ci wieczność”. Tym razem przenosimy się do czasów nam znanych: są youtuberzy, gwiazdy Internetu, ludzie prowadzący dziwny tryb życia, nieukrywający się ze swoimi mniejszymi bądź większymi bzikami i robiącymi zaskakujące kariery bez konieczności dostosowania swojego rytmu życia do zwykłych ludzi. Stworzone przez Agatę Suchocką istoty teoretycznie powinny potrafić dobrze odnaleźć się w takich realiach. Szybko jednak okazuje się, że postęp technologiczny może przygniatać, sprawiać, że ponad stuletni młodzieńcy mogą poczuć się zagubieni. Są jednak tacy, którzy te zmiany potrafią bardzo dobrze wykorzystać i z zaciekawieniem patrzą w przyszłość. Lothar i Armagnac prezentują dwa odmienne podejścia. Pierwszy z mężczyzn pełnymi garściami czerpie z tego, co dają mu zmieniające się czasy, a drugi wycofuje się ze świata, zaszywa się gdzieś poza zasięgiem kochanka, aby później popełnić samobójstwo. Żal po stracie ukochanego pcha Lothara do Ameryki, gdzie odkrywa wiele zaskakujących informacji z życia Armagnaca oraz ich mentora i stwórcy, Huntingtona. W jego życiu pojawi się też nowa miłość, o którą nie zawaha się zawalczyć.
Drugi tom powieści „Daję ci wieczność” to przede wszystkim kontynuacja i warto sięgnąć po pierwszy, aby odnaleźć się w akcji, ale myślę, że Agata Suchocka napisała swoja książkę w taki sposób, że jeśli nie macie dostępu do pierwszego możecie czytać ten. Oczywiście z małą stratą. Część druga bardzo różni się od pierwszej. O ile w „Woła mnie ciemność” napięcie ciągle rosło, dziwne poczucie zagrożenia nabierało wyrazistości, a akcja była dość szybka, o tyle w „Twarzą w twarz” początkowe rozdziały troszkę są monotonne oddając stan zniechęcenia i zagubienia bohaterów, a później przeżywaną żałobę. Dopiero decyzja o konieczności działania, zmienienia czegoś, podróży Lothara sprawia, że także akcja przyspiesza, a pojawienie się dziwnie znajomo wyglądającego pianisty na jego horyzoncie sprawia, że zyskuje ona wiele pikanterii.
Trzeci akt to taki czas pośredni: między tym, co było na początku (czyli w pierwszym tomie), a tym jak dalej potoczyły się losy bohaterów (czyli w drugim tomie). Agata Suchocka pięknie wypełnia historie kolejnych poznanych bohaterów, odkrywany początki ich miłości, przejść, nowego wcielenia.
W powieści znajdziemy to, co znamy z obrazów stworzonych przez Honoré de Balzaca czy Victora Hugo: przepych, dwulicowość ludzi bogatych, nietrwałość majątków, religijność połączona z wyuzdaniem, a wszystko to połączone z "Kronikami wampirów" Anne Rice oraz motywami zagrożenia ze strony szeroko pojętego, ale też niezidentyfikowanego zła kuszącego przyjemnością i bogactwem i tworzonego wokół nich napięcia znanego z „Pamiętnika znalezionego w Saragossie” Jana Potockiego. Odkrywanie kolejnych kart, wyjaśnianie zagadek z przeszłości, odnajdywanie nowych powiązań – to bardzo ważne elementy akcji. Młodzi, piękni, tajemniczy i mający niezwykłą władzę nad innymi bohaterzy intrygujący i niepokojący od pierwszych stron zostają porwani w wir erotycznego dostatniego życia, z którego nie ma ucieczki, ponieważ każdy ich krok jest przewidziany przez czuwającego nad nimi stwórcy.
„Daję ci wieczność” to przede wszystkim opowieść o miłości poszczególnych par, ich oddaniu, zdradach, zawodach, marzeniach, dążeniach, skrajnych emocjach, pożądaniu, namiętności, rozstaniu, wypalaniu się miłości, pojawianiu nowego uczucia, czyli bardzo życiowych sprawach. Agata Suchocka niepewność kochanków podsyca zagrożeniem z zewnątrz, przez co ich emocje są jeszcze bardziej wyraziste i wzbogacone strachem przed nieuniknionym wchłonięciem przez ciemność. Natomiast w drugim tomie bohaterzy korzystają z życia i rosnących zasobów.
Książki polecam miłośnikom fantastyki, a zwłaszcza osobom lubiącym opowieści o wampirach.






Źródło zdjęcia: Agata Suchocka - pisarka | Facebook



wtorek, 19 stycznia 2021

Mały drapieżnik


Leoś to chodzący zabójca. Zabija wszystkie rośliny, które mu się napatoczą. Nawet te z kolcami. O kocach nawet nie wspomnę, bo wiadomo, że jak taki drapieżnik dorwie koc to już po kocu. Chińskie magiczne gąbki też są dobre do polowania. Makaron, płatki śniadaniowe, psia karma. Upolowane rzeczy najpierw trzeba wytargać, później omruczeć, obuczeć, a później trzeba zgromadzić w bezpiecznych miejscach. No i dorwał śpiwór. Zrobił dziurę, wydobył puch (niewiele, ale dziura wielkości kota...), omruczał i...tradycyjnie schował w bezpiecznym miejscu, czyli w moich butach. Wiadomo, że nikt mu tego z moich butów nie ukradnie. No, ewentualnie wyrzuci na podłogę albo do kosza, a z kosza to żaden problem sobie wyjąć i schować do moich butów, kiedy już nie będą w nich moje stopy. Mistrzostwo świata było, kiedy wygryzł Tutkowi nadmiar puchu (tego, który ja normalnie psu szczotką wyczesuję on wyczesał sobie zębami) i zachomikował. Wiadomo gdzie: w moich butach.
W czasie buczenia nad upolowaną zdobyczą najlepsze są jednak miny Lili i Tutusia: "Ale czego się chłopie podniecasz? To tylko...".

Katarzyna Szewioła-Nagel "Mroki" tom I


Błahostki zmieniają nasze życie. Czasami wydaje nam się, że do rezygnacji z planów trzeba wielkiej rewolucji, niesamowitych rzeczy. A to nieprawda. Czasami wystarczy znaleźć się w określonym miejscu o określonym czasie i nasze życie stanie do góry nogami. Z wcześniejszymi planami możemy się pożegnać. Sama się o tym przekonałam na własnej skórze. I Wy pewnie także nie raz. Spotyka to także bohatera trylogii Katarzyny Szewioły-Nagel „Mroki”, Leto, elfa będącego płatnym zabójcą i zmierzającego, aby realizować kolejne zadanie. W czasie wędrówki gubi się w lesie. Jest tym zaniepokojony, bo osoby z jego gatunku nie gubią się w terenie. Zwłaszcza w lesie.
Do wykreowanego przez pisarkę świata wchodzimy dość leniwie. Oto zapada zmrok i głodny, strudzony wyczerpującą podróżą wędrowiec szuka wytchnienia. Z szukaniem właściwej drogi postanawia poczekać do rana. Skupia się na znalezieniu noclegu pod gołym niebem. Leto znajduje idealne miejsce do odpoczynku. Jest nim ołtarz zrobiony przez wieśniaków ku czci bóstwa. Bogobojni ludzie każdego dnia zostawiają tu wiele smacznych darów, aby obłaskawić bogów. Dzięki temu Leto ma smaczny posiłek i wygodne miejsce do spania. Dziwna aura sprawia, że wędrujący elf czuje tu pewnego rodzaju ukojenie, spokój, radość. Poranek jest dość brutalnym doświadczeniem. Zostaje zbudzony kopniakiem. Rozbudzony nie ma szans sięgnąć po broń. Kiedy już mamy przed oczami wizję czarnego scenariusza (czyli śmierć z rąk tych, którym nie podoba się zbeszczeszczanie świętego miejsca) zmienia się sytuacja naszego bohatera: zamiast podcięcia gardła sztyletem przez wieśniaka dostaje propozycję pracy. Ma pomóc w ochronie wioski przed wilkami. Niby nic trudnego. Zwłaszcza dla doświadczonego skrytobójcy. Leto jednak szybko przekonuje się, że nie są to zwykłe wilki, bo nie tylko nie wpadają naiwnie w zasadzki, ale też trudno je wytropić i usłyszeć, a kto jak kto elf tropić potrafi. Do tego przyroda w lesie zachowuje się dziwnie. Proste zadanie przeradza się w prawie roczny pobyt w wiosce. W tym czasie ma okazję lepiej przyjrzeć się ludziom, odkryć zadziwiające talenty, skrywane tajemnice. Jego życie we wsi nabiera pewnego rodzaju sielankowości: wiedzie spokojne, przewidywalne życie wśród życzliwych ludzi. Idylla przerywana jest atakami wilków. Szybko okazuje się, że nie są to wcale takie zwykłe zwierzęta, a ich ofiary nie są przypadkowe. Każda z nich ma określone „grzeszki” na swoim sumieniu.
Im dłużej Leto przebywa z wieśniakiem tym dziwniejsze rzeczy odkrywa. Aura błogości roztaczająca się nad wioską w dolinie odciętej od świata wydaje się zaskakująca. Zwłaszcza, że do książki wprowadza nas atmosfera napięcia. Może nawet wojny? A tu sielanka: każdy dba o zdobywanie strawy, odzienia. Wszystko funkcjonuje na zasadzie wymiany usług i towarów. Nie widzimy tu zawiści tylko życzliwość. Nie ma rywalizacji i chęci bogacenia się cudzym kosztem tylko postrzeganie pomocy i wymiany jako wspólnego interesu. Piękna komuna (wspólnota równych i angażujących się we wzajemną pomoc). Żyć, nie umierać. Byłoby idealnie, gdyby nie atakujące obejścia wilki. Szybko okazuje się, że w całą sprawę wplątani są dzicy magowie. Jak skończy się cała historia?
Wchodząc w życie mieszkańców wsi odkrywamy zadziwiające powiązania, tajemnice z przeszłości. Dolina, w której mieści się wioska nie jest zwyczajnym miejscem. Dzieją się tu rzeczy dziwne, a wszystko przez wydarzenia z przeszłości. To ona sprawia, że z jednej strony ludziom tu żyje się szczęśliwiej, a z drugiej przybywają do niej różnorodne podejrzane osoby, które potrafią zadziwiająco dobrze kamuflować się. Życie wydaje się skupiać wokół uzdrowicielki (Meran) i jej męża (Ulfrik) polującego na tajemnicze wilki i wydaje się być jedynym wojownikiem w wiosce.Do ich grona dołącza nieutemperowana przez rodziców, zamiłowana w sztukach walki Nora, marząca o karierze wojowniczki, a nie żony. Pojawi się też sporo innych, o dobrze zarysowanej osobowości, bohaterów, a same zagrażające wiosce zwierzęta okażą się najmniejszym problemem.
Stworzony przez Katarzynę Szewiołę-Nagel patriarchalny świat pełen jest różnorodnych osobowości. Żony są tu po to, aby dbać o mężów, dzieci i dom, a mężczyźni, aby zarządzać, chronić przed wilkami. A co, kiedy to kobieta ma siłę niezbędną do obrony? Czy nadal będzie musiała realizować przypisaną jej przez kulturę płci rolę (gender)?
„Mroki” to przede wszystkim opowieść o ludzkich słabościach, uprzedzeniach, złych stronach, ale też pokazująca siłę jednostek gotowych poświęcić się dla dobra swojego i innych. Mamy tu bogaty wachlarz problemów etycznych: od pytania o granice walki o własne życie i trwanie bliskich, po sens pragnienia przejęcia władzy nad wszystkimi istotami. Nie zabraknie też wątków miłosnych, spisków, przechodzenia na stronę ciemnych mocy, bohaterskiego trwania, a nawet ujawniania się niezwykłych talentów. „Mroki” to historia, w której pozory mogą naprawdę bardzo zmylić, a prawdziwe oblicza bohaterów na pewno zaskoczą czytelników.
Historia wciąga od pierwszych stron. Do tego sporo tu zaskakujących zwrotów akcji. Zwykli mieszkańcy wsi okazują się przybyszami, których do doliny przyciągają minione wydarzenia. Pech chciał, że miejscem tym poza zwykłymi wojownikami, uciekinierami z dworu interesują się też mroczne moce, dzicy magowie. Z jakiego powodu dolina jest tak niesamowicie ważna? Przekonajcie się sami. Zdecydowanie polecam.
Katarzyna Szewioła-Nagel ma na swoim koncie publikacje w fanzinach, gazetach internetowych i antologiach. Współpracuje też z portalem Historykon, a także projektuje piękne tatuaże (na Deviantarcie jako dahl101, na IG jako stager_lee).




poniedziałek, 18 stycznia 2021

Elżbieta Jodko-Kula "Jak zrozumieć chrumaka i wejść do świata tych, którzy myślą inaczej" il. Elżbieta Moyski


Każdy z nas jest inny. To sprawia, że jesteśmy w pewien sposób wyjątkowi i niepowtarzalni. Nie zawsze sobie to uzmysławiamy. Często widzimy siebie jako część określonej społeczności czy po prostu jedną z wielu osób wtopionych w tłum. A przecież każdy z nas ma inne doświadczenia, odmienny zasób wiedzy (nawet wtedy, kiedy wszyscy chodzili do tej samej klasy), bo inne rzeczy były dla nas w czasie edukacji ważne, inne mamy też podejście do rozwijania nowych umiejętności. Rzadko kiedy zdajemy sobie sprawę, że nasze życie kształtują wrażenia i emocje. Dopiero kontakt z osobami mającymi inne spojrzenie, inaczej odbierającymi świat sprawia, że uzmysławiamy sobie to, że wcale świat nie musi być pełen wyzwań, których boimy się podjąć, że każda przeszkoda, która wydaje nam się nie do pokonania może być dla innych czymś zwyczajnym, a to, co dla nas błahe dla innych może urastać do niesamowitego wyzwania. A co by było, gdyby nam od dziecka pokazywano jak piękny, różnorodny i niesamowicie złożony jest świat ludzki, gdyby wprowadzano nas w świat innego postrzegania? Myślę, że bardziej świadomie podchodzilibyśmy do swoich i cudzych lęków, bardziej doceniali cudze oraz własne talenty i mieli mniej uprzedzeń, a więcej chęci do współpracy.
„Jak zrozumieć chrumaka i wejść do świata tych, którzy myślą inaczej” Elżbiety Jodko-Kuli to właśnie taka lektura wprowadzająca w świat odmiennego postrzegania. Mamy tu głównego, bezimiennego bohatera nazwanego Chłopiec, coś na wzór everymana z literatury dla dorosłych i mający dość długą tradycję, bo sięgającą do XV-wiecznych niderlandzkich moralitetów i wracającającego w XX wieku w cenionych dziełach. A tu pojawia się w książce dla dzieci, aby każdy z czytelników mógł lepiej utożsamić się z postacią. Co prawda znamy płeć bohatera, ale imię pozostanie tajemnicą. Za to sposób postrzegania świata, przeżywania kontaktów z nim już jest kwestią bardzo osobistą, bo determinowaną przez neurologiczność bohatera mającego spektrum autyzmu, które można określić zespołem Aspergera. To sprawia, że nasz bohater ma różnorodne problemy z przetwarzaniem bodźców, dostosowaniem się do otoczenia, żyje w pewien sposób w swoim świecie, chociaż ma rodzinę: rodziców, siostrę, wujków, dziadków. Nie brakuje tu też kolegów, koleżanek, napotkanych ludzi. Ale to on-Chłopiec jest tu najważniejszy. Każdy kontakt ze światem to takie Levinasowskie „spotkanie” z Innym. I to kontakt z owym Innym pozwala na odkrywanie i rozumienie własnej odmienności, odrębności i konieczności rozwijania umiejętności radzenia sobie z brutalnie wdzierającym w sferę bezpieczeństwa Obcym.
Pisarka, będąca też terapeutką, wprowadza nas do świata inaczej postrzeganego. Wchodzimy w obszary życia codziennego, z którymi osoby ze spektrum autyzmu najczęściej mają problem. Każde opowiadanie porusza ważne zagadnienia i pomaga nawiązać z dziećmi oraz młodzieżą rozmowę, a nauczycielom, rodzicom oraz terapeutom lepiej zrozumieć sposób postrzegania i przeżywania niektórych spraw. Młody czytelnik wchodząc w świat Chłopca odkryje, że nie jest sam ze swoją odmiennością, że ma do niej prawo i musi nauczyć się z nią żyć. Dorosłym oraz rówieśnikom natomiast pozwala na rozwinięcie większej empatii, wczucie się w wyzwania osób nieco inaczej postrzegających i doświadczających świat.
Zbiór opowiadań otwiera bardzo ważna historia o uprzedzeniach. Historia pokazująca irracjonalny strach Chłopca przed tajemniczym Wąsalem, który jest zwyczajnym włóczęgą. Nasz bohater odkrywa, że ma z osobą, której się bał wiele wspólnego: on też boi się zakładania nowych rzeczy, obcinania włosów, paznokci. Zdecydowanie woli nic nie zmieniać w swoim wyglądzie. Od wąsala różni go to, że jemu jeszcze nie rośnie broda. Inne spojrzenie na własne lęki, odnalezienie ich w napotkanym człowieku sprawia, że Chłopiec może przestać się bać napotykanego na osiedlu mężczyzny i sam może podjąć starania, aby zmienić nastawienie do zmian w wyglądzie, aby samemu nie być postrachem.
W tomie znajdziemy też opowieści pokazujące lęki związane z wyobraźnią, strachem przed potworami, konflikty wynikające z posiadania odmiennych wartości i innych priorytetów. Do tego wejdziemy w świat zagrożeń, konieczności sprawdzania urządzeń, z których się korzysta, słuchania tłumaczeń starszych na temat zagrożeń, umiejętności godzenia się z tym, że rzeczy i ludzie przemijają, a nasze prezenty mogą być ulotne, dlatego bardziej liczą się relacje z innymi oraz intencje niż same podarunki. Wchodzimy też w świat współpracy, wzajemnego szacunku, ale bywają też chwile naruszenia naszej sfery prywatnej, zawłaszczenia przedmiotów, starzenia się rzeczy, konieczności wymiany na nowe, sprzątania, czyszczenia, dbania o otoczenie, wstydzenia się młodszych kolegów, odwagi, odpowiedzialności za słabsze istoty i młodsze dzieci, świadomości unikania rzeczy, których używanie może skrzywdzić innych. Niejednokrotnie pojawi się problem zabaw z młodszymi, umiejętności odnalezienia się w tłumie, umiejętności zaopiekowania się innymi i dążenia do własnej samodzielności oraz doceniania tego, że zrobiliśmy postępy i już nie potrzebujemy tak dużej pomocy jak inni. Autorka pięknie pokazała tu też temat zazdrości, chęci zwrócenia na siebie uwagi, nieakceptowania określonych zachowań, wykluczania i doceniania osiągnięć innych dzieci. Sporo miejsca poświęcono tu zaburzeniom sensorycznym, bólowi jaki może sprawić dotyk, odgłosy oraz zapachy. Pisarka pokazuje jak takie inne doświadczanie świata może wpłynąć na zainteresowania dzieci, ich podejście do różnych przedmiotów, kontaktu z nowymi rzeczami. Wszystkie problemy pokazane w bardzo prosty, przystępny sposób, dzięki czemu będzie to pouczająca lektura zarówno dla dzieci, jak i dorosłych.
Publikacja podzielona jest na siedem części z tematami przewodnimi, co pozwoli terapeutom na szybkie odnalezienie się w ważnych obszarach, odnalezienie opowiadań, które mogą poruszyć tematy skłaniające do rozmowy. Do tego do solidnej książki dołączono coś na wzór wkładki z ćwiczeniami do każdego z obszarów, aby zachęcić dzieci do dzielenia się własnymi wrażeniami, doświadczeniami.
Uważam, że to bardzo pomocna i ważna lektura. Powinni sięgnąć po nią wszyscy uczniowie i rodzice oraz nauczyciele i terapeuci, ponieważ pozwala na łatwiejsze zrozumienie problemów, z jakimi mogą borykać się inni ludzie.
Całość dopełnia solidna okładka, bardzo dobrze zszyte strony i bardzo dobrej jakości papier oraz proste, estetyczne i skutecznie przyciągające dziecięcą uwagę ilustracje Elżbiety Moyski. Zdecydowanie polecam!













sobota, 16 stycznia 2021

#OpowiemWamBajkę o uprzedzeniach.

#OpowiemWamBajkę o uprzedzeniach.
Uprzedzenia mogą być różnorodne. Czasami dotyczą cudzego wyglądu, innym razem formalnej edukacji, religii, poglądów politycznych, wieku, intelektu. Najczęściej mam do czynienia z uprzedzeniami dotyczącymi płci, bo wiadomo, że baba to głupsza, bo owulacja jej na mózg wpływa, jakby uderzające do mózgu plemniki nie wpływały na umiejętność panowania i logicznego myślenia niektórych przedstawicieli płci brzydszej (patrząc na niektórych przedstawicieli tej płci to jednak wątpię w tę brzydotę). Wiadomo, że jak baba głupsza to trzeba jej świat objaśnić. I tym sposobem powstaje postawa zwana mizoginizmem z pięknym tłumaczeniem kobiecie, że czarne jest białe, a białe- czarne, bo mizogin zawsze wie lepiej.
Idę ulicą z dzieckiem, wózkiem i psem (wiadomo mój zestaw podstawowy do przemieszczania się w terenie). Pies zatrzymuje się i siusia. Idziemy dalej i wyprzedza nas mężczyzna. Jest miły, więc uśmiecha się i zagaduje:
-Piękna suczka - chwali pieska.
-To samiec.
-Niemożliwe. Widziałem jak sika. Pies tak nie sika. Pies podnosi nogę. Suczki kucają. Tak samo jak kobiety - i niby śmieje się i mruga do mnie, że taki zabawny.
-Pies. Kastrat. Szkolony, żeby nie był wieśniakiem i nie sikał po murach jak niektórzy mniej kulturalni mężczyźni. - Też się uśmiecham i chichoczę, niech wie jak to jest.
-Suka jak nic. Pani się nie zna. Ja to się znam na psach. On jaj nie ma.
-Nie ma bo kastrat. U weterynarki miał kastrację. Męża ze sprawą wysłałam.
-Pani, samców się nie kastruje, bo oni nie rodzą. Suczki się kastruje.
-Samce się kastruje, żeby nie gwałcili.
-No, to mu pani odebrała jedyną przyjemność w życiu. Ale myślę, że to zwyczajnie suka, a pani się nie zna.