Etykiety

poniedziałek, 19 października 2020

Nathaniel Hawthorne "Opowieści z zaczarowanego lasu . Owoc granatu" - książka i audiobook


„Granice naszego języka są granicami naszego świata” – Ludwig Wittgenstein podsumował to, co dostrzegali już starożytni Grecy. Umiejętność mówienia i rozumienia to przede wszystkim znajomość kodów językowych wychodzących poza dosłowne znaczenie słów i głęboko osadzone w naszej kulturze. Nauka mówienia nie jest niczym innym, jak nauką kultury z całym bogactwem symboli. Mitologia oraz „Biblia” są ważniejszymi źródłami pozwalającymi odczytać znaczenia słów. Z tego powodu warto wracać do tych książek, poszukiwać znaczeń. Wersje opowieści dostosowanych dla dzieci pozwalają od najmłodszych lat kształtować tę świadomość językową.
O „Biblii” jak i mitologii pisałam już kilka razy w kontekście różnych wydań, kolejnych odsłon. Mitologia (mimo braku znaczenia religijnego) czytana i przetwarzana jest od wieków nie posiadała zdecydowanie mniej wersji dostosowanych dla dzieci. Dzięki bogatej sztuce starożytnej, licznym odwołaniom do wierzeń w pracach pierwszych greckich filozofów oraz wzrostowi zainteresowania antykiem w czasach renesansu motywy z mitologii ciągle do nas wracają, urozmaicają nasz język. Wiek XV stał się znaczącym przełomem, kiedy artyści wykorzystywali elementy wierzeń starożytnych Greków do urozmaicenia swojej twórczości. Nie brakuje tych zabiegów i w polskiej literaturze. Pojawiają się satyrowie, nimfy, cyklopi i wiele innych. Motywów mitologicznych nie zabraknie też w naszym języku. Ich nieznajomość przekłada się na małe kompetencje językowe. Kształcenie wymaga rozszerzania umiejętności i poznawania źródeł symboli takich jak „narcyz”, „syzyfowa praca”, „słup soli”, „strzała amora”, „nić Ariadny”, „złote runo”, „Arkadia” i wiele innych symboli, związków frazeologicznych wymagających znajomość mitologii, zmuszających do poznania kontekstu, bo sam zlepek wyrazów odbiorcy nic nie mówi. Wczesne wprowadzenie dzieci w świat językowych symboli jest tu bardzo ważnym elementem kształcenia pozwalającego – zgodnie ze wspomnianą zasadą Wittgensteina poszerzyć spojrzenie na świat.
Co jakiś czas na rynku wydawniczym pojawia się kolejna propozycja dla wszystkich miłośników niezwykłych opowieści oraz dzieci, których rodzice mają świadomość wagi solidnego kształcenia językowego. Poznawane w dzieciństwie opowieści sprawiają, że łatwiej sięgamy, wykorzystujemy i rozumiemy język, dostrzegamy w zlepkach słów ich prawdziwe znaczenia. Jakiś czas temu zaprzyjaźniłyśmy się z ciekawą propozycją, ponieważ tym razem mitologię mamy w wersji książkowej i audiobooka, co pozwala na rozwijanie różnych umiejętności, kierowania treści do odbiorców w różnych grupach wiekowych.
Spokojnie snuta fabuła z muzyką w tle może być wykorzystana do pracy z przedszkolakami. Płyty i książka dla uczniów nauczania początkowego jako wsparcie w nauce czytania, a sama książka dla uczniów starszych klas, aby sprawdzić ich umiejętność czytania ze zrozumieniem. Sięgając po mitologię trzeba pamiętać, że zetkniemy się tam z przemocą i złem. Warto wykorzystać te opowieści do omówienia błędów popełnionych przez bohaterów i dobrze pozwolić dziecku samodzielnie dojść do wniosków. Prezentowana dziś książka i audiobook zawiera bardzo dużo problemów etycznych i z powodzeniem może być wykorzystywana także na lekcjach tego przedmiotu także w liceum.
Wydawnictwo BUKA wykorzystuje „Mity greckie” w adaptacji Nathaniela Hawthorne’a, czyli jednego z twórców romantyzmu. Jego książki są specyficzne, ponieważ kładzie nacisk na problemy moralności. W jego twórczości nie bez znaczenia było urodzenie się w Salem oraz poczucie piętna słynnego procesu (pradziadek przyczynił się do skazania). W jego pracach, adaptacjach natkniemy się na ocenianie postaw ludzi. I tak też jest w tomie „Nasiona granatu” przetłumaczonym przez Krystynę Tarnowską oraz Andrzeja Konarka. Książkę wzbogaciły ilustracje Józefa Wilkonia, natomiast tekst czyta Krzysztof Tyniec, a w tle słyszymy muzykę Macieja i Mateusza Rychłych. Dziesiąty tom „Mitów greckich” przybliża nam opowieść o Ceres, jej córce Prozerpinie i porwaniu przez Plutona, czyli tak naprawdę rzymska wersja greckiego mitu. Pojawiają się tu ci sami bohaterzy, ale noszą inne nazwy. Także miejsca odwiedzane przez Prozerpinę nie mają greckich nazw.
Pochodząca z tomu „Opowieści z zaczarowanego lasu” historia jest pięknym wprowadzeniem czytelnika w świat starożytnej mitologii.






Joanna Kończak, Aneta Wira-Ostaszyk "Mój balet. Opowieść o tańcu: od szkoły do sceny"


Każdy z nas ma jakieś tam pojęcie jak wygląda balet. Jednym kojarzy się z paniami tańczącymi na paluszkach, innym ze specyficznymi sztukami, butami strojami. Proste skojarzenia podparte wiedzą z powieści, w których tego rodzaju szkoły nie należały do najłatwiejszych. Po raz pierwszy kontakt z baletem miałam za sprawą powieści Dalnielle Steel „Rosyjska baletnica”, w której dzięki wnikliwej wnuczce dowiadujemy się o rosyjskiej i baletowej przeszłości babci pochodzącej z carskiej Rosjii. Zawarty w tej powieści obraz wymagającej szkoły baletowej podsycały inne książki oraz filmy, w których dziewczęta w imię pasji bardzo się poświęcają, których życie toczy się wokół wyrzeczeń i dyscypliny.
Sam termin balet wywodzi się od języka francuskiego i oznacza taniec. Jest to taniec bardzo konkretny, bo wiąże się z widowiskiem teatralnym, w którym taniec powiązany z muzyką jest formą wyrazu. Korzenie tych widowisk sięgają renesansowych maskarad i triumfów karnawałowych popularnych we Włoszech. Te ludowe rozrywki z czasem ewoluowały do widowisk dworskich, z których wyłonił się nowożytny teatr, a w nim balet, który z czasem zdobył popularność i dzięki Katarzynie Medycejskiej zawitał na dwór francuski. Powstanie tego rodzaju sztuki wymagało kształcenia aktorów specjalizujących się w tańcu. Z tego powodu powstały szkoły kształcące przyszłych tancerzy i tancerki. Elitarne, z wielką dyscypliną, surowymi nauczycielami, o których napisano tak wiele, że wielu osobom kojarzą się z tym, czym szkoły zakonne: całkowitym podporządkowaniem uczniów i przemocą.
Aneta Wira-Ostaszyk i Joanna Kończak zabierają nas w świat baletu w baletu w książce „Mój balet. Opowieść o tańcu: od szkoły do sceny”. Już sama okładka przyciąga uwagą i wywołuje miłe skojarzenia: oto roztańczona, radosna tancerka uchwycona przez fotografa gdzieś w przestrzeni publicznej, co wywołuje skojarzenie, że balet to nie tylko scena, że staje się on sensem życia, jest pasją dającą dużo satysfakcji i pozwalającej zarabiać, jeśli jest się świetnym. Po otwarciu pięknej, solidnej książki z matową okładką naszym oczom ukazują się piękne fotografie na bardzo dobrym papierze. Bardzo dobrze zszyte strony. Wszystko jest tu staranne, estetyczne, dopracowane, a po spisie treści widzimy, że i przemyślane pod kątem treści. Autorki zabierają nas w świat baletu od początkowej drogi, kolejne stopnie, naukę, pierwsze występy, kulisy, role na scenie. Aneta Wira-Ostarzyk będąca tancerką zespołu Polskiego Baletu Narodowego i autorką bloga simpledancerslife.com opowiada o własnej ścieżce na scenę. Absolwentka warszawskiej szkoły baletowej im. Romana Turczynowicza i Uniwersytetu Muzycznego Fryderyka Chopina na kierunku pedagogika baletowa opowiada, w jakim wieku możemy zapisać nasze małe miłośniczki do szkoły baletowej, czy jest też szansa dla dorosłych miłośników tego tańca, jak wygląda dzień w szkole oraz jak niesamowicie ważne jest duże zaangażowanie w edukację, dbanie o brak zaległości i występowanie na scenie. Przeprowadzi nas przez przesłuchanie do szkoły, wskaże, na co zwracają uwagę rekruterzy, opowie o dniu w szkole, odkryje nazwy wykonywanych figur i ćwiczeń. Zaskoczy nas opowieścią o przedmiotach w szkole oraz bezproblemową możliwością powrotu do edukacji powszechnej, kontynuowania nauki na studiach, nacisku na alternatywną profesję, bo „rynek” nie wchłonie wszystkich absolwentów, a do tego możemy też w czasie występów lub codziennego życia ulec różnorodnym kontuzjom zamykającym nam drogę do dalszego zarabiania za pomocą tańca. Do tego zdobędziemy informacje, co należy zrobić, aby mieć szansę na występowanie na deskach światowych teatrów. Zostajemy też oprowadzeniu po Teatrze Wielkim w Operze Narodowej w Warszawie. Wchodzimy tu za kulisy i przyglądamy się poszczególnym zajęciom oraz salom. Odkrywamy jak wielu specjalistów musi pracować w czasie tworzenia przedstawienia, jak niesamowicie różnorodne są ćwiczenia, w jaki sposób dowiadują się o angażu do poszczególnych ról.
W czasie spaceru po budynku opery możemy podpatrzeć jak powstaje spektakl baletowy. Dowiemy się też, w jaki sposób można łączyć pracę z macierzyństwem, w jaki sposób w opiece nad dziećmi oraz zwierzakami tancerze i tancerki się wspierają, z jakimi trudnościami technicznymi muszą borykać się tancerki. Poznamy też atmosferę pracy w zespole baletowym i zdziwimy się, że nie różni się ona niczym od tworzenia dobrych relacji w innych miejscach pracy.
Tancerka opowiada nam też o swoim dniu w pracy, zapisywaniu i zapamiętywaniu choreografii. Nie zabraknie też miejsca poświęconego doborowi strojów do ćwiczeń i na scenę. Szczególny nacisk położono tu uważnemu wyborowi obuwia, od którego będzie zależało to jak sobie w czasie ćwiczeń radzimy. Do tego dowiemy się jak wygląda dobór bielizny, biżuterii, makijażu, diety. I dotarliśmy do połowy książki, gdzie znajdziemy podstawowe pozycje, które mimo upływu czasu nie uległy zmianie. Zdjęcia pozwalają nam na lepsze zapoznanie się z nimi. Dalej wchodzimy w bogato ilustrowaną historię baletu, gdzie dowiemy się,  co zawdzięcza balet Katarzynie Medycejskiej, Ludwikowi IV czy Molierowi, kim była Agryppina Waganowa. Następnie poznajemy najpopularniejsze przedstawienia, które ciągle są rekonstruowane.
„Mój balet” to świetna, bardzo dopracowana publikacja zabierająca nas w świat tej wymagającej sztuki. Zdecydowanie polecam wszystkim miłośnikom baletu.











niedziela, 18 października 2020

Quino "Mafalda"


Mafalda to już kultowa postać stworzona przez argentyńskiego autora komiksów publikującego pod pseudonimem Quino. Seria z tą bohaterką ukazywała się w latach 60. i 70. XX wieku. Dziewczynka chodzi do argentyńskiej szkoły, a jej rodzice (podobnie jak rodzice znajomych) należą do bardzo zróżnicowanej klasy średniej. Każde z nich na inne spojrzenia na świat, odmienny charakter, inne priorytety. Mafalda bezkompromisowo ocenia otoczenie, dekonstruuje utarte skojarzenia, skłania do przemyśleń. Jej spojrzenie na wiele problemów jest epistemologiczne i etyczne: poszukuje właściwych rozwiązań. Oczytana, słuchająca wiadomości uczennica jest zaangażowana w sprawy ludzkości i dostrzega wiele paradoksów funkcjonujących w naszych społecznościach. Dostrzega jak wiele spraw jest na świecie do naprawy. Na każdy system społeczny patrzy z dystansu i wytyka jego wady.
Na podstawie komiksów ukazujących się w latach 1964-1973 w Ameryce Łacińskiej i przetłumaczonych na 30 języków ukazały się dwie serie kreskówek oraz film animowany. Do polskiego czytelnika trafiła w 1985 roku. Obecnie wraca do czytelników w kolejnym wznowieniu, które w Polsce nałożyło się ze śmiercią twórcy komiksu. Z tego powodu wpis ten jest bardziej historyczny.
Stworzona w 1962 roku postać miała być bohaterką historyjki reklamowej, która miała ukazywać się w jednym z dzienników. Producent sprzętu AGD zażyczył sobie, aby bohaterką była dziewczynka o imieniu zaczynającym się na sylabę „ma”. Reklamy nie zrealizowano, a postać została i ewoluowała, a wszystko za sprawą Julián Delgado – ówczesny starszy redaktor tygodnika „Primera Plana”, a zarazem przyjaciel Quino – namówił rysownika do rozwinięcia pomysłu. Efektem tego były krótkie historyjki, które pojawiały się regularnie we wspomnianym czasopiśmie. Początkowo twórca skupił się na Mafaldzie i jej rodzinie, ale z czasem do akcji wprowadzono Filipe, dzięki czemu można było pokazać inne problemy, a to skończyło się konfliktem prawnym i zakończeniem współpracy z „Primera Plana”. Seria szybko znalazła nowe miejsce w dzienniku „Mundo”. Przygody pięcioletniej Mafaldy miały nawiązywać do bieżących wydarzeń, a przygody wzbogacono dzięki pojawieniu się nowych postaci: Manolito, Susanity i Miguelita. Z czasem dołączyła do nich Swoboda o socjalistycznych poglądach. Scenki Quino regularnie tworzył do 1973 roku, ale postać powracała w różnych projektach jej twórcy.
„Mafalda. Wszystkie komiksy. Tom 2” to kolejna odsłona przygód małych bohaterów. Wkraczamy tu do świata, w którym już jest więcej bohaterów (czyli wszyscy wymienieni wyżej) i jeszcze są dziećmi, dlatego dostajemy tu dziecięce spojrzenie na świat dorosłych, kwestie polityczne. Mali bohaterzy stoją tu w opozycji do dorosłych. Ich perspektywa jest prostsza, nieobarczona doświadczeniem rodziców i dzięki temu lepiej ze sobą współpracują. Z drugiej strony są kopiami swoich dorosłych, ich dążeń lub wynikiem postawy na cele dorosłych. Ze względu na czas, kiedy powstawały komiksy mamy tu poruszone tematy aktualne w czasie, kiedy powstawały. Rodzice bohaterów pamiętają czasy, kiedy kobiety uzyskały prawa wyborcze i równouprawnienie powoli zaczyna wkraczać w życie społeczne. Dzieje się to jednak powoli, opornie i tylko w tych rodzinach, w których mężczyzna nie jest w stanie samodzielnie utrzymać rodziny. Z tego powodu mama Mafaldy jest gospodynią domową. Natomiast Swobody powoli wchodzi na rynek pracy wykonując wolny zawód.
W zbiorze spotykamy dzieci pochodzące z różnorodnych rodzin: jedne mają czas na naukę, inne muszą godzić naukę z pracą. Rozwijają się dziecięce zainteresowania, żyłki do interesów, tworzą bardzo mądre przemyślenia, a czasami podążają utartymi przez rodziców schematami, przy czym w dziecięcym wydaniu w czasie zabawy są one przerysowane.
W drugim tomie znajdziemy wszystko to, co kojarzy nam się ze światem dzieci: jest zabawa, naśladowanie dorosłych, parodiowanie ich. Pojawia się też szkoła i związane z wchodzeniem w utarte schematy problemy. W tle są też zmagania dorosłych, frustracje wynikające z nudnej pracy, walki z inflacją, kredyty, wyjazdy na wakacje, konieczność kupowania dzieciom nowych rzeczy, etapy zmuszania dzieci do większej samodzielności.
Dzieci są tu znakomitymi obserwatorami świata jeszcze wolnymi od uprzedzeń, przez co krytycznie patrzą na stereotypy.. Mafalda jest dzieckiem bardzo zaintrygowanym politykom, zmianami zachodzącymi wokół niej. Poza takimi problemami ma też bardzo przyziemne, związane z wymogami rodziców i ich spojrzeniem na „zdrowe żywienie”. I tym sposobem jesteśmy świadkami wojenki podjazdowej związanej z zupą, którą dziewczynka nienawidzi. Kochająca Beatlesów, mająca feministyczno-pacyfistyczne spojrzenie na świat bohaterka spotyka się z przyjaciółmi. Jedni są urodzonymi kapitalistami, inni marzą o tradycyjnej rodzinie, inni o rewolucji społecznej.
Piękna oprawa, świetne tłumaczenie, bardzo dobrze zszyte strony i duża dawka humoru oraz proste ilustracje. Czegóż chcieć więcej?












sobota, 17 października 2020

Debora MacKenzie "Covid-19: pandemia, która nie powinna była się zdarzyć i jak nie dopuścić do następnej"


Wirusy były z nami od zawsze. Nie tylko z nami. Z innymi zwierzętami także. Czasami wysnuwane są tezy, że niektóre zwierzęta wyginęły właśnie przez nie. Pewnie sporo w tym prawdy, bo w przypadku pandemii czujemy się bezradni i obserwujemy śmierć całych stad. Kiedy grupy zwierząt przemieszczają się i roznoszą wirusa nie trudno o śmierć wielu osobników. Może faktycznie wyginięcie całego gatunku. I to przez patogeny, które u innych gatunków będących ich nosicielami takich szkód nie wyrządzają. Dlaczego tak się dzieje? Nadal nie wiemy. Jedno jest pewne: kontakty między gatunkami i osobnikami sprzyjają roznoszeniu chorób. Każda pandemia ma początek w niewinnym przeskoku, braku wystarczająco szybkiej reakcji na niego, przemilczeniu, niezatrzymaniu wirusa odpowiednio wcześnie, nie wygaszeniu ognisk, czyli roznoszeniu „potomków” tego, co przeskoczyło na przedstawiciela gatunku, a z niego na kolejnych. Replikacje wirusa wśród danej grupy pozwalają mu na lepszą obronę przed systemem obronnym organizmu. I tak powstają śmiertelne choroby unicestwiające cały gatunek lub wszystkie osobniki w zasięgu rozprzestrzeniającego się patogenu. W czasie każdej epidemii ważne jest niedopuszczenie do przeniesienia i rozniesienia na cały świat. Z tego powodu niezwykle ważna i poważna jest praca naukowców badających przyrodę, obserwujących choroby u zwierząt, wirusologów analizujących wpływ wirusów na zwierzęta, przeskoki na człowieka, odnajdywanie i unikanie źródeł oraz laboratoria gotowe stworzyć szczepionkę.
Należę do osób, które lubią sięgać po książki naukowe i popularnonaukowe. „Covid-19. Pandemia, która nie powinna była się zdarzyć, i jak nie dopuścić do następnej” Debory MacKanzie nie jest moją pierwszą tego typu lekturą. Sięgnęłam po nią też ze względu na aktualność tematu. Autorka wprowadza nas w świat wiedzy o wirusach. Nie skupia się tu wyłącznie na Covid-19 tylko opowiada o zagrożeniach, jakie one stwarzają. Mamy tu wiedzę naukową bez zbędnych emocji i teorii spiskowych. Poznajemy choroby, z którymi ludzkość się zmierzyła, metody działań, jakie zastosowano. Dla autorki liczą się fakty, a nie makabryczne opisy działające na emocje. Dzięki tej publikacji zrozumiemy, w jaki sposób doszło do rozniesienia wirusa, gdzie był przeskok, z jakich zwierząt, jak wyglądało poszukiwanie nosicieli, dlaczego likwidacja nosicieli jest tragiczna dla przyrody, jak wielkie znaczenie w różnorodnych przeskokach ma ekspansywny charakter ludzkich działań, w jaki sposób skupiska danych gatunków (także ludzkich) wpływają na szybkość rozprzestrzeniania się choroby. MacKenzie przytacza wypowiedzi naukowców od lat badających wirusy, pracujących w laboratoriach. Dzieli się też spostrzeżeniami dotyczącymi sposobów finansowania badań oraz ochrony zdrowia.
Debora MacKenzie po studiach doktoranckich zaczęła pracę jako „dziennikarka naukowa”, czyli popularyzującą najnowszą wiedzę z naciskiem na medycynę, a w niej pojawianie się wirusów. Poza pracą w BBC News Channel jest również okazjonalnym wykładowcą wizytującym na Uniwersytecie Westminister. Zdobywana przez wiele lat wiedza sprawiła, że stała się specjalistką mającą ogrom wiedzy i stałe kontakty z badaczami, a przez to jest bardziej świadoma tego, jakie zagrożenia niosą nam choroby oraz tego, co możemy zrobić, aby im zapobiegać. Cała ta wiedza w bardzo przystępnej formie zawarta jest w jej książce. Do tego opowiedziana w taki sposób, że czytelnik nie ma szans na przysypianie. Można powiedzieć, że „Covid-19” to esej historycznomedyczny pokazujący nam, w jaki sposób radziliśmy sobie z różnymi epidemiami, w jaki sposób ludzie zaniedbywali zagrożenie, jak to się odbiło na wszystkich. Wszystkie tematy poruszone mają na celu wyjaśnienie znaczenia minimalizowania przenoszenia, zachowania minimalnych standardów bezpieczeństwa. Do tego pięknie wplecione niuanse polityczne, naukowa terminologia i proste wyjaśnienia, dzięki czemu po tę książkę może sięgnąć każdy. I taki właśnie jest cel: edukować jak największą ilość osób. A to jest niezwykle ważne w przypadku takiego zagrożenia, jakim są wirusy.
W książce znajdziemy nie tylko informacje o tym, że wirusy istniały od zawsze oraz tego w jaki sposób zarażają, jak się replikują, trwają, jakie miały znaczenie dla różnych wydarzeń historycznych (szkoda, że tak mało mówi się o tym na lekcjach historii).
MacKenzie przyznaje, że publikacja powstała błyskawicznie, bo była efektem zbierania informacji, które trafiały na serwisy medyczne. Szybkość pisania sprawiła, że w publikacji znajdziemy sporo powtórzeń. Zawsze jednak wkomponowane w tekst i ważne w omawianiu określonego problemu, więc prawdopodobnie zamierzone z uwagi na adresata publikacji: każdego zainteresowanego tematem. Forma eseju sprawia, że dziennikarka musi przyjąć też właśnie taką formę przypomnień, aby czytelnik połapał się w zawiłościach, mógł dostrzec powiązania między określonymi wydarzeniami. W publikacji znajdziemy spostrzeżenia na temat metod leczenia, perspektyw na opracowanie szczepionek, spostrzeżeń, że oddawanie zdrowia w ręce kapitalistycznego rynku to największy błąd wszystkich rządów. Prywatne laboratoria nie mogą pozwolić sobie na zabawę w niedochodowe produkcje szczepionek za szybko ewoluujących wirusów. Do tego szybkie podróżowanie przyspiesza roznoszenie chorób. I to często ze skutkiem śmiertelnym. Oszczędzanie na badaniach i służbie zdrowia, brak świadomości społeczeństwa, brak rygoru społecznego i umiejętności zadbania o dobro wspólne, przemilczenia, zatajania, zastraszanie lekarzy – to zmory sprawiające, że dla zysków zataja się źródła epidemii, a kiedy pojawi się o nich informacja w światowych mediach jest już zdecydowanie za późno.
Autorka pokazuje nam, że koszty pandemii są większe niż koszty zapobiegania jej. Wyjaśnia, w jaki sposób dochodziło do powstawiania kolejnych ognisk. I tu pojawia się aspekt ludzkiej bezmyślności, egoizmu oraz braku wystarczającej wiedzy.
Świetna, przystępna publikacja będąca skarbcem podstawowej wiedzy o wirusach.
Zapraszam na stronę wydawcy




Stresowe i bezstresowe wychowanie

Behawiorka w przypadku wychowania ludzi jest zła. Mogę pokusić się o twierdzenie, że bardzo zła, bo działa na zasadzie kar i nagród, a jak wiemy i jedno i drugie to wychowanie stresowe. Przy czym kary w pozytywnej behawiorce to brak nagrody lub odebranie nagrody, a w negatywnej nagrodą jest brak kary. Wychodzi na to, że zawsze dążymy do kar.

My też przerabialiśmy behawiorkę. Jako etyczka i nauczycielka z korczakowskim podejściem jestem całkowicie przeciwna takiej metodzie, bo widzę jak dzieci, a później młodzież, a następnie dorośli nie potrafią funkcjonować bez kar i nagród. Nawet dobrzy nie potrafią być bez wizji więzienia lub piekła. I stąd bierze się tak dużo przestępstw, przekonanie o tym, że w sumie „mam znajomości” to mi wolno więcej niż innym. Nie, nikomu nie wolno. Nikomu wychowanemu bezstresowo (czyli w poczuciu odpowiedzialności społecznej i z umiejętnością do realizacji celów bez metod „kija i marchewki”).
Naprawdę bardzo często słyszę „no, bo nastolatki nie potrafią funkcjonować inaczej”. A nie potrafią, bo ktoś im tę metodę kar i nagród wprowadził i potraktował jako narzędzie wychowawcze. Sami sobie strzeliliście w stopę. My też mieliśmy taki incydent. Przy czym to nie ja wprowadziłam metodę tylko jedna z terapeutek. Zaczęło się pięknie: pokazywała nagrodę i mówiła córce, że jak zrobi zadanie to dostanie. I Ola robiła. Nawet chętnie. Baa, zadziwiająco chętnie. I nawet zaczęłam wątpić w wyniki naukowców, ale poczekałam jeszcze troszkę i pojawiły się pierwsze efekty tej metody: Ola próbowała rozciągać ją na wszystko: „nie będę nic robić bez nagrody”. I tu właśnie pojawia się to, co jest większości rodziców nastolatków znane: „moje dziecko nie chce nic robić bez nagrody”. A dlaczego nie chce robić? Może dlatego, że wcześnie pokazaliście, że za pracę musi być nagroda.
Powiecie, że przykład dziecka z autyzmem jest zły. No, to idziemy do neurotypowych. Miałam koleżankę, której rodzice za każdą piątkę dawali 5 zł. Tylko za piątkę. Za inne oceny nic. Dziewczyna cieszyła się, że wpada jej to pięć złotych. Nie zawsze, ale zawsze było coś jak "prowizja", a te ponoć ludzie lubią. Ale czy naprawdę wpływają one na efekty ich pracy? Czy wysilała się jakoś bardziej? Nie wiem. Jak nie to nic złego się nie stało, bo najwyżej sobie czegoś nie kupi. I po latach rodziców nie było stać już na 20 zł (bo przecież 5 zł satysfakcjonowało kilkunastolatkę, ale nie studentkę) i przestali jej dawać. Efekt? Po pierwszym roku studiów stwierdziła, że studia rzuca. W sumie zainteresowań nie ma, bo nikt jej za to nie zapłaci. Chorym rodzicom pomaga tylko, kiedy szantażują ją emocjonalnie. Oczywiście uważa, że metoda kar i nagród jest najlepszą, bo przecież jej dziecko nie chce nic robić bez nagród.
A może zamiast metody „kija i marchewki” wystarczyło wykorzystać dziecięce zainteresowania. Jak my to robimy? Ola zainteresowana jest określonym tematem to wykorzystujemy go do nauki wszystkiego. Lubi piosenki? No to kilka minut pracy, kilka minut śpiewania. Uwielbia zwierzaki to oczywiście uczymy się wykorzystując te zwierzęta. Ma bzika na punkcie farb, więc malowanie palcami i farbami liter. Kocha różnorodne masy, więc wykleja z nich litery.
Zaraz ktoś napisze „no, ale to dziecko, a nie nastolatka”. A pamiętasz jak Twoje dziecko już powoli zaczynało rozumieć, że bez nagrody to mu się nie opłaca ruszyć ręką czy nogą? Chcesz takie dorosłe dziecko, które bez nagrody nawet z Tobą nie porozmawia, bo mu się może nie opłacać, bo mu nikt nie da, bo nie zaszantażujesz, bo nie ukarzesz fochem?


piątek, 16 października 2020

Oskary dla kotów


Naszym największym problemem nie są maseczki tylko brak Oskarów dla kotów. Serio. Jeśli ludzie swoje dbanie o zdrowie ograniczają do facebookowych walk i przepychanek to jest to głupie. Od początku pandemii widzę kłótnie. Czasami przeplatane odpałami religijnych ortodoksów. A życie toczy się dalej, ludzie walczą i mają w nosie stosowanie walki we własnym życiu, bo co ja mam myśleć o człowieku, który twierdzi, że od początku pandemii nosi codziennie maseczkę, robi raz w tygodniu zakupy, ale w weekend musi iść na wesele/chrzciny/ imieniny/ urodziny/ do kościoła, gdzie oczywiście musi iść do komunii. Oczywiście bez maseczki. Zdrowy rozsądek i mniej walki.
Nie noszę maseczki, bo od tygodnia z powodu restrykcji siedzę w domu lub przemykam do lasu, ponieważ dziecko boi się mnie w maseczce. Czasami uda mi się przekonać Olę (i wtedy mogę przemknąć do lasu), a czasami ma atak paniki. I co zrobisz? Nic. Nosisz maskę albo zawsze pamiętasz o zaświadczeniach przy sobie. Nie nosisz to licz się, że Cię na pewno skontrolują, czego unikam, bo Ola się takimi rzeczami stresuje. I znowu nic nie mogę zrobić. Czuję się dokładnie tak jak w styczniu, kiedy miałam zakrwawioną rękę, pies zakrwawiony tułów, a policja mi objaśniała, że nie zostałam pogryziona. Pies też nie. Niepotrzebny stres dla dziecka, które dużo bardziej wszystko przeżywa i u którego izolacja dużo bardziej odbiła się na postępach niż u innych dzieci, bo kontakt z innymi to dla niej terapia. I co można zrobić? Znowu nic, bo nikt nie ma dobrych rozwiązań. Wszyscy (anty i pro) wiedzą lepiej. A my musimy z tym żyć, radzić sobie lepiej lub gorzej, czasami nie mieć sił na nic.

I tak przypadkowo któryś dzień z rzędu między 7:00 a 7:30 policja przejeżdżała kilka razy przez moją ulicę. Całkowity przypadek, że na całe miasto pokrążyli sobie akurat robiąc tu kółeczka. Polowali na uczniów? No to troszkę za wcześnie, bo na nich powinni popolować między 7:30-8:00.
I teraz pamiętaj rano, że wyprawiając dziecko masz mieć portfel z dokumentami przy sobie, że masz zrobić wszystko, żeby nie sprawdzali dokumentów przy Oli, bo inaczej w szkole będą mieli sajgon z powodu strachu. A strach jest od stycznia (wiem, bo kilka razy byłam kontrolowana i Ola zawsze zaczynała panicznie krzyczeć), bo pewnie kojarzy jej się to z tamtą chorą sytuacją, kiedy krzyczałam wołając o pomoc, kiedy widziała cierpienie psa.
Wszyscy wiedzą lepiej. Anty i pro, ale ta oświecona wiedza nam nie pomaga. Nawet pouczenia "a moje dziecko nosi i nie widzę problemu". Moje też czasami nosi. Moje kiedyś kochało kąpiele i mogło siedzieć w brodziku godzinę, a obecnie walczymy z kolejną fobią związaną z wchodzeniem do wanny. Pozostaje mycie na stojąco i to takie w 5 minut. I co zrobię? Czym mnie wszyscy oświeceni, którzy nie mają pojęcia o autyzmie pouczą, a później i tak oleją zachowanie 2 m odstępu w sklepie, bo przecież mają tę maseczkę i toczą o nią walki na fb, więc czują, że są świetni. Spotykają się z ludźmi z całej Polski, ale apelują o zamknięcie szkół. A może wystarczy nie spotykać się z ciągle nowymi ludźmi, może wystarczy zamknąć się w małych społecznych bańkach typu do szkoły, do pracy i zero innych kontaktów, a nie pisać, że powinni wszystko zamknąć, ale na fb chwalić się dużą imprezą rodzinną, przyjęciem komunii w formie fizycznej?
Właśnie czekam na odbiór pralki (specjalista stwierdził, że da się naprawić za połowę ceny pralki, więc będzie nowa). Wyzerowane konto, więc zakupów nie robiłam (tydzień temu zrobione zapasy i czekam na wypłatę). I siedzę sobie, patrzę na te kłótnie o maseczki. Siedzę i myślę: w tym tygodniu spotkałam się z 3 osobami, których nie widuję codziennie, a codziennie od tygodnia widzę koło 10 osób (łącznie z kierowcą autobusu szkolnego, opiekunką i dzieciakami w tym autobusie oraz bliskimi). Kochani gryzący się z jednej i z drugiej strony: z iloma osobami Wy się widzieliście? Może zacznijcie od takich ograniczeń? Może zamiast do sklepu na spacer idźcie do parku lub lasu? Każdy z nas jest odpowiedzialny za ilość zachorowań, bo bez kontaktów między ludźmi nie ma przenoszenia wirusów.
Miłego dnia

czwartek, 15 października 2020

Ewa Nowak "Dzień wszystkiego"



W świat wykreowany przez Ewę Nowak wchodzimy gwałtownie i brutalnie. Po otwarciu książki ukazują nam się zdjęcia gazet z nagłówkami: „Cyrk wypłaci rodzicom dwa miliony Euro odszkodowania!” „Zarażona wścieklizną małpa odgryzła rękę dziecku!” i „Tragedia w cyrku!”. Sensacja goni sensację, a wszystko w miejscu kojarzącym nam się z miłą rozrywką dla dzieci (powoli coraz częściej z okrutnym traktowaniem zwierząt). Cyrk, który miał zapewnić dobrą zabawę zapewnił niemiły bagaż doświadczeń. Na kolejnych stronach poznajemy bohaterkę tych tragicznych wydarzeń, dowiadujemy się jak bardzo źle są traktowane zwierzęta mające popisywać się sztuczkami. Jazda na rowerze przez małpy to efekt wielu godzin pastwienia się. Widzowie mogą tylko oglądać efekty. Żeby były jeszcze bardziej spektakularne koniecznie muszą być gdzieś wysoko, na linie… Jak czuje się z tym zwierzę? Wystraszone, zdominowane, posłuszne wykonuje polecenia człowieka. Cały proces negatywnej tresury opisuje Ewa Nowak, pedagożka słynąca z książek, w których porusza trudne tematy. Tym razem zabiera nas w świat traum. A wszystko zaczyna się od pozyskiwania zwierzęcych artystów, okrutnego traktowania, znęcania się, wyrywania ze środowiska naturalnego. Wchodzimy w odczucia małpki cierpiącej z powodu tęsknoty za matką oraz strachu przed nieznanym.
Poznajemy też piętnastoletnią Majkę, która razem ze znajomymi poszła do cyrku i została zaatakowana. Przeżycia doświadczone w czasie ataku sprawiają, że jej rany są poważniejsze, bo nie tylko fizyczne. Gest przyjaźni wywołał w zwierzęciu złość. Rany goją się długo, a ręka musi być długo rehabilitowana.
Ręka jednak okazuje się tu najmniejszym problemem, ponieważ bohaterka po zdarzeniu w cyrku ma wielką traumę i boi się zwierząt. Lęk przed zwierzętami wręcz ją paraliżuje. Powrotu do normalności nie ułatwia też dziwne zachowanie znajomych, którzy zaczynają się od niej izolować. Zawiedziona, zraniona, z fobami i osamotniona Maja z niechęcią podchodzi do nowych osób w jej otoczeniu. W końcu na osobach, które uważała za przyjaciół zawiodła się. Poznana przez nią Zuri stopniowo zdobywa zaufanie pokrzywdzonej. Ta znajomość pozwala jej na zdobycie wiedzy na temat funkcjonowania cyrków, sytuacji zwierząt i nabranie całkowicie innej perspektywy wobec tego, co ja spotkało. Zamiast myśleć wyłącznie o sobie zaczyna zastanawiać się nad losem sprawczyni własnego cierpienia.
„Dzień wszystkiego” to pouczająca opowieść z dwóch perspektyw człowieka i zwierzęcia. Pojawiające się na pierwszych stronach fobie i lęki powoli wypiera odkrywanie prawdy i nowa znajomość. Czy przyjaźń pozwoli uporać się Majce z doświadczeniami?
Ewa Nowak napisała ciekawą książkę dla nastolatek. Myślę jednak, że i starszym czytelnikom sprawi ona wiele przyjemności, pozwoli na zadanie sobie ważnych pytań, zweryfikowanie swoich lęków, spojrzenie na problem z innej perspektywy. Tematy pojawiające się w powieści są uniwersalne, bo problemy opisane przez pisarkę mogą dotyczyć każdego z nas. Do tego motyw znęcania się nad zwierzętami, wyrywania ich z naturalnego środowiska pięknie przemawia do wyobraźni i zachęca do omijania cyrków, które przyczyniają się do cierpienia zwierząt. Zdecydowanie polecam! Zresztą jak mogłabym nie polecić, skoro od czasów liceum zaczytuje się w książkach Ewy Nowak.
Zapraszam na stronę wydawcy





 

Młodzież czyta o sporcie


 


Czytanie kojarzy się Waszym dzieciom z nudnymi lekturami? To pora to zmienić. Jeśli macie w domu małych miłośników sportu mam dla Was kilka propozycji. Na stronie wydawcy (na końcu link) na pewno znajdziecie więcej lektur dla młodych sportowców i miłośników sportu. Dzięki tym książkom odkryjecie, że czytanie o sporcie może być też nieświadomym zgłębianiem tajników wiedzy o świecie. Niektóre z lektur wprowadzą Was w kultury innych krajów, przybliżą zawiłe historie sportowców na tle światowych wydarzeń. Czytelnik niby czyta o sporcie, a zdobywa wiele cennej wiedzy, która zostanie z nim na dłużej, ponieważ w czasie lektury miał miłe skojarzenia. W końcu każdemu pogłębianie własnych zainteresowań wydaje się dużo ciekawsze niż studiowanie geografii czy historii, a tu możemy upiec dwie pieczenie przy jednym ogniu. A może nawet i więcej, jeśli weźmiemy pod uwagę ćwiczenie umiejętności czytania, wydłużania czasu koncentracji, poszerzania słownictwa, pracy nad pamięcią oraz uświadamiania, że sukces nie bierze się z powietrza tylko wymaga ciągłego doskonalenia i nawet sportowcy muszą znać podstawy matematyki, dobrze, kiedy mogą swobodnie porozumiewać się w innych językach. Motywacji do nauki i pracy nad sobą naprawdę wiele. W każdej książce spora porcja bez ględzenia: „Siadaj do lekcji”. Zamiast tego można omówić z dzieckiem jego cel i do niego dążyć, a drogę wyznaczać na przykładzie znanych sportowców. Wyjście z założenia, że osoby osiągające sukcesy w tej dziedzinie muszą też mieć sporą wiedzę sprawi, że dziecko nieco inaczej spojrzy na szkolny obowiązek. A nawet jeśli nie to samo rozwijanie umiejętności czytania ze zrozumieniem i ćwiczenie koncentracji dadzą wspaniałe efekty.


Autor: Marcin Kalita

Tytuł: Juventus. Drużyna walecznych serc

Wydawnictwo: Egmont

Rok wydania: 2019

Liczba stron: 200

Ocena: 9/10

Wiek: 8+

Opis ze strony wydawcy:

Skarbnica wiedzy o jednym z najbardziej utytułowanych klubów piłkarskich na świecie, Juventusie Turyn. Niezbędna pozycja w biblioteczce młodego fana piłki nożnej. Dla tej książki warto zejść z boiska i odłożyć piłkę na bok, by wczytywać się w fantastyczną historię tego wielkiego klubu.  

„Dla wszystkich marzycieli Juventus powinien być klubem wyjątkowym, bo powstał właśnie dzięki... marzeniom. Uczniom jednego z turyńskich liceów zamarzył się klub piłkarski i założyli go po lekcjach na ławce na jednym z miejskich skwerów! Ot, tak — po prostu.” 

Przystępnie napisana książka „Juventus. Drużyna walecznych serc” tłumaczy, dlaczego bez Juventusu trudno sobie wyobrazić dzieje światowego futbolu. Poznajemy: 

- historię powstania klubu, 

- najgenialniejszych piłkarzy (Ronaldo, Zidane) i ich niezrównane osiągnięcia, 

- bramkarskie legendy Juventusu (Combi, Zoff, Buffon, Szczęsny), 

- najskuteczniejszych trenerów, którzy przynieśli klubowi największą chwałę, 

- pamiętne mecze, które rozpaliły kibicowskie serca, 

- ciekawostki na temat m.in. herbu zespołu czy klubowych strojów,  

- ciekawostki o samym mieście Turyn. 

Na kartach książki „Juventus. Drużyna walecznych serc” nie zabrakło wspomnienia o naszych piłkarzach Juventusu: Zbigniewie Bońku i Wojtku Szczęsnym. 

Autorem książki jest Marcin Kalita, dziennikarz sportowy, korespondent, fotoreporter i ekspert telewizyjny. Słowem, jest to książka napisana przez miłośnika futbolu dla miłośników futbolu.





Recenzja:

Piłka nożna należy do tych aktywności, z którymi każdy z nas jakoś tam miał do czynienia. Uczenie dziecka umiejętności kopania piłki to jedno ze sposobów „łatwiejszego” zajmowania czasu i męczenia pociechy, żeby szybciej poszła spać (tak, ja też to robię). Z wiekiem przychodzimy do gier zespołowych i nie ma nic łatwiejszego w wytłumaczeniu dzieciom, że jedna drużyna kopie do jednej bramki, a druga do drugiej. W moim dzieciństwie nawet jedna bramka starczyła i wspólny dla dwóch drużyn bramkarz, który za każdą obroniona bramkę dostawał punkty, jakby był kolejną drużyną, czyli dzieci bywają naprawdę pomysłowe, żeby móc aktywnie spędzić czas.
Jeśli chodzi o oglądanie sportu to jestem z tych osób, które nie mają dość cierpliwości, dlatego nie interesowałam się tą dziedziną. Oczywiście do czasu. Meczy nadal nie oglądam, ale książki czytam z wielką przyjemnością. Zwłaszcza, że pozwalają zrozumieć mi świat sportu, przemycają sporo ciekawostek. Nawet ja – laiczka – zawsze w jakiś sposób ocierałam się o wiele pojęć, nazw. Wśród nich była też „Juventus”. Książki pozwalają mi wejść w świat tego, co kryje się pod nazwą, poznać początki, osiągnięcia, zrozumieć, dlaczego darzona jest podziwem.


„Juve nigdy się nie poddaje. Tu trzeba walczyć, nawet gdy wszystko wydaje się stracone” - Omar Sivori.

Książka Marcina Kality dostarcza bardzo dużo wiedzy, dzięki czemu młodzi miłośnicy sportu będą mogli popisać się nią przed znajomymi. Każdy wyciągnie z tej lektury cenną lekcję: marzenia są na wyciągnięcie ręki. Trzeba tylko chcieć, konsekwentnie dążyć do celu, współdziałać ze znajomymi, działać razem, bo w grupie siła. Takie podejście jest świetne nie tylko w sporcie, a rozwijanie nawyku współpracy, pokazywanie dziecku, co może osiągnąć dzięki zgranej drużynie jest bardzo ważne.


W książce znajdziemy wiele cennych informacji na temat Juventusu. Dowiemy się, w jaki sposób powstał, jak wyglądały początki, poznamy pierwsze sukcesy i porażki, uświadomimy sobie z jak wieloma trudnościami członkowie musieli sobie radzić. Poza dziejami klubu udamy się na wycieczkę do Turynu oraz miejsca warte odwiedzenia we Włoszech (czyli troszkę geografii, historii i kultury przy okazji poznawania tła). Ponadto poznamy najważniejszych dla drużyny zawodników, ich historie, przemyślenia, refleksje na temat zajmowania się tym, w czym są najlepsi. Dowiemy się, jaki ma to wpływ na ich codzienność, w jaki sposób każdego dnia podnoszą sobie poprzeczkę, uczą się nowych rzeczy, doskonalą techniki, godzą karierę sportową z utrzymywaniem relacji z bliskimi. Liczne zdjęcia pięknie wpisują się w treści i wzbogacają je, sprawiają, że lektura dla młodego czytelnika nie jest przegadana. Sprawiają one, że od czasu do czasu można oderwać wzrok od tekstu, zrobić sobie mini przerwę, przez co czyta się dużo szybciej. Do tego Marcin Kalita pisze w taki sposób, że ma się wrażenie, jakby nam osobiście opowiadał wszystkie zawarte w książce ciekawostki. Pytania retoryczne sprawiają, że z jednej strony takie odczucie się utrzymuje, a z drugiej skłania czytelników do uważnego czytania, zastanawiania się. Historia Juventusu jest tu ciekawą opowieścią o osobach, które je tworzą. Ich losy i dzieje klubu pięknie się zazębiają, dzięki czemu mamy pełną emocji opowieść, a nie książkę z samymi faktami. To przekłada się na stosunek czytelnika do czytanego tekstu, czyli bardziej emocjonalnego podejścia, co w konsekwencji daje bardziej zaangażowane czytanie. Na ostatnich stronach znajdziemy informacje na temat obecnie funkcjonującej Akademii Juventus w Polsce, kształcącej młodych adeptów piłki nożnej.

Marcin Kalita w swojej publikacji postawił na dawkowanie wiedzy, przemycanie jej. Niedługie rozdziały pełne ciekawostek podanych w taki sposób, że trudno uznać je za podręcznikowe nudzenie, dzięki czemu młodzi czytelnicy nieświadomie wchłaniają solidną dawkę wiedzy i to wcale nie o sporcie. Do tego opowieść uporządkowana, wzbogacona o herby i stroje Juventusu, a także trofea oraz legendarnych trenerów. Podpisane zdjęcia stają się kolejnym źródłem wiedzy. Książka pozwala takiej laiczce jak na naprawdę zorientować się w pozycji klubu, zrozumieć jej fenomen.

Autor: Jarosław Kaczmarek

Tytuł: Skrzydłowi. Technicy, magicy, indywidualiści

Wydawnictwo: Egmont

Rok wydania: 2019

Liczba stron: 175

Ocena: 8/10

Wiek: 8+

Opis ze strony wydawcy:

Porywająca książka o najlepszych skrzydłowych świata i jednych z największych gwiazd współczesnej piłki nożnej. Prawdziwa gratka dla dzieci i młodzieży, dla których piłka jest pasją nad pasjami. 

Czytelnicy dostają do rąk wciągające opisy pięciu genialnych dryblerów. Są to: 

- Leo Messi 

- Neymar 

- Gareth Bale 

- Kylian Mbappé 

- Eden Hazard 

Każda strona książki jest przepełniona emocjonującymi historiami prosto z największych stadionów świata. Autor Jarosław Kaczmarek przywołuje genialne, szalone dryblingi i gole, które przeszły do historii futbolu. 

Książka „Skrzydłowi. Technicy, magicy, indywidualiści” zawiera również porady, krótkie lekcje, jak wypracować własną technikę, dryblerskie triki i sztuczki. Jarosław Kaczmarek porusza wyobraźnię i emocje czytelników. „Skrzydłowych” czyta się z wypiekami na twarzy porównywanymi do tych, wywołanych emocjami w trakcie oglądania dobrego meczu.  

„Cóż, większość genialnych dryblerów ma sobie coś z szaleńca. Pewnie dlatego, że potrzeba dużo zakręconej wyobraźni i odwagi, by podejmować próbę okiwania wszystkich przeciwników.”





Recenzja:

To już moje kolejne spotkanie z książkami Jarosława Kaczmarka. Wszystkie cechuje porządne opracowanie tematu, świetnie merytorycznie podejście, bardzo dobrym warsztatem, dobrą metodologią przekazywania wiedzy. Dzięki jego publikacjom poznajemy poszczególne role na boisku. Tym razem czas na skrzydłowych, czyli najciekawszych ról w piłce nożnej. Z książki dowiemy się na czym polega ich rola, dlaczego są tak ważni, w jaki sposób oszczędzają energię, aby mieć siły w czasie strzelenia bramki w kluczowych momentach. Dowiemy się, w jaki sposób wygląda ich współpraca z pozostałymi członkami drużyny.


Z książki poznamy sylwetki pięciu wybitnych skrzydłowych: Mbappe, Hazarda, Bale'a, Neymara oraz najlepszego z najlepszych i najbardziej podziwianego przez wszystkich małych piłkarzy - Leo Messiego. Myślę, że szczególnie ta ostatnia postać przyciągnie uwagę młodych czytelników. Zwłaszcza, że wiem jak wiele uwagi dzieci mu poświęcają i jak mocno utożsamiają się z nim. Bywałam nawet świadkiem zabawnych scen, kiedy członkowie drużyn kłócili się, kto jest Messim, więc czar takiej zachęty przez opisanie tego piłkarza może podziałać na młodych czytelników.

W książce znajdziemy ciekawe życiorysy, bardzo dużo zdjęć (także z najsłynniejszych meczów) oraz cenne wskazówki na temat tego jak samemu rozwijać w sobie talent i zostać skutecznym i efektownym dryblerem. Do tego pojawiają się cenne uwagi byłego selekcjonera naszej kadry, Andrzeja Stejlau'a, czyli bez wątpienia autorytetu w dziedzinie futbolu.

Autor: Jarosław Kaczmarek

Tytuł: Pomocnicy. Liderzy, asystenci i robotnicy

Wydawnictwo: Egmont

Rok wydania: 2019

Liczba stron: 165

Ocena: 8/10

Wiek: 8+

Opis:

W historii futbolu przez długi czas nie doceniano sztuki podawania piłki. Dziś jest inaczej. Trenerzy, piłkarze, kibice mają świadomość, jak ważna jest rola pomocników. To oni są mózgiem drużyny i decydują o skuteczności gry zarówno w ataku, jak i w obronie. 

„Pomocnicy. Liderzy, asystenci, robotnicy” to książka, która zachwyci młodych entuzjastów piłki nożnej. Jest napisana przez futbolowego pasjonata, Jarosława Kaczmarka. Pasję, werwę i entuzjazm autora czuć na każdej stronie, przy każdym zdaniu. I dzięki temu tej książki się nie czyta, ale z ekscytacją się ją chłonie. 

W książce „Pomocnicy. Liderzy, asystenci, robotnicy” poznajemy sylwetki pięciu wybitnych pomocników, którzy mają być dla młodych czytelników inspiracją, nie tylko w grze na boisku. To pomocnicy, których zagrania zasługują niejednokrotnie na miano piłkarskich dzieł sztuki. 

- Luka Modrić 

- Paul Pogba 

- Andrés Iniesta 

- Toni Kroos 

- Piotr Zieliński  

„Ale nie nauczycie się sztuki rozgrywania piłki z książek! Pora teraz włożyć sportowy strój, zapakować piłkarskie buty i ruszyć na trening. A potem ćwiczyć, ćwiczyć i ćwiczyć, bo to przecież trening czyni mistrza!” – dopinguje autor Jarosław Kaczmarek.





Recenzja:

Mam takie odczucie, że pomocnicy w każdym zawodzie traktowani są po macoszemu: niedoceniani, nie dostrzega się ich wkładu w sukcesy drużyn. W piłce nożnej jest tak samo. Wydaje się, że od nich niewiele zależy na boisku, bo to przecież napastnik strzela gole, obrońca i bramkarz utrudniają przeciwnej drużynie strzelenie gola. A taki pomocnik? Jego gra nie jest widowiskowa i nikt nie rozprawia godzinami o manewrach prowadzących do zdobycia kolejnego punktu dla drużyny. A jednak bez nich nie byłoby sukcesów drużyn. Od ich sprytu, umiejętności zależy to, czy będzie szansa na strzelenie piłki do bramki. Dzięki pomocnikom napastnik może popisać się trafnym strzałem, natomiast bramkarz i obrońca mieliby dużo więcej roboty. Z tego powodu pomocnicy są niesamowicie ważni, bo to właśnie dzięki nim wiele rzeczy w czasie meczu się wydarza, a innym zapobiegają.


Ciekawość tego, w jaki sposób wygląda taka pomoc na murawie sprawiła, że sięgnęłam po kolejna publikację Jarosława Kaczmarka, który każdej roli na boisku poświęcił oddzielną publikację i wskazał jak niesamowicie ważne to role, zaprzyjaźnił ze wzorami z każdej grupy. Jego kolejna książka po raz kolejny udowadnia, że ma on dar opowiadania oraz zachęcania czytelnika do zgłębiania tematu. Książki poświęcone rolom na boisku zawierają instrukcje dotyczące technik, wskazówki jak ćwiczyć, sylwetki najlepszych i najsłynniejszych piłkarzy grających w określonej roli, a do tego bardzo wiele zdjęć z największych stadionów świata. Tu także nie mogło zabraknąć instrukcji kolejnych ćwiczeń i rad, w jaki sposób zostać skutecznym pomocnikiem. Wszystko uzupełnione cennymi radami trenera.

Przemyślana kompozycja, tekst przeplatany zdjęciami, ciekawostkami oraz urozmaicony kolorami, aby ilość tekstu nie przytłaczała czytelnika. Dzięki takiemu podejściu przez tekst płyniemy. Zdjęcia pozwalają też zapamiętać poszczególnych bohaterów opowieści. Dla mnie szczególnie interesujące w książce są propozycje ćwiczeń, ponieważ pozwalają na samodzielne rozwijanie zwinności, dbanie o sprawność.

Autor: Jarosław Kaczmarek

Tytuł: Siatkówka. Mistrzowska gra

Wydawnictwo: HarperCollins

Rok wydania: 2020

Liczba stron: 198

Ocena: 9/10

Wiek: 8+

Opis:

Niezbędnik małych fanów i fanek siatkówki! Gdzie w Polsce grają najlepsze drużyny siatkarskie? Jaką drogę przeszła polska reprezentacja, aby sięgnąć po upragnione złoto? Ile razy Polska zdobywała tytuł mistrza świata? Jaką funkcję na boisku pełni libero? Na te i wiele innych pytań odpowiedzi znajdziecie w książce „Siatkówka. Mistrzowska gra” Jarosława Kaczmarka. 

„Siatkówka. Mistrzowska gra” to przewodnik po zasadach i historii polskiej siatkówki autorstwa Jarosława Kaczmarka, znanego ze swojego charakterystycznego opowiadania o sporcie. Książka przeznaczona jest dla kochających siatkówkę dzieci już od ósmego roku życia. 

W książce „Siatkówka. Mistrzowska gra” znajdziesz: 

-porywające opisy sportowych zmagań, trudności i sukcesów polskich reprezentacji siatkarskich; 

-zrozumiałe wyjaśnienia pozycji na boisku i zasad siatkówki; 

-siatkarską mapę Polski; 

-sylwetki najważniejszych zawodników i zawodniczek; 

-praktyczne porady, co zrobić, by mieć szansę zagrania w polskiej reprezentacji narodowej; 

-kolorowe zdjęcia i oprawę graficzną; 

-słowniczek najważniejszych siatkarskich pojęć.





Recenzja:

Ostatnia z książek także jest autorstwa Jarosława Kaczmarka i jest najnowsza. Do tego tematyka nieco inna (ale ten dziennikarz sportowy słynie z szerokiego zainteresowania sportem), bo o siatkówce. Aktywny działacz w Grupie Studnia O. coraz częściej kojarzy się odbiorcą przede wszystkim jako autor książek. Mnie kojarzył się z piłka nożną, a później przypomniałam sobie, że przecież to właśnie jego autorstwa była książka o skoczkach i o wyścigach samochodowych. Wszystkie publikacje skierowane dla młodych czytelników, ale i takim jak ja sprawiają dużo przyjemności, ponieważ bez straty dużej ilości czasu dowiaduję się sporej ilości ciekawostek, poznaję historię, znane sylwetki. Tym razem zabiera nas w świat siatkówki, sportu, którego przez szkolne lata nie zrozumiałam i nie polubiłam (w przeciwieństwie do piłki nożnej). Spojrzenie z nieco innej strony (nie z punktu widzenia gracza znudzonego tym, że piła leci zawsze w inny kąt boiska niż się jest) na ten sport jednak wywołało moje zainteresowanie.


Z książki dowiemy się jak ważna jest siatkówka jako dyscyplina narodowa. Dowiemy się o znaczeniu sukcesów siatkarzy, uświadomimy sobie, że często te wygrane mają większą skalę niż zwycięstwa naszych piłkarzy, na których skupiono uwagę. I tu też pięknie opisano wkład kobiet w osiągnięcia. Czytając książkę szybko zrozumiemy, że naszą mocną stroną narodową jest właśnie siatkówka, a nie popularna piłka nożna. Dzięki książce Jarosława Kaczmarka poznamy historię dyscypliny. Poznamy pomysłodawcę sportu oraz okoliczności, w jakich wprowadzono tę nowa dyscyplinę. Odkryjemy drogę ewolucji: inne punktowanie, inna długość meczów. Do tego dowiemy się, dlaczego jest to tak zwany sport nienaturalny i na czym to polega.

Dużo miejsca w książce poświęcono niuansom taktycznym, pozycjom siatkarzy na boisku, funkcji graczy, ich specjalizacji. Do tego nie zabraknie tu opowieści o największych sukcesach naszych drużyn. I tu spory plus, że są pojawiają się zarówno męskie, jak i żeńskie zespoły. Nie zawsze chronologicznie i nie taką sama uwagę poświęcono graczom obu płci, ale zobaczyłam światełko w tunelu, którego w przypadku książek o piłce nożnej jednak nie było. Autor wprowadza nas w świat sukcesów Polaków w tej dziedzinie od lat 70-tych ubiegłego wieku. Opisana w intrygujący sposób historia wzbogacona jest zdjęciami, odniesieniami do scenek z filmu, ciekawostkami dotyczącymi ostatnich zwycięstw.

W publikacji tej nie zabrakło też miejsca dla wybitnych przedstawicieli. Poznajemy sylwetki Agaty Mróz i Arkariusza Gołasia. Poświęcone im rozdziały są czymś w rodzaju epitafiów. Do tego nie zabraknie niedługich biografii obecnych reprezentantek i reprezentantów w siatkówce.


PODSUMOWANIE

Wszystkie zaproponowane publikacje mają interesującą szatę graficzną. Tekst ze zdjęciami, elastyczna, ale trwała okładka, śliskie, dobrze zszyte strony – wszystko to sprawia, że sięganie po taką publikację sprawia dużo przyjemności. Zdecydowanie polecam. Warto zajrzeć też na stronę wydawcy i tam poszukać książek o tematyce, która może zainteresować Wasze pociechy.

Zapraszamna stronę wydawcy