wtorek, 15 kwietnia 2014

pokój nauczycielski

W związku z konkursem z okazji dnia dziecka mam misję: promować konkurs. To sprawiło, że wróciły do mnie wspomnienia z pierwszego roku studiów.
Duży pokój nauczycielski z wielkim starym stołem na jakieś osiemdziesiąt osób. Na środku tego sędziwego, ale pięknego mebla w kształcie elipsy leży biała serwetka, a na niej trzy doniczki z kwitnącymi kwiatkami. Brzeg ozdobiony stosami zeszytów, książek, teczek i innych potrzebnych przyborów.
-Krzysiek? Masz czerwony? – pyta głośno szczupła brunetka o długich kręconych włosach.
Blond rudzielec rzuca w jej stronę czerwony długopis, który szybuje przez całą długość stołu. Ona łapie wprawionym ruchem. To nie pierwszy raz, kiedy przyszła bez swojego „czerwonego”.
Niektórzy siedzący przy stole rozmawiają w parach, inni coś czytają, jeszcze inni szybko i nerwowo sprawdzają prace uczniów. Prawdziwa mieszanka charakterów i typów urody.
Wsuwam swoją głowę do ich świątyni prywatności, do której nie mają wstępu uczniowie. Nie zauważają mnie. Wchodzę. Podchodzę do najbliższych nauczycielek. Starsze panie mają w sobie już coś z czarownic: nastroszona trwała, ostre, pewne siebie spojrzenie, które przeszyje każdego.
Myślę sobie: „Bosze, takie są w stanie mnie uśmiercić na ich terytorium”. Moja uroda szesnastolatki sprawia, że rzucają w moim kierunku pytanie:
-A ty tu czego? Z której jesteś klasy?
Wiedziałam, że tak być może. Łapię oddech i odpowiadam nieśmiało:
-Szukam pani dyrektor. Pani w sekretariacie powiedziała, że mam tu przyjść.
-Przed wejściem się puka i czeka - ucina moje wyjaśnienia jedna z wiedźm.
-Z której jesteś klasy?-druga.
-Ja mam tu mieć praktyki. Proszono bym jeszcze porozmawiała o tym z panią dyrektor-odpowiadam.
Trzy, cztery osoby dalej siedząca kobieta wstaje. Podchodzi do mnie. To pani dyrektor.
-Zapraszam do mnie - mówi.
Idziemy. Z pokoju nauczycielskiego przechodzimy do sekretariatu, a następnie do jej gabinetu.
Wyjaśniam, o co chodzi z praktykami, pokazuję stosik dokumentów, które dano mi na uczelni. Pani dyrektor mierzy mnie wzrokiem.
-Jest pani pewna, że pani sobie w tej szkole poradzi? Tu mamy patologię- mówi głosem troskliwej cioci.
-Poradzę sobie- odpowiadam już pewniejszym głosem.
-Koszty za materiały do lekcji, różnego rodzaju pomoce naukowe, których nie ma w szkole pani ponosi. Ale pani chyba to wie?- powiedziała dyrektorka.
-Tak – potwierdziłam.
Dyrektorka odłożyła papiery, które jej wręczyłam na biurko i wróciła ze mną do pokoju nauczycielskiego. Przechodząc przez sekretariat poinformowała panie:
-To nasza praktykantka.
Podobnie było w pokoju nauczycielskim. Zajęci swoimi sprawami nauczyciele tylko zmierzyli mnie wzrokiem i na nowo wrócili do swoich zajęć. Zostałam sama z niezainteresowanym tłumem. Po przerwie miała do mnie przyjść nauczycielka, która będzie nadzorować moje praktyki.
Patologia miała polegać na tym, że większość dzieci miała różne dysfunkcje: od społecznych po intelektualne, ale to tylko na papierku, a poza nim znużenie nauką.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz