środa, 9 kwietnia 2014

przedwyborcze idylle

Media optymistycznie namawiają nas do kolejnych wyborów, które mają odmienić oblicze naszego kraju, przez co można mieć wrażenie, że są one czymś w rodzaju ducha świętego ze słynnego przemówienia JP II. Realia jednak nie są zbyt ciekawe, ponieważ po bliższym przyjrzeniu się partiom nie ma na kogo głosować. Ja pragnęłabym widzieć Polskę, jako silny, wolny kraj, który liczy się w świecie. Politycy przekonują nas, że jesteśmy siłą albo że staniemy się nią za ich sprawą.
Siłą jesteśmy, ale głupoty. Wiemy jak umiejętnie lizać tyłki innych państw, a w lizaniu Amerykanów jesteśmy już specjalistami, przez co często czuję niesmak. Wynosimy wrogów do rangi przyjaciół, idziemy z nimi na wojny a oni w podzięce zamykają nam granice. ostatnio miałam okazję wymienić parę zdań ze zwykłą przeciętną matką-Polką zarabiającą poniżej średniej krajowej na temat tych upragnionych wiz do USA i czy faktycznie są nam potrzebne. Kobieta ze średnim wykształceniem uzyskanym jeszcze za czasów naszych braci Rosjan stwierdziła, że otwarcie granicy niewiele zmieni. Ona do Ameryki nie pojedzie, bo „w Polsce ma dom, rodzinę, nie zna języka (uczyła się rosyjskiego), a Amerykanie to banda głupich grubasów i cwanych Czarnuchów z HIVem”. Wynika z tego, że wymarzony wyjazd do Ameryki przeciętnego Polaka nie interesuje.
Unia Europejska interesuje o tyle o ile są zyski, a nie wydatki… Realniejszym problemem staje się odprowadzanie po kilka czy kilkanaście razy podatku od jednej rzeczy oraz 1% dla kościoła, który niby z polityką nie ma nic wspólnego (JP II twierdził, że duchowni mają wzniosłą misją i nie powinni zajmować się polityką oraz zdobywaniem dóbr). U nas czarni to wielka siła społeczna, ale i o nich nie chcę tu pisać.
Zbliżające wybory sprawiły, że zaczęłam szukać kandydatów, na których mogę zagłosować. Jestem przeciwniczką demokracji jako systemu niezwykle kosztownego, ale skoro żyję w kraju o takim ustroju to wypada korzystać z praw, aby rządy nie przypadły grupom, które maja zupełnie przeciwne interesy. Po dłuższej analizie doszłam do wniosków:
SLD – obserwując wcześniejsze poczynania i deklaracje zapewnia politykę klerykalną, czyli stałe finansowanie kościoła, a mi nie bardzo się to podoba. Niby partia lewicowa z przekonania, ale za bardzo prawicowa w postępowaniu.
PSL – bezpłciowy twór, deklarujący dbanie o dobro wyborców, ale działanie te nie przekładają się na realne korzyści podatników. KRUS okazał się jedną wielką pomyłką, przez co rolnicy na emeryturze dostają marne gorsze, bo płacili malutkie składki.
PO – stawiali na młodych, po studiach, z wielkich miast, czyli na takich ludzi jak ja… Wiele moich znajomych jest na ukochanym bezrobociu i to po studiach trzeciego stopnia… Wyglądają ładnie, mają przekonywujący PiaR, ale na tym się kończy ich wspólnota z młodymi. Do tego są tak samo proklerykalni jak PiS, o czym świadczy nawrócenie się przywódcy partii…
Palikot – dziwny człowiek, można by powiedzieć nawet, że oszołom, ale ja oszołomów lubię. Podoba mi się jego pomysł legalizacji marihuany, ponieważ palić będą ci, którzy palą i chcą palić (a oni zawsze bez problemu znajdą źródło swojego narkotyku tyle, że na braku legalności traci państwo i to sporo milionów). Jako antyklerykał ma fajne pomysły, ale na nich się kończy. Poza tym jesienią z prof. Hartmanem do polityki wrzucił prosiaka, a ja lubię pieczone prosiaki.
Polska Partia Pracy – partia widmo. Coś gdzieś słyszałam, ale nie mam pojęcia, jaki jest ich program. Może do wyborów zdążę się oświecić
Co wybrać, kiedy nie ma wyboru?

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz