środa, 9 kwietnia 2014

prima aprilis w pracy

Dawno, dawno temu, czyli jeszcze na pierwszych studiach, miałam okazję pracować w firmie informatycznej, w której większość pracowników stanowiła płeć brzydka (czyt. mężczyźni). Młodzi, niewyżyci, świeżo po studiach i z masą niezwykłych pomysłów. Mieli swoje wspaniałe sposoby na podrywy, a także na robienie psikusów nielicznym koleżankom z pracy, których w większości nie lubili ze względu na ich sztywność.
Mieli też zawsze w zapasie parę numerów ekstra na prima aprilis dla pań z help desku, w którym niewiadomym mi sposobem pracowałam. Nie uważam się za super znawczynię w dziedzinie komputerów i widocznie takiego człowieka potrzebowali. Moje praca była siedzeniem przy swoim komputerze i zdalne naprawianie, czyli doinstalowywanie potrzebnych programów (co obecnie potrafi większość uczniów podstawówek).
Komputer był dla mnie bardzo ważnym narzędziem. Bez sprawnego nie mogłam nic zrobić i nie dostawałam pieniążków (jako studentka pracowałam na umowę o dzieło). Pierwszego kwietnia przyszłam jak zawsze do pracy, uruchomiłam komputer, zalogowałam się na swoim profilu i próbuję ruszać myszką, a kursor się nie przesuwa. Troszkę się zdenerwowałam, bo nie lubiłam tracić czasu w pracy, w której płacono mi za zadania a nie za przesiedziane godziny. Na szczęście miałam zapasowe myszki w biurku. Po podłączeniu okazało się, że i one nie działają. Doszłam do wniosku, że pewnie coś nie tak z oprogramowaniem, albo złośliwość losu sprawiła, że wszystkie się zepsuły. Kiedy szukałam kolejnej myszki w biurku koleżanki chłopacy wparowali do mojego biura krzycząc: „Prima aprilis!”.
Okazało się, że ciemnymi taśmami zakleili spody myszek, a to były pierwsze laserowe i nie przypuszczałam, że ktoś mógłby zrobić z wszystkimi moimi myszkami taki numer.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz