niedziela, 4 września 2016

dwa psotniki

Napsociłem dzisiaj z Olą strasznie.
Wszystko zaczęło się od hasła: "Ola, idę do kuchni zrobić śniadanie, a ty jeszcze poczytaj". Pani wyszła do kuchni, kilka minut jej zajęło, a ja na słowo "śniadanie" zrobiłem ten mój wzrok "jestem najgłodniejszym psem na świecie". No i chyba byłem, bo strajk karmowy uprawiam. Podjadałem w nocy i chyba pani nic nie zauważyła, bo schowała mi na noc miskę z karmą tak, jakby była przekonana, że ja nic nie wiem. Troszkę się bałem, że przez pustą miskę zauważy, że jednak jem, ale nie, nie zauważyła, więc rano byłem naprawdę głodny i zjadłbym nawet tę wstrętną karmę. Ola jednak jakimś jedynie jej znanym sposobem zdobyła rodzinki w czekoladzie (ponoć szkodzi psu, ale jest rewelacyjne), do tego dała mi te świetne przekąski czyszczące zęby, a sama wzięła się za zjadanie owoców. Kiedy pani wróciła z kanapkami powiedziała:
-Olu, prosiłam cię abyś na pusty żołądek nie jadła surowych owoców. Na śniadanie jemy kanapki, pijemy ciepłą herbatę, a później możemy jeść owoce. A Tutusiowi trzeba dać karmę. Rodzynki w czekoladzie mu zaszkodzą. Będzie go bolał brzuszek.
Pani dała mi karmę i z rozpędu wszystko zjadłem. Poszliśmy na spacer i nie wiem czy to faktycznie po rodzynkach czy po prostu siła sugestii, ale zacząłem źle się czuć. Pan zwykle mówi o takim zjawisku "efekt placebo". Zerkałem na Olę i widziałem, że ona też nie najlepiej się prezentuje. Ale szliśmy dzielnie. Ola kupiła sobie truskawki i wcinała po drodze.
-Olu, gryziemy dokładnie. Przed duże kawałki boli brzuch, bo nie może sobie z nimi poradzić - pani namawiała Olę do dokładnego żucia.
Dotarliśmy do domu. Pani poszła do kuchni zrobić kawę i herbatę, a ja z Olą bawiłem się piłkami na podłodze i... zwymiotowałem. Przeraziłem się tym, bo pani zawsze się na mnie wtedy gniewa. Uciekłem na schody i tam zostawiłem kolejną porcję. Ola przyszła za mną i o dziwo też zostawiła swoją porcję. Stwierdziłem, że muszę się przenieść, bo wszystko będzie na mnie. I tak idąc z Olą przystanęliśmy i zwymiotowaliśmy, kiedy pani wyszła z kuchni.
-Oj Ola, oj Tutek, chyba oboje się przejedliście. Jedno owocami, a drugie rodzynkami i karmą - powiedziała, co mnie zaskoczyło, bo nie było to "Tutek coś ty narobił?!" tylko takie - jakby zabrakło jej energii - westchnienie. Może przez to, że nie spała z Olą w nocy. Kiedy weszła do pokoju i zobaczyła jeszcze więcej naszych kałuż (łącznie z tą na łóżku, którą zostawiła Olka) i powiedziała:
-No, dzieciaki, do kąpieli, szybciutko.
Popatrzyłem na nią wzrokiem zaskoczonego psa "Ja też?".
-Tutek, nie ociągaj się. Cały jesteś brudny. Trzeba cię wypłukać. Ola to samo. Szybciutko pod prysznic.
Ja wycofałem się na schody, a Ola pobiegła do łazienki. W końcu ja się przedwczoraj myłem i nie miałem zamiaru powtarzać zabiegu.
-Tutek, no chodź. Załatwimy to szybko i bezboleśnie.
I wiecie co? Popatrzyła na mnie takim wzrokiem, że nogi same zaniosły mnie do łazienki. Mało tego! Ja sam bez przymuszania wszedłem pod prysznic, usiadłem i czekałem na wyrok. A po tym szybkim płukaniu poszliśmy na spacer i było bardzo przyjemnie.
I kto by pomyślał, że chwila przyjemności może zmienić się w takie cierpienie.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz