Kilka lat temu czytając książkę „Gdzie ci mężczyźni?” autorstwa słynnego badacza Philipa G. Zimbardo i Nikity S. Coulombe ciągle miałam wrażenie, że temat jest potraktowany zbyt pobieżnie, a przeszłość za bardzo idealizowana, bo znajdowali się w niej odpowiedzialni, pracowici mężczyźni, a przecież świat nie był taki kolorowy i właśnie przez to, że taki nie był kobiety zapragnęły bronić się przed przemocą za pomocą możliwości samostanowienia. Walka była długa, zaciekła i pełna przemocy z obu stron, jednak aby do rewolucji doszło trzeba było posłużenia się narzędziami, których używali ciemiężyciele. Amerykańscy badacze zapomnieli spojrzeć na problem z innej istotnej strony: dlaczego mężczyźni nie nadążają za kobietami, które krok po kroku wywalczyły wiele rzeczy dawniej dla nas niedostępnych. Patrząc na mężczyzn trzeba pamiętać, że wielu z nich wychowało się w czasach, kiedy kobiety jeszcze nie miały praw wyborczych. Nie jestem wiekowa, a moi rodzice urodzili się w latach 60 ubiegłego wieku, kiedy to jeszcze w bardzo wielu krajach niewiasty nie tylko nie mogły głosować, ale też zabraniano im pracy, posiadania konta bankowego lub jakiegokolwiek majątku. Kobieta była oceniana przez pryzmat pozycji mężczyzny, pod którego „opieką” się znajdowała. Od bycia częścią jego majątku już się mentalnie oddalono, ale nadal było wiele do zrobienia. Zwłaszcza, że mężowie, ojcowie i bracia mieli prawo do dysponowania żonami, siostrami i córkami, mówienia im, w jaki sposób mogą się zachowywać, gdzie jest ich miejsce i w jaki sposób mają dążyć do ideału. A później przyszła rewolucja i nagle to, co było zakazane stanęło dla kobiet otworem. Mogły robić kariery, a nie tylko zajmować się mało płatnymi zajęciami, a po małżeństwie i urodzeniu dzieci ich wychowywaniem. Patrząc na świat i to, kiedy udało się wywalczyć (tak, wywalczyć, bo bój był zaciekły, usłany licznymi ofiarami i toczył się o dużą stawkę) prawa wyborcze możemy powiedzieć, że Polska była w uprzywilejowanej pozycji. Uwolnieni od oficjalnie wtrącających się religii oraz podziału na klasy kobiety mogły pójść do pracy, dzieci wysłać do państwowych żłobków, przedszkoli i szkół, decydować o własnym ciele i płodności. Upadek komunizmu był tym czasem, który to, co z trudem wywalczono odbierał i nadal odbiera. A wszystko pod pretekstem troski, chronienia kogoś lub czegoś i objaśniania. Autorzy zapomnieli o tym wszystkim, nie spojrzeli na problem, że to nie mężczyźni się zmienili tylko kobiety, nie popatrzyli na problem z perspektywy przyjrzenia się jak osoby, które nie chcą zmienić swojego nastawienia przestają sobie radzić w zmieniających się czasach. Z podobnym zjawiskiem mamy do czynienia w książce „Szaleństwo tłumów” Douglasa Murray’a pragnącego objaśnić nam świat z perspektywy białego heteroseksualnego mężczyzny.
Po książkę sięgnęłam z bardzo ważnego powodu: szukałam współczesnego spojrzenia
na wiele zjawisk. Czegoś podobnego do „Buntu mas” José Ortegi y Gasseta, czyli
pozwalającej wyjaśnić jak odejście od nauki, podważanie badań, tworzenie
pseudoteorii i wykorzystywanie swojego wykształcenia do wypowiadania się na
tematy niezwiązane z własną wiedzą szkodzi. Zachęciło mnie też hasło objaśniające,
że autor „obecnie jeden z najważniejszych intelektualistów”, ale co to za
intelektualista, który ma klapki na oczach i pokazuje świat z perspektywy
dziecka, któremu zabrano zabawki w piaskownicy? Nawet nie średni tylko mierny,
co zdecydowanie uwidacznia jego ciągła manipulacja na temat osób o których
pisze. Kiedy chce podważyć sens czyiś działań mówi o takiej osobie „samozwańczy
aktywista/ samozwańcza aktywistka” („samozwańcza” to ulubione słowo autora) zapominając,
że bycie aktywistą z gruntu jest samozwańcze, bo nie są to politycy wybierani
przez wyborców tylko osoby pragnące zmienić to, co uwiera ich w ich mniejszych
lub większych społecznościach, mówiący o własnych bolączkach, opowiadający
własne historie, dzielący się osobistymi doświadczeniami. Do tego wszystko
pisane jest z perspektywy mężczyzny, który nie odnajduje się w świecie, bo nie
chce spojrzeć na problem z perspektywy zdeklasyfikowanych przez siebie
aktywistów jednocześnie głosząc hasła, że trzeba wszystkim pozwolić na wolność
słowa, a kiedy ta wolność słowa pojawia się w przeciwnym obozie następuje
oburzenie. A wszystko to wymieszane z trafnymi spostrzeżeniami i wnioskami,
przez co cała publikacja staje się niebezpieczna w rękach osób zbyt łatwo
przyjmujących cudzy punkt widzenia, niepotrafiących krytycznie podejść do
tekstów propagandowych, bo takim właśnie jest ta książka.
„Szaleństwo tłumów” to publikacja, po której można wiele oczekiwać, bo tytuł i sugestia
poruszanych tematów sprawiają, że ma się wrażenie, że będziemy mieli do czynienia
z naprawdę szeroką analizą. Taka jednak nie jest możliwa na tak niewielkiej
ilości stron, ponieważ opisanie męskiego zagubienia wymagałoby opisania tego, w
jaki sposób wynika też z damskiego zagubienia w świecie konsumpcji, w którym
wmawia się kobietom, w jaki sposób mają wyglądać, zachowywać się i dlaczego ich
pozycja w społeczeństwie nadal zależy od oceny męskiego oka. Takie otwarte
podejście wymagałoby szukania źródeł w czasach, kiedy kobieta była własnością
męskich członków rodziny i mogli nią rozporządzać. Pozwoliłoby dostrzec, że
wymaganie od kobiet, aby nie chodziły do pracy w makijażu, bo przecież nęcą
tych niepotrafiących panować nad swoją fizjologią mężczyzn powinno być ukierunkowane
do korporacji tworzących wizerunki, kreujących ideały w reklamach i sztuce, aby
zarobić na sprzedaży kosmetyków, odzieży, perfum, suplementów i wielu innych
rzeczach. Ba, do promowania samochodów, materiałów budowlanych wykorzystywane
są przyciągające wzrok lekko roznegliżowane, rewelacyjnie umalowane i mające
perfekcyjną sylwetkę kobiety, z których inne mają brać przykład i być jak modelka
poprawiona fotoshopem. Kogo te reklamy krzywdzą najbardziej? Otwarcie na
frustracje drugiej strony wymagałoby to też spojrzenia, dlaczego dla mężczyzn
równouprawnienie to koniecznie umiejętność wykonywania tych samych czynności i
pokazania jak bardzo objaśnianie kobietom, że nie zasłużyły na nie, bo przecież
nie wnoszą pralki czy szafy na czwarte piętro jest złe, bo przecież zapomina
się wtedy, że nie wszyscy tachają te ciężary i nie robią tego codziennie. „Szaleństwo
tłumów” to książka z kategorii tych, które pozwolą Ci usprawiedliwić swój rasizm,
seksizm, homofobię i wiele innych staroświeckich postaw. Uzyskasz w niej wyjaśnienie,
że jesteś białym, heteroseksualnym i pełnosprawnym mężczyzną prześladowanych
przez gejów wymagających niepouczania ich o tym, że mają się leczyć (a dlaczego
hetero nie mają się leczyć), zabierania przestrzeni przez niepełnosprawnych,
których jeszcze doniedawna zamykano w domach, aby nie razili w oczy
pełnosprawnych oraz męczonym przez kobiety podkreślające swoje wdzięki i przez
to znęcających się nad Tobą, bo widzisz, a nie możesz potraktować jak osobistej
własności. Do tego te masy czarnoskórych zabierających miejsca pracy białym. Jeśli
nie jesteś pewien, czy jesteś prześladowanym białym heteroseksualnym mężczyzną,
bo mieszkasz w Polsce, w której mniejszości nie mają prawa głosu to autor
wyjaśni Ci czym kończy się wolność słowa, a wszystko to w otoczce ubolewania nad
tym, że istnieje wolność słowa pozwalająca innym na wypowiadanie się i
stygmatyzowanie ich zdaniem złych postaw przy jednoczesnej postawie, że osoby
patrzące na świat tak jak autor mają prawo stygmatyzować innych. Wniosek płynie
z całej lektury taki: „ja mam prawo stygmatyzować, pouczać, strofować, oceniać,
mówić innym, żeby milczeli, ale wara innym od robienie tego mi”.
Na pierwszy rzut oka publikacja porusza ważne tematy. Przynajmniej takie
złudzenie można mieć po przejrzeniu spisu treści. Wejście w tekst niestety bardzo
mnie rozczarowało, bo autor przekonuje nas, że inni wiedzą lepiej, co jest dla
nas dobre. Szczególnie, kiedy są rodzicami chcącymi realizować własne wyobrażenia
o dziecku. Oczywiście pod warunkiem, że zgadza się to z światopoglądem autora,
bo jeśli się nie zgadza to powinni zwyczajnie milczeć. Do tego często powołuje
się na dawnych myślicieli, aby sprawić wrażenie obytego, obeznanego, a
zapomina, że w każdej dziedzinie ludzkiego życia zmieniło się wiele. Nawet w
takich banalnych naukach jak chemia i fizyka nie ograniczamy się do twierdzenia,
że świat składa się z czterech pierwiastków, bo wieki badań pokazały nam jak
niesamowicie zróżnicowany jest świat. A jeszcze bardziej różnorodny jest, kiedy
w grę wchodzą relacje międzyludzkie i zamykanie się na te zmiany sprawia, że
później badacze muszą zadawać sobie pytanie takie jakie postawił Zimbardo z Coulombe
„Gdzie Ci mężczyźni?”. Jak to gdzie? Siedzą w jaskiniach i marzą o polowaniach,
ale są tak nieudolni, że muszą korzystać ze strzelb i udowadniać innym swoją
wyższość stosowaniem przemocy, która zawsze prowadzi do odreagowania. I w tym
miejscu wypadałoby polecić Wam publikację Marthy C. Nussbaum „Gniew i
wybaczanie. Uraza, wielkoduszność, sprawiedliwość”, aby otworzyć się na
możliwość stworzenia społeczeństwa bez urazy i żalów.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz