Etykiety

niedziela, 2 lutego 2014

polska polityka piwem stoi


Jakiś czas temu (przed wyborami) pewne wspaniałe grono wykształconych osób dyskutowało na temat technik stosowanych przez kandydatów. Porównywano dawniejsze metody wpływania na masy współczesne. Podśmiewano się z techniki polegającej na kupowaniu wyborcom alkoholu przez pewnego sławetnego prezydenta USA, który upajał masy darmową brandy. Tak przekonane o wspaniałości kandydata barany biegły do urny i głosowały.
Współczesnych – o dziwo – technika ta dziwiła. „Jakże tak można? Dziś, by się to nie sprzedało. Dziś trzeba innych metod”. Czyżby współcześni uczeni wierzyli w inteligencję mas? Nie ma nic bardziej mylnego niż twierdzenie, że ludzkość się rozwija. Ja mam wtedy powiedzieć „G*** prawda. Nadal żyjemy w jaskiniach, tylko troszkę ładniejszych i wygodniejszych. Ciągle jesteśmy tymi samymi małpami, tylko ubranymi w lepsze stroje”.
Niestety moja teoria dotycząca braku rozwoju intelektualnego (postęp techniczny nie świadczy o wyższym poziomie moralności i inteligencji) potwierdziła się podczas ostatniej kampanii wyborczej.
Masy z czerwonymi naosami i uszami, masy z przepitymi oczami przetoczyły się do urn. Wzięły w swoje klejące i spocone łapska czyste arkusze, by narysować na nich bezmyślnie krzyżyki.
Kartezjiusz mówił: „myślę, więc jestem”. W tej decyzji nie było myślenia, a przecież to jest jednym z warunków człowieczeństwa: zdolność do myślenia. Zdolność, którą wychwalało wielu filozofów, nie jest dana wszystkim.
Ortega ostrzegał przed tymi masami. Jego dzieła wydają się krzyczeć: „Masy chcą mieć takie same prawa jak ludzie myślący! Masy nas zgubią!”
I masy nas gubią. Gubią nas za każdym razem, kiedy przychodzi decydować o losach społeczności, o polityce. Masy pędzą wśród dziejowego kurzu ku korytu z piwem, by później bezmyślnie maznąć na czystym arkuszu krzyżyk.
Czy ja mam prawo oburzać się na te masy, które za piwo idą do urn głosować na konkretnego kandydata, by został burmistrzem? Nie mam prawa.
Każdy głos się liczy, każdy głos jest tyle samo warty. Nie ważne czy to głos pijaka czy inteligenta. Nie ważne czy to głos kupiony za butelkę piwa czy zdobyty przez wieloletnią solidną pracę.
W małych miastach wybory na burmistrza mają ten plus, że wszyscy znają kandydatów prywatnie. Te małe społeczności to masy lgnące co niedzielę do kościoła, gdzie słyszą prorocze wezwania: „Wybierajcie jednego spośród was!”
Nie ważne, że ten jeden to oszust, krętacz, fircyk, niepotrafiący nikomu pomóc, egoistyczny i szukający uwielbienia za nic. Ważne, że chodzi do kościoła ze swoja drugą żoną (kiedy unieważnił małżeństwo kościelne z pierwsza?).
Drugi to pracowity uczynny marksista (nie mylić z komunistą, bo to ma u nas pejoratywne zabarwienie), dbający o to, by pomagać innym. Człowiek z powołaniem, znajdujący czas dla ludzi i w podobnym duchu wychowujący (już dorosłe) dzieci.
Który z nich ma większe szanse wśród mas? Zdecydowanie pierwszy: dający piwo za poparcie, będący jednym z nich (mogą go zobaczyć w kościele).

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza