Etykiety

piątek, 21 lutego 2014

wynagrodzenie mrówek

W czerwcu i lipcu wielcy i cenieni ekonomiści, którym zawdzięczamy zmiany lub ich brak, co roku oceniają czy w obecnej sytuacji gospodarczej można coś zmieniać. Owym czymś (czyli drażliwym tematem) jest najniższa krajowa, którą zarabia większość Polaków (jeśli w ogóle mają pracę)  Przeżycie w małym mieście za taką stawkę jest możliwe, ale pod warunkiem, że nie posiada się dzieci, albo ma druga połówkę (męża/żonę) też pracującą. Dla mnie oczywiste jest, że taka kwota starcza na niewiele, czyli często nawet nie na podstawowe potrzeby (mieszkanie/dom, żywność, środki czystości). Nie wspomnę tu już o luksusach typu wakacje.
Owi znaczący specjaliści zarabiają zdecydowanie więcej, ponieważ najniższe zarobki osób doradzającym naszym politykom to koło osiem razy więcej niż przewidywane minimum. Moim zdaniem osoby z takim wynagrodzeniem nie powinny wypowiadać się na temat wynagrodzeń. Kochający nas politycy (bo i mają za, co nas kochać) powinni sami być na tyle kompetentni, aby ocenić sytuację ekonomiczną kraju. Gdyby byli wykształceni odpowiednio do swojego wynagrodzenia (około 10 tys. brutto plus dodatki) to powinni znać się na wszystkim, czyli posiadać wykształcenie humanistyczne, ekonomiczne, techniczne oraz biegle władać kilkoma językami obcymi. Niestety tak nie jest. Przeciętny polityk ledwo potrafi przywitać się po angielsku, nie wspominając już o swobodnej konwersacji. Przeciętna recepcjonistka w hotelu w wielkim mieście musi biegle władać co najmniej dwoma językami obcymi! Wynagrodzenie zwykle jest zbliżone do tej najniższej krajowej.
Dodatkowe koszty to ilość darmozjadów przy korycie (460 osób w samym sejmie!). Liczba ta usprawiedliwiana jest tradycją, ale czasy tak obfite w posłów były czasami większego terytorium Polski, zdecydowanie lepszego poziomu wykształcenia (nie tylko posłowie, ale i ich żony biegle władały co najmniej trzema językami obcymi), a to przecież jest w cenie. Obecnie poziom kultury, jak i wykształcenia jest tak żenujący, że musimy wstydzić się za swoich polityków, którzy opuszczają granice naszego kraju.
Powróćmy jednak do ekonomistów, ponieważ biedni ludzie im zawdzięczają utwierdzanie się w biedzie i są przekonani, że lepiej być na zasiłku dla bezrobotnych niż chodzić do pracy. Owi ekonomiści zgodni są, co do tego, że odprawa w wyniku utraty pracy się należy. Przeciętny człowiek mający umowę o prace na cztery lata po upływie tego czasu nie dostaje ani złotówki. Nasi politycy (umowa im się kończy!) dostają koło 30 tys. zł, czyli równowartość trzech pensji). Zwykły przeciętny człowiek traci pracę przez redukcję etatów lub przez popełnienie błędów. Politycy mogą popełniać całą masę błędów i nikt ich z tego nie rozlicza. Dopiero podczas wyborów mogą stracić zaufanie wyborców, którzy często i tak na nich głosują z powodu braku alternatywy. Ekonomiści są zgodni, że dobrze wynagrodzony polityk daje lepsze efekty (czyżby nie obserwowali naszej sceny politycznej) i o tym, że dobrze wynagradzany robotnik to zło.
Zwiększenie najniższej krajowej miałoby doprowadzić wiele firm do bankructwa, redukcji etatów itp. Nie pomyśleli jednak o tym, że ludzie lepiej zarabiający chętniej wydaja pieniądze, bo po prostu stać ich na nieprzemyślany zakup, a tym samym zwiększają zapotrzebowanie na towary, czyli nakręcają gospodarkę. Może to zabrzmi banalnie, ale już studenci pierwszego roku studiów takich jak ekonomia, socjologia czy nauki polityczne zapoznają się z literaturą, w której światowej renomy socjolodzy i ekonomiści zauważają zależność ubóstwa kraju od niskości najniższej płacy. W krajach, gdzie to wynagrodzenie pozwala na samodzielne utrzymanie dziecka rozwój gospodarczy jest większy. Czyżby nasi eksperci nie obserwowali światowych rynków albo żyli w przekonaniu, że wszyscy dobrze zarabiający wydają minimum, a resztę chomikują w skarpecie?

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza