Etykiety

piątek, 16 czerwca 2023

Tomasz Dalasiński "Dzień na Ziemi"


Pierwszą książką Tomasza Dalasińskiego, która do mnie trafiła były „Nieopowiadania”, które zaparły mi dech w piersi i sprawiły, że pędziłam przez minimalistycznie nakreślone wizje różnych scenariuszy własnego życia narratora pierwszoosobowego. Już tam wyzierał i mrugał do nas prowincjonalizm. Niepewnie, delikatnie, lekko zaznaczony, aby uderzyć z całą potęgą w „Przystanku kosmos”, w którym z impetem rwącego strumienia wypływa  Polska prowincja z całym bagażem brudu, biedy, patologii, nudy, zaniedbania i odcinania od tego, co może kojarzyć się z normalnością – tak można w skrócie powiedzieć o miejscu, do którego zabiera czytelników Tomasz Dalasiński w swoich niedługich prozach będących niczym kadry filmów o kolejnych mieszkańcach leżącej gdzieś na krańcu świata wioski położonej w centrum kraju, którego mieszkańcy uważają się za najważniejszych i przez to bronią obcym przed wejściem w społeczność. I takimi również są bohaterzy jego opowieści, obrazków, jakby ze świata który minął, ale ciągle mocno chce istnieć w pamięci ludzi, którzy go widzieli i doświadczyli. Wchodzimy w realia brudu, szarzyzny, oblepiania bohaterów bylejakością niczym starym łojem, który niby widać, ale równo rozłożony staje się elementem większego obrazu i dopiero po próbie starcia go, w chwili wyłonienia istoty rzeczy można dostrzec jego ogrom. „Dzień na Ziemi” to świetna kontynuacja pozwalająca na przyjrzenie się kolejnym osobom. Niektóre wydarzenia powracają w innych ujęciach, patrzymy na te same lub podobne tragedie, jakby życie na prowincji toczyło się w zaklętym kręgu, z którego nie można się uwolnić. Wchodzenie do niego też nie jest łatwe i wymaga wtajemniczenia w lokalne zło, które przyczepia się do bohaterów jak niesiony przez wiatr pył.
„Było to małe, pospolite, senne miasteczko zatopione wśród nudnych jak flaki z olejem równin środkowo-zachodniej Polski. Było to miasteczko idealnie wrośnięte w lokalny krajobraz, doskonale zespolone z otaczającym je tłem. Było to miasteczko bliźniaczo podobne do setek tysięcy innych miasteczek w tej części świata – z niewielkim rynkiem, jednym kościołem, kilkoma sklepikami, kioskiem Ruch-u, pocztą i szkołą podstawową – przez co, jak uważano, gdyby jakiś kataklizm, nie wiem: trzęsienie ziemi albo trąba powietrzna, nagle, zmiótł je z powierzchni ziemi, prawdopodobnie nikt by tego nawet nie zauważył. Było to miasteczko, w którym trwali pospołu ludzie, zwierzęta, rośliny i rzeczy, a nikt nie miał pewności, które z tych trwań, i czy w ogóle, zajmowało szczególną pozycję w czasie i przestrzeni. Było to miasteczko, o którym, wydawało się, zapomniał Bóg i zapomniała historia. Jeśli w tym miasteczku cokolwiek się działo, wiedzieli o tym wszyscy. Jeśli nie działo się nic – było dokładnie tak samo”.
Znów lądujemy gdzieś w środkowej Polsce, więc nie jest to ta mitycznie zacofana i biedna wschodnia prowincja, tylko postępowa, ale progresu tu nie widać. Wchodzimy do kiczowato-zabobonnej mieściny, w której słowa wygłoszone są świętsze niż życie ludzkie i szczęście jednostek. Pozory i układy wykorzystywane są do własnych celów. W takim społeczeństwie nie ma miejsca na obronę słabszych, bo jeśli się zbuntujemy będziemy kolejnymi na liście do nękania. Sprzeciw nic nie daje. Nakręca tylko falę brutalności, w której wychowują się kolejne pokolenia. Wyzwolenia od tej fali zła jest niemożliwe, bo wpojone nawyki dopadną nas nawet, kiedy opuścimy osoby, które krzywdzą. Zobaczymy tu tragizm jednostek zmuszonych do odgrywania ról, zapijanie własnych tragedii, poszukiwanie tożsamości, świadomość, że wychylenie się z szeregu będzie równoznaczne ze skazaniem się na prześladowania.
„Mieszkało tam ponadto wiele innych osób różnej płci i wieku, a każda z nich po kolei, w rytmie niezmiennym od tysiącleci, rodziła się, dojrzewała i umierała, robiąc miejsce następnej, bo przecież wszyscy w tym miasteczku, tak samo jak wszyscy w każdym jednym miasteczku, mniejszym czy większym, ładniejszym czy brzydszym, byli, są i będą niczym rośliny kwitnące wiosną i więdnące jesienią; niczym trociny, które rozwiewa wiatr”.
„Dzień na Ziemi” to zbiór opowiadań, które łączą się ze sobą, przeplatają. Ich interseksualność wynika z jednego miejsca i przybliżonego miejsca akcji. Lata 90. XX wieku, galopujący kapitalizm i nadal trwające na prowincji układy władzy, wykorzystywanie dawnych partyjnych wpływów, aby uniknąć odpowiedzialności za przestępstwa. Polska prowincja stara się żyć bogobojnie. Jej rytm toczy się wokół tygodni zwieńczonych niedzielnym pobytem w kościele, weekendowym piciem w knajpie. Czasami z tej małej społeczności wychylamy się, aby spojrzeć na życie w wielkim mieście, w którym przyjrzymy się ludziom podróżującym w upalne dni w starych tramwajach, aby dojść do wniosku, że każdy żyje gdzieś obok, obojętnie. Dostrzegamy się dopiero, kiedy zaczynamy sobie przeszkadzać zachowaniem i zapachem. Inni są tu intruzami zakłócającymi nasz spokój, wdzierającymi w naszą przestrzeń. Obok aktualnych wydarzeń są też rodzinne bagaże, przez które ludzie nie doceniają rodzinnych pamiątek, bo przypinają o zbrodniach, przed którymi w czasie wojny uciekali.
Jednak prowincja to nie tylko zło i zabobonność. To także małe społeczności, w których można zaszczepiać pozytywne wzorce, jeśli nie ma się zapędów moralizatorskich tylko spokojnie skupia na swojej codziennej pracy, poszerzaniu wiedzy. Zmiana jest możliwa. Trzeba zacząć ją od siebie i uwalniania od tego, czego nauczyli nas przodkowie.
„(…)wiadomo przecież, że małe, zamknięte społeczności tak już mają, że nie otwierają na oścież drzwi przed obcymi, ba, zazwyczaj nawet ich nie uchylają, że wejść w nie z przysłowiowego buta udaje się rzadko, zaś stać u wrót i kołatać można do usranej śmierci, a i tak zapewne nikt nie wpuści nas do środka. Nie jesteś stąd, to nigdy stąd nie będziesz. Byłeś stąd, ale wyjechałeś – już nigdy nie będziesz tutejszy. Oto dwie zasady, trzeba przyznać, niezwykle korzystne z punktu widzenia wewnętrznego bezpieczeństwa, które organizują życie niewielkich liczebnie wspólnot, zawsze i wszędzie”.
Wiele scen pokazujących spojrzenie konkretnych osób na dane wydarzenia uświadamia bezmiar zła i bezsensu towarzyszącego mieszkańcom zadupia, którzy muszą wkomponować się w krajobraz, dostosować do innych, czyli pijaków, przemocowców, frustratów, szowinistów, gwałcicieli skupionych na sobie, swoim nałogu i chuci, przedsiębiorczych cwaniaczków dorabiających się na cudzej krzywdzie. Wchodzimy w świat tzw. katolickiej moralności, w której ważne jest to, aby pokazać się w kościele, odprawić chrzciny spłodzonym dzieciakom, wyprawić komunię, na której dzieci dostaną piękne prezenty i po raz pierwszy zasmakują podkradniętej ze stołu wódki, wziąć ślub kościelny, oceniać prowadzenie się panien oraz wykluczać osoby o innej orientacji seksualnej czy żyjących w wolnych związkach. Codzienną monotonie przerywają imprezy przy remizie strażackiej, na której tyłach naiwna nastolatka przeżywa brutalny zbiorowy gwałt, za który zostanie osądzona.
Presja społeczna jest niesamowicie wielka i z tego powodu ludzie łapią się wszelkich sposobów wpisania w schemat oraz starają się nie podpaść lokalnej władzy. Zgłaszanie przestępstw jest tu niemile widziane. Mówienie o przemocy traktowane jest jako atak na społeczność, a kiedy dochodzi do tragedii możemy usłyszeć oklepaną śpiewkę o „dobrym i religijnym człowieku”. Czas jednak mija, świat się zmienia, ludzie przemijają, wyjeżdżają, kolejne pokolenia mają szansę coś zmienić, doświadczają nowego, dystansują się. Tylko czy na stałe skoro mogą tu wrócić uciekając przed miejskim zgiełkiem i intruzami przeszkadzającymi w codziennym życiu.
Śmierć starych pokoleń wydaje się być początkiem przemijania tego pełnego zabobonów świat, w którym wierzono w szeptuchy, ale jednocześnie lukę wypełnia katolicka zabobonność i podwójna moralność, w której koło życia wypełnione wzajemnym pilnowaniem się otwiera chrzest i zamyka pogrzeb z udziałem kapłana. Ostatnie ślady przemijającej wioski chwyta pierwszoosobowy narrator, który po latach wraca w rodzinne strony i niczym w drodze krzyżowej zatrzymuje się przy kolejnych miejscach-stacjach pamiętających różnorodne tragedie. Rozmawia z ludźmi, wspomina i dziwi się swojemu współuczestnictwu, które oblepia go obrazami z przeszłości, które wracają przez kontakt z kolejnymi miejscami i ludźmi. Nie są to jednak sielskie obrazki z prowincji. Jest to obraz trudów życia, walki z żywiołami i naturą, brutalności, praw dżungli. Wchodzimy między robotników budowlanych i rolnych, którzy przykładnie tłuką dzieci ręką, żeby wyrosły na porządnych ludzi, gejów uciekających w alkohol i dowodzących swojej męskości seksem po pijaku, wykorzystywanych osób z upośledzeniem, ludzi, którzy dla świętego spokoju wchodzą w utarte schematy życia rodzinnego, morderców, uczestników lokalnego zła, a także umierające starsze osoby, których ciała coraz bardziej pachną rozkładem. Stajemy się świadkami zawiści i niedopuszczania obcych i innych, izolowania się od nich. Sporo miejsca poświęcono zabobonnej wierze. Widzimy jak brak wiedzy przyczynia się do degradacji społeczności. Po latach wcale nie jest lepiej. Ludzi łączą pozory napędzane stwierdzeniami, że „tak wypada” i „wszyscy będą”. Zadupie wydaje się zamierać, zastygać z całą masą brudu, który tworzy skorupę bylejakości, cwaniactwa w nudnej i banalnej codzienności toczącej się zgodnie z rytmem pór roku i przemija w oparach wódki, taniego wina, wypitego w drodze na pole piwa. Zapach przetrawionego alkoholu, tanich fajek i niemytych ciał oraz ludzkich i zwierzęcych ekskrementów to woń roznosząca się nad prowincją, która jedyną uwagę może zdobyć tylko, kiedy przejdą przez nie kataklizmy.
„Dzień na Ziemi” podobnie jak „Przystanek kosmos” to w pewien sposób utrwalanie świata, który przeminął i powoli wymiera, bo osoby stawiające na swoje szczęście uciekają stąd, odcinają się od wielopokoleniowej tradycji zapijania i przepijania majątków. Jest to przykry obraz prowincji, ale niestety bardzo prawdziwy. Każde miejsce naznaczone jest tu szarzyzną i cieniem, które nie chcą się odkleić od mieszkańców. Tomasz Dalasiński zmusza czytelnika do zatrzymania się, przyjrzenia, dokładnego poznania różnych sytuacji i uświadamia jak ważny jest każdy głos sprzeciwu wobec przemocy oraz wyrywanie się z narzucanych ram prowincji. Można by było powiedzieć, że książki Dalasińskiego są sentymentalnymi podróżami w czasie. Jednak obrazki, które nam podsuwa nie mają w sobie nic z wiejskiej idylli snutej przez twórców od czasów renesansu. Nie ma tu miejsca na zachwyt i cieszenie się owocami, czy lipami odwiedzanymi przez pracowite pszczoły. Za to są trupy z roztrzaskanymi głowami, topielce i poczucie oblepiającego brudu, przeświadczenie o grzeszności każdego czynu i myśli. Świetnie napisana proza. Polecam.







































Brak komentarzy:

Prześlij komentarz