środa, 25 czerwca 2014

Czytelnik pierwotny


Pierwotny czytelnik pasjonuje się zawartością książek. Czyta je nie dla tytułów, autorów, nagród, wyróżnień, okładek, grzbietów i innych mało istotnych szczegółów. Taki bezinteresowny miłośnik siada ze swoją lekturą wszędzie i po prostu wchodzi w świat pełen odległych i bliskich postaci. Odkrywa je niewinnie, z wielką naiwnością i wiarą w to, co autor mu o bohaterach napisał. Nie tworzy światów obok, nie poddaje dekonstrukcji, nie szuka innych przesłań niż te oczywiste. Czerpie przyjemność ze samego wejścia w nieznane.

Ja bardzo długo byłam tak nieświadomie zafascynowana. Czytałam w szkole podstawowej dwa opasłe tomy „Dzieł”. Pasjonował mnie sposób formułowania myśli, postać głównego bohatera, który wszystkich rozmówców zapędzał w kozi róg zmuszając ich do zaprzeczenia swoim wcześniejszym słowom. Marzyłam, że ja kiedyś będę taka. Bezwzględna. Prawdziwa. Pełna kultu do prawdy i pogardy dla innych (czyt. nieuków). Dorastając odkryłam, że każdy jest nieukiem. Nawet profesor może być doskonałym przedstawicielem mas.


Lata mijały, a ja czytałam kolejne książki, wiersze i przeżywałam w sobie. Przełom nastąpił w liceum. Brak znajomości tytułu i/lub nazwiska przy znajomości treści klasyfikował się do postawienia mi odpowiedniej (negatywnej) oceny.

Jak można nie interesować się autorem? Jak można lekceważyć tytuł? czytanie to nie tylko przyjemność. To konieczność pamiętania tego, w co ubrano jednolity tekst, jakich słów użyto, jak je poskładano, kto tego dokonał. Na szczęście to nie zabiło mojej pasji. Zaczęłam zapisywać autorów i tytuły, aby z mojej pamięci nie umknęły. Przeglądałam listę od czasu do czasu. Wykreślałam to, co zapomniałam (albo czytałam po raz kolejny), by przed maturą zrobić sobie ściągę z ponad trzystoma książkami i ich autorami (wiersze pominęłam). Wzięłam ją nawet na najważniejszy egzamin w moim życiu (wówczas tak uważałam). Miałam duże szczęście: wylosowałam miejsce najbardziej oddalone od komisji.

I poleciały tematy…

A wśród nich o wartości człowieka, z którym bez zastanowienia wzięłam się za bary. Czas pędził tak szybko, a spod mojego długopisu wychodziły szalone węże na biały papier, by układać się w sensy znane z mnogości lektur, by podsumować, że człowiek jest wart tylko, ile daje siebie „sobie” i ile tego „sobie” żyje wśród ludzi (nie dosłownie tak, ale w tym znaczeniu). Pisałam i pisałam, że zabrakło mi czasu oraz odwagi, by zajrzeć do magicznej kartki z tytułami. Czy na pewno ten tytuł to tego autora, czy nie pomyliłam Szczepańskiego ze Szczypiorskim. To był mój pierwszy i ostatni raz ze ściągą na jakimkolwiek egzaminie, mimo że autorów i tytułów, kierunków, prądów, nurtów, zwolenników, krytyków, kontynuatorów, naśladowców i innych skomplikowanych rzeczy przybywało.

Mimo pochłonięcia wielu książek (zdecydowanie powyżej kilku tysięcy) ja ciągle uważam, że te tytuły są mało istotne. czytanie ma być po prostu przyjemne. Reszta to otoczka (mniej lub bardziej potrzebna). Właśnie przez to cieszę się, gdy widzę osobą czytającą i po zadaniu pytania o to, co czyta ona spogląda na tytuł. Cieszę się, że jeszcze wiele ludzi pozostaje w sferze uprzyjemniania sobie czasu książką, a nie gazetą z programem telewizyjnym.


Powszechna krytyka osób czytających dla przyjemności, a nie konieczności doświadczenia czegoś głębszego podczas lektury czy braku poszukiwań eksperymentów literackich wśród „znawców” tego, co powinno uchodzić za dobrą literaturę uważam za szczyt ich głupoty. Napuszanie się autorów „wysokich” jest bujaniem w obłokach ponad tym, co potrzebuje przeciętny czytelnik szukający najsubtelniejszej przyjemności, jaką jest czytanie. Wymagania by czytelnik był dobrze wykształcony, a każdy pisarz piewcą prastarych, odwiecznych prawd przekazanych w nowatorski sposób mija się z celem. Czytelnik ma chcieć czytać i to robić. Pozwólmy mu pozostać niewinnym. Nie niszczmy jego dzieciństwa. Bez jego opini literatura może nie istnieć, bo wyginą wydawnictwa.

Bardzo pozytywnym zjawiskiem są tu mnożące się blogi o książkach. czytelnik co prawda wychodzi wówczas z błogiej, pierwotnej nieświadomości by podzielić się opinią. I co z tego, że jego język jest typowo „pensjonarski” (jak ja nie cierpię ludzi określających styl pisania i bycia innych w ten sposób). Ważne jest coś innego: rodzi się przekonanie, że wiele osób czyta. A jak się jest w tłumie czytających to wstyd samemu nie sięgnąć po książkę. Tłumy piszących czytają, by mieć o czym pisać. Czytanie jest bardzo ważne dla rozwoju ludzkości, mimo że piszący Platon przekonywał, że prowadzi do upadku nauki, przez powstanie monologu autora, a przecież prawdziwą wiedzę można zdobyć tylko dyskutując. To jest kolejny plus blogów czytelniczych: dyskusja wokół książek. I dziś mamy swoich „Platonów” (po odjęciu wybitnego intelektu), którzy chcą by między brakiem literatury a wybitnymi dziełami była próżnia. Na czym Ala nauczy się czytać? Jak będzie mogła zrozumieć te wydumane abstrakcje bez podstaw?

2 komentarze:

  1. "Literatura, żeby była potrzebna, musi być górą w konkurencji z pokusami pijaństwa, rozpusty i wszystkich innych grzechów głównych. Literatura jest takim jabłkiem z drzewa wiadomości dobrego i złego, którego zakaz zrywania nie może dotyczyć, bo nawet raj bez możliwości bezgrzesznego grzeszenia stałby się dla człowieka piekłem."

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Piękne podsumowanie moich przemyśleń :)

      Usuń