Etykiety

niedziela, 25 czerwca 2017

Agnieszka Monika Polak - harcerska osiemnastka



Czy ja kiedykolwiek byłam dzieckiem? – Odpowiedziałam na propozycję napisania wspomnień z wakacji. Gdzieś z drugiej strony komputera kilkadziesiąt kilometrów ode mnie wyobraziłam sobie uśmiech. To właśnie  ten uśmiech niedowierzania wprawił mnie w stan zadumy. Zaczęłam zastanawiać się jak to ze mną było? Dzieckiem oczywiście byłam. Przecież każdy nim jest zanim dorośnie. Ja natomiast pamiętam siebie jako to dziecko „dorosłe”. Zawsze poważne i nie bardzo skore do właściwych dzieciakom psikusów.
Z wakacji też pamiętam już te bardziej dorosłe.
Opowiem za chwilę o swoich osiemnastych urodzinach obchodzonych z pompą…dokładnie i w przenośni. Chyba to właśnie ta dosłowna sprawiła, że pamiętam je do tej pory. Powoli zaczynam zagłębiać się we wspomnieniach i co widzę? Jeszcze wcześniej zanim „wydoroślałam” jako 12 letnia dziewczynka (rachunek będzie prosty 1968+12= w 1980 roku) zostałam wysłana na obóz do Neubrandenburga. Miasta znajdującego się  wówczas w granicach NRD. Mało pamiętam z tej pierwszej dla mnie podróży za granicę. Przywiozłam z niej jedynie obraz wielkich piersi Niemki (wychowawczyni grupy niemieckiej )i jej golizny. Pamiętam swoje wewnętrzne oburzenie. Małej dziewczynki, której oczy co ranek zderzały się z wielkimi jak balon piersiami tamtej kobiety swobodnie dokonującej ablucji nie tylko wcześniej wspomnianych części ciała. Żadna z wychowawczyń polskich, ani innych niemieckich opiekunek tego nie robiła w czasie, kiedy dzieci miały czas na toaletę. Dlatego zastanawiało mnie to zarówno wtedy jak i teraz, dlaczego tylko ona? To pytanie pozostało bez odpowiedzi. To chyba było dla mnie za mocne przeżycie skoro z tamtego wyjazdu pamiętam tylko to. Ale odpłyńmy stamtąd. Razem z wodą spod prysznica piersiastej Niemki popłyńmy teraz nad jeziora mazurskie do Borowskiego Lasu, gdzie inaczej niż to zwykło się robić obchodziłam swoje osiemnaste urodziny.
Jestem zodiakalnym Lwem więc ten dzień zawsze wypadał ( za czasów szkolnych) w wakacje. Teraz to słowo już dla mnie straciło rację bytu. Niestety. Od wielu lat korzystam z wakacji dla dorosłych czyli urlopu i to znowu pojawi się słowo niestety - w bardzo okrojonej wersji. Tamtego roku spędzałam je na obozie harcerskim. Byłam niemal pełnoletnia. Do faktycznej pełnoletności brakowało mi już tylko parę dni. Dlatego znajdowałam się w kadrze młodzieżowej, co wiązało się z większymi obowiązkami i jeszcze większą wolnością. Fajna sprawa.
Lato było upalne. Cały dzień świeciło mocne słońce. W Borowskim Lesie panowała ogromna duchota. Druhna Agnieszka często schodziła długą ścieżką na dół, gdzie usytuowana była część gospodarczo – gastronomiczna obozu, by sprawdzić czy wartownicy są na swoich miejscach, a tak naprawdę z niecierpliwością wyglądała rodziców, którzy mieli zjawić się ze specjalnym prowiantem. Koło wieczora wreszcie przybyli. Przywieźli kilka blach ciasta. Jakiego ? Nie pamiętam. Nie ważne. Kilka szampanów i zapewne jeszcze trochę innych trunków, ale nie to było przecież najważniejsze. Szampan i ciasto musiało być. I było.
Na porannym apelu komendant obozu ogłosił, że tego dnia druhna Agnieszka obchodzi swoje  osiemnaste urodziny i zaprasza po kolacji wszystkich obozowiczów na poczęstunek.
Stołówka została odświętnie przystrojona przez drużynę Agnieszki, która  tego dnia pełniła służbę, więc opiekę nad harcerzami przejęła jej koleżanka z kadry i namiotu druhna Helenka i mogła w tajemnicy przed nią popracować nad wystrojem stołówki. Na stolikach stały polne bukiety, a wejście zdobiła piękna girlanda z kolorowej bibuły. Ciasto przywiezione przez rodziców rozeszło się w trymiga, ale mama przezornie zostawiła jeszcze jedną blachę na wieczorne biesiadowanie z dorosłymi.
Przepiękny bukiet z traw i runa leśnego, jaki od nich dostałam, zasuszony, przez lata stał u mnie na szafie.
Wieczorem nieco się ochłodziło. Powiew wiatru wszyscy przyjęli z wielką radością. Nie przyniósł on jednak nic dobrego. Wraz z nim zaczęły napływać burzowe chmury, z których w jednej minucie lunęło jak z cebra. I to jest dobre porównanie. W tym czasie biesiada przeniosła się już ze stołówki przed  namiot, który otrzymali do dyspozycji moi rodzice. Zaczynało być kameralnie i swobodnie, z racji urodzin reszta służby została mi darowana. Było miło.
Polał się szampan i …lunęło z nieba. Mama chwyciła ciasto i w jednej chwili znalazła się w namiocie. To było zdecydowanie dobre posunięcie, ponieważ jak się okazało to nie był zwykły deszcz tylko nawałnica. W Borowskim Lesie rozszalała się ogromna burza, namioty trzeba było podkopywać, chociaż to i tak nic nie dawało. Wszystko przemokło do cna. Dobrze zapowiadająca się imprezka została brutalnie przerwana. Suszenie wszystkiego po zlewie trwało ze dwa dni. Mało tego w  tym zamieszaniu zaginęła jeszcze nasza mała suczka, która przyjechała z rodzicami ( młodziutka ratlerka). Bezskutecznie szukali ją później wszyscy obozowicze. Straciliśmy już nadzieję. A tu nagle gdzieś koło północy ojciec wyszedł z namiotu zapalić papierosa i coś mu błysnęło kiedy zapalał zapalniczkę. To jej płomień odbił się w przerażonych ślepkach naszej Miki stojącej miedzy namiotami. Radości było co niemiara. Następnego dnia jak to bywa z wakacyjną aurą…po burzy zaświeciło słońce.
*zdjęcia pochodzą z archiwum pisarki

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza